Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lamaizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lamaizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (2)

Świątobliwi sadhu


Święte miejsce i świątobliwi sadhu


Według jednej z legend, bardzo – bardzo dawno temu, święta krowa Kamaduh, spełniająca życzenia, pasła się na wzgórzu obok rzeki Bagmati i polewała ziemię swym mlekiem. Jeden pastuch z ciekawości poszedł za nią i rozkopał ziemię polaną jej mlekiem. I w tym samym momencie został spopielony snopem światła, który wyrwał się spod ziemi do samego nieba. Na tym miejscu potem powstało święte miejsce – Pashupatinath (Paśupatinath). To miejsce należące do boga Sziwy-Pashupati (Śiwy-Paśupati) – pana wszelkich żywych stworzeń, w tym także ludzi. Ale do środka kompleksu, nad którym wznosi się główna świątynia, mogą wchodzić tylko hinduiści. Ale ja udaję się na drugi brzeg rzeki.

Kamaduh - święta krowa spełniająca życzenia

Tam, po obydwu stronach kamiennych schodów prowadzących na szczyt wzgórza, znajdują się niewielkie świątyńki Śiwy. Obok nich siedzą, leżą albo chodzą sadhu – przedziwni, wędrowni, hinduistyczni asceci. Powiadają o nich, że niektórzy sadhu to szarlatani, którzy ubrawszy się w szafranowe szaty i pomazawszy swe ciała sakralnym popiołem, pozostałym po rytuale kremacji, pozują do zdjęć turystom. Być może i tak, że jak sądzę, że w każdym razie sadhu po prostu widzą z czym i dlaczego ludzie do nich podchodzą.

Czas na herbatę w klasztorze Śechen


Jak chcesz zakosztować wschodniego mistycyzmu, egzotyki, nie musisz się specjalnie trudzić – tylko płać. Bo przecież my – ludzie Zachodu – przedstawiciele dzisiejszej cywilizacji uznajemy pieniądz za nasza najwyższą wartość. I oto otrzymujemy to, czego szukamy.


Czerwona kropka


Stąd właśnie mamy wspaniały widok na ghaty – miejsce obmywań rytualnych w rzece, albo mówiąc prościej – szerokie, kamienne stopnie schodzące ku wodzie. To właśnie tam na szerokich, kamiennych postumentach kremuje się ciała zmarłych. To właśnie tam, niedaleko ode mnie, wszystko przygotowano. Ciało jest zawinięte w białą tkaninę, obsypane górą żółtych kwiatów i obłożone ze wszystkich stron drewnem. Umarły jest zamknięty jakby w klatkę z suchych bierwion i wyjść z tego zamknięcia pomoże mu tylko ogień. Ognisko rozpaliło się naraz z głuchym trzaskiem. I to wszystko… Chudy chłopiec po pewnym czasie zmiata z kamiennej tumby popiół i niespalone kwiaty do rzeki. A na innym miejscu trwają przygotowania do kolejnej kremacji.

Ktoś mnie ujął za łokieć. Odwróciłem się i lekko zachwiałem – przede mną stał sadhu. Uśmiechał się.
- Nie smuć się tak – rzekł do mnie najwidoczniej widząc wyraz mojej twarzy. – To nie jest cały człowiek.
I dosłownie jakby odpowiadając moim myślom, zanurzył palec w czymś w skrzyneczce, którą miał przewieszoną przez plecy i potem zrobił mi czerwoną kropkę (tilakę, pundrakę) pomiędzy moimi brwiami.

Mnich z klasztoru Śechen idzie po wodę

Paśupatinath - wielki kompleks światynny w Nepalu



Hanuman – bóg małp


Po godzinie siódmej wieczorem, niebo jakby zasłaniano storami i na Katmandu opuszcza się noc. Siedziałem właśnie przy oknie na piętrze małej kawiarenki, która mieściła się na samym początku Freak Street – ulicy Dziwadeł, gdzie w końcu lat 60. snuli się pierwsi hippisi.

Katmandu by night

Zazwyczaj nepalskie ulice nie mają nazw. Ale tutaj właśnie władze zdecydowały się naruszyć tradycję i tym sposobem uchronić pamięć o tamtych czasach. Poza tym, o tej sławnej przeszłości nic nie przypomina. Od czasu do czasu spotkać można słaniających się długowłosych dziadków chodzących szlakami swej młodości, i ich wiernych przyjaciółek, w podniszczonej odzieży, z masywnymi pierścieniami na palcach i hinduistycznymi wiankami na szyjach.

Powoli piję z oszronionej butelki miejscowe piwo „Everest” i patrzę przez okno. A naprzeciw mam były zamek królewski. Obecnie znajduje się tam muzeum, wejście do którego strzeże Hanuman – bóg małp, okutany w purpurowy płaszcz. Nad jego głową znajduje się ceremonialny feretron. Hanuman tkwi nieporuszenie na kamiennym postumencie, a na mostach i dachach biesi się jego małpie wojsko, wiecznie użerające się z bezdomnymi psami o miejsce pod słońcem…

Zmierzch gęstnieje i wszystko dookoła przyjmuje fantastyczny kształt i formę. Przechodząc koło Monumental Lodge - hotelu z wytartymi literami na fasadzie (to właśnie tam zamieszkiwały „dzieci-kwiaty”), skręciłem w ciemną uliczkę, a potem jeszcze raz – i ocknąłem się na jasno oświetlonym placu. Noc już owładnęła miastem, a tutaj tyle światła!

Do świątyńki  na środku placu ustawiła się cała kolejka. Dziesiątki, setki świateł płonie w maleńkich miedzianych czareczkach przed wejściem do niej. Wokół nich rozsypany ryż. Kamienny posąg Ganeshy (Ganeśi), boga ze słoniową głową, w połowie starty przez czas i dłonie wiernych. Wszędzie biegają dzieci.

Kobieta obraca wielki młynek modlitewny


Obok chramu zainstalował się białozębny kucharz z przenośną kuchnią na kółkach. Płoną maleńkie świeczki podgrzewające jedzenie, jak jesienne liście leżą placki chapati, a w specjalnych pojemniczkach strąki grochu, kawałki ziemniaków i oczywiście ostre przyprawy.


I naraz nieoczekiwane zamieszanie – procesja mężczyzn przecinająca plac. Wszyscy odziani w niebieskie djoti (dhoti – przepaski biodrowe) i ciemne bluzy wyglądają jak bracia bliźniacy. Wysocy i chudzi. Wszyscy są z Indii, z kasty kupieckiej. Jedną ręką prowadzą swe rowery, drugą ręka przytrzymują na głowach niesprzedany towar.

CDN.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (1)



Nepal, Mt.Everest - widok ze szczytu Gokyo Ri (5483 m n.p.m.)


Oleg Pogasij


Kumari – to żywa nepalska bogini. Kumari wybiera się spośród dziewczynek w wieku od trzech do pięciu lat z kasty shakya (śakia). Kryteria są ostre: komisja powinna się przekonać, że na ciele dziewczynki nigdy nie występowała krew, i że ma wszystkie i całe zęby.

Jeszcze w młodszych klasach szkoły lubiłem patrzeć na mapę świata, wiszącą u mnie na ścianie. Moja uwagę zawsze przyciągało miejsce pomiędzy bezkresnym płaskowyżem Tybetu a wielka równiną Hindustanu. Ciemnobrązowy na mapie, wyciągnięty wzdłuż system górski, podobny nieco do warg. Patrząc na taki bezkresny rejon Azji Południowo-Wschodniej – jak zaczarowany powtarzałem do siebie – „Himalaje…”, „Czomolungma”…

Stolica „dzieci kwiatów”

Przeglądam znaczki pocztowe w klaserze, i zawsze mój wzrok zatrzymuje się na znaczkach z Nepalu. Jest na nich widoczny król tej niezwykłej i zagadkowej krainy, która zda się kiwa swą zdobną w pawie pióra głową. Na tylnym planie, na górskim głazie leżał śnieżny lampart, zaś w dół górskiej rzeki brodził długosierstny jak.

Potem – nie pamiętam już w jakiej książce – przeczytałem o Katmandu, do którego z całego świata zjeżdżali się hippisi, „dzieci-kwiaty”, którzy obrali to miasto za swoją stolicę.

To wszystko było w latach 60. i 70. XX wieku. Od tego czasu sporo wody upłynęło. No i teraz Nepal to już nie jest „ostatnim hinduistycznym królestwem na Ziemi”, ale normalną, demokratyczną republiką.

Kiedyś w Katmandu drzwi domów stały otworem, a na drogach miasta jeździły dwie czy trzy taksówki oraz kilka starych autobusów, zaś człowiek, który zabił czy choćby uderzył  przypadkowo krowę mógł się narazić na lincz za śmierć świętego zwierzęcia. Teraz po ciasnych uliczkach Katmandu szaleją motocykliści, snują się motoriksze i trąbią autobusy. Z każdym rokiem jest coraz więcej środków transportu.

Lokalizacja krainy Kham


Święta dolina

600 lat temu, z Wschodniego Tybetu, z prowincji Kham (historyczny region we wschodnim Tybecie, obecnie rozczłonkowany na chińską prowincję Syczuan i rejon specjalny Qamdo, który wszedł w skład Tybetańskiego Regionu Autonomicznego – przyp. tłum.) do Nepalu przybył jeden tybetański naród – Szerpowie, co oznacza „wschodni”. Według ich świętych ksiąg, oni odzyskali w górach Nepalu zapomniane w nich już dawno sakralne miejsca – wszystkie poza jednym. I tak to jedno zapomniane miejsce nazywa się „Znikająca Dolina”. W tej właśnie górskiej dolinie – zgodnie ze świętymi tekstami – czas płynie powoli, ludzie żyją długo i szczęśliwie, i władają bezgraniczną mądrością. Czy wiedział o tych księgach także James Hilton, który napisał w 1933 roku powieść pt. „Zaginiony horyzont”? Nie sądzę. Ale na stronicach swej powieści, tajemniczą krainę otoczona górami, gdzie czas się niemal zatrzymuje, a ludzie posiadają wyższą wiedzę, nazywa on Shangri-La. I to właśnie nią stał się Nepal dla ludzi Zachodu.

Bilet w jedną stronę

Do roku 1950, Nepal był krajem zamkniętym. Unikalna kultura himalajska, mnóstwo buddyjskich i hinduistycznych tysiącletnich świątyń, niesamowite ascetyczne praktyki, wielcy jogini i mistycy, a do tego niesamowity krajobraz Himalajów, w których zamieszkują bogowie, którzy tworzą wokół doliny Katmandu pole mocy… I chociaż czas płynie tutaj inaczej, niż gdzie indziej, nasza świadomość przestaje rozróżniać wpływy ducha i materii. I wtedy my widzimy cuda. A czyż nie żyjemy mając nadzieję na cud?

To była czystej wody przygoda. W tych już dawnych czasach wczesnych lat 90., kiedy całkiem poświęciłem się biznesowi, ktoś tam odkrywał dla siebie Amerykę i Europę, no i oczywiście Wyspy Kanaryjskie… A jak skierowałem się na Wschód. Byłem tam jednym z pierwszych – bez agencji turystycznych i zorganizowanych grup. Teraz takich pojedynczych turystów indywidualnych nazywają backpacker – z plecakiem na plecach – czyli po prostu plecakowiec.

Na lotnisku Pułkowo, dziewczyna w biurze rejestracji podróżnych, kiedy dowiedziała się o docelowym punkcie mojej podróży, zdziwiła się:
- Dokąd? Dokąd? Do Nepalu? A cóż to za kraj?
Miałem bilet tylko w jedną stronę – do Kalkuty. O powrocie nawet nie pomyślałem. Co ma być to będzie! W kieszeni wszystkiego 100 dolarów, ale w duży straszne pragnienie ujrzenia kraju swych marzeń.

Do granicy z Nepalem przejechałem całe Indie pociągiem i autobusami w dwa dni. Wschód mnie oszołomił. Moja wiedza o nim była książkowa i „ucukrowana”, a tutaj było samo życie…

Lama Rabdjam Rinpoche


Powrót

Nocowałem w hoteliku na obrzeżu Katmandu i liczyłem, na ile dni jeszcze mi wystarczy pieniędzy. Ale wierzyłem w to, że jeżeli to miejsce jest autentycznie moje, to powinno się coś stać. I pewnego ranka, kiedy pieniędzy mi już nie stało, coś podszepnęło mi iść do Bodnath – w rejon buddyjskich klasztorów. Pomiędzy budynkami od razu zauważyłem pagodę – klasztor Shechen. To, co potem się stało, można porównać do całej serii cudów. Wchodząc po schodach nikogo nie spotkałem, a furta była otwarta. A w ostatnim pomieszczeniu, na podwyższeniu, zagłębiony w lekturze świętych zwojów, siedział lama. Podszedłem, pozdrowiłem go i usiadłem na podłodze vis-à-vis niego. Był to Rabdjam Rinpoche – przeor klasztoru i strażnik tradycji Ninghma (jednej z czterech szkół tybetańskiego buddyzmu). On uśmiechnął się na dźwięk mojej kulawej angielszczyzny i zapytał skąd i po co tutaj przybyłem i czego chcę od niego? Opowiedziałem mu wszystko jak było. Lama pomyślał i tak do mnie rzekł:
- Zostań tutaj. Zamieszkasz w klasztorze, wizę ci przedłużymy, a nasza kuchnia ci się spodoba – i wezwawszy ekonoma klasztoru wydał mu polecenia.

Tak więc zdecydował się mój los. To spowodowało niejaki popłoch w ścianach klasztoru. Cudzoziemców tutaj nie przyjmowano bezpłatnie, wymagano od nich ofiary. Wokół szeptano – i Tybetańczycy i zachodni rezydenci – że rosyjski aferzysta wykorzystuje naiwność lamy. A ja uczyłem się tybetańskiego, jadłem klasztorny ryż i podziwiałem z dachu mojej przybudówki fantastyczne stoki i szczyty górskie, mając nadzieję znaleźć się wśród nich…

Ale to nie mogło trwać bez końca – w Nepalu nie można przebywać dłużej, niż 5 miesięcy w roku. I tak Rabdjam Rinpoche dał mi pieniądze na bilet do Rosji i powiedział:
- Zapracuj i wróć do nas, powrócisz jak będziesz chciał.

Powróciłem tam po dwóch latach. Chłopcy świątynni krzyczeli w klasztornym budynku:
- Rosjanin, Rosjanin przyjechał! – i przekazując tą wieść jeden drugiemu dodawali – Lama widzi, lama ma rację!
Jeszcze nieraz wracałem do Nepalu i przebywałem w najbardziej niezwykłych miejscach. Ale za każdym przyjazdem z żalem stwierdzałem, że z tego kraju wraz z nadejściem postępu znika jakieś magiczne oczarowanie… Ono pozostaje jedynie w mej pamięci i w tych historiach, które ja potem przeniosłem na papier.

Śiwa - pan wszelkich istot żywych na Ziemi


Poza owocami i mięsem

Od Bodnathu do Pashupatinathu (Paśupatinathu), głównego kompleksu klasztornego hinduizmu w Katmandu, rozpostartego na obydwa brzegi rzeki Bagmati, jest godzina drogi. Zazwyczaj chodzę tam poprzez Chabahil, dzielnicą o dużym zaludnieniu, gdzie pierwsze kondygnacje budynków są przeznaczone do targowania i handlu. Owocami zazwyczaj handlują dzieciaki. Zazwyczaj usiłują sprzedać mi wiszące girlandami banany. Ja już wiem, że trzeba brać duże, mięsiste, przywiezione z Muglingu, miejsca postoju autobusu na trasie z Pokhary do Katmandu. A starsi Nepalczycy w niedużych, barwnych czapkach, białych bluzach i ciemnych spodniach, siedząc z podwiniętymi nogami pośród bel materiału – oni handlują materiałami i suknami.

Kramy z mięsem należą do muzułmanów. Mają długie brody i długie do kolan chałaty. Packami odganiają chmary much od wyłożonych na stołach połci mięsa. Dlatego ja po przyjeździe na Wschód zostałem wegetarianinem…


CDN.

sobota, 3 listopada 2012

Kamień Czintamani z Agharty i Szambhalli (1)




Wadim Ilin

Rerich Nikołaj Konstantynowicz (1874-1947) rosyjski pisarz, malarz, archeolog, podróżnik, kronikarz… W latach 20. mieszkał w Indiach. Roerich rozpatrywał historie i przyrodę jak proces jednej „kosmicznej ewolucji”. Przedsięwziął on ekspedycje do Chin, Mongolii i inne kraje Centralnej i Wschodniej Azji.
(„Wielka Encyklopedia Cyryla i Metodego”)

Historia kamienia

O mitycznym Czintamani (Chintamani – przyp. tłum.) wspomina się w wielu podaniach i legendach, a także w rękopisach i księgach – tych dawnych i tych współczesnych, a osobliwie wschodniego pochodzenia. Został on wycięty w kształcie wielościanu z minerału o kolorze czarnym z świecącymi żyłkami. Był to kamień w tych czasach i nie całkiem kamień – w człowieczym tego słowa zrozumieniu on istnieje tylko częściowo w czterech znanych nam wymiarach czasoprzestrzennych. Kamień Czintamani to coś więcej niż artefakt – to jest klucz do jakichś drzwi tajemnych, które ludzie zamknęli kiedyś w bardzo dawnych czasach…
Według jednej z hipotez, bardzo dawno temu kamień został rozbity na trzy części, a jedna z nich znalazła się w pewnym tybetańskim klasztorze, druga w zagadkowym podziemnym mieście Agharti (Agarta, Agharta – przyp. tłum.) a trzecia część znalazła się w nowojorskim Muzeum Współczesnej Historii.
Zgodnie z dawnymi tekstami, jeden z fragmentów kamienia został wysłany z Tybetu do Jerozolimy – dla króla Salomona, który z kolei rozkuł go na cztery części. Z jednej części zrobiono mu oczko do pierścienia, a trzy pozostałe zawiózł prorok Mahomet, założyciel islamu, do Mekki w 1500 lat później.
Tym trzem fragmentom kamienia Czintamani od dawien dawna kłaniali się muzułmanie, którzy wierzyli w ich nieziemskie pochodzenie. Według legendy, kamienie te są ukryte we wnętrzu Kaaby – dawnej świętości, wokół której zbudowano Wielki Meczet albo świątynię Beit-Ullah.



Poszukiwania Nikołaja Roericha

W czasie ekspedycji do Azji Roerich usłyszał o jednym a ciekawych aspektów wierzeń buddyjskich – a mianowicie legendę o Ośmiu Nieśmiertelnych, zamieszkujących we wnętrzu gór, w podziemnym mieście na granicy Chin i Tybetu. W jednych legendach miasto te nazywa się Agharti, w innych Hsi Uong Mu. Według niektórych relacji, rozmieszczone jest ono niedaleko Lhassy, stolicy Tybetu, i w okolicznych górach znajdują się biegnące doń tunele. Niektórzy historycy pisali, że kamień Czintamani może posłużyć jako znak przewodni – wskazujący drogę do Ośmiu Nieśmiertelnych.
Od przewodnika, którego Roerich pozyskał wśród miejscowych, dowiedział się on, że we wnętrzu górskiego masywu Kunlun znajduje się ogromna jaskinia z wysokimi stropami, w której w czasach prehistorycznych znajdowały się nieprzebrane skarby. Poza tym wspomniał on także o tajemniczych „śnieżnych ludziach”.
Istnieją świadectwa, że w tamte lata przeor lamaickiego klasztoru w Trasilumpo przekazał Roerichowi na znak wielkiego szacunku i zaufania kawałek Czintamani, który – według słów lamy – dostarczono na Ziemię z systemu planetarnego (uwaga!)… Syriusza. (!!!) W jednym ze starych lamaickich tekstów mówi się tym, że:
Kiedy Syn Słońca zstąpił na Ziemię, by nauczać Ludzkość, z nieba spadła tarcza, która zawarła w sobie siły całego świata.
Oglądając później kamień, żona Roericha – Jelena Iwanowna – znalazła na nim zagadkowe symbole. Zbadawszy napis Roerich stwierdził, że inskrypcja została napisana w najdawniejszej wersji sanskrytu i rozszyfrował ją tak:
Moja droga tutaj biegnie pomiędzy gwiazdami. Przyniosłem paterę (naczynie ofiarne) pokrytą pancerzem. I przyniosłem jeszcze skarb, podarek Oriona.
Według słów Jeleny Iwanownej, kamień ten promieniował i to znacznie silniej, niż rad, tylko jego częstotliwość była inna.
Roerich przypuścił, że kamień Czintamani jest jakimś akumulatorem energii psychicznej, nazywanej „szug”, którą może w pewnych warunkach oddawać na zewnątrz. I tak, kiedy człowiek tylko dotknie kamienia, to nabierze takiej siły ducha, możliwości i wiedzy do jasnowidzenia, że jest on w stanie na mgnienie oka ujrzeć Aghartę – miasto Ośmiu Nieśmiertelnych.
Według niektórych świadectw, lama-przeor prosił Roericha o odwiezienie prezentu do Europy i przekazanie go jak najszybciej powstałej w Genewie, w 1919 roku Lidze Narodów, której celem było rozwiniecie współpracy między narodami w dziedzinie zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa. Po tym, jak w 1946 roku Liga przestała działać, Roerich ponoć przesłał kamień z powrotem do klasztoru Trasilumpo.
A na dodatek lama-przeor opowiedział Roerichowi dawne tajskie podanie o tym, jak Nieśmiertelni zostali stworzeni z gliny i powietrza przez Mu-Kunga władcy powietrza ze Wschodu, i Uong-Mu – władczyni powietrza z Zachodu. Jednakże w świetle późniejszych podań, Nieśmiertelni zjawili się na Ziemi z planety, znajdującej się w systemie gwiezdnym Syriusza, i zainstalowali swoją forpocztę w górach Tybetu, w celu przeprowadzenia eksperymentów genetycznej hybrydyzacji.



Podziemny świat Agharty-Szamballi

W jednej z ksiąg o ekspedycji do Azji, Roerich wspomina zaobserwowany przez siebie latający dysk. Według słów przewodnika, takie latające dyski wylatują z podziemnego świata Agharti.
Istnieje hipoteza, że Ziemia wewnątrz jest pusta. Zwolennicy tej hipotezy stracili (i do dziś dnia tracą) niemało wysiłków na poszukiwanie wejść do tej podziemnej pustej przestrzeni. Sądzi się, że takie wejścia powinny znajdować się w pobliżu Biegunów, a szczególnie w okolicy Bieguna Północnego. Aktualnie poszukiwania „zagubionych wrót” prowadzi się na różne sposoby, włączają w to analizy zdjęć satelitarnych.
Zgodnie z wierzeniami buddystów, wewnątrz Agharty znajduje się jeszcze bardziej tajemnicze miasto – Szamballa.
W czasie podróży do Tybetu, Roerich i jego żona niejednokrotnie rozmawiali z przedstawicielami buddyjskiego duchowieństwa na wszystkie tu poruszone tematy. Niektóre z tych rozmów zostały opisane w książkach Roericha: „Ałtaj-Himalaje” (1927), „Serce Azji” (1929) i „Szamballa” (1930).
Pamiętam – pisał Roerich – jak w czasie naszego przejścia przez przełęcz w górach Karakorum, mój przewodnik i pomocnik Ladakh zapytał mnie:
- A wiecie panie, dlaczego tam hen wprost przed nami rozpościera się taka niezwykła, górska kraina? Czy wiecie panie, że tam w podziemnych jaskiniach kryją się ogromne skarby, i że w tych jaskiniach żyje niezwykły naród, który odwrócił się od wszystkiego, co jest grzesznego na Ziemi?
Pamiętam także, że kiedy przybliżyliśmy się do miasta Hotan (terytorium dzisiejszego Sinczian – Ujgurskiego Rejonu Autonomicznego Chin – przyp. aut.), to dźwięk uderzeń kopyt naszych koni o ziemię stał się grzmiący, jakby pod nami były jakieś jaskinie czy jakieś próżnie skalne. I nawet ludzie z naszej karawany zwrócili na to uwagę. A kiedy ujrzeliśmy wyloty jaskiń, to nasi ludzie powiedzieli:
- Kiedyś tam, bardzo dawno temu, mieszkali tutaj ludzie, ale wszyscy uciekli do wnętrza Ziemi. Oni znaleźli wejście do podziemnego królestwa.



Święte słowo

A oto fragment rozmowy z jednym z tybetańskich lamów, który zacytowano w książce Roericha, a który miał miejsce w 1928 roku:
- Lamo, opowiedz mi o Szamballi.
- No przecież wy, ludzie Zachodu, nie tylko nie wiecie o Szamballi niczego, i nie chcecie niczego wiedzieć. Najpewniej ty pytasz mnie z prostej ciekawości i z łatwością wymawiasz to święte słowo.
Po długich rozmowach i zapewnieniach Roericha o jego szlachetnych intencjach, lama wreszcie zdecydował się mówić dalej:
Wielka Szamballa leży daleko za oceanem. Jest to wielkie królestwo bogów. Nie ma w nim niczego z Ziemi. Czemu wy, ludzie, interesujecie się nim tak? Tylko daleko na północy, i tylko w niektórych miejscach mógłbyś zobaczyć lśnienie promieni Szamballi. Sekrety Szamballi są doskonale ukryte przed postronnymi.
- Lamo, mu wiemy o wielkości Szamballi. I my wiemy, że to nieopisanie piękne królestwo rzeczywiście istnieje. I wiemy także, że niektórzy lamowie wyższej rangi przebywali w Szamballi… Wiem doskonale o podróży pewnego lamy z Buriacji, którego przeprowadzono poprzez wąskie przejście, dlatego też nie opowiadaj mi o niebiańskiej Szamballi, a opowiadaj mi o tej, która istnieje na Ziemi dlatego, że ja wiem – ziemska Szamballa istnieje! Powiedz mi lamo, jak mogło się zdarzyć, że ziemskiej Szamballi nie odkrył żaden z podróżników? Jeżeli spojrzymy na mapę Ziemi, to widać, że niewiele na niej białych plam. Wszystkie górskie obszary, doliny i rzeki zostały już zbadane.
- No tak, ale póki ci wszyscy ludzie, których ty nazywasz podróżnikami jeszcze wielu rzeczy nie znaleźli na Ziemi. No i niech któryś z nich spróbuje przeniknąć do Szamballi bez zaproszenia! Zapewne słyszałeś, że wokół wysokogórskich plateau płyną potoki i rzeki, których wody są nasycone trucizną zabójczą dla człowieka. Być może nawet widziałeś ludzi, którzy umierali po nawdychaniu się trujących oparów w czasie próby sforsowania tych potoków i rzek. Wielu śmiertelników próbowało dotrzeć do Szamballi nie będąc zaproszeni do niej. Niektórzy z nich znikają bez śladu i na zawsze. Tylko niektórym udało się dojść do świętego miasta, i to tylko w tych przypadkach, kiedy ich karma sprzyja temu celowi.
O zagadkach Szamballi i Agharty pisze Jan Lamprecht w książce „Puste planety” (1998). W niej opisuje się, jak to znany święty lama Kusum Lingpa, lekarz tybetańskiej medycyny, znawca i nauczyciel jednego z kierunków buddyzmu – vadjarayany – prowadził warsztaty w San Jose (CA).
Według słów Lamprechta – W czasie jednego wykładu wygłoszonego w San Jose, lama ów twierdził, że do Agharti można dostać się lecąc z Indii na północ w czasie siedmiu dni. Ja uważam, że lama porównywał ów lot do lotu ptaka, a jeżeli tak, to siedmiodniowy lot przywiedzie nas w samo centrum Arktyki.
Ponad siedemdziesiąt lat temu Roerich w rozmowie z innym lamą usłyszał od niego, że Szamballa leży daleko na północy. A zatem być może, że ten lama jak raz miał na myśli rejon Północnego Oceanu Lodowego?



CDN. 

sobota, 27 sierpnia 2011

Atlantyda i Agharta (10)










Ludmiła Szaposznikowa[1]

Szamballa dawna i zagadkowa

Aby zrozumieć współczesne życie duchowe mieszkańców Południowej i Centralnej Azji, należy znać ich korzenie, którymi sa ich dawne religie. Taką możliwość dało poznanie dziś mało komu znanej religii Bön, która przetrwała od czasów, w których ludzie po raz pierwszy zawładnęli siłami Przyrody. Wyznawcy tej religii żyją w jednym z klasztorów w Północnych Indiach. W owym klasztorze znajduje się bezcenne dziedzictwo ich dawnej kultury. Słynna radziecka uczona, indolog opowiada o tym, czego dowiedziała się w trakcie swej podróży odbytej do Indii.

* * *

Mapę Szamballi[2] rysowano w garażu Lokesha Chandry. Rysowali ja długo, oblewając się potem w niesamowitym skwarze Delhi. Było ich trzech: rimpoche[3] - Senge Tenzing Djongdon i dwóch lamów, którzy przeszli z rimpoche całą drogę z Tybetu do Indii. Uciekli z Tybetu tajemnymi ścieżkami, prowadzącymi poprzez śnieżne przełęcze, których podejścia były strome, a zejścia niebezpieczne. Ci, z którymi przyszło się im spotkać na śnieżnych górskich drogach odnosili się do nich nieufnie. Większość z nich była buddystami, zaś oni byli wyznawcami starej religii Bön, reliktowego przed-buddyjskiego kultu, co stanowiło dla nich znaczne utrudnienie w podróży. Poza tym nieśli oni ze sobą i na sobie bezcenne manuskrypty. Te, których nie mogli zabrać ze sobą, poukrywali w tajnych skrytkach i jaskiniach. Rękopisy te przedstawiały stan opłakany. Najwiekszą wiedzę o nich uzyskał młody indyjski uczony dr Lokesh Chandra, który wyłuskał rimpoche i lamów z poczekalni delhijskiego dworca kolejowego. I właśnie dlatego stał się on słynnem tybetologiem i dyrektorem Międzynarodowej Akademii Kultury Indyjskiej. A zaczął on niemal od zera, maleńkiego mieszkania z garażem, w którym stał rozklekotany hindustan. Garaż ten oddał do dyspozycji rimpochemu i lamom, bo to było wszystko, w czym mógł im pomóc. W kacie garażu stał stosik bezcennych dzieł – nie było tego wiele, lecz dzięki fenomenalnie wytrenowanej pamięci rimpochego i lamów udało się odtworzyć utracone rękopisy. Dlatego też pracowali oni bez wytchnienia, dniem i nocą, w dusznym garażu Lokesha, aby odtworzyć i uratować od zapomnienia swą dawną tradycję, kulturę i duchowy dorobek.

Znajdziemy wspólny język

Zaczęli od czegoś najprostszego i oczywistego, o czym ludzie powinni zawsze pamiętać przekazując coś potomnym. Narysowali mapę Szamballi. Starodawne rękopisy Bönu opisywały dawna tradycję tego tajemniczego kraju, w którym żyją ludzie równi bogom i Wielcy Nauczyciele (Naacalowie). Tradycja ta liczy wiele podeszłych w mgłę zapomnienia tysiącleci, których nikt jeszcze nie próbował nawet policzyć… Nie było w tym nic niezwykłego. Najważniejszym było ustalenie miejsca i czasu, choćby tylko proksymalnie, w których Szamballa istniała. Byli przekonani o tym, że tylko oni, tj. Bön zna tajemnicę tej krainy, a buddyści jedynie kanonizowali to, o czym już dawno wiedzieli wyznawcy i mędrcy Bönu.

Kilkumiesięczny, natężony do granic możliwości trud przeznaczono na to, by opracować mapę świętej krainy. Mapa ta nie przypominała w niczym naszych współczesnych map – nie było na niej południków i równoleżników, długości i szerokości geograficznych, znanych nam gór i rzek… Dziwna mapa, na której rzeczywistość mieszała się z mitem, choć jej autorzy znali już nasz świat, jednak daleko gorzej, niż ten legendarny. Mapę tą opublikowano dzięki pomocy Lokesha Chandry. Pierwsi zwrócili na nią uwagę radzieccy znawcy Wschodu – L. N. Gumilew i B. I. Kuzniecow, którzy skorelowali mapę Szamballi z współczesnymi mapami świata.[4] Powiadomili oni o tym rimpochego i tak nawiązała się pomiędzy nimi korespondencja. Ale to zdarzyło się o wiele później, wcześniej na pogórzu Himalajów powstał nowy klasztor Bönu, ku któremu zmierzali tybetańscy uciekinierzy, którzy otrzymali ziemię od indyjskiego rządu.

Wraz z rimpoche siedzieliśmy w jego klasztornych apartamentach – słowo „apartamenty” jest w tym przypadku eufemizmem, biorąc pod uwagę skromne wnętrze jego pokoju. Siedzieliśmy przy niziutkim stoliku, na którym leżała mapa Szamballi – ta narysowana przed laty w garażu Lokesha Chandry, kiedy był on jeszcze młodym przeorem klasztoru Bönu.

Poza tą mapą leżała tam jeszcze jedna, na której znajdował się plan jej stolicy – Kalapy.
- W jednym z naszych manuskryptów – mówił rimpoche Tenzing – znajduje się opis tego, jak powstał Wszechświat, jak powstali ludzie i jak powstała święta Szamballa. Uczeni, zwłaszcza europejscy plącza się w relacjach na temat jej lokalizacji. Niektórzy umieszczają ja w Iranie, ale nie zgodził się z nimi sir Aurell Stein, który twierdzi, że znajduje się ona w górach śnieżnego Kajłasu (Kailasu).
- A skąd znacie rimpoche, sir Aurella Steina? – zapytałam.
Uśmiechnął się.
- Wy europejscy uczeni – rzekł – nie chcecie zrozumiale pokazać naszego dawnego dziedzictwa. Wydaje się wam ono głupie i fantastyczne. Nie wgłębiacie się w nie, bo nie uznajecie go za godnego dogłębniejszego zbadania. My zaś interesujemy się wszystkimi waszymi dokonaniami. Chcemy bowiem was zrozumieć, poznać metody waszego myślenia naukowego, w celu opanowania go. Chcemy wam opowiedzieć o naszych tajemnicach waszym językiem pojęć. Dlatego też znam prace europejskich uczonych, którzy zajmowali się tymi problemami, w tym także wielkiego archeologa sir Aurella Steina. Powinniście pracować razem z nami, ale jedynie jednostki wychodzą nam naprzeciw. Czy słyszeliście o takich ludziach jak George (Jurij) Roerich i jego ojcu?
- Co?! – wykrzyknęłam – znaliście Jurija Roericha???
Rimpoche Tenzing roześmiał się widząc nieoczekiwany efekt swych słów.
- Pani reakcja – odparł – świadczy o tym, że też go pani dobrze zna. Był on jednym z pierwszych, który wyszedł nam naprzeciw, tak jak Csoma de Deresz, węgierski uczony, który pierwszy opracował zasady gramatyki języka tybetańskiego oraz kilku innych. Nasze życie ma tu także drugą stronę. Skończyła się nasza izolacja od reszty świata. Weszliśmy z nim w kontakt darując w zamian nasze rękopisy i mądrość. Weźcie je! Znajdźmy wspólny język i starajmy się porozumieć. Nie nazywajcie nas fantastami i opowiadaczami bajek!

Rimpoche pochylił się nad mapą i jego palec zatrzymał się na górze Kajłas i jeziorze Manasartowar, z którego zaczyna swój bieg Brahmaputra. Potem przesunął swym palcem w kierunku Mt. Everestu i jeziora Namche, zatrzymując go na grani Tang-la. Napisy na mapie były tybetańskie, więc początkowo rimpoche czytał mi je, a potem tylko objaśniał niektóre geograficzne nazwy.

Długo siedzieliśmy nad mapą rozmawiając i dyskutując. […] Na pierwszej mapie zobrazowano w przybliżeniu i niezbyt dokładnie rejon położony pomiędzy zachodnią częścią indyjskich Himalajów, Lhassą a Transhimalajami. Wyjaśniło się, że dawno temu, na tym terytorium znajdowało się państwo Szan-Szun podzielone na trzy części. Centralną część nazywano Szan-Szun Bu, pośrednią – Szan-Szun Par, zaś zewnętrzna nosiła nazwę Szan-Szun Go. Rimpoche Tenzing twierdził, że Szan-Szun Go zajmowała terytorium na pn-wsch od Kajłasu do klasztoru Bön o nazwie Czun-Po. Szan-Szun Par rozciągała się na zachód od Kajłasu i dochodziła do Afganistanu, natomiast Szan-Szun Bu była święta i błogosławioną Oł-mo-łun-rin, czyli Szamballą właśnie.

Rimpoche z jakiegoś nieznanego mi powodu zmienił temat i zaczął opowiadać o świętych miejscach wyznawców kultu Bön. Od Kajłasu, opodal którego stoi klasztor Czun-Łun należy iść na wschód do świętego jeziora Namche. Tam jest śnieżna grań Tang-La, która swym kształtem przypomina krater ogromnego wulkanu. Na szczytach tych zamieszkuje groźny górski bóg – Tang-La. Dosiada on białego konia, który nazywa się Lun-Po. Na środku jeziora stoi wysoka góra ze śnieżnym szczytem zwana Nam-co-to-rin (dosł. Serce Jeziora).

We wnętrzu tej góry znajduje się wiele jaskiń połączonych ze sobą skalnymi korytarzami. Nie można do nich wejść, bowiem strzeżone są przez tych, którym je powierzono. Wielu mędrców Bönu w nich przebywało, tam trawili czas na medytacjach i dlatego dla wyznawców Bönu i szanszuńskich mędrców jest to miejsce święte.

Potem rimpoche opowiedział o górze Tan-Ho na której mieszka zupełnie dziki bóg górski. Bożek ten jeździ na jaku i nikogo się nie boi. Nie zląkł się on nawet samego Padmasambhawy, który pokonał wszystkich górskich bogów i pozostał niepokonanym. Rimpoche zamilkł i spojrzał na mnie.

Na drodze do Wieży Tajemnic

- A teraz – rimpoche przerwał przedłużające się milczenie – spróbujemy zorientować się nieco na tej mapie Szan-Szun Bu. O, tutaj – rzekł wskazując palcem na rysunek – rośnie drzewo o czerwonych kwiatach, a nazywa się Pe-mi-dum-po i jest jednym ze znaków bliskości tajemniczej krainy. Pomiędzy nim a tymi skałami znajduje się duże jezioro. Na rysunku go nie było, widocznie rysownik był niewprawny. Gdy rysowaliśmy tą mapę w garażu Lokesha Chandry to nie mieliśmy dobrego rysownika, dlatego nie naniesiono tego jeziora, bo nie mieściło się na rysunku. A tutaj – palec rimpoche przesunął się od drzewa na północ, w kierunku schematycznie narysowanych gór – jest przejście. Przez to przejście nasz nauczyciel Shenrab szedł z tajnego państwa do Tybetu drogą biegnącą na zachód. Miejsce w którym stoi to drzewo i wznoszą się te skały nazywa się Me-Lha. Tamże mieszka groźny bóg ognia – Me…

Wyminęliśmy Me-Lha, gdzie spod ziemi wyrywały się języki płomieni i po sforsowaniu śnieżnej przełęczy zagłębiliśmy się w Tajemniczy Kraj. Krok po kroku, idąc w kierunku północno-zachodnim zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie stała Centralna Wieża. Przemierzyliśmy Kosmiczny Ogród i Ogrót Lotosów w którym na niebieskich wodach stawów o marmurowych brzegach kwitły lotosy wszystkich odmian i gatunków – od różowych do fioletowych. Stanęliśmy przy kolumnach wznoszących się w bezdenne niebo. Wykonano je z monolitycznych bloków kryształu górskiego[5], a ich przeźroczyste płaszczyzny pokrywało jakieś pismo.
- Czy to szanszun? – zapytałam rimpoche.
- Tak – potwierdził – to szanszun, dawny język bogów, pismo dawno już zapomniane…[6] Uchroniło się ono tylko na tych kolumnach.

Porzuciliśmy kryształowe kolumny i poszliśmy przez kilka ogrodów – był więc Ogród Królewski, Miedziany, Złoty… A potem pałace wkomponowane w skały i wodospady. Nad wygiętymi i wielopoziomowymi dachami płynęły obłoki. Za pałacami, gdzieś przy bliskim horyzoncie stały potężne szczyty gór. Każdy pałac miał swą nazwę: Pałac Szczęścia, Pałac Kosztowności, itd., nie wchodziliśmy do nich – spieszyliśmy się do Wieży, która wypiętrzała się przed nami zbudowana z wielkich bloków skalnych.

Stanęliśmy przed nią. Patrzyła na nas oczami szerokich okien w kamiennych ścianach.
- Ta Wieża, to coś najważniejszego na naszej planecie – rzekł rimpoche – liczy ona wiele setek tysiącleci, a kto wie, czy i nie milion lat… W tej wieży jest ukrywana Tajemnica. Tylko wielcy mędrcy Bönu – siddhowie mogli wchodzić do niej, a i to ci nieliczni. Nie mam odwagi zrobić tego z panią.
- Szkoda – pomyślałam – być tak blisko największej tajemnicy planety i odejść z niczym…
- Szkoda, wielka szkoda – powtórzył za mną rimpoche – ale na wszystko przyjdzie czas. Musimy już wracać.

Znów udaliśmy się w kierunku skał i kwitnącego drzewa, a potem weszliśmy na drogę do Tybetu. Następnie wpadliśmy do hinduskich Himalajów, do Simli, Solanu, a stąd do wsi Dolanji, skąd powróciliśmy do klasztoru Bönu i gabinetu jego przeora. Potem rimpoche Tenzing zaprowadził mnie do pokoju z wysokim sufitem i długimi, drewnianymi regałami biegnącymi wzdłuż bielonych ścian. Leżały na nich sterty książek, zarówno zwykłych jak i tybetańskich wydrukowanych zwykłą techniką na zwykłym papierze. Powstały one dzięki wydatnej pomocy Lokesha Chandry. Nakłady ich były niewielkie, najwyżej kilkaset egzemplarzy. Rimpoche podchodził do półki, wyjmował i wkładał książki…
- Udało się nam – mówił – opublikować ponad setkę manuskryptów, które znajdowały się w różnych klasztorach Tybetu. Mało kto o nich w ogóle wiedział. Literatura Bönu jest bardzo bogata, ale w naszych klasztorach bardzo niechętnie przyjmowano cudzoziemskich uczonych i równie niechętnie udostępniano im nasze pisma, które chroniono przed niepowołanymi oczami. No, ale teraz nastały nowe czasy i posyłamy nasze pisma uczonym zajmującym się Tybetem.

W leżących na półkach publikacjach znajdowały się traktaty astronomiczne, astrologiczne, medyczne, tantryczne, rytualne, historyczne czy kanoniczne dotyczące życia klasztornego. Osobne miejsce poświęcono wielkim magom i lamom Bönu. Samemu życiorysowi i dokonaniom założyciela Bönu, nauczyciela Shenraba było poświęcone dziesiątki książek.

Tutaj na stronicach tych książek żył cały świat dawnej kultury tybetu, zagadkowy i niezbadany. Świat czekający na swego odkrywcę…[7]

Siedziałam na stopieńkach i rozmyślałam o Bönie. Chciałam wreszcie zrozumieć, co to właściwie takiego. Tutaj w Dolanji zetknęłam się z tzw. zreformowanym Bönem – tym, który poniósł porażkę w wielokrotnej rywalizacji z buddyzmem. Niewiele z niego zostało – kilka klasztorów, garstka wyznawców, trochę ksiąg… A jak było wcześniej?

Wcześniej były czary, podległość siłom Przyrody, skomlenie szamanów.
- Bön – pisał J. M. Roerich – to konglomerat szamanizmu i religii pn-zach Indii. Ten kult Przyrody pochodzi z indoeuropejskiego pnia kulturowego, albo jak mi się wydaje z protoaryjskiego. Jednak jeszcze niczego nie można powiedzieć o tym pewnego.

Przedaryjski krąg kulturowy jest bardzo stary, i to właśnie umożliwiło przeżycie Bönowi. Krąg ten powstał gdzieś w zaraniu istnienia Ludzkości, w ogniu szamańskich ognisk, pierwszych petroglifach, pierwotnych świątyniach, których ołtarze zrobiono z grubo ciosanych menhirów. Ta protoreligia posłużyła za fundament wszystkim innym religiom – także buddyzmowi. Bön – ten nie zreformowany – także się na niej oparł, ale znacznie wcześniej niż buddyzm. Tak, jak istniał klasztor w Dolandji na szczycie góry, oddzielony od wioski leżącej u jej podnóża.

Tutaj obchodzili swe święta, kłaniali się swym duchom i czcili swych przodków. A na nizinie żyły swym życiem legendy o mądrych magach, Wielkiej Matce Ziemi i białym koniu Łun-Ta, na siodle którego siedzi tajemnicze Przeznaczenie. […]

Wyjeżdżałam z Dolandji i w mojej torbie podróżnej leżała mapa Tajemniczej Krainy wraz z kilkoma kolorowymi karteczkami z Białym Koniem Szczęścia Łun-Ta.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©    


[1] Dr Ludmiła Szaposznikowa doktor nauk historycznych, członek Związku Pisarzy ZSRR, laureatka Międzynarodowej Nagrody im. Javarharla Nehru, autorka szeregu prac poświęconych Indiom.
[2] Agharta, Shangri-La, Kraina d’Bus, Kraina Üi lub Ui.
[3] Przeor klasztoru lamaickiego.
[4] Zastosowano tutaj podobną metodę korelacji map do metody Charlesa Hapgooda, który użył jej do rozpracowania map zawartych w tureckiej księdze „Bayhire” autorstwa Piri Reisa.
[5] Jedna z postaci czystej krzemionki, dwutlenku krzemu – SiO2.
[6] U A. F. Ossendowskiego pismo to nazywa się „waten”.
[7] Opuszczono tutaj rozdział opisujący życie klasztorne, który nie wnosi niczego do sprawy Agharty.