sobota, 1 października 2016

Tajemnica jeziora Wielki Kałygir



Jeziora i zatoka Kałygir na Kamczatce


Michaił Gersztejn


Walerijm Wiktorowicz Dwużylnyj zmarł 22.X.2014 roku. Tablica pamiątkowa ku jego czci została postawiona na szczycie słynnego Wzgórza 611 w Dalniegorsku – tam, gdzie w 1986 roku doszło do katastrofy tajemniczego Nieznanego Obiektu Latającego.

Kamczatka – to kraj, w którym ziemia dyktuje swoje własne prawa. Tam wybuchają wulkany, spod ziemi tryskają gejzery, a skądinąd uchodzą potoki gazów trujących. W Dolinie Śmierci w okolicy wulkanu Kichpinycz giną niedźwiedzie w ciągu kilku minut zatrute cyjanowodorem (HCN). Ale to, co kryje się w jeziorze Wielki Kałygir (N 50°30’12” – E 159°49’11”), nie ma nic wspólnego z siłami Przyrody.


Oślepiające światło


W maju 1938 roku, geolog Igor Sołowiew pracował na Kamczatce badając czynne wulkany. Jedna z tras wiodła Igora i jego partnera Nikołaja Melnikowa na brzeg jeziora, które wtedy było uwidocznione na mapie pod nazwą Wielki Koliger. 

Geolodzy nie znaleźli żadnych tropów zwierząt. Zwierzęta z jakiejś nieznanej przyczyny omijały to jezioro, chociaż w jego wodzie pluskały się wielkie ryby. Ludziom przyszło pójść wzdłuż brzegu po pas w wodzie by wyminąć zwisające wierzchołki olch. Pogoda była słoneczna, woda się nagrzała i nie sprawiała przykrości wędrowcom.
- Ujrzałem skałę, wokół której olchy nie rosły wspominał Sołowiow a w niej była jaskinia. Pomyślałem, że będzie można tam pójść i odpocząć, skierowałem się w jej stronę, a potem wszedłem do niej. Ale kiedy podniosłem głowę, to okazało się, że jest ona zalana wodą. W głębi jaskini zauważyłem kamienistą, czarną wysepkę wokół której rozlewało się jasne, błękitno-białe świecenie. Patrzałem tak jakieś dwie minuty, a kiedy usłyszałem z tyłu kroki Mielnikowa i obejrzałem się, to pogrążyłem się w ciemności. Zrozumiałem, że oślepłem. Upadłem do wody i głośno krzyknąłem: Mikołaju! Pomóż! Nic nie widzę! Mielnikow złapał mnie za ręce i powlókł do wyjścia. Przez prawie kilometr, po pas w wodzie on niósł mnie na plecach.    

Nieszczęsny geolog przez jakieś 10 godzin leżał na brzegu, zanim przed oczami zaczęły skakać jakieś białe, zielone i żółte plamy. Po jakiejś godzinie wzrok zaczął mu powracać. Nikołaj także widział to świecenie, ale niedługo, tylko przez parę sekund. To go uratowało przed czasową ślepotą.


Zaginiony oddział


W 1976 roku, Sołowiew zdecydował się opisać to zdarzenie z oślepiającym światłem do redakcji czasopisma „Tiechnika Mołodioży”. List został opublikowany i spowodował potok odpowiedzi od byłych Kamczatczyków. Okazało się, że na brzegu jeziora stanęło rybackie osiedle Kałygir zbudowane na miejscu intielmieńskiego osiedla Kynnat. Na długo przed wojną zostało ono porzucone. Miejscowi wiedzieli o jaskini i bali się do niej zbliżać. 

Na początku lat 20., pojawił się tam niewielki konny pododdział z ostatków rozgromionej armii adm. Kołczaka. Białogwardziści usłyszeli opowieść o jaskini i zdecydowali, że tam ukryte są skarby, a złowieszcze siły są wymysłem Intielmenów, żeby odstraszyć chcących szybkiego wzbogacenia się. 

Oddział wyprawił się na poszukiwania, i przez kilka dni nie było o nim żadnej wieści. Potem w osadzie pojawił się jeden z białogwardzistów, oberwany i wychudzony. Żołnierz był zupełnie niespełna rozumu. Coś tam bełkotał o „ogniu w którym spłonęli jego towarzysze”. Twarz i ręce nieszczęśnika pokrywały rany i pęcherze. Próbowano go wyleczyć, ale po kilku dniach zmarł w straszliwych męczarniach. Stosunkowo lekkie oparzenia nie mogły być przyczyną jego śmierci. Białogwardzistę zabiło coś innego.


Ekspedycja „Kałygir-80”


Pierwszą ekspedycję nad tajemnicze jezioro zorganizowało w 1980 roku Dalekowschodni Oddział Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Jej kierownikiem został Walerij Dwużylnyj, który odnalazł Sołowiewa i zaproponował mu udział w wyprawie. Jednakże ten ostatni odmówił – geografowie nie mogli załatwić helikoptera, a marsz w wodzie do pasa był nie dla człowieka jego wzrostu i wieku. 

Ekspedycja w sile pięciu ludzi wypłynęła statkiem MS Sowieckij Sojuz i 3 sierpnia przybyła do Pietropawłowska Kamczackiego. Tylko że tam się wyjaśniło, że nie mają oni żadnych wiadomości z rejonu Kałygiru. Pogranicznicy odprawili ich tam statkiem pasażerskim MS Sinjagin

Kiedy MS Sinjagin już przepływał koło Zatoki Kałygirskiej, kapitan oświadczył, że nikogo nie będzie wysadzał. Głębokość jest tu całkiem niewielka. Po długich negocjacjach i sporach, po powołaniu się na prikaz naczalstwa,  kapitan spuścił kuter. Niepokój kapitana okazał się uzasadniony – kuter wpadł na skały i przebił kadłub. Geografowie musieli skakać do wody. Na szczęście na brzegu stał domek rybaka z piecem, zaznaczony na mapie. 

Pierwszy dzień uczeni spędzili na przygotowaniu jedzenia i przeglądzie sprzętu. Następnego dnia, 7 sierpnia, udali się w drogę na prawym brzegu jeziora. Sołowiew wiedział, o czym mówił: brzeg tak zarósł olchą, że można było iść tylko po kolana w wodzie. Ludzie jak burłacy ciągnęli na linie ponton ze sprzętem i żywnością. Walerij od czasu do czasu włączał dozymetr, ale pokazywał on jedynie radioaktywne tło Ziemi w tym rejonie. 

Wkrótce wszyscy zrozumieli, że żadnych jaskini naturalnego pochodzenia tu nie ma i być nie może, poza małymi grotami wypłukanymi przez fale. Jeżeli jaskinia jakaś istnieje to oznacza, że ktoś ją wyrąbał w skałach.


Podwodny obiekt


Po całym brzegu walało się mnóstwo śniętych ryb z bielmem na oczach i opuchliznami na grzbietach. Żywe ryby trzepotały się w wodzie na oślep. Mewy nie usiłowały nawet pożywić się łatwą zdobyczą, trzymając się z daleka od wody. 

Co się tam właściwie stało? To nie mógł być wyrzut gazów trujących, niektóre ryby pływały sobie spokojnie w jeziorze. Dozymetr pokazywał wszystkiego 20-30 μR/h. Ryby oślepił najprawdopodobniej jakiś potężny ale krótki rozbłysk energii, który zmienił czaszę jeziora w śmiertelną pułapkę.
- Zbliżał się wieczór, a my przeszliśmy wszystkiego półtora kilometra – wspominał Dwużylnyj – dalszy marsz w ciemnościach nie miał sensu, rozbiliśmy namiot, rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy przygotowywać kolację. Najadłszy się usiedliśmy u ogniska susząc ciuchy i dzieliliśmy się wrażeniami z minionego dnia.
O godzinie 22-giej na przeciwległym brzegu rozległ się silny huk i grzmot. On dochodził z dna, a nie z powierzchni jeziora. Błysnęło niebieskie światło i rozległ się silny plusk podobny do tego, jakie wydaje jakiś ogromny przedmiot wylatujący z wody. Po jakimś czasie w nasz brzeg uderzyło osiem wielkich fal. Ponton podskakiwał na falach. Było jasne, że spod wody wyleciało coś ogromnego, ale co to było?
Poczułem potworny strach. Chciałem rzucić się do ucieczki w górę. Strach był całkiem niepojęty, nieuzasadniony. Z ogromnym wysiłkiem opanowaliśmy strach i zostaliśmy na miejscu. Po tym, jak to „coś” wystartowało z dna jeziora i znikło, strach też minął.
Potem nad wodą przy sąsiednim brzegu pokazała się żółta kropka. W czasie 2-3 sekund pojawiła się nad nią niebieska półkula o średnicy jakich 30-50 mi podniosła się powyżej koron drzew. Tak to się powtarzało kilka razy z przerwami 5 minut pomiędzy każdym zjawiskiem: najpierw żółty punkt, potem niebieska półkula. Kropki nie były zbyt jasne, natomiast półkule były jaskrawe i gęste. Poprzez nie widać było brzegu. Mieliśmy pod ręką aparaty fotograficzne, ale nikt nie zrobił zdjęcia. Potem ludzie przekonali się, że czarno-białe radzieckie filmy nie były w stanie zarejestrować tego niesłychanego widowiska.
 



Podwodna baza UFO?


Tam, gdzie postawała półkula, we dnie widzieliśmy przede wszystkim padłe ryby. Pomiędzy ich oślepieniem a wylotem obiektu musiał istnieć jakiś związek. W jeziorze o głębokości 90 m można było schować choć co i bądź co…   
- Obejrzeliśmy miejsce, gdzie w przybliżeniu wyleciał ten obiekt spod wody, ale niczego ciekawego tam nie zobaczyliśmy – opowiadał Walerij Wiktorowicz. – Kończyła się trzecia doba obchodzenia jeziora, a rezultaty były zerowe. Zachodnią zatokę jeziora obejrzeliśmy przez lornetki. Tam były strome skłony gór i żadnych jaskiń. Chodziliśmy bez końca wokół jeziora, aż do skończenia się żywności zostało nam mało czasu. Nas powinien podjąć na pokład rybacki sejner. 

Sejnera uczeni się nie doczekali. Geografom przyszło iść trzy dni przez tajgę do Przylądka Żupanowa, gdzie regularnie zaglądali rybacy. 

Ekspedycję „Kałygir-81” przygotowano znacznie staranniej. Ekspedycja dysponowała nadmuchiwaną tratwą z silnikiem zaburtowym, akwalungi, kompresor do ładowania butli sprężonym powietrzem i całą beczką benzyny. W ciągu kilku dni grupa przejrzała dokładnie cały perymetr jeziora, a szczególnie dokładnie południową zatokę, ale jaskini nie znaleziono. Być może skryła się pod wodą wskutek silnego trzęsienia ziemi (albo zapadła się, jak Wąwóz Kraków w Tatrach Zachodnich – uwaga tłum.) Ekspedycja na wszelki wypadek zbadała sąsiednie jeziora: Mały Kałygir, Wielką i Małą Miedwieżkę ale też bez rezultatu. 

Jeżeli jaskinia skryła się pod wodą, to może to wyjaśnić echolokacja dna jeziora. Echosonda może znaleźć nie tylko wejście pod wodą, ale i sprawdzić, czy na dnie nie znajdują się jakieś instalacje. 

Uczestnicy następnej ekspedycji będą musieli mieć ciężkie skafandry bez przezroczystych szybek. Na to, co tam się może znajdować trzeba patrzeć przez kamery lub przezierniki z odpowiednimi filtrami ochronnymi, by chronić oczy ludzi przed oślepiającym światłem, a ich ciała przed zgubnych „płomieni”. Następna ekspedycja wyruszy nieprędko, ale jej rezultaty mogą przejść wszelkie oczekiwania.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 46/2015, ss. 30-31
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz