Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fiat 126p. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fiat 126p. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lipca 2011

Opisanie "wyprawy uczonej" maluchem na Olimp (8)




8. Ósmy i ostatni dzień podróży uczonej – 9.07.2011 r.

Stanisław Bednarz

Tak to nastał ostatni dzień naszej przeciekawej podróży.

Obudziliśmy się około 7. i już jadąc, na drogowskazie odczytaliśmy, że  do Timishoary mamy jeszcze około 100 km, a do granicy węgierskiej 176. Na czczo pojechaliśmy  dalej do Timishoary jeszcze jechaliśmy w terenie górzystym choć pagórki stawały się coraz mniejsze. Timishoara brzydka, jak zwykle ruiny jakiś sztandarowych zakładów z czasów komunizmu..  Miasto godne jest wspomnienia  gdyż tu zaczęły się masowe protesty w 1989 roku, które w końcu doprowadziły do upadku reżimu Ceaucescu.

Posuwamy się stale zachodnimi krańcami Rumunii wzdłuż granicy z Serbią. Za Timishoarą wjechaliśmy w równiny  rolnicze Banatu. Były i niekiedy do dzisiaj są zamieszkiwane przez Niemców. Wsie zamieszkane przez Niemców odznaczają się czystymi odnowionymi elewacjami i charakterystyczna zabudową. Banat dla mnie kojarzy się z tym tylko, że jak w 1942 roku Niemcy rozpoczęli wysiedlanie zamojskich wsi to osadzali tam Niemców z Banatu.

Wśród całkowicie rolniczego nieciekawego krajobrazu zmierzamy do granicy węgierskiej. Po drodze na bocznej linii kolejowej dostojnie kołysze się jeden wagon motorowy jadąc z prędkością około 15 km/h. Wstępujemy jeszcze do wiejskiego sklepiku kupujemy do kolekcji domowej najlepsze z tanich win rumuńskich „Murfatlar” i trochę moreli aby coś przegryźć i o 10:30 wjeżdżamy do Węgier. Za jakieś 30 km od granicy wjeżdżamy do dużego miasta Szeged słynnego z gulaszu  szegedyńskiego i włączmy się do autostrady wiodącej do Budapesztu.

Na autostradzie mijają nas wszystkie samochody bo nie możemy uciągnąć więcej jak 110 km/h, a wypasione samochody  jadą po 160 km/h. Po dwu godzinach osiągamy obwodnicę Budapesztu, nie wjeżdżając do centrum, a przed 2009 rokiem za każdym razem chcąc dostać się na Słowację trzeba było wjeżdżać do centrum. Ma to swoje plusy i minusy. Oczywiście z tej racji, że Węgrzy nie przepadają za Słowakami nie ma nigdzie oznaczenia drogi na Słowację, i tylko trzeba wypatrywać drogi 2A szybkiego ruchu do Vac.

Około 13:30 stajemy na dużej stacji  już na drodze do Słowacji. Stacja położona jest na niewielkim wzgórzu skąd roztacza się wspaniała panorama na Budapeszt na południu, łuk Dunaju koło Vacu gdyż tam Dunaj gwałtownie  skręca  na  kierunek południowy, a na samym północnym horyzoncie dzikie pasmo gór Borzsony leżące na granicy ze Słowacją porośnięte jest gęstą buczyną. Słynie ono z ogromnych ilości borowika królewskiego. Zawsze zatrzymując się na tej stacji podczas różnych naszych powrotów odnoszę wrażenie że jesteśmy już w naszych stronach. Bo to przecież „do Peśtu” nasze prababki i pradziadkowie szły piechotą po dobrze płatną pracę.

Za Vacem kończy się droga szybkiego ruchu i z żółwią prędkością 50 km/h  jedziemy przez wioseczki i małe miasteczko Retsag. Odcinek ten obfituje w cmentarzyki żołnierskie i piękne obeliski poświęcone żołnierzom I wojny światowej. Marzy mi się taki obelisk w Jordanowie. Z kolei odcinek między Retsagiem, a granicą kojarzyć mi się będzie z dniem 23 sierpnia 2007 gdy wracając z Bułgarii wpadliśmy w objęcia trąby pyłowej towarzyszącej olbrzymiej superkomórce burzowej.

W Jordanowie wtedy kilka dachów zerwało. Mijamy około 15 :15 granicę i przez Krupie, Zvoleń zmierzamy do Bańskiej Bystrzycy. Za Bańską Bystrzycą  w połowie drogi na Donovaly wreszcie ciepły posiłek opiekany ser i „kotlikowi gulasz”. Na przełęczy Donovaly będącej swoistym hotelowym bezguściem po raz czwarty przełamujemy łańcuch Karpat. Przełęcz ta oddziela Niskie Tatry od Wielkiej Fatry. Zjeżdżamy ostro do Rużemberoka gdzie w 1939 mieścił się szpital  armii niemieckiej i wielu rannych żołnierzy polskich i ludności cywilnej zostało tu do tego szpitala przewiezionych. Rozpoczęła się ostatnia setka kilometrów naszej podróży. Nadajemy SMS że przybywamy pod jordanowski Ratusz około 19. …

Dłuży się niemiłosiernie droga przez Orawę, Dolny Kubin, Orawski Zamek, Twardoszyn… Wreszcie około 18:15 przekraczamy polską granicę. Za chwilę przełęcz Beskid, Spytkowice i triumfalny wjazd na Rynek w Jordanowie. Czeka na nas, za co chce mu serdecznie podziękować, V-ce Prezes TMZJ Robert Leśniakiewicz z psem Argosem robiąc pamiątkowe fotografie.

Ale szczególne podziękowania należą się Fiatowi 126p za to że sprawował się bez zarzutu i pokazał że „Polak potrafi”!

KONIEC

środa, 27 lipca 2011

Opisanie "wyprawy uczonej" maluchem na Olimp (7)



7. Dzień siódmy - 8.07.2011 r.

Stanisław Bednarz

Nastał czas powrotu. Smutno zawsze odjeżdżać i wracać do wiru zmagań  kotłujących się w naszym susko- jordanowskim tygielku.

Pobudka o 4:30. Egipskie ciemności dzień wstaje tu później niż w Polsce. O 5:00 wjeżdżamy po ciemku na autostradę, maluch mknie po pustej szosie regularnie 105-110 km /h. Gdzieś miedzy Katherin, a Salonikami wygrzebuje się powoli z morza słońce około 5:45. Mkniemy dalej bez przystanku, około 7:00 zaczynają się ukazywać masywy oddzielające Macedonię i Bułgarię od Grecji. Na przejściu Kułata meldujemy się o 7:30. Przejeżdżamy praktycznie bez sprawdzania dokumentów. Zaraz za granicą widzę tablicę „Katunci 10 km”.

Znów wspomnienia buchnęły żarem. W 1979 roku staliśmy cała grupą na dworcu autobusowym w Sandanski. Nagle z pobliskiej restauracji wyszedł pan młody i zaprosił nas wszystkich na wesele. Zamiast jechać ucztowaliśmy do północy. Państwo młodzi przedstawili się nam że pochodzą ze wsi Katunci która leży tuż przy greckiej granicy. Nie spodziewałem się że kiedyś jeszcze po 30- latach  będę ocierał się o tą wioseczkę. Pan młody popiwszy sobie tęgo, ale z dozą południowoeuropejskiej odporności na produkty rozkładu alkoholu powiedział „kiedy  będziecie  w pobliżu zawsze mój dom będzie stał otworem”. Doszedłem do wniosku że zaproszenie uległo już przedawnieniu i nie skręciliśmy tam.

Ruszyliśmy  z kopyta dalej gdyż do kraju chcemy dojechać z jednym tylko noclegiem. Już za chwilę przełom Strumy przez Pirin zatrzymujemy się na chwilkę w miejscowości Krasna. W miejscowym sklepiku zakupuje prawdziwe wino „Mielnik”, oraz  mocno  wytrawne wino „niedźwiedzia krew” opatrzone napisem „trapezno wino” czyli stołowe. I będąc przy winie „Mielnik” muszę na chwile jeszcze pomarudzić w tym temacie. Tam w Bułgarii w pobliżu miejscowości Mielnik można kupić oryginalny produkt gdyż na potrzeby eksportu do Polski  Bułgarzy dosładzają te wina by uczestnicy wesel i innych okolicznościowych spotkań nie musieli ich wzbogacać  cukrem z cukierniczek.

I znowu musze cofnąć się w czasie. W 1979 roku w przepięknej miejscowości Mielnik oddalonej od miejsca w którym jedziemy o około 10 km wstąpiliśmy do groty gdzie sprzedawali w glinianych kubkach stare wino „Mielnik” rozlewając z pięknych litrowych kubraczków również z gliny. Kelner ostrożnie dał nam po kubku starego ciężkiego purpurowo- brązowego „Mielnika”. Nasza studencka fantazja nie znała granic. Zawołaliśmy „Panie starszy coś Pan każdemu przynieś taki kubłaczek, a rozlewać będziemy sami. Kelner spojrzał ze zdumieniem ale spełnił żądanie. Powoli przez godzinę sączyliśmy ten litr. Umysł pracował pełną parą, ale nie daliśmy rady wstać od stolika gdyż nogi odmawiały posłuszeństwa. Takie to harce czyniliśmy w one lata.

My tu gadu gadu wspominamy, a za sobą zostawiamy Błagojewgrad, masyw Riły, Dupnicę i  około 10. jesteśmy już na obwodnicy Sofii. Upał wzmaga się jest już ponad 30 stopni. Postanawiamy nie jechać górską drogą do Montany, lecz podjechać kawałek autostradą na wschód i dopiero skręcić na Wracę i Montanę jest nieco dłużej  ale nie wspinamy się kiepską drogą przez stara Płaninę.

Wbrew naszym przewidywaniom kiepska obwodnica Sofii, która przestała już być autostradą na pewnych odcinkach jest zakorkowana.  Miedzy Wracą, a Motaną prześliczne wąwozy obramowane ciekawymi wapiennymi formami skalnymi. W Motanie w której już spaliśmy w tamtą stronę jesteśmy koło 14:30. Krótki postój  i prujemy na przeprawę promową mijając po raz wtóry zdewastowany po pegeerowski krajobraz. Na przeprawie promowej meldujemy się około 16. Upał osiąga kolosalne rozmiary. Miejsce to podczas upałów jest z reguły najgorętszym miejscem w Bułgarii. na wyświetlaczu temperatury pokazują +38˚C. Niestety prom coś długo nie przybywa i stoimy z godzinę w prażącym słońcu. Wreszcie  zaraz za przeprawą odnajduję krótszą drogę do przełomu  tzw. „Żelaznych Wrót” i oznaczona jako droga drugorzędna, ale nie ma TIRów, nawierzchnia świetna pędzimy stale 90 km/h.

W tym miejscu muszę skrytykować nawigację, pokazywała żeby droga tą nie jechać, bo będziemy mieć średnia 30 km/h  i proponowała nam drogę o 100 km dłuższą przez Krajową. Zyskujemy dużo wniosek jest taki, że nawigacja musi być wspomagana ludzkim rozumem, którego nic nie zastąpi.  Tym bardziej że droga prowadzi przez urokliwe wioseczki, pełne bocianich gniazd i starej zabudowy. Trwają żniwa pod każdy dom podjeżdża kombajn i wysypuje kupkę pszenicy, którą mieszkańcy wiaderkami zanoszą do spichlerzów.  

Około 19:30 meldujemy się na przełomie Dunaju za miejscowością  Dobrena- Sewerin. Po drugiej stronie Dunaju Serbia. W tym miejscu tym Dunaj przełamuje się przez Karpaty. Plenery cudowne. Ten fragment niskich gór po stronie serbskiej geomorfolodzy zaliczają do Karpat. Właśnie zachodzi słońce upał jest taki że wyć się chce. Wstępujemy do prześlicznie urządzonej restauracji na barce rzecznej na Dunaju. Dostaję kotlet tak wielki jak roszczenia opozycji wobec PO. Chowam połowę w serwetkę gdyż z upału nie mam apetytu. W pewnej chwili jest tak gorąco że nie mogę złapać oddechu, biegnę wystraszony do ubikacji  i spłukuję głowę zimną wodą. Pomaga.

Czekamy z odjazdem na zachód słońca i jakie takie ochłodzenie. Jedziemy przez nowe tereny. Dunaj przedzielony jest niewielką zaporą, z boku od strony Karpat wpływają duże dopływy, krajobraz uroczy. Po jakichś 25 km zaczynamy wspinać się, mijamy znane uzdrowisko Baje Herkulanum. Widzimy przez szybę jak stada emerytów popijają z poidełek wody lecznicze. Potem przejazd przez Park Narodowy i wspinaczka na przełęcz około 550  m n.p.m. W ten sposób po raz trzeci  przecinamy Karpaty tuż przy Serbii. Robi się całkiem ciemno. Zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Tani motel całkiem zajęty. Dopiero około 23. w  jakiejś miejscowości o długiej nic nie mówiącej nazwie natrafiamy na hotel trzygwiazdkowy gdzie nocujemy za równowartość około 140 zł. Ze zmęczenia padamy na nosy…

CDN.

sobota, 23 lipca 2011

Opisanie "wyprawy uczonej" maluchem na Olimp (4)




Stanisław Bednarz


Opisanie dnia czwartego - 5.07.2011

Obudził nas jarmark pod hotelem prawdziwy jak w Jordanowie tylko asortyment towarów inny, ciekawszy dla nas. Mnie zainteresowało stoisko rybne gdzie w kubłach w ostatnich drgawkach dogorywały ośmiornice, w innych chrzęściły kraby i było mnóstwo ryb, z których rozpoznałem sardele i żarłacza. Były bardzo ciekawe fasolki szparagowe o kolorystyce nie istniejącej u nas np. blado różowej. U wąsatego żylastego chłopa kupiłem 1 litr bimbru anyżowego w sklepach zwanego OUZO. Do dziś w domu gdy kogoś brzucho boli spożywa malutki naparsteczek tego trunku.

wtorek, 19 lipca 2011

Opisanie „wyprawy uczonej” maluchem na Olimp (3)









Stanisław Bednarz

3. Opisanie dnia trzeciego 4.07.2011

O 5. rano jakiś wielki  kogut mieszkający w najbliższym sąsiedztwie zaczął wydawać z siebie takie ryki że umarłego by zbudził. Wczesne śniadanie, skromne jak przystało na dwugwiadkowca plasterek kiełbasy salamopodobnej i bułeczka, a do tego słaba kawa.

Ruszyliśmy najkrótszą, ale nie główną droga do Sofii wiodąca przez masyw Bałkanu inaczej zwanego „Stara Płaniną”. Zaczęliśmy znowu ostro podjeżdżać w górę wśród gęstych jak głowa Murzyna lasów liściastych. Dopiero na wysokości ponad 1000 m złapaliśmy świerka. Droga po wielu trudach osiągnęła przełęcz na wysokości 1410 m n.p.m skąd widać już było na dalekim horyzoncie kotlinę  Sofii.

Zaczęliśmy ostro zjeżdżać w dół w mało zalesionym obszarze  dlatego roztaczały się piękne plenery. Pasmo Starej Płaniny przecina północną Bułgarię z zachodu na wschód  aż do Morza Czarnego i należy do systemu alpejskiego podobnie jak Karpaty. Zjeżdżaliśmy przez jakieś osuwiska ponieważ droga była jak by to powiedział pewien śp. radny  „zbulwersowana”.

W najbliższej wiosce mnóstwo straganów przydrożnych z owczym serem i owczym „kisiełem majakiem.” Chętnie poddałem się „kuracji żętycowej”.  Kotlina Sofii zbliżała się coraz bardziej  okazało się że jest w gęstym smogu. Ponad nim dumnie Sterczał szczyt Wiotszy która wznosi się na 2000 m n.p.m. i jest dla mieszkańców pewnego rodzaju Laskiem Wolskim.

Po przejechaniu 100 km i dwu godzinach jazdy znaleźliśmy się na obwodnicy Sofii która początkowo aż do odgałęzienia na Belgrad jest lichą drogą, a za nim zamienia się w świeżo wybudowany 30 km odcinek przepięknej autostrady. Mknęliśmy nią aż pod Pernik zostawiając po lewej ręce brzydkie peryferyjne blokowiska Sofii.

Zaraz po zakończeniu autostrady ukazał się na horyzoncie masyw Riły i najwyższy szczyt Bułgarii Musała ponad 2900 m n.p.m. Minęliśmy wkrótce  dużą miejscowość Dupnica za komunizmu zwaną  Marek Stanko Dymitrow  potem mała miejscowość Koczerinowo skąd odchodzi droga do największego zabytku Bułgarii Rilskiego Monastyru. Ponieważ byliśmy tam trzykrotnie, a oddalony jest o 30 km zdecydowaliśmy się ominąć go tym razem. Za chwile obwodnicą mijamy duże miasto Błagojewgrad. Brzydkie blokowiskowe, obecnie centrum uniwersyteckie Bułgarii. Wyobraźcie sobie Państwo że mieści się tu Uniwersytet Amerykański.

Wspomnienia buchnęły jak z pieca. W roku 1979 gdy byłem w wieku mojego syna Wacka jechałem z kolegami pociągiem z Sofii do Koczerinowa. Pewien młody Bułgar zaproponował nam przespanie się w kawalerce znajomego właśnie w którymś z bloków  Błagojewgradzie. Weszliśmy w dziewiątkę do maleńkiej kawalerki. Na ścianie wisiał obraz młodego żołnierza w przedwojennym polskim mundurze. Spytałem Bułgara co to. On wyjaśnił że jego znajomy jest studentem szkoły aktorskiej i grali jakąś sztukę polską.

Za Błagoewgradem wkraczamy w przełom rzeki Strumy przez pasmo Pirinu. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych studenci polscy masowo jeździli w Pirin. Ja też byłem  na Wichrzenie najwyższym szycie Pirinu skąd było widać Morze Egejskie. Tymczasem znów wspomnienia: miejscowość Simitli, tu rozbiliśmy się namiotem w 1978 w towarzystwie przygodnie spotkanego Niemca.

W tej miejscowości odchodzi droga do Banska dziś czołowego kurortu  narciarskiego Bułgarii. Straszą ruiny nieczynnej podziemnej kopalni węgla brunatnego. Za Simitli dolina zwężą się. Robimy postój. Tankujemy jak się okazuje liche paliwo, szukam napoju schwepps mandarin. Był to przebój Bułgarii lat siedemdziesiątych. Reżim Żiwkowa produkował to na licencji austriackiej, takich dobroci w Polsce wtedy nie było.

Paliwo było liche bo co chwile strzela z rury wydechowej. Zbieram obtoczone głazy skał metamorficznych w kamieńcu rzeki. Riła i Pirin to masywy paleozoiczne odmłodzone i powtórnie wydźwignięte w orogenezie alpejskiej. Za Prinem mijamy obwodnicą znane piękne uzdrowisko Sandanski, za chwile skręt do Mielnika.

Za Mielnikiem słynnym ze starodawnych piwnic winnych z mocnym  starym winem, które powala na nogi. Nie zdążymy tam skręcić gdyż zdążamy pospiesznie do Grecji. Za chwilę przejście graniczne Kułata. Grecy chcąc zachęcić jak największą liczbę ludzi do przyjazdu, tylko machają rękami żeby wjeżdżać, cały czas modlę się by maluch nie dał strzału z rury wydechowej. Na szczęście nie dał. Po jakiejś godzinie mijamy obwodnicą Saloniki, i zaczynamy się zbliżać do Leptokarii, która jest celem naszej podróży.

Za miejscowością Katherin wyłania się potężny czub Olimpu. W Leptokarii  meldujemy się około 17.  po przejechaniu z Jordanowa 1850  km. Wynajmujemy w  średnio drogim hoteliku 4 noce. Wieczorem spacery po plaży. Z żalem zauważam że kolejarz nie zamyka już na korbę przejścia kolejowego, zbudowano ohydne przejście podziemne śmierdzące za nasze unijne pieniądze. Ktoś stracił pracę. Jest za to cudowna stacyjka kolejowa przypominająca tą w Osielcu, jest też i tabliczka żeliwna  mówiąca że do Aten jest 411 km.

CDN. 

poniedziałek, 18 lipca 2011

Opisanie „wyprawy uczonej” maluchem na Olimp (2)






Stanisław Bednarz

Opisanie dnia drugiego 3.07.2011

 Wstajemy koło 7 rano i zjadamy hotelowe śniadanie smaczne. Dziś czeka nas jeden głównych punktów programy Trasa Transfogarska która Ceausescu w latach 70-tych poprowadził przez najwyższą część Karpat Południowych (Gór Fogarskich). Podobno chciał tędy przerzucać czołgi na wypadek interwencji radzieckiej gdyby mu zablokowali doline Aluty.

Około 25 km za Sybinem w kierunku wschodnim odchodzi odgałęzienie oznaczone nr 7c. Najpierw jechaliśmy po równinie by po jakiś 7 kilometrach osiągnąć granicę zalesionych wzgórz Karpat. Zaczynamy ostro piąć się serpentynami początkowo po bukowym, potem po świerkowym lesie. Mijamy masy murów oporowych, zabezpieczeń siatkowych, jest bardzo stromo i wąsko na przemian wrzucamy  jedynkę i dwójkę. Mijając górnę granicę lasu około 1450 m n.p.m. postanawiamy się zatrzymać by schłodzić silnik, zaparzyć kawy i delektować się z jednej strony widokiem najwyższych szczytów w tym Moldovenau około 2544 m n.p.m. również lekko poprószonych śniegiem, malowniczego wielkiego wodospadu, a z drugiej strony popatrzeć w dół by widzieć jak wysoko jesteśmy ponad  miejsce skąd wjechaliśmy na trasę.

Krajobraz szpecą nieco słupy wysokiego napięcia wybudowane nie widomo po co. Od góry zjeżdżą jakiś samochód którego dach jest pokryty śniegiem. Ruszamy znów wśród kosodrzewiny i niekończących się serpentyn. Po około pół godziny od postoju osiągamy zrównanie pod grania główna gdzie położone jest malownicze jezioro Baja Lae jesteśmy już na 2040 m n.p.m. Jest schronisko, kramy z pamiątkami kupujemy rumuńską palinkę domowej roboty.

Grań Głowna zieje bliskim wlotem do tunelu. Zdobyliśmy najwyższy punkt trasy, a przejechaliśmy zaledwie jedną czwartą Trasy Transfogarskiej. Ukazuje się ostre słońce, sprzyja to plenerom fotograficznym. Na halach wśród wielkich stromizn pasą się owce na wysokości około 2200 m. Nie wiem dlaczego przypomina mi się fragment  wiersza Kazimiery Iłłakowiczównej „Czy widziałeś kiedyś  ze wzgórz jak owce schodzą do Kluż”.

Badam skały głownie metamorficzne. Powoli robi się południe czas ruszać dalej, jeszcze najpiękniejsze zdjęcie w dół ukazujące wszystkie serpentyny. Wjeżdżamy w tunel pod grania gówna, w tunelu spotkanie z wielkim kierdelem owiec. Idą prawidłowo prawą strona, co 100 m pilnuje ich owczarek na końcu pastuch zwany tutaj czabanem. Maluch sprytnie objeżdża co bardziej narowiste tryki. Z tunelu wjeżdżamy w halę.

Jesteśmy już po stronie poludniowej czyli po raz drugi przecięliśmy Karpaty. Ostrymi serpentynami zjeżdżamy w kosodrzewinę robi się coraz cieplej, ta południowa strona jest dużo cieplejsza i stoki sa łagodniejsze. Przy górnej granicy lasu dostrzegam wreszcie utwory fliszu karpackiego. Czyli jesteśmy już w Karpatach Zewnętrzych Fliszowych, które w Jordanowie są po północnej stronie łuku, a tu po południowej. W dole dostrzegamy wielkie jezioro zaporowe, które mozolnie objeżdżamy zatoczka po zatoczce przez jakiąś godzinę. Jesteśmy  już w reglu dolnym wreszcie po długim oczekiwaniu wielka monstrualna zapora betonowa o niespotykanej wysokości. Mija nas jakaś wycieczka Arabów, kobiety w burkach, o dziwo spod zapory woda nie wypływa, gdzieś rurami kierowana jest dalej.

Odpoczynek, bo robi się powoli 14. Za zaporą dalej wśród lasów zjeżdżamy w dół, gdy wreszcie skończyły się lasy to zaczęły się pola szybów naftowych, masa odwiertów setki, ale tylko niektóre kiwony się kiwają. W takich klimatach dojeżdżamy około 15. do Pitesti które mijamy i kierujemy się do Crajowej po wielkiej nizinie  wołoskiej, trasa monotonna urozmaicona bocianami.  W ten sposób, po około 6 godzinach przejechaliśmy Trasę Transfogarską, 86 km w 6 godzin.

Za Crajową zaczynaja się dąbrowy bezludne, suche bezgrzybowe i tak około 100 km przez bezludzia  do Cefalu nad Dunajem, gdzie jest prom do Bułgarii. Widzimy budowę wielkiego mostu i ślimaków dojazdowych, ale nie ma w ogóle oznakowania jak trafić na prom. W końcu jakiś gość objaśnił nam drogę.

Na początek wielkiego cyklu zdzierstwa zapłaciliśmy opłatę portową. Potem kontrola paszportowa. Rumuńscy pogranicznicy kpią z malucha, pytają czy ma trzy koła i czy pali 3 litry na 100km. Nie przejmujemy się tym,  uiszczamy w  piorunującym tempie  opłaty promowe około 30 € i w ostatniej chwili przed odpłynięciem  wjeżdżamy na prom. Prom jest pod banderą bułgarską. Dunaj ma tu około 1,5 km szerokości. Na promie tiry z samochodami z Niemiec kilka samochodów osobowych i my. Ów „okręt” płynął z zabójczą prędkością 6-7 km/h.

Na drugim brzegu Bułgarzy zaczęli uprawiać swoje zdzierstwo, to kazali nam wykupywać ubezpieczenie zdrowotne, to opłaty drogowe, zrezygnowali tylko z opłat dezynfekcyjnych, gdzie nim weszli do Unii  przejeżdżało się za bajońskie sumy przez kałużę z wodą. Ślady po tym wgłębieniu na kałuże widoczne były do tej pory. Omijamy Vidin nie zwiedzając tureckiej twierdzy i kierujemy się na południe przez jakieś 20 km jedziemy przez pustkowia wśród pól słonecznikowych. Odpoczywamy i parzymy kawę na postumencie jakiegoś zarośniętego pomnika. Z ciekawością przyglądam się mu. Był poświęcony ofiarom puczu zwolenników cara Borysa którzy obalili rząd ludowy Stambolijskiego. Były nazwiska około 20 ofiar z okolicznych miejscowości. Dziś pomnik ten jest niesłuszny i zarasta tarniami.

Robi się późno jest już 20:30. Zaczynamy przecinać kilkakrotnie linię kolejową Sofia – Vidin. Rogatki są zamykane na korbę przez pracowników kolei. Widzieliśmy całkiem porządny pociąg  pospieszny Vidin- Sofia. Za kolejami po lewej zachodniej stronie gdzieś przy granicy z Serbią ukazują się góry około 1200 m n.p.m. Zwieńczone przepięknymi formami skalnymi. Tłumaczę synowi Wackowi że jest to jeden z najbardziej obfitujących w formy skalne masyw położony w okolicach miejscowości Biełogradczik. Ze względu na późną porę nie jesteśmy  w stanie go zwiedzić. Mijamy jakieś wsie całkowicie biedne, szkoły z powybijanymi szybami,  domy rozsypujące się. Coś czego nie widziałem w Rumunii. Jakiś krajobraz popegeerowski.

Około 21:50 wjeżdżamy do dużej miejscowości zwanej Montana. Dookoła mnóstwo elewatorów zbożowych. Zastanawiam się skąd taka nazwa Montana. Znajdujemy jedyny hotel dwugwiazdkowy, tani około 80 zł za pokój dwuosobowy. W samą porę bo robi się ciemno, na niebo wychodzi jednodniowy nów. Dziękujemy Bogu za opiekę nad naszym wysłużonym maluchem który spisuje się bez zarzutu.

CDN.

sobota, 16 lipca 2011

Opisanie „wyprawy uczonej” maluchem na Olimp (1)





Stanisław Bednarz

Wstęp

         Decyzja jak to u nas bywa przyszła nagle i niespodziewanie. Postanowiliśmy sprawdzić w jakich warunkach w latach 80-tych polskie rodziny podróżowały po Europie zamknięci w malutkim opakowaniu firmowanym przez Fiata. Cel podróży padł na Olimp gdyż chcieliśmy sprawdzić PRL-owski produkt w warunkach górskich  i wybrać się na odległość dłuższą niż wyprawy w owych latach, gdyż one ograniczały się z reguły do dawnej Jugosławii i Bułgarii. Bo przecież kogo było stać na Grecję ten z reguły miał minimum Poloneza. Rozpoczęliśmy szybkie przygotowania, malucha oczyściliśmy z resztek owsa, gdyż służył długi czas za wóz żniwny i niektóre ziarna zdołały wykiełkować. Jeszcze przeglądy techniczne i ruszamy. Jedziemy w dwójkę z synem gdyż o wzięciu jakiejkolwiek trzeciej osoby nie ma szans bo przecież i tak skromne bagaże nie pomieściłyby się. Spytacie państwo, a jak dawniej podróżowali we czwórkę, a no zakładali bagażnik dachowy, czego ze względu na wysokogórski charakter wyprawy nie chcieliśmy czynić. Pospieszne pakowanie, nie zapominamy o latarkach, kawiarce do parzenia kawy, lornetce, aparatach fotograficznych,  atlasach no i trochę pieniędzy. Ubezpieczamy się na wszelki wypadek  od „powietrza, wojny, głodu” i wracania na lawecie pomocy drogowej. Sporządziliśmy logo ze zdjęciem malucha na tle Olimpu, dodaliśmy nazwę „wyprawa uczona”, która trąciła , raczej pachniała historyczno - uczelnianą  myszką z końca XIX wieku. Wszystko to nadało naszej podróży godną oprawę.

Opisanie dnia pierwszego  2.07.2011

Pobudka o 4. rano. Pospieszne picie kawy, dopakowywanie ostatnich rzeczy. Siadamy rytualnie przed wyjazdem jak Rosjanie w starych powieściach. O godz. 5. przed urzędem miasta czeka na nas kolega Robert Leśniakiewicz odprowadzając nas w imieniu TMZJ i obfotografując nas w różnych pozach.

Jest zimno: około +7°C, mglisto, pochmurno lecz nie pada. Nasz maluch raźnie mknie przez Obidową, Nowy Targ by około 6. zameldować się na przejściu w Jurgowie. Szczyty Bielskich Tatr powyżej 2000 m poprószone świeżym śniegiem, robi się coraz zimniej. Pomimo lipca grzejemy w samochodzie. Przemykamy się przez spustoszone wiatrołomami okolice Tatrzańskiej Łomnicy  i mkniemy na autostradę do Koszyc. W ten sposób po raz pierwszy w tej wyprawie przecięliśmy łuk Karpat.

Pierwszy postój około 7:30 na stacji benzynowej w Lewoczy. Robi się coraz zimniej, ale nie pada. Parzymy kawę w kawiarce. Obserwujemy zabytki Lewoczy  w tym mury obronne i snuję rozmyślania o 14 miastach spiskich oddanych w zastaw za pożyczkę iluś tam kop groszy praskich.

Mkniemy wśród zalesionych wzgórz, około 8:20 wjeżdżamy w długi nowoczesny tunel niedaleko Preszowa. Myślę nad lękami polskich inżynierów drogowych przed budową tuneli. Mamy świetnych specjalistów w drążeniu podziemnych, ale w specjalności górniczej, nie mają oni odpowiedniego umocowania w specjalności i uprawnieniach  drogowych . Z kolei nasi drogowcy nie mają zielonego pojęcia o drążeniu tuneli, a z jakiś powodów nie chcą stworzyć korporacji z branżą górniczą. Jednym słowem kończąc wątek poboczny stwierdzić trzeba że słowo tunel wywołuje u naszych drogowców stany lękowe.

Mijamy Preszów gdzie jedyna rzeczą godna uwagi są archaiczne trolejbusy żywcem przeniesione z lat 70-tych. No i jeszcze jedno: Preszów  to najdalej na północ wysunięte miasto dawnych Węgier które na krótki czas znalazło się w rękach tureckich. W Preszowie skręcamy gwałtownie na południe i po krótkich dwu kwadransach jesteśmy w Koszycach. Z Koszyc do granicy węgierskiej jest o rzut beretem. Tak że o godzinie 9:40  meldujemy się na granicy węgierskiej.

Jest nadal bardzo zimno grzejemy w samochodzie. Na wschód na chwilę odsłaniają się wzgórza Zempelinu i wieże kościelne małego ubogiego miasteczka Gonc słynnego dawniej z wyrobu beczek, a tak ulubionego przez pisarza Stasiuka. Jedziemy świetną drogą do Miszkolca. Przed samym Miszkolcem rozpogadza się tak, że widzimy Góry Bukowe najwyższe góry Węgier około 1020 m n.p.m. Na stacji  benzynowej postój i pierwsze tankowanie. Benzyna ciut droższa jak w Polsce. Zaopatrujemy się w opłaty autostradowe które idą do centralnego systemu komputerowego, tak że nie trzeba nic przyklejać do szyby. Nic się nie ociepla temperatura około 12 stopni.

Zaraz za Miszkolcem wjeżdżamy na wspaniałą autostradę i kierujemy się do Debreczyna. Koło Debreczyna zjeżdżamy z autostrady robimy krótki postój na posiłek zjadając udka z domowych kogutków i pijąc świetną kawę z ekspresu stacyjnego. Węgrzy zaraz po Włochach są drugim narodem świetnie parzącym kawę, dlatego nie korzystaliśmy z naszej kawiarki. Okolice Debreczyna są centrum kalwinizmu dlatego we wszystkich miasteczkach są dwa kościoły nasz prawowierny, który jedynie słuszną drogą prowadzi do zbawienia i kalwiński po którym przy dobrych układach można jedynie czyśćca dostąpić.

W ogóle wschodnie Węgry to w porównaniu z zachodnimi ubogi region miasteczka i wsie zabudowane czystymi, ale małymi i skromnymi domkami. We wszystkich wsiach niebieskie studzienki zdrojowe jak w Jordanowie produkcji JAFAR (Jasielska Fabryka Armatur). Na słupach energetycznych masy zziębniętych bocianów, które z lenistwa, a może innych przyczyn nie doleciały do Polski. W każdym gnieździe  ze dwa trzy małe bocianiątka.

Nic się nie ociepla. Głaskamy malucha aby dobrze się sprawował  i jedziemy droga zwykła do granicy po węgierskiej wielkiej nizinie. O godzinie 14:30  meldujemy się na granicy rumuńskiej. Odprawa paszportowa przebiega sprawnie. Rumuni na widok malucha nie ukrywają uśmieszków. Przesuwamy zegary o godzinę do przodu i robi się nagle 15:30. Za Oradeą  kierujemy się nie główna drogą na Kluż lecz przez pogórza gór Apuseni leżących na pograniczu Banatu i Siedmiogrodu do Devy. Wspomniana droga ma 186 km skraca odległość lecz nie skraca czasu. Liczne ograniczenia, czeredy wałęsających się psów powodują że prędkość nie przekracza 40 km/h. Szkoda że nie jedziemy w godzinach wieczornych gdyż obserwowaliśmy idące środkiem drogi stada bydła. Bydlątka rozpoznają swoją posesje odłączają od stada  i wchodzą na swój teren.

Obszar miasteczek i wsi zabudowany jest charakterystyczną  starą niemiecka zabudową i przypomina  nasze Biegonice lub Gołkowice. Wreszcie robi się w miarę ciepło temperatura osiąga magiczne 20 stopni. Słoneczko wychyla się zza chmur ukazując średniogórze gór Apuseni. Na ławeczkach przed domami wysiadują opatulone w chustki babcie i przewlekają przez jęzory całą wieś jak przez ostre ciernie. Jest sielsko o dziwo nie widzę Cyganów jak i charakterystycznych pałaców wzbogaconych przedstawicieli tej nacji ze zdobionymi obróbkami blacharskimi. Może jednak widziałem je ale nie więcej jak dwa.

Mniej więcej w połowie drogi Wyjeżdżamy ostrym podjazdem na najwyższą przełęcz Gór Apuseni. Zatrzymujemy się na chwilkę oglądamy dzikie lasy nieco tylko w miejscach postojowych zabrudzone, ale jak na Rumunię to i tak względnie. Podchodzę bliżej przyjrzeć się kamiennemu  dużemu i estetycznemu słupkowi drogowemu, które to są na drogach całej Rumunii. Pisze na nim odległość do najbliższej miejscowości i odległość do końca drogi wykuwanymi w kamieniu, a następnie malowanymi czarnymi literami. Ile takich słupków trzeba było wykonać dla całej Rumunii, na drogach, słupki są biało – czerwone, a na drogach lokalnych biało – niebieskie, ale w całym kraju w tej samej stylistyce.

Otwieramy klapę silnika i chłodzimy naszego zziajanego maluszka. Po chwili ruszamy i ostrym zjazdem omijając liczne dziury  wśród bezludzia zjeżdżamy ostro w dół już do Siedmiogrodu, gdyż opuściliśmy województwo Arad, a wjechaliśmy do województwa Deva. Po jakiś 25 kilometrach lokalna stacja benzynowa z motelem. Zbliża się 18.  miejscowego czasu tankujemy jeszcze droższą benzynę niż na Węgrzech.

Oglądamy z ciekawością 1-lejowe banknoty z jakimś dzikim królem. Prawdopodobnie jest to Książe Wasal który gdzieś koło XVI wieku na krótki czas połączył ziemie wołoskie z Siedmiogrodem, co do dzisiaj jest jedynym kruczkiem formalnym uzasadniającym prawa Rumunii do Siedmiogrodu. Po opuszczeniu stacji jedziemy przez jakiś czas po terenach osuwiskowych co świadczy o krótkotrwałym epizodzie utworów fliszowych w podłożu. Za chwile mijamy jakieś małe górnicze miasteczka tłuczemy się po kostce granitowej, identycznej jak kiedyś w Jordanowie  wydobywają tu jakąś rudę metaliczną, ale nie jesteśmy w stanie ustalić jaką. Potem jeszcze obserwujemy liczne furmanki zaprzężone w drobne koniki lub muły i wielki jak budowla rzymska wiadukt kolejowy kamienny wyglądający jak jakaś rzymska budowla.

Około 19:30  zajeżdżamy do Devy osiągając drogę główną biegnącą wzdłuż  północnego brzegu Karpat od Braszowa do Arad. W Devie oglądamy jak na wzgórzu remontują stary węgierski zamek. Kusi nas by zaglądną do pobliskiej Hudeohary gdzie jest jeszcze potężniejszy zamek może najpiękniejszy w całej Rumunii są tam szczątki któryś z  Jagiellonów. Uroku dodaje olbrzymia huta zbudowana na złość Węgrom przez Ceaucescu dosłownie obok dziedzińca zamku. Wyziewy z huty miały zniszczyć zamek. Huta jest nieczynna, ale nie rozebrana widoki surrealistyczne. Ale nie mamy  obecnie czasu na to zwiedzanie. Głód nam zaczyna doskwierać. W jakiejś małej knajpce jemy ciorba di burta. Jest to jedno z najpopularniejszych dań Rumunii, zupa z flaków z dużą ilością czosnku, śmietany i dodawana do tego ostra zielona mała papryka. Co nieco posileni postanawiamy jeszcze przejechać do Sibiu inaczej zwanego Sibinem lub Hermannstadt odległego o około 110 km na zachód. Na resztkach sił po przejechaniu nieco ponad 800 km osiadamy w hotelu  trzygwiazdkowym ANA na przedmieściach Sybina, gdzie za równowartość ok. 40 euro około 21:30 w luksusach padamy na wyra  umordowani jak robocze konie.

CDN.