Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olimp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olimp. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lipca 2011

Opisanie "wyprawy uczonej" maluchem na Olimp (8)




8. Ósmy i ostatni dzień podróży uczonej – 9.07.2011 r.

Stanisław Bednarz

Tak to nastał ostatni dzień naszej przeciekawej podróży.

Obudziliśmy się około 7. i już jadąc, na drogowskazie odczytaliśmy, że  do Timishoary mamy jeszcze około 100 km, a do granicy węgierskiej 176. Na czczo pojechaliśmy  dalej do Timishoary jeszcze jechaliśmy w terenie górzystym choć pagórki stawały się coraz mniejsze. Timishoara brzydka, jak zwykle ruiny jakiś sztandarowych zakładów z czasów komunizmu..  Miasto godne jest wspomnienia  gdyż tu zaczęły się masowe protesty w 1989 roku, które w końcu doprowadziły do upadku reżimu Ceaucescu.

Posuwamy się stale zachodnimi krańcami Rumunii wzdłuż granicy z Serbią. Za Timishoarą wjechaliśmy w równiny  rolnicze Banatu. Były i niekiedy do dzisiaj są zamieszkiwane przez Niemców. Wsie zamieszkane przez Niemców odznaczają się czystymi odnowionymi elewacjami i charakterystyczna zabudową. Banat dla mnie kojarzy się z tym tylko, że jak w 1942 roku Niemcy rozpoczęli wysiedlanie zamojskich wsi to osadzali tam Niemców z Banatu.

Wśród całkowicie rolniczego nieciekawego krajobrazu zmierzamy do granicy węgierskiej. Po drodze na bocznej linii kolejowej dostojnie kołysze się jeden wagon motorowy jadąc z prędkością około 15 km/h. Wstępujemy jeszcze do wiejskiego sklepiku kupujemy do kolekcji domowej najlepsze z tanich win rumuńskich „Murfatlar” i trochę moreli aby coś przegryźć i o 10:30 wjeżdżamy do Węgier. Za jakieś 30 km od granicy wjeżdżamy do dużego miasta Szeged słynnego z gulaszu  szegedyńskiego i włączmy się do autostrady wiodącej do Budapesztu.

Na autostradzie mijają nas wszystkie samochody bo nie możemy uciągnąć więcej jak 110 km/h, a wypasione samochody  jadą po 160 km/h. Po dwu godzinach osiągamy obwodnicę Budapesztu, nie wjeżdżając do centrum, a przed 2009 rokiem za każdym razem chcąc dostać się na Słowację trzeba było wjeżdżać do centrum. Ma to swoje plusy i minusy. Oczywiście z tej racji, że Węgrzy nie przepadają za Słowakami nie ma nigdzie oznaczenia drogi na Słowację, i tylko trzeba wypatrywać drogi 2A szybkiego ruchu do Vac.

Około 13:30 stajemy na dużej stacji  już na drodze do Słowacji. Stacja położona jest na niewielkim wzgórzu skąd roztacza się wspaniała panorama na Budapeszt na południu, łuk Dunaju koło Vacu gdyż tam Dunaj gwałtownie  skręca  na  kierunek południowy, a na samym północnym horyzoncie dzikie pasmo gór Borzsony leżące na granicy ze Słowacją porośnięte jest gęstą buczyną. Słynie ono z ogromnych ilości borowika królewskiego. Zawsze zatrzymując się na tej stacji podczas różnych naszych powrotów odnoszę wrażenie że jesteśmy już w naszych stronach. Bo to przecież „do Peśtu” nasze prababki i pradziadkowie szły piechotą po dobrze płatną pracę.

Za Vacem kończy się droga szybkiego ruchu i z żółwią prędkością 50 km/h  jedziemy przez wioseczki i małe miasteczko Retsag. Odcinek ten obfituje w cmentarzyki żołnierskie i piękne obeliski poświęcone żołnierzom I wojny światowej. Marzy mi się taki obelisk w Jordanowie. Z kolei odcinek między Retsagiem, a granicą kojarzyć mi się będzie z dniem 23 sierpnia 2007 gdy wracając z Bułgarii wpadliśmy w objęcia trąby pyłowej towarzyszącej olbrzymiej superkomórce burzowej.

W Jordanowie wtedy kilka dachów zerwało. Mijamy około 15 :15 granicę i przez Krupie, Zvoleń zmierzamy do Bańskiej Bystrzycy. Za Bańską Bystrzycą  w połowie drogi na Donovaly wreszcie ciepły posiłek opiekany ser i „kotlikowi gulasz”. Na przełęczy Donovaly będącej swoistym hotelowym bezguściem po raz czwarty przełamujemy łańcuch Karpat. Przełęcz ta oddziela Niskie Tatry od Wielkiej Fatry. Zjeżdżamy ostro do Rużemberoka gdzie w 1939 mieścił się szpital  armii niemieckiej i wielu rannych żołnierzy polskich i ludności cywilnej zostało tu do tego szpitala przewiezionych. Rozpoczęła się ostatnia setka kilometrów naszej podróży. Nadajemy SMS że przybywamy pod jordanowski Ratusz około 19. …

Dłuży się niemiłosiernie droga przez Orawę, Dolny Kubin, Orawski Zamek, Twardoszyn… Wreszcie około 18:15 przekraczamy polską granicę. Za chwilę przełęcz Beskid, Spytkowice i triumfalny wjazd na Rynek w Jordanowie. Czeka na nas, za co chce mu serdecznie podziękować, V-ce Prezes TMZJ Robert Leśniakiewicz z psem Argosem robiąc pamiątkowe fotografie.

Ale szczególne podziękowania należą się Fiatowi 126p za to że sprawował się bez zarzutu i pokazał że „Polak potrafi”!

KONIEC

poniedziałek, 25 lipca 2011

Opisanie "wyprawy uczonej" maluchem na Olimp (5)




Dzień  piąty - 6.07.2011 r.

Stanisław Bednarz

Rano zrywamy się bladym świtem i jedziemy do  wspomnianego wcześniej miastecka Litochoro. Miasteczko ledwie co budzi się ze snu. Nasz maluch staje pierwszy i samotnie tkwi na rozległym parkingu. Dzisiaj udajemy się na pieszą wycieczkę w masyw Olimpu. Zamierzamy jak najdłużej posuwać się głęboko wcięta dolina prowadzącą aż do podnóża  zasadniczego masywu.

Wkraczamy w piękną, U–kształtną dolinę. Wszędzie odsłaniają się zmetamorfizowane wapienie, które z pewną dozą pobłażliwości można by nazwać marmurami. Ale gdzie im tam do marmurów ze Stronia Śląskiego! Początkowo idziemy po betonowych płytach prowadzących do ujęcia wody dla całego obszaru. Po drodze mijamy porannych spacerowiczów których pozdrawiamy i patrzymy jak śmiesznie człapią wymachując dwoma kijkami. Za chwile idzie grubaśny pop z gromadką dzieci  swoich legalnych. Włosy ma upięte  w kuc. My  pięknie „Niech będzie pochwalony, a on nic zajęty obrządzaniem rozwrzeszczanych dzieci. Rozważanie o istocie celibatu zajmują mi około 5 minut.

Dołem wije się potok w przepięknej zielonkawej barwie. Tuż przed  ujęciem droga gwałtownie wspina się na stok by po osiągnięciu dość dużej wysokości zacząć iść trawersem na równej wysokości. Krajobrazy powtarzają się, skały pionowe, zarośla, niski drzewostan, mało ludzi. Tylko potoczek w dole miga zielenią. Po drodze znajduję kostur z jakiejś limby i zabieram do domu.

Po jakiejś półtorej godzinie zaczynamy widzieć najwyższe partie Olimpu. Zalegają tam pojedyncze płaty śniegu w samych partiach szczytowych. Cierpliwie zakosami omijamy boczne grzbiety schodzące do doliny. Droga  wije się w nieskończoność. Drzewa stają się coraz wyższe i okazalsze. Idziemy już trzecią godzinę, a końca nie widać. Wśród tych uroczych plenerów szliśmy 4 godziny. Do osiągnięcia górnej granicy lasu pozostała jakaś godzina. Nagle szczyt Olimpu spowija się czarne chmury i rozlegają się pojedyncze grzmoty. Postanawiamy wracać.  Bojąc się burzy pędzimy z prędkością dwa razy większą. Po jakiejś  2,5 godzinie osiągamy okolice ujęcia wody. Burza nie przesuwa się w kierunku Litochoro tylko okupuje szczyt Olimpu. Tam zawsze Zeus gromowładny odprawia swe pacierze.

Nagle na drodze mimo suszy spotykamy salamandrę, widok znajomy, u nas pokazują się tylko po deszczach. Miasteczko wita nas sjestą. Przypadkowo wchodzimy do jakiejś mało eleganckiej kawiarni gdzie siedzą sami starsi mężczyźni i grają, a to w warcaby, a to w kości, a to  w karty popijając Ouzo, niektórzy czytają leniwie gazety. Zdają się nic nie przejmować kryzysem walutowym i mając gdzieś  święte oburzenie Niemców i Szwajcarów na ich domniemaną nie-pracowitość. Tak żyli ich dziadowie i ojcowie tak zamierzają żyć oni. Tu w tej kawiarence rozpłynęły się złudy globalizacji. Palą we wnętrzu pomieszczenia jakieś lokalne papierosy, których nie uświadczy w żadnym markecie, piją  lokalne wspaniałe lemoniady, a nie żadne tam Fanty. Kawę parzą w jakichś kociołkach jest nawet bardzo smaczna.[1]

Po przeciwnej stronie ulicy, w nowoczesnej kawiarni Segafredo, Fanta, Cola, Malboro i nic regionalnego. Jednak wole te lokalne smaczki spowite w chmurę machorki. Chodzimy trochę po miasteczku. Dochodzimy do parkingu, naszego malucha prawie nie widać zza tabunów wycieczkowych autobusów.

Wracamy do Leptokarii po drodze wstępujemy do jakiejś brzydkiej miejscowości koło Dijin, bo tam kolega Wacka jak był uczniem szkoły Witosa w Suchej odbywał w hotelu praktykę. Robimy zdjęcia tego nieciekawego obiektu i pod wieczór lądujemy w Leptokarii. Ma się już ku wieczorowi. Tradycyjna kąpiel w morzu oraz kolacja w nadmorskiej restauracji. Znów ryby tym razem malutkie opiekane sardynki. Zajadając w całości malutkie  rybki z głowami i ościami obserwuję nieruchomą taflę Morza Egejskiego. Syn rzuca porównanie że Pan Jezus mógłby po nim stąpać  ze względu na jego gładkość i zasolenie. Nie zawsze ono takie bywa raz widziałem go gdy podczas słonecznej pogody ciskało takimi falami że kąpiących się wyrzucało na pięć metrów.

W promieniach zachodzącego słońca obserwujemy po drugiej stronie Morza Egejskiego jedna z odnóg półwyspu Chalkidiki – republiki ortodoksyjnych mnichów. Przez moment zastanawiam się nad sensem ich zgrzebnego życia. Ale zaraz ukazuje mi się święcąca wiecznie zadowolona twarz ojca Rydzyka uwikłanego w jakieś dziwne  interesy  i  doznaję olśnienia, co jest prawdziwym życiem monastycznym. Jednym słowem mnich mnichowi nie równy. I tymi teologicznymi rozważaniami kończę dzień i udaje się na spoczynek.

CDN.


[1] Jest to kawa gotowana z korzeniami i bardzo mocna. Po wypiciu filiżanki przez pół dnia człowiek porusza się wyłącznie biegiem i dlatego podaje się ja ze szklanką wody – przyp. R.K.L.

wtorek, 19 lipca 2011

Opisanie „wyprawy uczonej” maluchem na Olimp (3)









Stanisław Bednarz

3. Opisanie dnia trzeciego 4.07.2011

O 5. rano jakiś wielki  kogut mieszkający w najbliższym sąsiedztwie zaczął wydawać z siebie takie ryki że umarłego by zbudził. Wczesne śniadanie, skromne jak przystało na dwugwiadkowca plasterek kiełbasy salamopodobnej i bułeczka, a do tego słaba kawa.

Ruszyliśmy najkrótszą, ale nie główną droga do Sofii wiodąca przez masyw Bałkanu inaczej zwanego „Stara Płaniną”. Zaczęliśmy znowu ostro podjeżdżać w górę wśród gęstych jak głowa Murzyna lasów liściastych. Dopiero na wysokości ponad 1000 m złapaliśmy świerka. Droga po wielu trudach osiągnęła przełęcz na wysokości 1410 m n.p.m skąd widać już było na dalekim horyzoncie kotlinę  Sofii.

Zaczęliśmy ostro zjeżdżać w dół w mało zalesionym obszarze  dlatego roztaczały się piękne plenery. Pasmo Starej Płaniny przecina północną Bułgarię z zachodu na wschód  aż do Morza Czarnego i należy do systemu alpejskiego podobnie jak Karpaty. Zjeżdżaliśmy przez jakieś osuwiska ponieważ droga była jak by to powiedział pewien śp. radny  „zbulwersowana”.

W najbliższej wiosce mnóstwo straganów przydrożnych z owczym serem i owczym „kisiełem majakiem.” Chętnie poddałem się „kuracji żętycowej”.  Kotlina Sofii zbliżała się coraz bardziej  okazało się że jest w gęstym smogu. Ponad nim dumnie Sterczał szczyt Wiotszy która wznosi się na 2000 m n.p.m. i jest dla mieszkańców pewnego rodzaju Laskiem Wolskim.

Po przejechaniu 100 km i dwu godzinach jazdy znaleźliśmy się na obwodnicy Sofii która początkowo aż do odgałęzienia na Belgrad jest lichą drogą, a za nim zamienia się w świeżo wybudowany 30 km odcinek przepięknej autostrady. Mknęliśmy nią aż pod Pernik zostawiając po lewej ręce brzydkie peryferyjne blokowiska Sofii.

Zaraz po zakończeniu autostrady ukazał się na horyzoncie masyw Riły i najwyższy szczyt Bułgarii Musała ponad 2900 m n.p.m. Minęliśmy wkrótce  dużą miejscowość Dupnica za komunizmu zwaną  Marek Stanko Dymitrow  potem mała miejscowość Koczerinowo skąd odchodzi droga do największego zabytku Bułgarii Rilskiego Monastyru. Ponieważ byliśmy tam trzykrotnie, a oddalony jest o 30 km zdecydowaliśmy się ominąć go tym razem. Za chwile obwodnicą mijamy duże miasto Błagojewgrad. Brzydkie blokowiskowe, obecnie centrum uniwersyteckie Bułgarii. Wyobraźcie sobie Państwo że mieści się tu Uniwersytet Amerykański.

Wspomnienia buchnęły jak z pieca. W roku 1979 gdy byłem w wieku mojego syna Wacka jechałem z kolegami pociągiem z Sofii do Koczerinowa. Pewien młody Bułgar zaproponował nam przespanie się w kawalerce znajomego właśnie w którymś z bloków  Błagojewgradzie. Weszliśmy w dziewiątkę do maleńkiej kawalerki. Na ścianie wisiał obraz młodego żołnierza w przedwojennym polskim mundurze. Spytałem Bułgara co to. On wyjaśnił że jego znajomy jest studentem szkoły aktorskiej i grali jakąś sztukę polską.

Za Błagoewgradem wkraczamy w przełom rzeki Strumy przez pasmo Pirinu. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych studenci polscy masowo jeździli w Pirin. Ja też byłem  na Wichrzenie najwyższym szycie Pirinu skąd było widać Morze Egejskie. Tymczasem znów wspomnienia: miejscowość Simitli, tu rozbiliśmy się namiotem w 1978 w towarzystwie przygodnie spotkanego Niemca.

W tej miejscowości odchodzi droga do Banska dziś czołowego kurortu  narciarskiego Bułgarii. Straszą ruiny nieczynnej podziemnej kopalni węgla brunatnego. Za Simitli dolina zwężą się. Robimy postój. Tankujemy jak się okazuje liche paliwo, szukam napoju schwepps mandarin. Był to przebój Bułgarii lat siedemdziesiątych. Reżim Żiwkowa produkował to na licencji austriackiej, takich dobroci w Polsce wtedy nie było.

Paliwo było liche bo co chwile strzela z rury wydechowej. Zbieram obtoczone głazy skał metamorficznych w kamieńcu rzeki. Riła i Pirin to masywy paleozoiczne odmłodzone i powtórnie wydźwignięte w orogenezie alpejskiej. Za Prinem mijamy obwodnicą znane piękne uzdrowisko Sandanski, za chwile skręt do Mielnika.

Za Mielnikiem słynnym ze starodawnych piwnic winnych z mocnym  starym winem, które powala na nogi. Nie zdążymy tam skręcić gdyż zdążamy pospiesznie do Grecji. Za chwilę przejście graniczne Kułata. Grecy chcąc zachęcić jak największą liczbę ludzi do przyjazdu, tylko machają rękami żeby wjeżdżać, cały czas modlę się by maluch nie dał strzału z rury wydechowej. Na szczęście nie dał. Po jakiejś godzinie mijamy obwodnicą Saloniki, i zaczynamy się zbliżać do Leptokarii, która jest celem naszej podróży.

Za miejscowością Katherin wyłania się potężny czub Olimpu. W Leptokarii  meldujemy się około 17.  po przejechaniu z Jordanowa 1850  km. Wynajmujemy w  średnio drogim hoteliku 4 noce. Wieczorem spacery po plaży. Z żalem zauważam że kolejarz nie zamyka już na korbę przejścia kolejowego, zbudowano ohydne przejście podziemne śmierdzące za nasze unijne pieniądze. Ktoś stracił pracę. Jest za to cudowna stacyjka kolejowa przypominająca tą w Osielcu, jest też i tabliczka żeliwna  mówiąca że do Aten jest 411 km.

CDN. 

poniedziałek, 18 lipca 2011

Opisanie „wyprawy uczonej” maluchem na Olimp (2)






Stanisław Bednarz

Opisanie dnia drugiego 3.07.2011

 Wstajemy koło 7 rano i zjadamy hotelowe śniadanie smaczne. Dziś czeka nas jeden głównych punktów programy Trasa Transfogarska która Ceausescu w latach 70-tych poprowadził przez najwyższą część Karpat Południowych (Gór Fogarskich). Podobno chciał tędy przerzucać czołgi na wypadek interwencji radzieckiej gdyby mu zablokowali doline Aluty.

Około 25 km za Sybinem w kierunku wschodnim odchodzi odgałęzienie oznaczone nr 7c. Najpierw jechaliśmy po równinie by po jakiś 7 kilometrach osiągnąć granicę zalesionych wzgórz Karpat. Zaczynamy ostro piąć się serpentynami początkowo po bukowym, potem po świerkowym lesie. Mijamy masy murów oporowych, zabezpieczeń siatkowych, jest bardzo stromo i wąsko na przemian wrzucamy  jedynkę i dwójkę. Mijając górnę granicę lasu około 1450 m n.p.m. postanawiamy się zatrzymać by schłodzić silnik, zaparzyć kawy i delektować się z jednej strony widokiem najwyższych szczytów w tym Moldovenau około 2544 m n.p.m. również lekko poprószonych śniegiem, malowniczego wielkiego wodospadu, a z drugiej strony popatrzeć w dół by widzieć jak wysoko jesteśmy ponad  miejsce skąd wjechaliśmy na trasę.

Krajobraz szpecą nieco słupy wysokiego napięcia wybudowane nie widomo po co. Od góry zjeżdżą jakiś samochód którego dach jest pokryty śniegiem. Ruszamy znów wśród kosodrzewiny i niekończących się serpentyn. Po około pół godziny od postoju osiągamy zrównanie pod grania główna gdzie położone jest malownicze jezioro Baja Lae jesteśmy już na 2040 m n.p.m. Jest schronisko, kramy z pamiątkami kupujemy rumuńską palinkę domowej roboty.

Grań Głowna zieje bliskim wlotem do tunelu. Zdobyliśmy najwyższy punkt trasy, a przejechaliśmy zaledwie jedną czwartą Trasy Transfogarskiej. Ukazuje się ostre słońce, sprzyja to plenerom fotograficznym. Na halach wśród wielkich stromizn pasą się owce na wysokości około 2200 m. Nie wiem dlaczego przypomina mi się fragment  wiersza Kazimiery Iłłakowiczównej „Czy widziałeś kiedyś  ze wzgórz jak owce schodzą do Kluż”.

Badam skały głownie metamorficzne. Powoli robi się południe czas ruszać dalej, jeszcze najpiękniejsze zdjęcie w dół ukazujące wszystkie serpentyny. Wjeżdżamy w tunel pod grania gówna, w tunelu spotkanie z wielkim kierdelem owiec. Idą prawidłowo prawą strona, co 100 m pilnuje ich owczarek na końcu pastuch zwany tutaj czabanem. Maluch sprytnie objeżdża co bardziej narowiste tryki. Z tunelu wjeżdżamy w halę.

Jesteśmy już po stronie poludniowej czyli po raz drugi przecięliśmy Karpaty. Ostrymi serpentynami zjeżdżamy w kosodrzewinę robi się coraz cieplej, ta południowa strona jest dużo cieplejsza i stoki sa łagodniejsze. Przy górnej granicy lasu dostrzegam wreszcie utwory fliszu karpackiego. Czyli jesteśmy już w Karpatach Zewnętrzych Fliszowych, które w Jordanowie są po północnej stronie łuku, a tu po południowej. W dole dostrzegamy wielkie jezioro zaporowe, które mozolnie objeżdżamy zatoczka po zatoczce przez jakiąś godzinę. Jesteśmy  już w reglu dolnym wreszcie po długim oczekiwaniu wielka monstrualna zapora betonowa o niespotykanej wysokości. Mija nas jakaś wycieczka Arabów, kobiety w burkach, o dziwo spod zapory woda nie wypływa, gdzieś rurami kierowana jest dalej.

Odpoczynek, bo robi się powoli 14. Za zaporą dalej wśród lasów zjeżdżamy w dół, gdy wreszcie skończyły się lasy to zaczęły się pola szybów naftowych, masa odwiertów setki, ale tylko niektóre kiwony się kiwają. W takich klimatach dojeżdżamy około 15. do Pitesti które mijamy i kierujemy się do Crajowej po wielkiej nizinie  wołoskiej, trasa monotonna urozmaicona bocianami.  W ten sposób, po około 6 godzinach przejechaliśmy Trasę Transfogarską, 86 km w 6 godzin.

Za Crajową zaczynaja się dąbrowy bezludne, suche bezgrzybowe i tak około 100 km przez bezludzia  do Cefalu nad Dunajem, gdzie jest prom do Bułgarii. Widzimy budowę wielkiego mostu i ślimaków dojazdowych, ale nie ma w ogóle oznakowania jak trafić na prom. W końcu jakiś gość objaśnił nam drogę.

Na początek wielkiego cyklu zdzierstwa zapłaciliśmy opłatę portową. Potem kontrola paszportowa. Rumuńscy pogranicznicy kpią z malucha, pytają czy ma trzy koła i czy pali 3 litry na 100km. Nie przejmujemy się tym,  uiszczamy w  piorunującym tempie  opłaty promowe około 30 € i w ostatniej chwili przed odpłynięciem  wjeżdżamy na prom. Prom jest pod banderą bułgarską. Dunaj ma tu około 1,5 km szerokości. Na promie tiry z samochodami z Niemiec kilka samochodów osobowych i my. Ów „okręt” płynął z zabójczą prędkością 6-7 km/h.

Na drugim brzegu Bułgarzy zaczęli uprawiać swoje zdzierstwo, to kazali nam wykupywać ubezpieczenie zdrowotne, to opłaty drogowe, zrezygnowali tylko z opłat dezynfekcyjnych, gdzie nim weszli do Unii  przejeżdżało się za bajońskie sumy przez kałużę z wodą. Ślady po tym wgłębieniu na kałuże widoczne były do tej pory. Omijamy Vidin nie zwiedzając tureckiej twierdzy i kierujemy się na południe przez jakieś 20 km jedziemy przez pustkowia wśród pól słonecznikowych. Odpoczywamy i parzymy kawę na postumencie jakiegoś zarośniętego pomnika. Z ciekawością przyglądam się mu. Był poświęcony ofiarom puczu zwolenników cara Borysa którzy obalili rząd ludowy Stambolijskiego. Były nazwiska około 20 ofiar z okolicznych miejscowości. Dziś pomnik ten jest niesłuszny i zarasta tarniami.

Robi się późno jest już 20:30. Zaczynamy przecinać kilkakrotnie linię kolejową Sofia – Vidin. Rogatki są zamykane na korbę przez pracowników kolei. Widzieliśmy całkiem porządny pociąg  pospieszny Vidin- Sofia. Za kolejami po lewej zachodniej stronie gdzieś przy granicy z Serbią ukazują się góry około 1200 m n.p.m. Zwieńczone przepięknymi formami skalnymi. Tłumaczę synowi Wackowi że jest to jeden z najbardziej obfitujących w formy skalne masyw położony w okolicach miejscowości Biełogradczik. Ze względu na późną porę nie jesteśmy  w stanie go zwiedzić. Mijamy jakieś wsie całkowicie biedne, szkoły z powybijanymi szybami,  domy rozsypujące się. Coś czego nie widziałem w Rumunii. Jakiś krajobraz popegeerowski.

Około 21:50 wjeżdżamy do dużej miejscowości zwanej Montana. Dookoła mnóstwo elewatorów zbożowych. Zastanawiam się skąd taka nazwa Montana. Znajdujemy jedyny hotel dwugwiazdkowy, tani około 80 zł za pokój dwuosobowy. W samą porę bo robi się ciemno, na niebo wychodzi jednodniowy nów. Dziękujemy Bogu za opiekę nad naszym wysłużonym maluchem który spisuje się bez zarzutu.

CDN.

sobota, 2 lipca 2011

Maluchem na Olimp!








W dniu dzisiejszym o godzinie 05:00 z Jordanowa wystartowała niezmiernie ciekawa imprezę turystyczno-krajoznawcza pod tytułem WYPRAWA UCZONA MALUCHEM NA OLIMP, którą zorganizował Jordanowianin – Pan Stanisław Bednarz wraz z synem Wacławem.

Wyprawa ta ma na celu przejechanie fiatem 126p dystansu 3400 km dzielących Jordanów od Leptokarii w Grecji i z powrotem – oraz zaliczenie najwyższego szczytu Grecji – siedziby antycznych bogów Hellady – Olimpu (2918 m n.p.m.) Poza tym chodzi o sprawdzenie możliwości kilkunastoletniego pojazdu, który mimo swego wieku powinien pokonać ten dystans i trudności terenowe… - przede wszystkim polskie drogi – sic!

Trasa tej podróży uczonej wieść będzie z Jordanowa na Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię do Grecji. Jej uczestnicy zamierzają przy okazji zwiedzić, co tylko się da i rozejrzeć się za miejscowymi grzybami – na których spotkanie też liczą. Życzymy zatem powodzenia i pomyślnej podróży!

Planowany powrót – około 15 lipca 2011 roku.