sobota, 16 grudnia 2017

Problem migrantów – aspekt medyczny



Wstrząsający apel lekarki z Niemiec! Ta relacja mrozi krew w żyłach…


Wczoraj w szpitalu mieliśmy spotkanie o tym jak tutaj i w innych monachijskich szpitalach sytuacja jest niezadowalająca. Kliniki nie mogą sobie poradzić z liczbą  wypadków medycznych wśród imigrantów.

Wielu muzułmanów nie chce by pomagał im żeński personel medyczny, i my kobiety teraz odmawiamy chodzenia wśród imigrantów! Relacje między personelem i imigrantami przechodzą ze złych na gorsze. Od ostatniego weekendu migrantom idącym do szpitali muszą towarzyszyć jednostki K-9.

Wielu imigrantów ma AIDS, syfilis i prątkującą gruźlicę i wiele innych egzotycznych chorób które my w Europie nie wiemy jak leczyć.

Jeśli dostaną receptę do apteki, to nagle dowiadują się, że muszą płacić gotówką. To prowadzi do niewyobrażalnych wybuchów, zwłaszcza kiedy to są leki dla dzieci. Zostawiają dzieci z personelem apteki ze słowami: Więc leczcie je tutaj sami!

Dlatego policja nie tylko chroni kliniki i szpitale, ale też duże apteki.

Otwarcie pytamy gdzie są ci którzy witali imigrantów przed kamerami TV  z plakatami na dworcach kolejowych? Tak, w tej chwili granicę zamknięto, ale milion ich już tu jest i na pewno nie będziemy mogli się ich pozbyć.

* * *

Przerażające. Ale w Polsce są jeszcze pożyteczni idioci, którzy nawołują do przyjmowania „migrantów” do naszego kraju. Owszem – ludziom trzeba pomagać w biedzie i potrzebie. Trzeba pomagać słabszym, chorym, osamotnionym, ofiarom zbrodniczego szaleństwa wojny. Trzeba dać im wsparcie duchowe i materialne. Niestety, Niemcy wybrali najgorsze i najgłupsze rozwiązanie, dzięki któremu w Europie podnoszą czarnobrunatne łby upiory faszyzmu i hitleryzmu.

„Migranci” przenoszą różne choroby, które mogą zdziesiątkować ludność Europy. To oczywista oczywistość, przed którą ostrzegałem na łamach m.in. „Polski Zbrojnej” we wczesnych latach 90. XX wieku, choć sam problem był na naszych granicach już wcześniej. Ja się z nim spotkałem w latach 80., kiedy to przez Polskę wiódł szlak z Turcji i Kurdystanu do Szwecji. Po pewnym czasie Szwedzi zwęszyli pismo nosem i po prostu zamknęli dla nich swe granice. I nikt nie mówił o humanitaryzmie, o pomocy, o prześladowaniach, itp. bzdetach serwowanych nam przez polskich quasi-Europejczyków. Szwedzi po prostu powiedzieli „dość”. I pozostawili problem nam. NRD ich nie przyjmowało, inne kraje socjalistyczne też nie, bo i z jakiej racji? Wiadomo było, że są to potencjalni terroryści i nikt nie chciał mieć kłopotów. Dopiero przyjął ich Berlin Zachodni.

Druga fala migracji zaczęła się, kiedy Polska otworzyła granice po przewrocie w 1989 roku. Przede wszystkim ściągali do nas rumuńscy Cyganie – pardon - Romowie, którzy masowo pchali się do Niemiec i oblegali naszą zachodnią granicę.

Jak tylko sięgam pamięcią, z Romami zawsze były kłopoty na granicach. Próby - udane i nieudane - nielegalnego przekroczenia granicy, przemyt, kradzieże dokumentów, wszelkiego rodzaju fałszerstwa, to była normalna codzienność, jeżeli idzie o tą kategorię osób przekraczających granicę. W rumuńskimi Romami problem polegał na tym, że wyjeżdżali z Rumunii i przybywali do Polski legalnie. Rumuni mieli ich dosyć, więc wydawali im paszporty bez problemów. Problem z nimi miała cała Europa, o czym się nie mówiło, bo obowiązywała poprawność polityczna.

Osobny problem stanowili Czeczeńcy i inne narody Kaukazu. Ci od razu zasilili polskie podziemie przestępcze i szczególnie wprawili się w kradzieżach i przemycie luksusowych samochodów (i nie tylko) z Niemiec via Polska do krajów byłego ZSRR. Wytworzyła się ciekawa sytuacja, bo walczący ze sobą Czeczeńcy i Rosjanie poza Rosja i Czeczenią doskonale współpracowali ze sobą w przestępczym procederze, o czym się nie mówiło z politycznych względów – wszak Czeczeńcy to byli ci „dobrzy” walczący ze „złymi” Rosjanami…

Jeszcze wtedy, w latach 90., przestrzegałem przed możliwym zawleczeniem do Polski chorób, które występowały na terytorium b. ZSRR – z dżumą włącznie. Oczywiście nasze meldunki w tej sprawie poszły do kosza, i dopiero kilkanaście zachorowań na gruźlicę, błonicę i inne tego rodzaju choroby zawleczone zza wschodniej granicy sprawiły, że personel GPK został zaszczepiony przeciwko nim. Do Polski znów zajrzało widmo gruźlicy, które w tak teraz pogardzanej Polsce Ludowej zostało praktycznie rzecz biorąc, wyeliminowane. Podobnie z innym dopustem bożym w postaci dżumy i ospy czarnej. Niby są wyeliminowane z Europy, ale wcale nie jest powiedziane, że nie występują w jakichś zapadłych kątach naszej planety? Czarna Śmierć pojawiła się kilka razy w Azji Środkowej, więc może zawitać także i do nas…

Aktualnie zaczęło się w Niemczech to, czego się można było spodziewać. Zawleczono groźne infekcje i wcale się nie zdziwię, kiedy gdzieś tam dojdzie do wybuchu epidemii którejś z gorączek krwotocznych, na które jak na razie nie ma szczepionek ani lekarstw.

Pozwolę sobie postawić pytanie: czy stać nas na przyjmowanie uchodźców ekonomicznych, którymi de facto i de iure są ci „migranci”? Czy stać nas na ich bezpłatne leczenie i ochronę Polaków przed potencjalnymi groźnymi infekcjami? Czy stać nas na utrzymywanie potencjalnie wrogich elementów w naszym kraju? We wszystkich trzech przypadkach odpowiedź brzmi – NIE.

Nie mówiąc już o tym, że aktualnie panuje krucjata przeciwszczepionkowa – szczególnej urody głupota lansowana przez niektóre kręgi „uczonych”, którzy chyba czują się niedowartościowani i sieją zamęt w głowach polskich (i innych) wykształciuchów. Ich czołowa argumentacja, że szczepionka zaszkodziła jakiemuś dziecku, które po zaszczepieniu zachorowało i umarło działa na wyobraźnię, owszem – ale ci zwolennicy krucjaty antyszczepionkowej już nie mówią o tym, że umarło czy zachorowało jedno dziecko, ale 100.000 żyje i się uodporniło! Goebbels byłby z nich dumny!

Jako ateista mam gdzieś cały ten religijny badziew, którym tak niektórzy się podniecają, i nie życzę sobie by ktoś siłą nawracał mnie na jakieś majaczenia chorego mózgu. Jednak jako (przeklęty przez PO i PiS-owskie władze) żołnierz WOP i funkcjonariusz SG, mimo wszystko czuję się odpowiedzialny za losy Ojczyzny. Nie jestem stronnikiem PiS, ale w tym jednym jedynym przypadku przyznaję im rację: żadnych „migrantów” na polskiej ziemi dla naszego własnego bezpieczeństwa medycznego! Pomagać im – proszę bardzo, zawsze i wszędzie – ale na ich ziemi, bo to jest jedyne sensowne działanie w naszym własnym, dobrze pojętym interesie.