poniedziałek, 9 stycznia 2017

TRZY MILIMETRY OD ZAGŁADY...





Dziura ozonowa w latach 1979-2008 nad Antarktydą

Roman Rzepka



Gdyby rozproszony w całej atmosferze ziemskiej ozon uporządkować w postać jednorodnej warstwy (pod normalnym ciśnieniem atmosferycznym) i ulokować go na wysokości około 20 km nad Ziemią, utworzyłby się 3 milimetrowej grubości przeźroczysty niebieski  kokon. Nie zdajemy sobie sprawy od jak niewielkiej ilości niezwykłego gazu zależy nasze istnienie na Ziemi.





Słońce i jego błękity





Energia promieniowania Słońca docierająca do Ziemi w 91% mieści się w paśmie widzialnym, i jest tym, co potocznie nazywamy światłem.

Pozostałe 9% to ultrafiolet. Ze względu na swoje właściwości i znaczenie dla życia naszej planety można o nim powiedzieć , że jest w pewnym sensie promieniowaniem kontrowersyjnym.

 

Pasmo promieniowania ultrafioletowego UV, dzieli się na cztery główne zakresy:

1.      UV A - promieniowanie w zakresie fali 380-315 nm.

2.     UV B  - promieniowanie w zakresie fali 315-280 nm

3.     UV C – promieniowanie w zakresie fali 280-200 nm

4.     UV V – promieniowanie w zakresie fali 200-100 nm



Pierwsze dwa rodzaje promieniowania odpowiedzialne są za opalanie skóry poprzez stymulację procesów pigmentacji. Ważną rolę odgrywają również w syntezie przekształcającej ergosterol ( prekursora  witaminy) w witaminę D2. Ogólnie mówiąc umiarkowana ekspozycja tym promieniowaniem działa pożytecznie i leczniczo.

Inaczej sprawa ma się z zakresem UV C  i UV V. Są to tzw. twarde pasma promieniowania ultrafioletowego. Uważa się, że najgroźniejszym z nich jest pasmo UV C, bowiem w nadmiarze działa mutagennie. Jego działanie w swej istocie polega na ingerencji w utrwalony porządek sekwencji zasad kwasu dezoksyrybonukleinowego (DNA). Dzieje się to w procesie reakcji fotochemicznej prowadzącej do tworzenia się diamerów , a w pierwszej kolejności diamerów Tyminy. Konsekwencją tego zjawiska jest blokowanie syntezy Adeniny. Powoduje to wiele przypadkowych mutacji prowadzących  do chorób nowotworowych lub przy dużej ekspozycji do prawie natychmiastowej dezaktywizacji organizmu. Zjawisko wykorzystano np. do dezynfekcji wody. Proces  można porównać do mechanicznego cięcia łańcucha DNA w żywej komórce  i przypadkowego łączenia się porozcinanych jego fragmentów. To w oczywisty sposób prowadzi do zmiany informacji w kodzie podczas replikacji , wywołuje informacyjny chaos.

Bardzo ważną właściwością promieniowania UV C  jest  jego rola w tworzeniu się trójatomowego tlenu czyli ozonu .

I wreszcie  pasmo niezwykłe, a mianowicie promieniowanie UV V  graniczące  bezpośrednio  z promieniowaniem rentgenowskim . Ten rodzaj promieniowania występuje wyłącznie w próżni kosmicznej, toteż  nie bierze się go pod uwagę jako pasma mogącego mieć wpływ na zjawiska dokonujące się na Ziemi, głównie z powodu  braku zdolności przenikania w głąb atmosfery ziemskiej. Pasmo UV V jest niezwykle groźnym rodzajem promieniowania z racji swojej ogromnej energii – to promieniowanie zabija natychmiast! Jeśli już się o nim wspomina, to tylko w kontekście potencjalnych zagrożeń czyhających na astronautów podczas ich kosmicznych misji. Warto tu wspomnieć, że używane w kosmosie skafandry są nieprzepuszczalne dla tego rodzaju promieniowania, podobnie zresztą jak i metalowe kapsuły statków kosmicznych. Wydaje się jednak, że  właśnie ten, lekceważony przez naukę, rodzaj promieniowania stanowić może klucz do rozwikłania zagadki powstawania dziur ozonowych, ale o tym nieco później...



Podniebna retorta



Na to, że promieniowanie ultrafioletowe może mieć związek z ozonem zwrócono uwagę już pod koniec XIX wieku, ale dopiero w latach dwudziestych XX wieku opracowano pierwszy jakościowo poprawny opis mechanizmów  tworzenia się i rozpadu ozonu w atmosferze ziemskiej.  Dokonał  tego, jako pierwszy,  angielski matematyk i geofizyk Sidney  Chapman.

Zdaniem Chapmana w górnych warstwach atmosfery ziemskiej dwuatomowa cząsteczka tlenu (naturalna, stabilna postać tlenu) w wyniku pochłonięcia wysokoenergetycznego fotonu UV ulega fotodysocjacji na dwa atomy tlenu zgodnie z poniższą reakcją:



O2  + UV => O + O



Tworzą się dwa atomy wysokoreaktywnego tlenu, z których każdy  ma prawie pewną szansę spotkania dwuatomowej stabilnej cząsteczki tlenu O2. Takie spotkanie musi się skończyć powstaniem cząsteczki trójatomowej. Powstaje ozon (O3).



O + O2 +M (dowolna cząsteczka materii, która odprowadza nadmiar energii)  => O3 + M



Należy tu mocno podkreślić, że proces powstawania ozonu odkryty przez Chapmana nie jest incydentalnym zjawiskiem. Jest procesem ciągłym, trwającym nieprzerwanie odkąd   Ziemię spowiła atmosfera zawierająca tlen i trwać będzie nieprzerwanie, w każdej sekundzie, do czasu istnienia układu : Słońce – atmosfera ziemska.  Dotyczy to nie całej planety jednocześnie, a jej części aktualnie oświetlanej przez Słońce, co wydaje się chyba oczywiste.


Łatwo więc zauważyć, że w każdej sekundzie po oświetlonej Słońcem stronie Ziemi produkowane są gigantyczne ilości ozonu gdyż proces jest niezwykle wydajny (im krótsze pasmo UV tym proces wydajniejszy)  i jednocześnie samoregulujący się, ale tylko do momentu, kiedy  nie zostanie zakłócony stan chwiejnej równowagi jakimś istotnym czynnikiem. Proces cały czas dąży do stanu równowagi, czyli produkcja ozonu równoważona jest jego rozchodami a mianowicie  niewielka część produkowanego ozonu spożytkowywana jest do utleniania wielu substancji znajdujących się jako zanieczyszczenia atmosfery, a większość  migrując w kierunku Ziemi  (ozon jest cięższy od każdego ze składników powietrza), ulega szybkiej degradacji do tlenu atomowego i cząsteczkowego. Pewna ilość ozonu  osiąga szybko powierzchnię planety wraz z opadami atmosferycznymi. Łatwo więc zauważyć, że gdyby zachwiana została równowaga i zaczęłoby przybywać w atmosferze ozonu ponad ustalone przez Naturę potrzeby, groziłoby to całkowitym odcięciem Ziemi od promieniowania UV. Byłoby to zjawisko równie niekorzystne co jego niedobór, gdyż ozon jako taki  (w stanie czystym ) jest gazem trującym i jego nadmierne stężenie w atmosferze stałoby się śmiertelne dla życia biologicznego na Ziemi. Tak więc niska stabilność cząsteczki ozonu, mówiąc nieco żartobliwie, – ma sens . W warunkach tzw. domowych ozon powstały podczas  np.  świecenia  lampy ultrafioletowej lub jakiegoś wysokonapięciowego wyładowania  w urządzeniach elektrycznych ulega bardzo szybkiemu rozpadowi, jego żywotność nie przekracza zwykle kilkudziesięciu minut, i zależy to od wielu czynników, głównie temperatury.




Nobel za wielkie (?) odkrycie





            Systematyczne obserwacje i pomiary zawartości ozonu w atmosferze wskazywały na okresowe jego zmniejszanie się prowadzące do występowania obszarów w atmosferze   przez które swobodnie docierało do Ziemi promieniowanie UV /A,B,C/ w ilościach mogących wywierać istotny wpływ na życie biologiczne  planety. Obszary te nazwano dziurami ozonowymi.
 

W roku 1995 trzem uczonych -  Paulowi Crutzenowi, Sherwoodowi Rowlandowi i Mario Molinie przyznano Nagrodę Nobla za  stworzenie teorii wyjaśniającej mechanizm powstawania w atmosferze Ziemi dziur ozonowych. Winowajcą groźnego zjawiska zdaniem Noblistów miał się okazać człowiek, a ściślej  jeden z jego produktów uważanych za milowy krok w rozwoju cywilizacji, czyli freon.


Ponad 60 lat temu międzynarodowy koncern chemiczny Du Pont wprowadził na rynek produkt o tej właśnie nazwie. Z chemicznego punktu widzenia freon jest  węglowodorem nasyconym należącym do perhalogenoalkanów. Freon bardzo łatwo w określonych warunkach zmienia stan skupienia: gaz-ciecz-gaz, i dzięki tej właściwości stał się doskonałym medium do urządzeń obniżających temperaturę (chłodnie, lodówki, klimatyzacja), a także jako czynnik atomizujący w przemyśle kosmetycznym –  np. dezodoranty. Jego dużej trwałości, jako pierwszorzędnej cesze, przypisuje się główną rolę w niszczeniu  warstwy ozonowej atmosfery. Warto w tym miejscu wspomnieć, że aczkolwiek cząsteczka freonu jest dużo cięższa od powietrza to twierdzi się, że uwolniona np. z dezodorantu migruje w górne warstwy atmosfery nawet przez 20 lat by tam dotarłszy, dokonywać spustoszenia  warstwy ozonowej. Niszczycielski mechanizm działania freonu zgodnie z teorią „wycenioną” na Nagrodę Nobla przebiega następująco:



Freon +UV => C (spala się do CO2) + F + Cl



Uwolnione atomy chloru (Cl) reagują z ozonem (O3) tworząc tlenek chloru ClO i cząsteczkowy tlen (O2) – zmniejsza się ilość ozonu, czyli dochodzi do tworzenia się dziury ozonowej. Otwiera się droga dla głębokiej penetracji promieniowania UV wszystkich jego zakresów . ... Ale  przecież w tej  „dziurze” jest znowu tlen (!) i znowu działa na niego promieniowanie UV, gdyż ma otwartą szeroko drogę! Czyż teraz w tej dziurze nie będzie się natychmiast tworzył ozon?! – Takie retoryczne pytanie łatwo musi się tu nasunąć. Odpowiedź więc może być tylko jedna: ozon po prostu powinien się wytworzyć w powstałej dziurze, ... ale przecież nie zawsze tak się dzieje ....!





Dziury ozonowe nad biegunami i nie tylko





Od kiedy chemią atmosfery zaczęto zajmować się w sposób systemowy, zauważono pewne niespójności w teorii powstawania dziur ozonowych ogłoszonej przez wcześniej wspomnianych Noblistów. Okazało się bowiem, że największe braki ozonu a tym samym najokazalsze dziury ozonowe odkryto nad biegunami Ziemi, najpierw południowym, później północnym. Jak więc wytłumaczyć ten zaskakujący fakt? Zjawisko wystąpiło najsilniej tam, gdzie zgodnie z  „teorią freonową„  praktycznie nie powinno nigdy wystąpić! Aby być konsekwentnym w twierdzeniu, że winien jest wyłącznie człowiek, (a ściślej jego freon), uzupełniono szybko teorię freonową o pewne „uściślenia”.  Jak łatwo zauważyć raczej trudno w tym momencie byłoby mówić o bezpośrednim antropogenicznym wpływie na powstawanie dużych dziur ozonowych  nad biegunami, ... no bo w końcu ileż wypuszczonego do atmosfery freonu można przypisać garstce przebywających tam polarników! 


Poradzono  sobie z tym problemem dość sprytnie , Założono bowiem, że sprawcą zjawiska są zawieszone w arktycznej atmosferze cząsteczki chlorowodoru (HCl) i zestalonych kryształków hydratu kwasu azotowego (ClONO2) na których to substancjach zachodzą pewne procesy fizyczne i reakcje  chemiczne, w rezultacie czego powstaje cząsteczkowy chlor (Cl2) , który reagując z ozonem atmosferycznym tworzy tlenek chloru (ClO) i cząsteczkowy tlen (O2). Ubywa znowu ozonu, a dzieje się to w sposób następujący:



ClO + ClO => Cl2 + O2 (dimer)



Powstałe dimery bardzo łatwo rozkładają się pod wpływem światła (bez uściślenia jakiego światła?) na cząsteczkowy tlen (O2) i atomowy chlor (Cl). Zdaniem Noblistów cykl rozkładu ozonu może się zacząć od nowa bo „odzyskany” atom chloru może z powrotem wchodzić w reakcję z ozonem i reakcja może „kręcić się” w nieskończoność...


I wszystko wydawałoby się w najlepszym porządku, bo produkcja ozonu praktycznie ustaje wobec braku promieniowania UV (arktyczna noc)  , a wiosną jego resztki w pierwszych promieniach Słońca, gdy uruchomiona zostaje  sublimacja substratów  (HCl i ClONO2),  zostają szybko pożarte przez  wspomniane wyżej reakcje. Może tak i mogłoby być, gdyby nie małe „ale”.


To „ale” jest przecież najczyściejsza enklawa jaką można znaleźć na Ziemi, skąd raptem w najczystszej na Ziemi atmosferze znalazły się potrzebne do przebiegu niszczycielskich reakcji substraty – akurat właśnie tam? 


„Zanieczyszczenia zawierające chlorowce ( np. freon )  transportowane są do biegunowej atmosfery przez wiatr...” –twierdzą Nobliści. Hmm...


Zrodzić się też może pytanie następne: jak to się dzieje, że mimo znacznego zmniejszenia  zużycia freonów (spadło z 1,3 mld kg w roku 1988 do 0,5 mld kg w roku 1993), to jakby na przekór temu, zmniejszenie jego emisji nie miało  żadnego wpływu na zwiększenie się koncentracji ozonu w atmosferze ziemskiej, wręcz obserwowano sezonowe powiększanie się dziur ozonowych nad niektórymi obszarami Ziemi. Nobliści wyjaśnili ten fakt bardzo długim okresem wędrówki cząsteczek freonu w górne warstwy atmosfery ziemskiej, okresem trwającym nawet 20 lat. Tak długi czas migracji cząsteczki freonu w atmosferze ziemskiej wydaje się mimo wszystko trudny do zaakceptowania, bo freon jako substancja cięższa od powietrza,  mimo chwilowych „wzlotów” w wstępujących prądach powietrza musi w końcu opaść na Ziemię, i na pewno opadnie dużo prędzej niż w ciągu tych dwudziestu lat. Na Ziemię szybko sprowadzić go też mogą opady atmosferyczne i wpłukać do gleby lub umieścić w jakimś zbiorniku wodnym, a  tam – szczególnie w glebie, freon  jak każda substancja organiczna szybko ulegnie mineralizacji.  Gleba to niezwykle skomplikowane „laboratorium” fizykochemiczne i na dodatek żywe, którego ostatecznym celem jest właśnie mineralizacja substancji organicznych.  Nie wzięto tu również pod uwagę pewnego faktu znanego od dawna, a mianowicie , że zanieczyszczenia takie jak chlorowodór czy też hydrat kwasu azotowego , zresztą nie tylko one, czyli substancje, które „ulepszyły” teorię ozonową, są skwapliwie wykorzystywane przez Naturę jako inicjatory opadów atmosferycznych, a mówiąc dokładniej jako jądra kondensacji. Te i inne związki (np. jodki srebra itp.) wykorzystuje się w eksperymentach sztucznego wywoływania deszczu.  Tak na marginesie mówiąc, to gdyby takie długodystansowe (również w górę) wędrówki ciężkich cząstek były możliwe, już dawno nasze niebo zakryłaby nieprzenikniona warstwa ziemskich śmieci – już dawno byłoby „po wszystkim” !


Przedstawiona przez Noblistów teoria powstawania dziur ozonowych    z pewnością  jako teoretyczny model, przy pewnych założeniach, jest poprawna, i co do tego nawet nie wypada mieć wątpliwości, lecz skala zjawiska, jeśli ono nawet w takiej postaci   zachodzi, z pewnością jest na tyle znikoma ilościowo, że nie może być znaczącą przyczyną powstawania ogromnych dziur ozonowych.  Zmniejszanie się warstwy ozonowej nad ziemskimi biegunami wydaje się być wcale nie takie sensacyjne, a nawet w pewnym sensie jest to proces przebiegający cyklicznie i zupełnie prawidłowo.   Zmniejszenie warstwy ozonowej nad biegunami spowodowane jest ujemnym bilansem cyklu ozonowego w czasie długich polarnych nocy. Ozon jako niestabilna odmiana alotropowa tlenu posiada bardzo krótki czas trwania – o czym wcześniej wspomniano.  Zjawisko występowało z całą pewnością zawsze, ale ujawnione zostało od niedawna, od kiedy możliwa stała się jego obserwacja i pomiar – stąd sensacyjność i groza zjawiska.  


Jeśliby przyjąć teorię autorstwa wspomnianych Noblistów, wskazującą działalność człowieka jako jedyną w tym przypadku przyczynę powstawania dziur ozonowych należałoby szybko przedsięwziąć jakieś radykalne działania. A zatem co należałoby natychmiast uczynić ? Wyrzec się lodówek, chłodni, klimatyzacji, wycofać się z zaawansowanych technologii? Wyrzec się produkcji i stosowania freonu . Ja w każdym razie, póki co , nie wyrażam zgody na odebranie mi mojej lodówki, mogę co najwyżej zrezygnować z różnych  psiukanych kosmetyków, ale też tylko wtedy, kiedy byłbym przekonany o słuszności teorii freonowej. A, że daleko mi do takiego przekonania, więc dopóki nie znajdzie się inny sposób obniżania temperatury, dopóty świadom jego znikomego, albo żadnego wpływu na powstawanie dziur ozonowych, będę bronił freonu. Nie oznacza to, co chciałbym mocno podkreślić, że nie widzę wielu zgubnych  dla środowiska skutków działalności człowieka a głownie w sferze wytwarzania energii. Niczym nie okiełznana obłąkańcza idea zysku za wszelką cenę, widoczne „gołym okiem” blokowanie wszelkich poważnych idei w kierunku powszechnego wykorzystania energii odnawialnych (słońce, wiatr, kinetyka wód), często niezrozumiała głupota pseudoekonomistów,  musi doprowadzić do katastrofy. Chociaż wierząc w nieograniczoną mądrość Natury, to tylko czekać, kiedy straci ona cierpliwość, i ...wciśnie funkcję „Napraw”.  Wracając jednak do technologii obniżania temperatury należy przypuszczać, że pomysł wprowadzenia nowych , szybciej rozkładających się mediów chłodzących opartych na węglowodorach nienasyconych, zaprowadzi  w ślepą uliczkę, bo ich chemiczna natura jest taka ,  że są po prostu aktywniejsze chemicznie i to znacznie, a wtedy dopiero może powiać grozą...




Rubinowa poświata




Nasza egzystencja na błękitnej planecie przypomina ciągły marsz przez nie mające końca pole minowe, i choćby nie wiedzieć ile mielibyśmy szczęścia podczas tego marszu, to rachunek prawdopodobieństwa jest okrutnie bezlitosny...

We wrześniu 1980 roku i październiku 2000 roku w godzinach południowych obserwowałem bardzo dziwne zjawisko. Byłem w obydwu przypadkach na otwartej szerokiej przestrzeni w okolicach Giżycka. Niebo było nieskazitelnie czyste, lazurowe, bez najmniejszej chmurki – to bardzo ważne w tym momencie! Nagle otaczająca mnie przestrzeń przybrała dziwne, monochromatyczne rubinowe zabarwienie. Było to światło  nienaturalne, wręcz niesamowite. Odruchowo spojrzałem na słońce i oto okazało się, że to ono świeciło takim kolorem! Wyglądało jakby ktoś nałożył na jego tarczę   gigantyczny filtr fotograficzny o takim właśnie kolorze. Zjawisko trwało około 3-4 minut i również dość nagle się skończyło. Jak się później dowiedziałem wiele osób potwierdzało obserwację podobnych zdarzeń.


Nie bez przypadku przywołałem dziwne zjawisko świetlne , bo wspomniany fenomen może mieć kluczowe znaczenie w wyjaśnieniu rzeczywistej przyczyny powstawania dziur ozonowych. W tym jednak miejscu  należy włączyć w całą sprawę ...komety. Otóż te tajemnicze obiekty kosmiczne, kiedy w swojej niezmierzonej wędrówce po wszechświecie przecinają wewnętrzny Układ Słoneczny, pod wpływem słonecznego ciepła odparowują i uwalniają   gigantyczne ilości gazów i pyłów, które zerwane z bryły kosmicznego przybysza i rozciągnięte wiatrem słonecznym na  wiele milionów kilometrów tworzą błękitno białe spektakularne ogony komet. Te gigantyczne ilości gazów i pyłów zgubione przez komety pozostają niestety w mrocznej kosmicznej przestrzeni niczym smugi kondensacyjne odrzutowców, znacząc w kosmosie swoje niebiańskie szlaki. Z czasem powoli ubywa „zguby”, bo część materii jest przechwytywana przez grawitacje dużych kosmicznych obiektów (ostatnio odkryto gazowe księżyce) lub wtedy, kiedy ich trajektorie mają okazję przeciąć się. Kiedy Ziemia wpada w taką zaśmieconą drogę liczymy na spełnienie naszych marzeń, obserwując spadające z nieba „gwiazdy. Zjawisko powtarza się na Ziemi cyklicznie kilka razy w roku, bo i śladów tych dalekich gości jest wiele np. Leonidy.  


Drogi Czytelniku, jestem przekonany, że wiele razy obserwowałeś słoneczną tarczę przez dymną zasłonę , choćby przez dym palącego się ogniska – czyż wtedy słońce nie przybiera barwy bursztynowej lub rubinowej! Co z tego wszystkiego wynika ?

Musimy się tu cofnąć do początku niniejszego tekstu, a mianowicie przypomnieć sobie, że promieniowanie UV V o długości poniżej 200 nm istnieje tylko w kosmicznej próżni i zdaniem nauki nie ma  żadnego wpływu na zjawiska zachodzące na Ziemi, w tym również   na problem bilansu ozonowego. Nasuwa się tu jednak pytanie, wręcz ciśnie się ono na usta: dlaczego właśnie ten rodzaj promieniowania istnieje tylko tam, w kosmicznej pustce, a nie propaguje w głąb atmosfery ziemskiej? 


Odpowiedź może być tylko jedna: – bo istnieje bariera, która go zatrzymuje!


I żeby było ciekawiej taką barierę  pasmo UV V ( <200 nm ) buduje sobie samo!  (Omawiany tu mechanizm ilustruje załączony w tekście rysunek). Mianowicie, jako promieniowanie  o najwyższej energii  spośród zakresu obejmującego wszystkie rodzaje promieniowania UV, bo wynoszącej  99 x 10^22 J, czyli energii dwukrotnie wyższej od zakresu  „opalającego” skórę,  jest ono najwydajniejszym „producentem”  ozonu. Dzieje się to w procesie jednoczesnym in statu nascendi – UV V tworzy  ozon, który  staje się w tym momencie nieprzenikliwą dla tego promieniowania barierą. Proces rozpoczyna się już na początku stratosfery z wykorzystaniem pierwszych napotkanych tam atomów tlenu. Mówi się więc, że UV V istnieje tylko w kosmicznej próżni, to tak jakby z natury rzeczy nie miało „ochoty” na dalszą, ku Ziemi wędrówkę. Dłuższe pasma fal UV (A,B,C) pokonują  jednak w znacznej części ozonową barierę, bo taka jest prawidłowość wynikająca z właściwości fal. One to nas opalają i katalizują syntezę witaminy D2.  I jeszcze jedno,  panuje powszechna zgoda – bo nie może być inaczej – , że ozon jako gaz cięższy od pozostałych składników atmosfery, powoli opada w dolne jej warstwy. Ale przypomnijmy sobie „teorię freonową”! mówiącą, że podobno i inne gazy równie ciężkie (np.freon), potrafią wznosić się do góry, nawet przez 20 lat tam wisząc! Można tu zapytać: to jak to wreszcie jest z migracją cząsteczek cięższych od powietrza ?


 Wróćmy jednak do komet. Co mają one w końcu wspólnego z ozonowymi dziurami?


Ano mają! Ich pozostawione na osi Słońce – Ziemia, gazowe i pyłowe śmieci w pewnych miejscach kosmosu działają jak fotograficzny filtr UV, odcinając emitowane przez naszą dzienną gwiazdę pasmo UV V – najwydajniejszego producenta ozonu . To tam  i wtedy , tworzą się de facto dziury ozonowe. Bez większych zaś strat pozostałe pasma UV (A,B,C) nie zatrzymywane kometarnym „filtrem” ani dostatecznym stężeniem ozonu w atmosferze (wiadomo dlaczego) docierają do powierzchni Ziemi, a w tej sytuacji w znacznie zawyżonych ilościach.  Jako zakresy o niższej energii nie są w stanie wytworzyć w atmosferze  dostatecznej ilości ozonu , który mógłby zatrzymać ich głęboką, do powierzchni Ziemi włącznie, penetrację.  


Od zarania dziejów pojawienie się na niebie komety budziło strach i przerażenie, i nie bez przypadku, bo po każdym takim przelocie, ludzi na Ziemi gnębiły p r z e z  l a t a choroby i śmierć – motyw  znany  chyba wszystkim kulturom .

 Po stwierdzeniu w roku 1985 znacznych ubytków ozonu nad Australią i Nową Zelandią  zaobserwowano w tych rejonach świata wielokrotny wzrost chorób nowotworowych skóry – ach te legendy ...!



Może w tej sytuacji warto byłoby coś zrobić?


Może warto byłoby  przeanalizować „rozkłady jazdy” komet, ich trajektorie, czyli zaśmiecone obszary kosmosu, i korelację tych zdarzeń,  i porównać to z natężeniem i rozkładem dziur ozonowych w atmosferze Ziemi. Może w ten sposób udałoby się stworzyć precyzyjny system prognozowania groźnego zjawiska. I na koniec taka konstatacja: czy ludzki strach zaklęty w legendach o kometach,  czy to li tylko barwny folklor? A no właśnie,  gdyby podjąć badania o jakich wspomniałem wyżej, to również i antropolodzy otrzymaliby ciekawą odpowiedź. Kapitule Noblowskiej też dałoby to dużo do myślenia, jeśli chodzi o typowanie naukowców do tego wielkiego zaszczytu, jakim jest Nagroda Nobla.