niedziela, 3 stycznia 2021

Atomowy program Hitlera (1)

 

Bomba A Hitlera

Kiedy w połowie lat 90. ub. stulecia wraz z dr. Milošem Jesenským pisałem książkę o pozaziemskich technologiach w III Rzeszy, to naszą uwagę zwrócił fakt, że Niemcy chcieli skonstruować bombę A w ramach swego projektu Wunderwaffe – cudownej broni odwetowej, która odwróciłaby losy wojny – przede wszystkim na Wschodzie, gdzie Armia Czerwona po początkowych porażkach i przegranych bitwach brała srogi odwet.

W ramach tego projektu powstawały konstrukcje, które stanowiły podstawę dzisiejszych konstrukcji broni takich jak: samoloty odrzutowe, rakiety balistyczne i kosmiczne - ICBM, konwencjonalne i atomowe okręty podwodne, podwodne wyrzutnie SLBM, elektroniczne maszyny szyfrujące i deszyfrujące – ENIGMA, komputery lampowe, itd. itp. – w tym także zagadkowe latające talerze znane pod ogólnym określeniem V-7. A do tego wszystkiego zagadkowe obiekty pod zamkiem Książ (Fürstenstein), w zamku Czocha (Tschocha) czy w górach Sowich – der Riese… - te tajemnice i zagadki wciąż czekają na swe rozwiązanie.

Oczywiście przyjęliśmy wtedy, że Riese był hitlerowskim Alamogordo, gdzie niemieccy uczeni pracowali nad energią jądrową. Sprzyjało temu położenie z daleka od frontów i poza zasięgiem alianckiego lotnictwa, obecność rud uranowych w Kowarach i Górach Sowich, źródeł wody do flotacji i wzbogacania rudy oraz innych procesów technologicznych. Problem polega na tym, że rzecz jest nie do udowodnienia – bo pozostały nam relacje świadków i niejasne dokumenty z czasów PRL. Wszystko, co było tam umieszczone zostało zdemontowane i wywiezione już to do Rzeszy i dalej przekazane Amerykanom i Brytyjczykom, już to do ZSRR, gdzie powstawały właśnie ośrodki badań nad energią jądrową.[1]

Bogusław Wołoszański w jednym z programów z cyklu „Sekrety XX wieku” opowiedział o dwóch tajemnicach Wrocławia, które w pewien niezwykły sposób wiążą się ze sobą, a obie mają związek także z tajemnicami Gór Sowich. Pierwszą z nich są dwie dziwne budowle znajdujące się we Wrocławiu i które określa się jako schrony przeciwlotnicze chyba tylko poprzez analogię do podobnych budowli w Berlinie, które miały za zadanie bronić miasta przed alianckimi samolotami. Jedno jest pewne – te wrocławskie „schrony” nie mogły nimi być, bo po prostu nie mają parametrów typowych dla tego rodzaju budowli typu LSR. Bogusław Wołoszański stawia więc na to, że budowle te mogły być jakimiś instalacjami i bez ogródek twierdzi, że były to reaktory jądrowe. Ale to też jest dziwne – niemieccy uczeni musieli znać i potrafili obliczyć efekty eksplozji takiego urządzenia nuklearnego, a mimo to postawili dwa z nich w mieście? Wrocław to rozległe miasto i eksplozja takiego … czegoś zrównałaby je z ziemią, o mieszkańcach już nie mówiąc, bo wiadomo, że wybuch jądrowy by ich zabił.


Lokalizacja  tajemniczych "schronów" we Wrocławiu

Wygląd jednego ze "schronów"


Pisze tedy Bogusław Wołoszański:

 

Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce

 

Wydawałoby się, że wiemy już wszystko o historii II wojny światowej. Tymczasem nawet na ulicy można natknąć się na tajemnice i zagadki.

Oto we Wrocławiu na pl. Strzegomskim stoi wysoki okrągły budynek, a drugi taki sam na ulicy Ołbińskiej.  A nikt nie wie, czemu miały służyć. Można usłyszeć, że to schrony przeciwlotnicze wzniesione na początku lat 40. Tyle że wystarczy chwila zastanowienia nad ich architekturą, by pojawiły się wątpliwości.

Zazwyczaj takie obiekty lokowano pod ziemią (niemieckie normy przewidywały głębokość 15 m w gruncie piaszczystym i 6 m w skałach) lub pod masywnymi budynkami, stanowiącymi dodatkowe zabezpieczenie. A te budowle (łatwe do wypatrzenia z powietrza) wyrosły na 5 pięter. Na każdej kondygnacji widać wiele okrągłych otworów. Wentylacyjnych? W schronie, który miał zabezpieczać ludzi przed gazami? W dodatku liczne otwory osłabiały konstrukcję.

Wewnętrzna architektura jest jeszcze bardziej zastanawiająca. Komunikację między piętrami zapewniała szeroka klatka schodowa w prostokątnej przybudówce oraz schody opasujące centralny szyb. Podobno były też dwie windy, po których pozostały otwory w podłogach. Windy w schronie przeciwlotniczym?! Wniosek może być tylko jeden: to nie był schron przeciwlotniczy.

Więc co? Odpowiedzi należy szukać dość daleko od Wrocławia – w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu nad Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.

Czyżby wrocławskie bunkry służyły temu samemu celowi? I tak dochodzimy do jednej z najbardziej frapujących tajemnic II wojny światowej: niemieckiej bomby atomowej. Jeszcze kilka lat temu sprawa wydawała się oczywista: hitlerowcy próbowali zbudować bombę „A”, lecz zabrakło im czasu. Dowodem miał być niedokończony reaktor w Haigerloch na zachód od Monachium, odnaleziony w 1945 r. przez żołnierzy USA. Dzisiaj już wiemy, że reaktorów było więcej. Jeden z nich w Lipsku eksplodował, w innych miejscach osiągano pewne sukcesy.  Prawdziwą sensacją stało się ujawnienie przez Archiwum Prezydenta Federacji Rosyjskiej raportów szefa wywiadu wojskowego GRU Iwana Iliczowa. W końcu marca 1945 r. informował Stalina, że Niemcy przeprowadzili w Turyngii dwie eksplozje o niezwykłej mocy. „Bomba zawierała przypuszczalnie Uran 235” – oceniał Iliczow.

Stalin, zdając sobie sprawę z wagi tej informacji, przekazał raport Igorowi Kurczatowowi, szefowi radzieckiego programu nuklearnego. Naukowiec wstrzymał się od ostatecznej oceny, lecz nie wykluczył, że mogła to być eksplozja atomowa. Dalsze odkrycia (poczynione już po wkroczeniu do Turyngii wojsk USA) wskazują, że hitlerowcy przeprowadzili próbny wybuch atomowy o niewielkiej mocy. W czasie tego testu śmierć poniosło kilkuset więźniów pobliskiego obozu koncentracyjnego, których wykorzystano do sprawdzenia skutków eksplozji, a potem ich ciała spalono. Próba była filmowana i ten film przejęli Rosjanie. Do dziś jest zamknięty w archiwum.

Wydaje się więc pewne, że hitlerowcy byli blisko skonstruowania bomby nuklearnej. Nie starczyło im czasu z ich własnej winy, choć to niemiecki naukowiec Otto Hahn pierwszy dokonał rozbicia jądra że to osiągnięcie można wykorzystać, i nie wierzył w moc nowej broni. Najpierw, gdy Wehrmacht odnosił zwycięstwa, nie było powodów, aby wydawać miliony na badania nad atomem. Później, gdy odwróciły się losy wojny, trudno było nadrobić stracony czas. Tym bardziej że środowisko niemieckich naukowców było skłócone, ścierały się też władze i dowództwo wojskowe.

Czy w tej niezwykłej i wciąż tajnej historii niemieckiej broni nuklearnej możemy szukać wyjaśnienia wrocławskiej zagadki?  A może ta historia łączy się z tajemnicą gigantycznych podziemi „Riese” w okolicach Wałbrzycha. Trudno bowiem uwierzyć, że podziemne sztolnie drążono po to, aby ukryć w nich fabryki zagrożone alianckimi nalotami. Największe, wybetonowane już hale w kompleksach „Osówka” i „Rzeczka”, choć wysokie, są za wąskie i za krótkie, aby można było podjąć w nich masową produkcję zbrojeniową. Przeniesienie zakładów przemysłowych z centralnych części Niemiec na Dolny Śląsk w końcu 1944 r.  wydaje się niemożliwe.

Wystarczy porównać podobną operację przeprowadzoną w ZSRR w 1941 r.: dla przewiezienia maszyn z jednego tylko zakładu „Zaporożstal” potrzeba było 8 tys. wagonów.  Ewakuacja, choć uratowała radziecką gospodarkę, na wiele miesięcy poważnie obniżyła wyniki produkcyjne. W końcu 1944 r. Niemcy nie mogli sobie na to pozwolić. Zwłaszcza że alianckie naloty niewiele szkodziły niemieckiemu przemysłowi, a ich głównym celem nie były fabryki (20 proc. zrzuconych bomb), lecz linie komunikacyjne (32 proc.) i ośrodki administracyjne (20 proc.).

Czyżby więc okrągłe bunkry we Wrocławiu wskazywały kierunek rozważań nad przeznaczeniem kompleksu „Riese”? Hale w „Osówce” i „Rzeczce”, za krótkie i wąskie dla produkcji przemysłowej, są w sam raz dla wirówek wzbogacających uran. Może więc warto rozglądać się bacznie, spacerując ulicami…[2] 

 

I jeszcze jeden tekst o hitlerowskiej bombie A:

 

Bomba atomowa Hitlera. Niezwykła broń, która nie zmieniła losu II wojny

 

Atomowy grzyb nad Nowym Jorkiem rośnie w oczach. Załoga niemieckiego bombowca, który przeleciał nad Atlantykiem tylko po to, by zrzucić na amerykańską metropolię śmiercionośny ładunek, składa sobie gratulacje, przyznając w myślach Krzyże Żelazne. Plan fuhrera działa. Niszczycielska moc nowej broni daje nadzieję na odmianę losu i zwycięstwo III Rzeszy.

Ten scenariusz, kreślony wielokrotnie przez różnych fantastów, może wydawać się bardzo przekonujący. Zwłaszcza gdy popkultura weźmie go w swoje tryby, racząc nas choćby serialową adaptacją „Człowieka z wysokiego zamku” czy filmowymi dziełami na miarę „Vaterlandu”. Warto jednak zastanowić się, czy niemiecka Wunderwaffe – cudowna broń – a zwłaszcza bomba atomowa, faktycznie mogła zmienić los II wojny? I czy Niemcy byli w stanie ją wyprodukować?

Łatwiejsza wydaje się odpowiedź na drugie pytanie, bo przecież gdyby mogli, to by wyprodukowali. Problem jest jednak bardziej złożony, o czym świadczą różne, czasem skrajnie odmienne interpretacje badaczy poszukujących odpowiedzi na pytanie, jak blisko wyprodukowania broni jądrowej była III Rzesza.

 


Amerika Bomber: tym samolotem Hitler chciał zbombardować Nowy Jork


Dla kogo pracował Heisenberg? Zacznijmy od kwestii podstawowej, czyli powszechnie znanej historii projektu Virushaus - niemieckich badań nad rozszczepieniem atomu, rozpoczętych jeszcze w 1939 roku i kontynuowanych pod kierunkiem Otto Hahna i Wernera Heisenberga w kolejnych latach. Przebieg prac i ich zaawansowanie są przedmiotem sporu historyków – w świetle dostępnych dokumentów nie ma zgody co do tego, jak blisko, albo raczej jak daleko zbudowania bomby atomowej byli Niemcy.

Po wojnie Heisenberg utrzymywał, że jego prawdziwym celem było maksymalne spowolnienie i sabotowanie prac. Ten „kombatancki” epizod został zdemaskowany po odkryciu korespondencji Nielsa Bohra – wynikało z niej, że Heisenberg nie tylko nie sabotował prac, ale przewidując zwycięstwo III Rzeszy namawiał innych fizyków do pomocy w opracowaniu niemieckiej bomby atomowej.

Komandosi kontra Norsk Hydro. Niezależnie od tego kres niemieckich nadziei na finał prac położyło zniszczenie zapasów ciężkiej wody. Ta – zdaniem alianckiego wywiadu – była Niemcom niezbędna do prac badawczych nad bronią atomową, a produkowały ją norweskie zakłady Norsk Hydro.

Nic zatem dziwnego, że alianci podjęli kilka prób zniszczenia fabryki, wysyłając jednostki specjalne i bombowce. Niemcy byli jednak w stanie szybko naprawić zniszczenia i ponownie produkować strategiczny surowiec. Problem w tym, że był on potrzebny w Rzeszy, a nie w Norwegii.

Gdy Niemcy usiłowali przewieźć z Norwegii bezcenny ładunek 16 ton ciężkiej wody, brytyjskie jednostki specjalne po raz kolejny dowiodły swojej skuteczności. Wraz z lokalnym ruchem oporu posłały na dno jeziora Tinn prom z cysternami, co stało się kanwą brytyjskiego filmu z lat 60. „Bohaterowie Telemarku”. Dopiero po wojnie okazało się, że ilość i jakość będącego w zasięgu Niemców surowca była niewystarczająca do uruchomienia reaktora.

Projekt Manhatan – nowa gałąź przemysłu. W przypadku III Rzeszy był to jeden z wielu prowadzonych równolegle projektów, który – pod względem przeznaczonych zasobów – w żadnym wypadku nie można uznać za priorytetowy. Zupełnie inaczej było w przypadku Amerykanów. Czytając niektóre opracowania opisujące prace prowadzone w pustynnym laboratorium Los Alamos, łatwo przywołać przed oczy obraz jakiegoś zagubionego na odludziu ośrodka, w którym grupa jajogłowych z potarganymi czuprynami prowadzi sobie swoje doświadczenia. Nic bardziej mylnego.

Amerykański Projekt Manhattan był gigantycznym przedsięwzięciem, wymagającym ogromnych – niedostępnych dla większości państw – zasobów. Ba - Amerykanie celowo dodatkowo zawyżali informacje o kosztach, by zniechęcić inne kraje do uruchamiania własnych programów atomowych. Ikoniczne „pustynne laboratorium” Los Alamos było zbudowanym niemal od zera kilkutysięcznym miastem. Poza nim na terenie całych Stanów Zjednoczonych nad tym samym celem pracowało kilkadziesiąt innych ośrodków. Jednym z nich był np. odpowiedzialny za wzbogacanie uranu ośrodek X w pobliżu Oak Ridge w Tennesee, zajmujący powierzchnię około 250 km kwadratowych.

Los Alamos – najwyższy poziom IQ na kilometr kwadratowy. Dość wspomnieć, że nad Projektem Manhattan pracowało jednocześnie około 130 tys. osób. Przeznaczono na niego ok. 2 mld dol., co dziś stanowiłoby równowartość 30 mld dol. Pod względem zaangażowanych środków „przemysł atomowy” był w tamtym czasie porównywalny z amerykańskim przemysłem motoryzacyjnym. Rozmach, z jakim działały Stany Zjednoczone, podkreśla dodatkowo fakt, że całą tę gałąź przemysłu stworzono od zera w ciągu zaledwie dwóch lat.

Odrębną kwestią jest wyjątkowa i niemożliwa do uzyskania w innych czasach szansa, jaka pojawiła się za sprawą zajęcia niemal całej Europy przez Niemców. Uciekając przed okupacją, prześladowaniami czy – w przypadku badaczy mających żydowskie korzenie – Holokaustem, do Stanów przybyli najlepsi naukowcy świata.

Prawdopodobnie nigdy wcześniej ani nigdy później nie udało się zebrać w jednym miejscu i skłonić do pracy nad wspólnym celem tak wielkiej liczby najwybitniejszych umysłów, jakimi w danym czasie dysponowała ludzkość. O takich zasobach materiałowych i ludzkich III Rzesza – choć pracowali dla niej utalentowani fizycy - nie mogła nawet marzyć.

Niemieckie testy w ostatnich tygodniach wojny. Niezależnie od tego i od wspomnianych wcześniej kontrowersji dotyczących zaawansowania niemieckiego programu budowy bomby atomowej, niektórzy badacze i popularyzatorzy nauki są skłonni uznać, że III Rzesza była bardzo bliska sukcesu.

Wskazującym na to tropem mają być testy nieznanej broni prowadzone w marcu 1945 roku na poligonie Ohrdruf w Turyngii. Jak przekonuje m.in. Bogusław Wołoszański, według zachowanych relacji przetestowano tam broń o niezwykłej sile, a analiza przedstawiona Stalinowi przez wywiad wojskowy z jakiegoś powodu skłoniła sowieckiego dyktatora do znacznego przyspieszenia operacji, której celem było zdobycie Berlina.

Nawet najnowocześniejsza broń opracowana pod koniec wojny - jak odrzutowy bombowiec Arado Ar 234B - nie mogła zmienić losu III Rzeszy

Podobne relacje, ale z innego miejsca – wyspy Uznam w pobliżu ośrodka badawczego Peenemünde – przekazał włoski dziennikarz Luigi Romersa, który na polecenie Mussoliniego relacjonował niemieckie próby poligonowe. Według jego relacji przed planowaną eksplozją konieczne było ubranie ochronnych kombinezonów.

Ślady takich – mniej lub gorzej udokumentowanych relacji – stały się kanwą kilku książek, których autorzy, jak Rainer Karlsch w „Atomowej bombie Hitlera”, stawiają tezę, że III Rzesza, mimo wszelkich przeciwności, pod sam koniec wojny przetestowała broń atomową. Sceptycy podważają te doniesienia wskazując, że broń o ogromnej sile rażenia faktycznie w Turyngii przetestowano, ale nie były to ładunki jądrowe, lecz paliwowo–powietrzne. W ich przypadku zapłon rozpylonej w powietrzu chmury pyłu albo palnego aerozolu powoduje potężną eksplozję, której siłę – przy większych ładunkach – można porównywać z niewielkimi głowicami jądrowymi.

Co by było, gdyby…? A zatem: czy gdyby Niemcy faktycznie zdołali opracować broń atomową, byliby w stanie zmienić los II wojny? Zakładając powodzenie programu Virushaus musimy pamiętać, że ewentualny sukces miałby miejsce nie wcześniej niż w drugiej połowie 1944 roku. Czyli już nie tylko po symbolicznym Stalingradzie, ale i po sowieckiej operacji Bagration, która pozbawiła III Rzeszę inicjatywy, wybiła potężną Grupę Armii „Środek” i zmusiła Niemców do desperackiej obrony.

Jeden czy w najlepszym wypadku kilka ładunków jądrowych – bo o masowej produkcji w tamtych realiach nie mogło być mowy – nie byłyby w stanie zmienić strategicznej sytuacji III Rzeszy. Zrzut bomby na jakiś punkt koncentracji radzieckich wojsk mógłby zabić kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, ale trudno przypuszczać, by takie straty mogły zrobić wielkie wrażenie na Stalinie i jego dowódcach, podobnie jak zniszczenie jakiegoś miasta. Tym bardziej, że w przypadku europejskiej zabudowy zniszczenia byłyby daleko mniej spektakularne niż w Hiroszimie czy Nagasaki, zabudowanych lekkimi domami z drewna.

Z drugiej strony – przy założeniu wczesnego użycia bomby atomowej przeciwko zachodnim aliantom – pewną szansę na sukces dawało zaatakowanie sił inwazyjnych, które w dniu D otworzyły na plażach Normandii tzw. drugi front. Warto jednak pamiętać, że nawet zniszczenie lądujących wojsk na jednej z pięciu plaż raczej nie przekreśliłoby sukcesu największego desantu morskiego w historii świata. Odrębną kwestią jest możliwość zbombardowania sił inwazyjnych – panowanie aliantów w powietrzu i miażdżąca przewaga nad Luftwaffe czyniły taką próbę mało realną. Równie mało prawdopodobne jest użycie rakiet. Prace nad większymi modelami o dużym zasięgu były jeszcze w powijakach, a pierwsze ładunki były zbyt ciężkie, by umieścić je w głowicy przenoszonej przez V-2.

W takim kontekście – choć próby tworzenia alternatywnej historii zawsze obarczone są ryzykiem popełnienia błędu – wydaje się niemal pewne, że niemiecka bomba atomowa, nawet gdyby powstała, nie byłaby w stanie zmienić losów II wojny światowej. W ostatnich miesiącach istnienia III Rzeszy było na to po prostu za późno.[3] 

I opinie czytelników:

·        Bzdury ten pismak pisze. Gdyby Niemcy faktycznie miały taką możliwość, to zrzucenie bomby na Londyn lub Paryż połączone ze złośliwym pytaniem "gdzie chcecie następną" skutecznie zahamowałyby ofensywę -bo przecież nikt nie miał gwarancji, czy "następna" w ogóle istnieje, a jeżeli istnieje, to ile jest takich 'niespodzianek'.

·        To nie są dzisiejsze czasy, kiedy 'z grubsza' wiadomo, czego się po takim wybuchu spodziewać -wtedy byłby to PIERWSZY atak potężnej broni o nieznanych właściwościach.

·        Oj ludzie! Ludzie! Możecie być naiwni, ale nie bądźcie G Ł U P I! Nad bronią jądrową w III Rzeszy pracowały minimum trzy różne zespoły. Faktycznie, konowały od bomby Atomowej dreptali w miejscu. Interesującym jest fakt, że: Ministerstwo Poczty Rzeszy (to nie żart, tylko system totalitarny!) osiągnęło sukces na polu zbudowania bomby jądrowej N. Tak! Od razu Neutronowej! O małej sile. Doszło do tego przypadkiem, podczas testów na poligonie w Kummstorfie w II połowie 1943 roku, miała miejsce nie kontrolowana reakcja jądrowa, zakończona wybuchem o małej sile. Podczas analizy powypadkowej zajścia, szef zespołu odkrył zasady reakcji termojądrowej! W wyniku dalszych prac, w październiku 1944 roku na wyspie Uznam przetestowano pierwszy, z prawdziwego zdarzenia ładunek termojądrowy, o mikro sile. W Lutym 1945 roku w górach na poligonie, koło Ilmmenau w Thüringen zdetonowano ładunek o dużo większej sile. Ofiarami testów byli więźniowie z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Po eksplozji, żyjące ofiary (więźniowie) SS-mani palili żywcem na stosach! Ofiary promieni Gamma umierały w przeciągu 8h w męczarniach, ci co jeszcze żyli, przypominali Zombi. Na testach spotkał się Himmler ze Speerem. Doszli do wniosku, że to i tak już nic nie zmieni w sytuacji III Rzeszy. Pod koniec marca 1945 roku, Korpus Pancerny SS wyruszył z Pragi Czeskiej, w kierunku Budziszyn, Cottbus, oficjalnie na odsiecz Berlinowi. Zatrzymał się na krótko w okolicach Wałbrzycha i Doliny Kłodzkiej. Jeżeli kiedykolwiek zostanie odnaleziony "zaginiony pociąg", to będzie w nim broń jądrowa III Rzeszy i "lepsze wynalazki", o jaki wam się nawet nie śniło! Kolorowych snów! Teraz wiem skąd się wzięło, że dziadek Obamy wyzwolił Auschwitz

·        Wszystkim mądralom znającym się na wszystkim polecam książkę Richarda Rhodesa "Jak powstała bomba atomowa" oraz dla tych co chcieliby zniszczenia ZSRR w wyniku III WS polecam książkę Davida Hollowaya  "Stalin”

·        Oczywiście nie ma żadnego znaczenia fakt że niemieccy badacze przeszacowali ilość potrzebnego wzbogaconego uranu który był niezbędny do budowy ładunku - a nie mieli dość czasu na wydobycie planowanej ilości...

 

CDN.



[1] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland – pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS2, Warszawa 2001.