Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (3)


Za śnieżnymi przełęczami leży górska kraina wiecznej szczęśliwości - Shangri-La...


Ale mnie przyciągnęły dźwięki muzyki, które wydobywały się z najbliższego budynku. Po przejściu kilku kroków w ciemnej uliczce, po kilku chwilach znalazłem się przy ciemnym pałacyku. Pod okapem dachu ujrzałem maleńką orkiestrę. Nad nią kołysał się lampion rzucający na grających drgające cienie. Byli to nepalscy staruszkowie. Jeden z nich wodził smyczkiem po strunach sarangi. Drugi dmuchał w bambusowy flet a trzeci wybijał rytm na bębenku. Podszedłem do nich i od razu „wszedłem” w muzykę. Była to dziwna i egzotyczna melodia, a naraz wszyscy trzej zaczęli śpiewać. Zapytałem więc chłopca, który też patrzył na nich, o czym jest ta pieśń.
- O czym oni śpiewają?
- O górskiej krainie za śnieżnymi przełęczami, gdzie ludzie żyją długo i szczęśliwie – odpowiedział chłopiec.
- A czy w tej pieśni mówi się o tym, gdzie szukać tej krainy?
- Tak, oczywiście – rzekł chłopiec ze zdumieniem – za śnieżnymi przełęczami…

Moje 3 grosze

Shangri-La, Szmballa, Agharta… - to są niektóre nazwy mitycznej krainy, o której mówi się i śpiewa w całej Azji Środkowej. Pisałem już o niej na moim blogu – zainteresowanych odsyłam na stronę: http://wszechocean.blogspot.com/2011/08/czy-zaginiona-cywilizacja-kwita.html i dalsze. A zatem do tego zbioru dołączam kolejny materiał w tej tajemniczej sprawie, której końca – jak na razie – nie widać.

W czasie Świąt spotkałem mojego australijskiego kuzyna, lekarza medycyny dr Bogdana Masłowskiego, który w swej praktyce lekarskiej połączył europejską medycynę akademicką z praktykami medycznymi mieszkańców Indii i Australii. Jego praca jest fascynującą kwidesencją tego, o czym piszą niektórzy autorzy na łamach „Nieznanego Świata”, co atoli jest osobną sprawą. Mam nadzieję, że uda mi się namówić go do podzielenia się wiedzą z Czytelnikami „Nieznanego Świata”.

Dr Masłowski podziela mój pogląd, że mieszkańcy Australii i subkontynentu Dekanu po prostu posiadają wiedzę – bardzo dawną i niemal zapomnianą na świecie – która to wiedza pochodzi nie tylko z obserwacji Przyrody i jej zjawisk, ale także z jakiegoś pradawnego źródła: poprzedniej cywilizacji Atlantydy, Atlantyki, Agharty, Lanki, Lemurii czy Mu/Moo… Oczywiście do naszych czasów mogła ona dotrwać tylko i wyłącznie w postaci kultu religijnego, a jej posiadaczem i dysponentem była kasta kapłańska. Tak było wszędzie na całym świecie: w Egipcie, Sumerze, Mezopotamii, Chinach, itd. itp. podobnego zdania jest również inny australijski Polonus – Piotr Listkiewicz.

Podobnie było z wiedzą techniczną. Do dziś dnia nie wiemy, jak powstawały ogromne budowle megalityczne i nie znamy celu ich przeznaczenia. Nie mówiąc już o takich denerwujących faktach, jak np. to, że jednostki czasu, których używali antyczni Hindusi można zastosować tylko i wyłącznie do badań nad jądrem atomowym – a tego już się nie da badać medytacją czy choćby wielokrotnymi obserwacjami… (zob. Miloš Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” - http://hyboriana.blogspot.com/2012/07/bogowie-atomowych-wojen-1.html) Ich wiedza techniczna jest zastanawiająca i rodzi podejrzenia, że mamy do czynienia z dowodem na obecność Kosmitów w historii Ludzkości. Kosmitów raczej nie było – odległości w Kosmosie są tutaj zasadniczą przeszkodą, zaś przypadkowe odkrycie Ziemi jako planety nadającej się do życia jest nieprawdopodobnie małe (ale większe od zera), tak więc obstawiamy raczej na poprzednie Supercywilizacje, które wskutek jakichś przyczyn upadły, przekazując swą gigantyczną wiedzę istotom ludzkim w formie religii – jedynej możliwej do przyswojenia dla ograniczonego mózgu człowieka cofniętego do cywilizacyjnego prymitywu. (Zakładam bowiem, że musiał to być kataklizm w skali całej planety, który położył kres istnieniu wysokorozwiniętej cywilizacji: np. erupcja superwulkanu, bombardowanie asteroidami, klęska ekologiczna, czy coś jeszcze innego.)

Nas być może czeka podobny los w przypadku np. totalnej wojny z użyciem BMR albo supererupcji Yellowstone, Campi di Flegrei czy innego superkataklizmu. Być może przyczyny upadku tych cywilizacji tkwią w nich samych: kryzysy ekonomiczne, wojny, eksperymenty, które wymknęły się spod kontroli. Ślady tego znajdujemy w mitach na całym świecie. Przecież kto wie, czy wszystkie potwory Starożytności nie były echem autentycznych eksperymentów genetycznych na ludziach i zwierzętach prowadzonych przez np. Atlantydów, Lemurejczyków czy mieszkańców Mu? Czy te wszystkie hybrydy ludzko-zwierzęce, których pełno w mitologii Egipskiej kiedyś były istotami z krwi i kości? To, że nie znaleziono ich szczątków wcale nie przesądza o ich nieistnieniu – czy ktoś szukał kości Centaurów czy Chimery? O ile wiem, to nie.

I jeszcze jeden atrybut bogów – nieśmiertelność. Bogowie są nieśmiertelni, w przeciwieństwie do ludzi. Czy jest to nieśmiertelność astronautów czy kosmonautów przemierzających przestrzenie Kosmosu z v = 0,9999999 c, co powoduje, że dla nas ich czas płynie wolniej? Jest to efekt „paradoksu bliźniąt” i wynika ze Szczególnej Teorii Względności. Czy jest to nieśmiertelność (też względna) wynikająca z umiejętności przemieszczania się w wymiarze Czasu? A może jedno i drugie? W każdym razie bogowie, czy też żywe istoty ludzkie, które je opanowały są dla nas istotami nieśmiertelnymi – zamieszkującymi w odległej krainie za śnieżnymi przełęczami…

Jest jeszcze jedna możliwość, a mianowicie taka, że nie są to żadne istoty ludzkie na jakimkolwiek szczeblu rozwoju – jak zakładają to ufolodzy – a byty powołane sztucznie do życia, mechaniczne lub biomechaniczne, jak założyłem to ongi (zob. R. Leśniakiewicz – „Obcy z Kosmosu – żywi czy martwi?” - http://wszechocean.blogspot.com/2011/11/obcy-z-kosmosu-zywi-czy-martwi.html), a zatem mamy do czynienia nie z żywymi istotami, ale robotami. Doskonale wyczuł temat Stanisław Lem pisząc swoją „Cyberiadę”, „Niezwyciężonego” i kilka innych genialnych powieści i nowel, w których dowodził, że Rozum wcale nie musi być tożsamy z istotami żywymi… Dlatego też nie zdziwiłbym się, gdyby komuś udało się udowodnić, że np. taki gromowładny Zeus był de facto robotem…      


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 51/2013, ss. 20-23

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©    

środa, 23 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (2)

Świątobliwi sadhu


Święte miejsce i świątobliwi sadhu


Według jednej z legend, bardzo – bardzo dawno temu, święta krowa Kamaduh, spełniająca życzenia, pasła się na wzgórzu obok rzeki Bagmati i polewała ziemię swym mlekiem. Jeden pastuch z ciekawości poszedł za nią i rozkopał ziemię polaną jej mlekiem. I w tym samym momencie został spopielony snopem światła, który wyrwał się spod ziemi do samego nieba. Na tym miejscu potem powstało święte miejsce – Pashupatinath (Paśupatinath). To miejsce należące do boga Sziwy-Pashupati (Śiwy-Paśupati) – pana wszelkich żywych stworzeń, w tym także ludzi. Ale do środka kompleksu, nad którym wznosi się główna świątynia, mogą wchodzić tylko hinduiści. Ale ja udaję się na drugi brzeg rzeki.

Kamaduh - święta krowa spełniająca życzenia

Tam, po obydwu stronach kamiennych schodów prowadzących na szczyt wzgórza, znajdują się niewielkie świątyńki Śiwy. Obok nich siedzą, leżą albo chodzą sadhu – przedziwni, wędrowni, hinduistyczni asceci. Powiadają o nich, że niektórzy sadhu to szarlatani, którzy ubrawszy się w szafranowe szaty i pomazawszy swe ciała sakralnym popiołem, pozostałym po rytuale kremacji, pozują do zdjęć turystom. Być może i tak, że jak sądzę, że w każdym razie sadhu po prostu widzą z czym i dlaczego ludzie do nich podchodzą.

Czas na herbatę w klasztorze Śechen


Jak chcesz zakosztować wschodniego mistycyzmu, egzotyki, nie musisz się specjalnie trudzić – tylko płać. Bo przecież my – ludzie Zachodu – przedstawiciele dzisiejszej cywilizacji uznajemy pieniądz za nasza najwyższą wartość. I oto otrzymujemy to, czego szukamy.


Czerwona kropka


Stąd właśnie mamy wspaniały widok na ghaty – miejsce obmywań rytualnych w rzece, albo mówiąc prościej – szerokie, kamienne stopnie schodzące ku wodzie. To właśnie tam na szerokich, kamiennych postumentach kremuje się ciała zmarłych. To właśnie tam, niedaleko ode mnie, wszystko przygotowano. Ciało jest zawinięte w białą tkaninę, obsypane górą żółtych kwiatów i obłożone ze wszystkich stron drewnem. Umarły jest zamknięty jakby w klatkę z suchych bierwion i wyjść z tego zamknięcia pomoże mu tylko ogień. Ognisko rozpaliło się naraz z głuchym trzaskiem. I to wszystko… Chudy chłopiec po pewnym czasie zmiata z kamiennej tumby popiół i niespalone kwiaty do rzeki. A na innym miejscu trwają przygotowania do kolejnej kremacji.

Ktoś mnie ujął za łokieć. Odwróciłem się i lekko zachwiałem – przede mną stał sadhu. Uśmiechał się.
- Nie smuć się tak – rzekł do mnie najwidoczniej widząc wyraz mojej twarzy. – To nie jest cały człowiek.
I dosłownie jakby odpowiadając moim myślom, zanurzył palec w czymś w skrzyneczce, którą miał przewieszoną przez plecy i potem zrobił mi czerwoną kropkę (tilakę, pundrakę) pomiędzy moimi brwiami.

Mnich z klasztoru Śechen idzie po wodę

Paśupatinath - wielki kompleks światynny w Nepalu



Hanuman – bóg małp


Po godzinie siódmej wieczorem, niebo jakby zasłaniano storami i na Katmandu opuszcza się noc. Siedziałem właśnie przy oknie na piętrze małej kawiarenki, która mieściła się na samym początku Freak Street – ulicy Dziwadeł, gdzie w końcu lat 60. snuli się pierwsi hippisi.

Katmandu by night

Zazwyczaj nepalskie ulice nie mają nazw. Ale tutaj właśnie władze zdecydowały się naruszyć tradycję i tym sposobem uchronić pamięć o tamtych czasach. Poza tym, o tej sławnej przeszłości nic nie przypomina. Od czasu do czasu spotkać można słaniających się długowłosych dziadków chodzących szlakami swej młodości, i ich wiernych przyjaciółek, w podniszczonej odzieży, z masywnymi pierścieniami na palcach i hinduistycznymi wiankami na szyjach.

Powoli piję z oszronionej butelki miejscowe piwo „Everest” i patrzę przez okno. A naprzeciw mam były zamek królewski. Obecnie znajduje się tam muzeum, wejście do którego strzeże Hanuman – bóg małp, okutany w purpurowy płaszcz. Nad jego głową znajduje się ceremonialny feretron. Hanuman tkwi nieporuszenie na kamiennym postumencie, a na mostach i dachach biesi się jego małpie wojsko, wiecznie użerające się z bezdomnymi psami o miejsce pod słońcem…

Zmierzch gęstnieje i wszystko dookoła przyjmuje fantastyczny kształt i formę. Przechodząc koło Monumental Lodge - hotelu z wytartymi literami na fasadzie (to właśnie tam zamieszkiwały „dzieci-kwiaty”), skręciłem w ciemną uliczkę, a potem jeszcze raz – i ocknąłem się na jasno oświetlonym placu. Noc już owładnęła miastem, a tutaj tyle światła!

Do świątyńki  na środku placu ustawiła się cała kolejka. Dziesiątki, setki świateł płonie w maleńkich miedzianych czareczkach przed wejściem do niej. Wokół nich rozsypany ryż. Kamienny posąg Ganeshy (Ganeśi), boga ze słoniową głową, w połowie starty przez czas i dłonie wiernych. Wszędzie biegają dzieci.

Kobieta obraca wielki młynek modlitewny


Obok chramu zainstalował się białozębny kucharz z przenośną kuchnią na kółkach. Płoną maleńkie świeczki podgrzewające jedzenie, jak jesienne liście leżą placki chapati, a w specjalnych pojemniczkach strąki grochu, kawałki ziemniaków i oczywiście ostre przyprawy.


I naraz nieoczekiwane zamieszanie – procesja mężczyzn przecinająca plac. Wszyscy odziani w niebieskie djoti (dhoti – przepaski biodrowe) i ciemne bluzy wyglądają jak bracia bliźniacy. Wysocy i chudzi. Wszyscy są z Indii, z kasty kupieckiej. Jedną ręką prowadzą swe rowery, drugą ręka przytrzymują na głowach niesprzedany towar.

CDN.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (1)



Nepal, Mt.Everest - widok ze szczytu Gokyo Ri (5483 m n.p.m.)


Oleg Pogasij


Kumari – to żywa nepalska bogini. Kumari wybiera się spośród dziewczynek w wieku od trzech do pięciu lat z kasty shakya (śakia). Kryteria są ostre: komisja powinna się przekonać, że na ciele dziewczynki nigdy nie występowała krew, i że ma wszystkie i całe zęby.

Jeszcze w młodszych klasach szkoły lubiłem patrzeć na mapę świata, wiszącą u mnie na ścianie. Moja uwagę zawsze przyciągało miejsce pomiędzy bezkresnym płaskowyżem Tybetu a wielka równiną Hindustanu. Ciemnobrązowy na mapie, wyciągnięty wzdłuż system górski, podobny nieco do warg. Patrząc na taki bezkresny rejon Azji Południowo-Wschodniej – jak zaczarowany powtarzałem do siebie – „Himalaje…”, „Czomolungma”…

Stolica „dzieci kwiatów”

Przeglądam znaczki pocztowe w klaserze, i zawsze mój wzrok zatrzymuje się na znaczkach z Nepalu. Jest na nich widoczny król tej niezwykłej i zagadkowej krainy, która zda się kiwa swą zdobną w pawie pióra głową. Na tylnym planie, na górskim głazie leżał śnieżny lampart, zaś w dół górskiej rzeki brodził długosierstny jak.

Potem – nie pamiętam już w jakiej książce – przeczytałem o Katmandu, do którego z całego świata zjeżdżali się hippisi, „dzieci-kwiaty”, którzy obrali to miasto za swoją stolicę.

To wszystko było w latach 60. i 70. XX wieku. Od tego czasu sporo wody upłynęło. No i teraz Nepal to już nie jest „ostatnim hinduistycznym królestwem na Ziemi”, ale normalną, demokratyczną republiką.

Kiedyś w Katmandu drzwi domów stały otworem, a na drogach miasta jeździły dwie czy trzy taksówki oraz kilka starych autobusów, zaś człowiek, który zabił czy choćby uderzył  przypadkowo krowę mógł się narazić na lincz za śmierć świętego zwierzęcia. Teraz po ciasnych uliczkach Katmandu szaleją motocykliści, snują się motoriksze i trąbią autobusy. Z każdym rokiem jest coraz więcej środków transportu.

Lokalizacja krainy Kham


Święta dolina

600 lat temu, z Wschodniego Tybetu, z prowincji Kham (historyczny region we wschodnim Tybecie, obecnie rozczłonkowany na chińską prowincję Syczuan i rejon specjalny Qamdo, który wszedł w skład Tybetańskiego Regionu Autonomicznego – przyp. tłum.) do Nepalu przybył jeden tybetański naród – Szerpowie, co oznacza „wschodni”. Według ich świętych ksiąg, oni odzyskali w górach Nepalu zapomniane w nich już dawno sakralne miejsca – wszystkie poza jednym. I tak to jedno zapomniane miejsce nazywa się „Znikająca Dolina”. W tej właśnie górskiej dolinie – zgodnie ze świętymi tekstami – czas płynie powoli, ludzie żyją długo i szczęśliwie, i władają bezgraniczną mądrością. Czy wiedział o tych księgach także James Hilton, który napisał w 1933 roku powieść pt. „Zaginiony horyzont”? Nie sądzę. Ale na stronicach swej powieści, tajemniczą krainę otoczona górami, gdzie czas się niemal zatrzymuje, a ludzie posiadają wyższą wiedzę, nazywa on Shangri-La. I to właśnie nią stał się Nepal dla ludzi Zachodu.

Bilet w jedną stronę

Do roku 1950, Nepal był krajem zamkniętym. Unikalna kultura himalajska, mnóstwo buddyjskich i hinduistycznych tysiącletnich świątyń, niesamowite ascetyczne praktyki, wielcy jogini i mistycy, a do tego niesamowity krajobraz Himalajów, w których zamieszkują bogowie, którzy tworzą wokół doliny Katmandu pole mocy… I chociaż czas płynie tutaj inaczej, niż gdzie indziej, nasza świadomość przestaje rozróżniać wpływy ducha i materii. I wtedy my widzimy cuda. A czyż nie żyjemy mając nadzieję na cud?

To była czystej wody przygoda. W tych już dawnych czasach wczesnych lat 90., kiedy całkiem poświęciłem się biznesowi, ktoś tam odkrywał dla siebie Amerykę i Europę, no i oczywiście Wyspy Kanaryjskie… A jak skierowałem się na Wschód. Byłem tam jednym z pierwszych – bez agencji turystycznych i zorganizowanych grup. Teraz takich pojedynczych turystów indywidualnych nazywają backpacker – z plecakiem na plecach – czyli po prostu plecakowiec.

Na lotnisku Pułkowo, dziewczyna w biurze rejestracji podróżnych, kiedy dowiedziała się o docelowym punkcie mojej podróży, zdziwiła się:
- Dokąd? Dokąd? Do Nepalu? A cóż to za kraj?
Miałem bilet tylko w jedną stronę – do Kalkuty. O powrocie nawet nie pomyślałem. Co ma być to będzie! W kieszeni wszystkiego 100 dolarów, ale w duży straszne pragnienie ujrzenia kraju swych marzeń.

Do granicy z Nepalem przejechałem całe Indie pociągiem i autobusami w dwa dni. Wschód mnie oszołomił. Moja wiedza o nim była książkowa i „ucukrowana”, a tutaj było samo życie…

Lama Rabdjam Rinpoche


Powrót

Nocowałem w hoteliku na obrzeżu Katmandu i liczyłem, na ile dni jeszcze mi wystarczy pieniędzy. Ale wierzyłem w to, że jeżeli to miejsce jest autentycznie moje, to powinno się coś stać. I pewnego ranka, kiedy pieniędzy mi już nie stało, coś podszepnęło mi iść do Bodnath – w rejon buddyjskich klasztorów. Pomiędzy budynkami od razu zauważyłem pagodę – klasztor Shechen. To, co potem się stało, można porównać do całej serii cudów. Wchodząc po schodach nikogo nie spotkałem, a furta była otwarta. A w ostatnim pomieszczeniu, na podwyższeniu, zagłębiony w lekturze świętych zwojów, siedział lama. Podszedłem, pozdrowiłem go i usiadłem na podłodze vis-à-vis niego. Był to Rabdjam Rinpoche – przeor klasztoru i strażnik tradycji Ninghma (jednej z czterech szkół tybetańskiego buddyzmu). On uśmiechnął się na dźwięk mojej kulawej angielszczyzny i zapytał skąd i po co tutaj przybyłem i czego chcę od niego? Opowiedziałem mu wszystko jak było. Lama pomyślał i tak do mnie rzekł:
- Zostań tutaj. Zamieszkasz w klasztorze, wizę ci przedłużymy, a nasza kuchnia ci się spodoba – i wezwawszy ekonoma klasztoru wydał mu polecenia.

Tak więc zdecydował się mój los. To spowodowało niejaki popłoch w ścianach klasztoru. Cudzoziemców tutaj nie przyjmowano bezpłatnie, wymagano od nich ofiary. Wokół szeptano – i Tybetańczycy i zachodni rezydenci – że rosyjski aferzysta wykorzystuje naiwność lamy. A ja uczyłem się tybetańskiego, jadłem klasztorny ryż i podziwiałem z dachu mojej przybudówki fantastyczne stoki i szczyty górskie, mając nadzieję znaleźć się wśród nich…

Ale to nie mogło trwać bez końca – w Nepalu nie można przebywać dłużej, niż 5 miesięcy w roku. I tak Rabdjam Rinpoche dał mi pieniądze na bilet do Rosji i powiedział:
- Zapracuj i wróć do nas, powrócisz jak będziesz chciał.

Powróciłem tam po dwóch latach. Chłopcy świątynni krzyczeli w klasztornym budynku:
- Rosjanin, Rosjanin przyjechał! – i przekazując tą wieść jeden drugiemu dodawali – Lama widzi, lama ma rację!
Jeszcze nieraz wracałem do Nepalu i przebywałem w najbardziej niezwykłych miejscach. Ale za każdym przyjazdem z żalem stwierdzałem, że z tego kraju wraz z nadejściem postępu znika jakieś magiczne oczarowanie… Ono pozostaje jedynie w mej pamięci i w tych historiach, które ja potem przeniosłem na papier.

Śiwa - pan wszelkich istot żywych na Ziemi


Poza owocami i mięsem

Od Bodnathu do Pashupatinathu (Paśupatinathu), głównego kompleksu klasztornego hinduizmu w Katmandu, rozpostartego na obydwa brzegi rzeki Bagmati, jest godzina drogi. Zazwyczaj chodzę tam poprzez Chabahil, dzielnicą o dużym zaludnieniu, gdzie pierwsze kondygnacje budynków są przeznaczone do targowania i handlu. Owocami zazwyczaj handlują dzieciaki. Zazwyczaj usiłują sprzedać mi wiszące girlandami banany. Ja już wiem, że trzeba brać duże, mięsiste, przywiezione z Muglingu, miejsca postoju autobusu na trasie z Pokhary do Katmandu. A starsi Nepalczycy w niedużych, barwnych czapkach, białych bluzach i ciemnych spodniach, siedząc z podwiniętymi nogami pośród bel materiału – oni handlują materiałami i suknami.

Kramy z mięsem należą do muzułmanów. Mają długie brody i długie do kolan chałaty. Packami odganiają chmary much od wyłożonych na stołach połci mięsa. Dlatego ja po przyjeździe na Wschód zostałem wegetarianinem…


CDN.