Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roswell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roswell. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 października 2024

Rakietowe dziedzictwo III Rzeszy (3)

 


Tajemnica incydentu w Roswell (NM)

 

Rzecz jasna, niektórzy Czytelnicy mieli okazję czytać o tych nieszczęśliwych wypadkach w technice rakietowej, które zdarzyły się rakietowcom w czasie jej tworzenia. Wybuchy, awarie, śmierci… 

Ale to były tylko kwiatuszki, zaś owoce będą, kiedy dojdzie do lotów kosmicznych!

Żeby nie odejść za daleko od tego tragicznego tematu, opowiem Czytelnikowi o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce w 1947 roku na pustyni amerykańskiego stanu Nowy Meksyk. Wprawdzie rzecz będzie o katastrofie, ale nie ziemskiej rakiety, ale jakiegoś „pozaziemskiego statku kosmicznego”, który rozbił się w czasie lądowania na Ziemi. W literaturze ufologicznej ta ufokatastrofa nazywa się katastrofą w Roswell.  Co do jej wiarygodności to spiera się o nią wielu specjalistów, jednakże są i tacy, którzy święcie wierzą w jej prawdziwość i że od dawna weszliśmy w kontakt z Obcym Rozumem i nasze sukcesy w technice rakietowej osiągnęliśmy właśnie dzięki Nim. I to właśnie dzięki takim kontaktom z Nimi zawdzięczamy takie cuda techniki jak tranzystory, lasery, noktowizory, itd.

Od razu powiem, że nie należę do tych, którzy wierzą w istnienie UFO. Tym niemniej przytoczę tutaj tą wersję wydarzeń, która krąży wśród ufologów. I zrobię to dlatego, że – po pierwsze – natura tego wydarzenia nie została jeszcze wyjaśniona, bo oznacza iż można tłumaczyć ją dowolnie, zaś po drugie – to jest bardzo ciekawe [wydarzenie]. Mam nadzieję, że Czytelnicy nie będą mi mieli tego za złe. A jak komu niewygodnie czytać o „pozaplanetarnych sztuczkach”, to może to po prostu opuścić…

I tak, w dniu 2.VII.1947 roku, mieszkańcy niewielkiego miasta Roswell stali się świadkami niezwykłego wydarzenia: nad ich głowami przeleciał z ogromną prędkością świetlisty obiekt. W odległości 120 km na północny-zachód od miasta NOL wpadł w burzę i najwidoczniej – uderzył weń piorun – w rezultacie czego on eksplodował.

Uszkodzony obiekt ostro zmienił kierunek swego lotu i – przelatując jeszcze 250 km – spadł w rejonie San Antonio Plateau na zachód od miasta Soccoro. Rankiem odnalazła go grupa studentów archeologów pracujących nieopodal. W tymże rejonie znaleziono ciała jakichś człekopodobnych stworzeń.

Wedle relacji „naocznych świadków”, obiekt który spadł, przypominał okrągły kształtem aparat latający o średnicy ok. 9 m, którego jedna krawędź była ostro poharatana, zaś jednostka silnikowa bardzo uszkodzona przez wybuch. Znalezione zwłoki Obcych miały duże głowy bez włosów, z wpadniętymi oczami i z otworami na usta, nos i uszy. Palce rąk i nóg były nieproporcjonalnie długie. Sądząc z wyglądu byli to mężczyźni.

Wojskowi otoczyli miejsce katastrofy i polecili wszystkim wyjść z niego, zabraniając mówić o tym, co zaszło. Odłamki dyskolotu zostały dokładnie zebrane i odwiezione ciupasem do Wright-Patterson AFB (OH) w celu dalszego zbadania. Natomiast wrak dyskoplanu wraz z ciałami Obcych zostały przewiezione do Edwards AFB (CA).  

Zasłonę milczenia jako pierwsi naruszyli sami wojskowi. Już w tydzień po katastrofie, miejscowe gazety opublikowały sensacyjną wieść, powołując się na słowa por. Houta z 509. Skrzydła Lotnictwa Bombowego stacjonującego w Roswell. Wedle jego słów, w ręce wojskowych wpadł uszkodzony dyskoplan jawnie pozaziemskiego pochodzenia.   

Dalsze publikacje w miejscowej prasie wstrzymali agenci FBI, zaś oficerów z bazy lotniczej przeniesiono do innych baz USAF tak, aby nie mieli żadnej możliwości podzielenia się ze sobą żadnymi informacjami na ten temat. Ale sensację podchwyciły większe media USA, a za nimi przeczytali ją czytelnicy z innych krajów. Tak więc nie udało się stłumić pogłosek, na naprędce zwołanej konferencji prasowej przedstawiciel Pentagonu oznajmił, że w pobliżu Soccoro spadła sonda meteo i wszystko, co udało się znaleźć, to są jej szczątki. Dla podkreślenia prawdziwości tej wersji, zademonstrowano kawałki zwykłej sondy meteo Raven z radiolokacyjnym odbijaczem kątowym z folii.

Ale oficjalne oświadczenia mało kogo uspokajały i słuchy o ufokatastrofie zaczęły się szybko rozprzestrzeniać obrastając w coraz to nowsze detale.

Na temat Incydentu w Roswell spory trwają do dziś dnia. Dla ufologów stał się on najjaskrawszym przykładem na istnienie latających talerzy. Wedle ich danych, problem pozaplanetarnego wtargnięcia był poruszony w amerykańskim rządzie, skutkiem czego stała się tajna operacja pod kryptonimem Majestic-12, której celem było zebranie jak największej ilości informacji i Nieznanych Obiektach Latających i analiza tychże pod kątem wykorzystania w celach wojskowych.

Czy taka operacja była przeprowadzona czy nie – tego nie wiadomo. Ale oficjalni i nieoficjalni przedstawiciele rządu USA w następnych latach próbowali niejednokrotnie dać jakieś wyjaśnienie tego, co zaszło w Roswell. Najczęściej usiłowali przypisać ten fenomen nieudanemu wystrzeleniu rakiety V-2 z poligonu White Sands. Przy czym wskazywano na to, że znalezione trupy Istot z Kosmosu były niczym innym jak zwłokami doświadczalnych małpek, które umieszczano w tych rakietach.

Owszem, takie wyjaśnienie jest w pełni prawdopodobne. Tym bardziej, że wiele pojawień się UFO jest związane z strzelaniami rakietowymi. Bywało, że ostatnie stopnie rakiet brano za latające talerze.

Jednak gwoli sprawiedliwości to wyjaśnienie nie zawsze jest prawdziwe, bo:

I° – rakiety w tamtych latach wystrzeliwano tylko w dziennej porze doby. A to w celu ułatwienia sobie obserwacji ich lotów.

II° – zgodnie z danymi historyków, starty rakiet V-2 miały miejsce w dniach 15 maja i 10 lipca, a w dniu 2 lipca żadnego startu rakiety nie było!

III° - zgodnie z danymi tychże historyków, z małpkami Amerykanie zaczęli eksperymentować w dopiero 1948 roku.

A zatem czy można się zgodzić z takim rakietowym wyjaśnieniem wydarzeń w Roswell?

Istnieje pogląd, że Amerykanie eksperymentowali z zagarniętymi niemieckimi dyskoplanami V-7, ale na ten temat jest bardzo mało informacji, by wypowiedzieć się autorytatywnie. Tak więc Incydent w Roswell jak był tak i pozostanie zagadką jak nie na zawsze.

I jeszcze jeden przyczynek do tego incydentu. Ufolodzy uważają, że ta ufokatastrofa stanowi jakąś podpowiedź ze strony Obcych dla naszej cywilizacji, która pozwoli Ludzkości na wyjście na nowe rubieże technicznego rozwoju. Przy czym ta podpowiedź była wygłoszona w 1947 roku tylko do supermocarstw po II Wojnie Światowej. Do tego czasu Obcy rozważali, komu się objawić. Istnieje wersja, że katastrofa w Nowym Meksyku tak znana jak ufokatastrofa w Rosji pod Archangielskiem została specjalnie podegrana w celu dania Ziemianom do rąk nowoczesne technologie. W zasadzie ta hipoteza brzmi logicznie. Ale dla mnie brzmi nieprawdopodobnie. Ludzkość baz żadnych podpowiadań jest w stanie zrobić o wiele więcej. Prawdę powiedziawszy – żyć po ludzku jeszcze się nie nauczyła… Niestety!

Pozwól Czytelniku, że na tym postawię kropkę i powrócę do zasadniczego tematu realnej historii rakiet i Ludzkości z jej trudnościami, awariami i katastrofami. Już nie będę musiał pisać „podobno”, bo będę pisał o tym, co wiem a nie o tym, w co nie wierzę.

 

Moje 3 grosze

 

W zasadzie zgadzam się z Autorem co do pierwszej i drugiej części rozdziału. Natomiast co do trzeciej, to widzę w niej jakieś dziwne nieścisłości. Być może winę ponosi niedoinformowanie czy wprost „poprawki” wniesione przez KGB i cenzurę Gławlitu do materiałów z Zachodu. Tak czy owak, wydarzenia w Roswell są od czasu do czasu przypominane przez różnych „odkrywców”, którzy wnoszą już to jakieś filmy (jak Santilli) już to wywlekani są nowi świadkowie, którzy widzieli i to i owo. Osobiście jestem zdania, że Roswell to taki ufologiczny evergreen, na którym od czasu do czasu ktoś robi kasę, i to niezłą.

Uważam, że faktycznie – coś tam się stać mogło, ale nie była to ufokatastrofa ale rozbił się samolot bombowy Boeing B-29 Superfortess z bombą atomową na pokładzie. Stąd właśnie dziwne zachowanie się USAF, które nałożyło na to wydarzenie „czapę”.

Inną możliwością jest to, że mógł to być rzeczywiście UFO z przesłaniem dla Ludzkości. Opisałem to w opracowaniu „UFO i Czas”, do którego kieruję zainteresowanych.

Tak czy inaczej, zgadzam się z Autorem – wydarzenia w Roswell pozostaną zagadką przez długi czas.   

 

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz  

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozszyfrowano pismo Kosmitów!

Hierogligy egipskie...


Wadim Ilin


   W rosyjskim czasopiśmie Kalejdoskop NLO nr 43 (156), 2000, frontowa okładka kłuje w oczy ogromnymi żółtymi literami: POZAZIEMSKIE PISMO ROZSZYFROWANO! A rzecz dotyczy pisemnych przekazów, które Obcy zostawiają w pewnych przypadkach ziemskim uczestnikom Bliskich Spotkań IV Rodzaju.


---oooOooo---


   Amerykański ufolog Richard Ross, badający przypadki porwań, uprowadzeń czy jak to się modnie mówi - wzięć ludzi na pokład UFO - odkrył, że w niektórych wypadkach, porywacze zostawiają swym ofiarom pisemne przekazy. Ross współpracuje z Międzynarodowym Centrum Badań Kontaktów z UFO [MCBKzUFO] w Seattle, pomagającego ludziom, którzy mieli kontakty z UFO i Ufitami.

    W 1995 roku, Rossa obudził w pewnej nocy jakiś silny, nieodparty wewnętrzny impuls. Otworzywszy oczy, zobaczył on w pokoju czterech typowych Szaraków. Pomiędzy nimi zaczęła się rozmowa przeprowadzona przy pomocy telepatii:
   - Kim jesteście i czego chcecie?
   - Nie bój się nas, nie zrobimy ci niczego głupiego... - i w tymże momencie Ross stracił świadomość. Kiedy przyszedł do siebie, w sypialni już nikogo nie było.*

   Po raz pierwszy Ross ujrzał próbki pisma Przybyszów w MCBKzUFO, gdzie ofiary wzięć, wspominając to, co się z nimi działo, ulegając jakiemuś zewnętrznemu przymusowi sięgały po pióra i papier i zaczynały automatycznie rysować jakieś dziwne znaki i symbole. A potem dziwiły się temu, co same narysowały. Ross zaczął zbierać i badać te dziwne „posłania”, nawiązując kontakty w tymi ludźmi, którzy mieli Bliskie Spotkania z Ufitami.

   Wkrótce Ross zebrał znaczną kolekcję tych „przekazów”. „Litery” niektórych tekstów przypominały wyryte w kamieniu symbole Majów i innych dawnych narodów, a inne przypominały znaki pisarskie z Bliskiego i Środkowego Wschodu.

   Jedna z kontaktowców – Alice** - powiedziała jemu, że te „posłania” są jej przekazywane z innego wymiaru czasoprzestrzennego. Pewne teksty była ona w stanie przetłumaczyć. Często w nich mówiło się o tym, że Istoty z innej przestrzeni zaimplantowały w ciała wielu Ziemian specjalne nadajniki, aby zbierać informacje rejestrowane przez ich podświadomości.

   Niektóre z „przekazów” podanych przez ludzi, którzy mieli bezpośredni kontakt z Pozaziemskimi Istotami, zostały im przekazane w czasie Bliskich Spotkań, ale większość z nich świadkowie otrzymali później. Wielu kontaktowców czuło, że otworzył się im jakiś kanał łączności z Pozaziemianami i dzięki temu otrzymują oni te „posłania” w długi czas po Kontakcie z Nimi.

   Jednym z ostatnich odkryć Rossa jest rękopis o dużej objętości, który przysłał mu 19-letni Nick. Nick nie należy do żadnej organizacji ufologicznej i nigdy nie interesował się problematyką UFO, ale po Kontakcie zapełnił 100 stron brulionu hieroglifami i ponad 300 rysunkami statków kosmicznych, a także maszyn i aparatów Kosmitów.

   Richardowi Rossowi udało się znaleźć kilku kontaktowców, którzy byli w stanie przetłumaczyć nadany im automatyczny tekst.*** Na podstawie analizy tych przekładów, Ross doszedł do wniosku, że wszystkie te teksty nawołują Ziemian do rozwoju i zjednoczenia.

...i hieroglify Kosmitów z Roswell (???)

   Nie wszystkie „przekazy” od Pozaziemian przechodzą poprzez kontaktowców. Ostatnimi czasy znaleziono kilka przedmiotów, na których znajdują się napisy, zrobione - najprawdopodobniej - przez Kosmitów. Najbardziej oczywiste z nich, to napisy na szczątkach UFO, które uległo awarii w okolicy miasta Roswell, w stanie Nowy Meksyk.

   2 lipca 1947 roku, Mc Brazel był w liczbie tych mieszkańców Roswell i jego okolic, którzy słyszeli potężny wybuch. Niektórzy z nich widzieli także ogromny, błyszczący obiekt, który spadał na ziemię. Na drugi dzień Mc Brazel i jego sąsiad znaleźli na terenie należącym do tegoż Mc Brazela ogromną ilość dziwnych szczątków. Były tam metaliczne odłamki o różnych kształtach i rozmiarach, rozrzucone na przestrzeni około kilometra. Niektóre z nich, w kształcie dwuteowników, były pokryte jakimiś dziwnymi, przypominającymi pismo, znakami. Po kilku dniach do Mc Brazela przybył oficer wywiadu z pobliskiej bazy lotniczej, by obejrzeć te szczątki - był to major Jesse Marcel Sn. Zarekwirował on tą belkę z tajemniczymi znakami i pokazał on swoim krewnym. Po kilkunastu latach, Jesse Marcel Jn. narysował z pamięci to, co pokazywał mu kiedyś ojciec. Te rysunki jak i sam artefakt zostały od razu zinterpretowane przez władze. Charles Moore, naczelnik państwowej służby kontroli atmosfery oświadczył, że:
   ... te znaki, albo jak je nazywają niektórzy - "hieroglify" - są niczym innym, jak skalowaniem naniesionym na cienką błonkę, służącej do kalibrowania wskazań w balonach sondach.****

   Dodał do tego jeszcze i to, że do tego celu najlepszą okazała się błonka wytwarzana przez pewną wytwórnię zabawek, a naniesione na nią wzorki powinny radować oczy dzieci...

   Jednakże takie „wyjaśnienie” zadowoliło tylko niektórych i to w znacznej mniejszości, a u większości od razu zrodziło się pytanie: dlaczego i na co oklejono dekoracyjną błonką dwuteową belkę i jakim cudem ona znalazła się w balonie-sondzie?

   Kiedy w 1995 roku po raz pierwszy pokazano obecnie szeroko znany na całym świecie film o sekcji Pozaziemiania*****, to pokazano tam także kilka kawałków dwuteowych belek, które - rzecz jasna - znajdują się w chwili obecnej w rękach państwowych służb specjalnych. Na nich, podobnie jak na belkach, które widział Marcel Jn., także znajdują się tajemnicze znaki, ale one przypominają bardziej znaki alfabetu fenickiego, pisma dawnych Sumerów czy nawet Greków.

   Zdecydowana większość badaczy pisma Ufitów, wskazuje na podobieństwo tych znaków do znaków najstarszych rodzajów pisma wymarłych cywilizacji Ziemi. Niektórzy z tych badaczy, wśród nich znany Erich von Däniken i Zacharija Sitschin wyznają pogląd, że wszystkie ziemskie alfabety maja swoje korzenie w alfabecie Pozaziemian, którzy odwiedzali Ziemię w bardzo odległej przeszłości.******


Źródło – W. Ilin – „Udiwitielnyje pismiena innopłanetian” w „Kalejdoskop NLO” nr 43 [156]/2000.

Przekład z j. rosyjskiego - Robert K. Leśniakiewicz ©


-----------------------
PRZYPISY:
*- Było to tzw. Bliskie Spotkanie Zerowego Rodzaju - CE0 - z Bedroom Visitors - "sypialnianymi gośćmi".
** - Tu i dalej imiona zmienione na życzenie zainteresowanych - przyp. aut.
*** - Słowa "automatyczny tekst", należy rozumieć tu jako tekst pisany tzw. "pismem automatycznym", bez udziału woli i świadomości piszącego, który działa tu jedynie jako przekaźnik woli Obcych.
**** - Chodzi tutaj o balony meteorologiczne - a właściwie balony zwiadu przeciw-atomowego Skyhook.
***** - Chodzi tutaj o słynny film Ray'a Santilliego o sekcji Pozaziemianki z Roswell.

****** - Znany polski uczony - prof. dr hab. Benon Zbigniew Szałek ze Szczecina i kilku innych polskich ufologów sądzi, że wspólnymi korzeniami wszystkich języków i pism jest jeden język i jedno pismo cywilizacji, która znikła z powierzchni naszej planety około 12-15 tys. la temu.

środa, 23 października 2013

ROSWELL: UFOMATACTWO STULECIA


Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz Nieskończoności, i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko. Nauki - a każda z nich dąży we własnym kierunku - nie wyrządziły nam jak dotąd żadnej szkody; jednakże pewnego dnia, gdy połączymy rozproszoną wiedzę, otworzą się przed nami tak przerażające perspektywy rzeczywistości, a równocześnie strasznej sytuacji, że albo oszalejemy z powodu tego odkrycia, albo uciekniemy od tego śmiercionośnego światła przenosząc się w spokój i bezpieczeństwo nowego mrocznego wieku.

Howard Phillips Lovecraft - „Szepczący w ciemności”



H. Ph. Lovecraft wygłosił swe mroczne proroctwo w latach 30. ubiegłego wieku i nie mylił się - pojawienie się broni jądrowej stworzyło nowe przerażające perspektywy rzeczywistości. Jak na razie, to świat oszalał i nie uciekł w spokój i bezpieczeństwo nowego Średniowiecza, a wręcz odwrotnie - cofnęliśmy się do czasów krucjat, i kto wie, czy nie pojawi się z czasem nowoczesna Święta Inkwizycja. Na każdy sposób nie jest to dobre...

To, co wydarzyło się w nocy z 1 na 2 lipca 1947 roku, w okolicach małego zapyziałego miasteczka Roswell w Nowym Meksyku, przeszło do annałów historii ufologii jako „ufokatastrofa w Roswell”.


Narodziny Legendy


Legenda ufokatastrofy w Roswell była wałkowana przez różnych autorów i nie widzę sensu przytaczać jej po raz n-ty. Ograniczę się zatem do krótkiego przypomnienia zasadniczych faktów:

v Wydarzenie to miało miejsce w okolicach miasta Roswell (w stanie Nowy Meksyk), w dniu 2 lipca 1947 roku.
v W czasie silnej burzy, która miała miejsce w nocy dnia poprzedniego, piorun uderzył w UFO, który po przeleceniu jeszcze pewnego dystansu spadł i rozbił się na pustyni - jak pokazuje to rysunek.
v Rozbity pojazd latający Obcych został potem znaleziony przez żołnierzy USAAF[1] z pobliskiej Roswell AFB[2], którzy zamknęli teren wokół szczątków, zabrali je i pod silnym konwojem zabrali je do Edwards AFB w Kalifornii.
v Na miejscu katastrofy znaleziono poza spodkiem także 4 ciała Obcych, które również zabrano do Edwards AFB.
v Fakt katastrofy utajniono, zaś wyniki badań NOL-a i ciał Kosmitów także, zaś wszystkie informacje radiowe i prasowe ocenzurowano.

Tak w największym skrócie wyglądają fakty.

A jak się to ma do ogólnoświatowej polityki?

Nie zapominajmy o podstawowym dla całej sprawy fakcie, że niemal od roku na świecie trwała...


... Zimna Wojna...


... i od Triestu po Szczecin zapadła Żelazna Kurtyna. Obydwa supermocarstwa miały już broń jądrową i właśnie stawały do wyścigu ekipy Ulama-Tellera (w USA) i Sacharowa (w ZSRR) do uzyskania reakcji termojądrowej i bomby wodorowej - bomby H, której moc wielokrotnie przekracza moc bomby atomowej. Równocześnie obydwie strony intensywnie pracują nad rozwojem broni rakietowej - a właściwie nad wykorzystaniem rakiet jako wektora dla Broni Masowego Rażenia - BMR - którym to eleganckim eufemizmem określa się bronie atomowe, biologiczne i chemiczne.

Nie można pominąć jeszcze jednego szczegółu, a mianowicie - Roswell leży niezbyt daleko rakietowego poligonu w White Sands - White Sands Missile Range w Arizonie i ośrodka badań atomowych w Almanogordo. Jego mieszkańcy niejednokrotnie   o b s e r w o w a l i   przeloty doświadczalnych rakiet budowanych w oparciu o niemieckie V-2, odpalane z WSMR...

Wielu autorów pominęło zasadniczy dla całej sprawy fakt, że Roswell to także Roswell AFB, w której stacjonowało wtedy 509 Skrzydło Lotnictwa Bombowego SAC[3]. Sprowadza się to do tego, że to właśnie SAC do dziś dnia dysponuje samolotami bombowymi, które służą do przenoszenia broni jądrowej, zaś 509 Skrzydło było wtedy   j e d y n ą   jednostką złożoną z 49 maszyn Boeing B-29 Superfortess, które były przystosowane do transportu i zrzutu bomb atomowych! Roswell AFB i jej samoloty przeznaczona była głównie do zabezpieczenia atomowych bombardowań Meksyku, Kuby i rejonu Morza Karaibskiego. Nie muszę chyba dodawać, że jej znaczenie wzrosło po przewrocie komunistycznym na Kubie i powstaniu komunistycznego rządu Fidela Castro...






Czy była to katastrofa NOL-a?


- czy może coś innego? Nie, to nie musiała być katastrofa statku kosmicznego Obcych, bo odbiłoby się to na każdej następnej wojnie wprowadzeniem do użycia coraz bardziej udoskonalonych rodzajów broni. Jak dotąd - używa się coraz bardziej doskonałych rodzajów i systemów broni, ale działają one na znanych od stuleci zasadach i   n i e   m a   w nich nic nowego, czy rewolucyjnego. Broń laserowa - LBR czy promienista (plazmowa lub MHD) w dalszym ciągu pozostaje na kartach powieści SF, mimo włożonych miliardów dolarów w badania nad nimi...[4]

Co zatem stało się w odległości około 100 km od Roswell owej nocy z 1 na 2 lipca 1947 roku? Wszystko wskazuje na to, że była tam katastrofa   s t r a t e g i c z n e g o   b o m b o w c a   z   b o m b ą   a t o m o w ą   n a   p o k ł a d z i e...  Nie mam na to dowodów wprost, ale fakt utajnienia całej operacji i   u k r y c i e   j e j   przed własnym społeczeństwem - podobnie jak w przypadku Maury Island - stanowi poszlakę o randze   d o w o d u !  

Drugą poszlakę stanowi Legenda. Za strategiczny bombowiec podstawiono latający talerz, boż nie ma lepszej przykrywki dla tajemnicy, jak jeszcze większa tajemnica - zgodnie z Prawem Burdego - a tą największą były, po dniu 24 czerwca 1947 roku właśnie latające talerze... USAF perfidnie wykorzystały sytuacje społecznego zainteresowania się Obcymi i zamaskowały po mistrzowsku jeden z pierwszych wypadków z bronią jądrową na kontynencie północnoamerykańskim. Ta „maskirowka” okazała się nadzwyczaj skuteczną - nawet dzisiaj ufolodzy - wbrew bijącym w oczy faktom - wolą wierzyć w rozbite latające talerze ukrywane w bazach lotniczych Arizony, Newady i Kalifornii, zamrożone trupy Kosmitów tamże skrywane i krojone - niż w to, że po prostu były to ukrywane przed swoim społeczeństwem pierwsze operacje typu BROKEN ARROW, po katastrofach jak najbardziej ziemskich maszyn z bombami A na pokładach...


Inne możliwości?...


Oczywiście istnieją inne możliwości - ot choćby taka, że krytycznej nocy nad pustyniami Nowego Meksyku doszło do kolizji samolotu bombowego z Roswell AFB z balonem meteorologicznym Skyhook, który był widziany tam dzień wcześniej. Do katastrofy mogło dojść wtedy, kiedy burza zagnała Skyhooka w okolice bazy, do której powracała właśnie z bojowego patrolu któraś z tamtejszych superfortec. Resztę znamy. USAF sprawę utajniły i rozpuściły plotki o katastrofie UFO, co doskonale pokazał Jeremy Kagan w swym filmie „Roswell”.

Inną możliwością jest katastrofa pojazdu wzorowanego na hitlerowskich konstrukcjach typu Vril/Haunebu czyli wspomniane już niejednokrotnie V-7. W czasie trwania i po II Wojnie Światowej, Amerykanie i Kanadyjczycy prowadzili prace nad dyskoplanami, których prędkość wynosiłaby >3 Ma w locie poziomym i co najmniej 1 Ma w locie wznoszącym. Prace te mogły być zaawansowane, bowiem politycy amerykańscy realnie obawiali się ataku lotniczego na USA przeprowadzonego ze strony obu biegunów naszej planety...

Nie jest zatem wykluczone, że w pobliżu Roswell rozbił się prototyp dyskoidalnego pojazdu latającego V-7 zagarniętego przez Amerykanów na terenach III Rzeszy, albo zbudowanego w oparciu o zdobyczną technologię hitlerowców lub Obcych. Sprawę tą opisaliśmy szerzej w „WUNDERLAND...”. Ciekawą rzeczą jest to, że zaawansowane prace nad dyskoplanami prowadzone w Kanadzie przez koncern AVRO zostały przerwane na żądanie premiera tego kraju. Co więcej, ten sam rozkaz położył kres najdoskonalszemu myśliwcowi, który mógł działać w warunkach polarnych, a którego nie miał poza Kanadą żaden inny kraj. Co to było? - szpiegowska intryga radzieckich służb specjalnych, czy krótkowzroczność i głupota kanadyjskiego polityka? Możliwe, że i jedno i drugie - tak czy inaczej, ta zagadka też pozostała nierozwiązaną...


Fantastyczny film Raya Santilli’ego


We wrześniu 1995 roku, kilka zachodnich telewizji pokazało rzekomo zrobiony w 1947 roku film, który pokazuje sekcję zwłok Kosmitki znalezionej w Roswell wśród szczątków NOL-a. Podobnie, jak film Kagana mają one utrzymać widzów w przekonaniu, że katastrofa w Roswell miała miejsce i co więcej - jest otoczona mgłą tajemnicy, przez którą od czasu do czasu coś niecoś przecieknie...

Ten ciekawy film ukazuje autopsję kobiety, która chorowała najprawdopodobniej na syndrom Turnera, objawiający si ę tym, że ulegaja znacznej redukcji narządy płciowe, brzuch ulega wzdęciu, zaś głowa ma nienormalne rozmiary. Istota ta ma po sześć palców u rąk i nóg, ale to tez nie jest dowodem na to, że jest ona Kosmitką, bowiem sześciopalczastość też trafia się u ludzi. Przykładem może być nasz król Władysław IV Warneńczyk... I jakoś nikt nie posądzał go o to, że był Kosmitą, aczkolwiek okoliczności jego śmierci są nader niejasne i tajemnicze... Film jest w ogóle robiony po amatorsku i sprawia wrażenie, jakby robił go nie profesjonalista, ale kompletny amator.

To, że Ray Santilli chciał na tym pseudo-dokumencie zbić kasę jest czymś oczywistym i poza wszelką dyskusją. Dowodem na to jest cena tego filmu - 30-minutowa kaseta z filmem kosztuje aż 33 ₤ czyli niemal 50 USD albo prawie 220 PLN![5] Wniosek jest jeden - film Santilli’ego jest zręcznym fałszerstwem sprokurowanym w celu zbicia kasy. Konsylium słowackich chirurgów i patologów sądowych powołane na IV Międzynarodowym Kongresie Ufologicznym w Koszycach na Słowacji, orzekło ponad wszelką wątpliwość, że mamy do czynienia ze zwykłą Ziemianką!...

W tej chwili, a piszę te słowa we wrześniu 2001 roku, zdecydowana większość trzeźwo  myślących ufologów na całym świecie odcina się od tych filmów, jako dowodów na istnienie życia poza Ziemią. Jest w tym wszystkim zbyt wiele znaków zapytania, by można z całą pewnością stwierdzić, że była to ufokatastrofa, zaś wszystkie następne wydarzenia dowodzą wprost, że był to genialny humbug, który miał swe miejsce w działaniach wojny psychologicznej toczonej na froncie Zimnej Wojny z ZSRR i jego krajami satelickimi.

Następny tekst na tym blogu jest też z tej samej parafii i powinien zainteresować szczególnie Koleżanki i Kolegów z Dolnego Śląska i Pomorza!


[1] US Army Air Forces – Siły Powietrzne Wojsk Lądowych.
[2] AFB - Air Force Base - Baza Sił Powietrznych.
[3] SAC - Strategic Air Command - Dowództwo Lotnictwa Strategicznego.
[4] Wprawdzie ostatnio wiele mówi się o LBR, która została już na tyle zminiaturyzowana, że mógłby jej używać pojedynczy żołnierz.
[5] Wg notowań z 1995 roku w po denominacji. 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Zmarł Jesse Marcel Jn.



Peter Robbins

Drodzy Koledzy Ufolodzy: właśnie (25.VIII) otrzymałem telefon od Denise – córki Jesse Marcela Jn. I stałem się posiadaczem niezmiernie smutnej wiadomości. Jesse Marcel Junior zmarł nagle na atak serca. Był sam w domu, kiedy to się stało, miał u boku książkę o UFO. Jesse był gigantem dla wielu z nas, pogodnym i spokojnym człowiekiem, którego ojciec mjr Jesse Marcel Senior był oficerem wywiadu w Army Air Field Base w Roswell i pierwszym, którzy udał się i zbadał pole szczątków pozostałych na polu koło Roswell, i tym, który został ukarany przez Pentagon, który podał w następnym dniu, że to były jedynie szczątki balonu meteorologicznego. Jesse NIGDY nie wycofał się z tego, że ojciec pokazał mu szczątki po katastrofie i zawsze bronił dobrego imienia i honoru swego ojca, jego wiarygodności i pamięci. Jestem bardzo dumny, że był on moim przyjacielem i byłem niewiarygodnie smutny w to popołudnie; kochałem go bardzo i tęsknię za nim. Spoczywaj w spokoju…

Przekład z j. angielskiego –

Robert K. Leśniakiewicz © 

wtorek, 20 listopada 2012

Ziemia ojczyzną… UFO?




Irina Szłonskaja

Niemiecki konstruktor Artur Zack w 1939 roku skonstruował AS-6 – samolot ze skrzydłami w kształcie dysku. Ale jego próby były nieudane i Luftwaffe zrezygnowały z tego projektu.
Nieznane Obiekty Latające w każdym roku obserwuje się coraz częściej. Ale dlaczego jesteśmy tak twardo przekonani o tym, że są to pojazdy mający nieziemskie pochodzenie? A może wszystko to jest o wiele bardziej banalne?

Prawda o Incydencie w Roswell

Autorzy znanych w Ameryce wspomnień – byli pracownicy FBI i innych służb specjalnych twierdzą, że: w USA konstruowano podobne latające aparaty obronnego przeznaczenia. Ich opis doskonale pasuje do oświadczeń wielu świadków naocznych obserwacji UFO, a także zdjęć, na których widoczne są latające talerze!
Naoczni świadkowie nierzadko opisywali dziwne urządzenia, podobne do ogromnych parasoli. Taką konstrukcję można zobaczyć na kadrach kronik filmowych z historii awiacji. Samolot-parasol (umbrella plane) został zaprojektowany już w 1911 roku przez amerykańskiego konstruktora Chase’a Voughta. Skończyło się na tym, że Vought zainteresował tym firmę produkującą samoloty, która pod koniec II Wojny Światowej na zlecenie US Navy zbudowała aparat latający Skimmer – eksperymentalny model pionowzlotu, który do złudzenia przypominał klasyczny latający talerz.
Dr Bruce MacCabee w swoim traktacie „UFO i FBI” twierdzi, że pierwsze „prawdziwe” amerykańskie „talerze” pojawiły się w końcu lat 40. Składały się one z jednej lub kilku membran, na które działało kilka impulsowych elektromagnesów. Wszystko razem wyglądało jak kręcący się bączek, który w stanie spoczynku wyglądał jak obrócony spodek.
W działających modelach membrana często nie wytrzymywała wibracji, i to doprowadzało do katastrof. W lipcu 1947 roku, kapitan USAF Jesse Marcell zebrał na polu pod Roswell (NM) kawałki „inteligentnej folii”, które w gruncie rzeczy były kawałkami membrany. I tak właśnie narodziły się pogłoski o słynnym Incydencie w Roswell. Katastrofa rzeczywiście miało miejsce, tylko że w roli „statku kosmicznego” wystąpił zbudowany przy pomocy tajnej technologii „latający spodek” z elektrokinetycznym silnikiem, którego po katastrofie rzecz jasna, postarano się jak najszybciej ukryć przed niepowołanymi oczami.
Ale dlaczego władze nie starały się rozwiać tego mitu o pozaplanetarnym pochodzeniu obiektów i nawet nie starały się zbytnio go zdementować? To oczywiste – większość „spodków” była zbudowana właśnie po to, by móc nielegalnie przelatywać przez granice przestrzeni powietrznej i zajmować się szpiegostwem!
Aparaty napędzane przez impulsowe elektromagnesy były tak ciężkie, że Amerykanie musieli dostarczać je w pobliże celów na pokładach okrętów podwodnych. Stąd właśnie wzięły się relacje o wylatywaniu UFO spod wody. W następnych generacjach tych pojazdów, ich korpusy były wykonywane z piezzoceramitów, a potrzebne wibracje uzyskiwano wskutek efektu piezoelektrycznego. Nowe aparaty miały kształt nie spodków, ale kul, elipsoid i innych brył obrotowych. Ale w czasie lotu otaczało ich pałanie zjonizowanego gazu – ot, i cała tajemnica ich tajemniczego świecenia.

Eskadra specjalnego przeznaczenia

A jak to wyglądało w Rosji? Kilka lat temu opublikowano sensacyjne wspomnienia Michaiła Dubika – byłego inżyniera wojskowego.
W 1946 roku, młodego porucznika Dubika, świeżo upieczonego absolwenta Leningradzkiej Akademii Technicznej Czerwonego Sztandaru  Sił Powietrznych ZSRR skierowali do pracy w szaraszkach – tak nazywano biura konstrukcyjne, w których w czasach Stalina zajmowali się opracowywaniem i rozpracowywaniem różnych technologii represjonowani przedstawiciele naukowej elity kraju. Michaił Juriewicz został skierowany do grupy Meiera.
Na początku lat 30. młody niemiecki konstruktor lotniczy Irman Meier opracował schemat latającego aparatu, którego wygląd zewnętrzny przypominał obróconą miskę, w środku której znajdował się kolisty otwór. Latający talerz mógł być opancerzonym i zawierać uzbrojenie, a ten pancerz był w stanie odeprzeć każdy atak.
W latach 1942-43 konstrukcje Meiera były testowane na poligonie w Peenemünde. Więźniowie ze znajdującego się tam obozu koncentracyjnego opowiadali, że niejednokrotnie widzieli tam „latający blin” podobny do przewrócony do góry dnem spodeczek. W środku dysku znajdowała się przeszklona kabina pilota. Aparat pracował na turboodrzutowych silnikach i osiągał prędkość około 700 km/h. jeden z tych, którzy przeżyli piekło koncentraku opowiadał, że we wrześniu 1943 roku obserwował on jak taki dysk w czasie silnego wiatru obrócił się w powietrzu do góry nogami, spadł na ziemię, zapalił się i wreszcie eksplodował. Technologie były wtedy jeszcze całkiem nierozwinięte…
Wiosną 1945 roku, kiedy waliła się III Rzesza, kierownictwo SS rozkazało zniszczyć wszelką dokumentację tajnych technologii lotniczych i rozwalić konstruktorów. Ale tym ostatnim udało się zbiec, wprawdzie nie na długo, bo zostali ujęci przez Rosjan. Grupa inżynierów na czele z Meierem ukrywała się w winiarni Deuliwag na obrzeżach Berlina. Znaleziono ich i w pełnym składzie wywieziono do ZSRR. Tak więc powstało specjalne biuro konstrukcyjne o kryptonimie 08. Radzieckim władzom też były potrzebne „zdobyczne technologie wojskowe”. Jeńcy nie mieli innego wyboru, jak pracować dla nowych panów. Udało się im przejść samych siebie – wkrótce na świecie pojawił się gigantyczny, dyskokształtny obiekt o średnicy 25 m. Na jego grzbiecie znajdowała się wieżyczka pilota, poza tym był on wyposażony w radary i uzbrojenie artyleryjskie.
Placem ćwiczebnym na którym rozmieszczono bojowe latające spodki był Spitzbergen, skąd było łatwo polecieć nad Amerykę Północną. Dla „przykrycia” tego przedsięwzięcia, w 1948 roku ZSRR zaczął na Spitzbergenie wydobywanie węgla kamiennego. Wraz ze sprzętem wydobywczym, na wyspy zaczęto przewozić także latające dyski. Ich przeznaczeniem była lokalizacja i likwidacja amerykańskich bombowców strategicznych z bronią A na pokładzie, które potencjalnie mogłyby lecieć tutaj w kierunku na Moskwę: na początku cele były wykrywane i lokalizowane przy pomocy radarów, a potem dysk startował w powietrze i zasypywał Amerykanów gradem pocisków. Do tego – dzięki specjalnemu kształtowi i trajektorii ruchu, a także opancerzeniu, latające aparaty były dobrze chronione i amerykańskie bombowce nie mogłyby im zrobić żadnej krzywdy. Teoretycznie eskadra złożona z sześciu spodków była w stanie zestrzelić 100 bombowców.
Na początku, w celu utrzymania rzeczy w tajemnicy, na spodki nie nanoszono żadnych znaków rozpoznawczych. Jednakże 16 lipca 1951 roku, z jednym z takich dysków zetknęła się załoga patrolowego myśliwca z 1619. Pułku Lotniczego Floty Północnej. Namierzywszy w powietrzu nieznany obiekt, dowódca załogi kapitan Pietr Busow niezwłocznie zameldował o tym dowódcy pułku. Kiedy obiekt nieoczekiwanie zmienił kierunek lotu, kpt. Busow wydał rozkaz do ataku, jednakże kilkakrotne strzały oddane do NLO nie odniosły żadnego skutku. A potem Busowowi i jego pomocnikowi por. Iwanczenko rozkazano natychmiastowe zaprzestanie ognia i powrót do bazy. Po tym incydencie na burtach wszystkich pojazdów pojawiły się czerwone gwiazdy.
Jesienią 1952 roku, program testów na Spitzbergenie został wypełniony, i 27 listopada wyszedł rozkaz o sformowaniu 1. Północnej Eskadry Obrony Przeciwlotniczej Specjalnego Przeznaczenia (1. SESN).
Po dojściu Chruszczowa do władzy sytuacja się zmieniła. Nikita Siergiejewicz uważał, że przyszłość należy tylko do rakiet. Talerze zdemontowano zdejmując z nich pancerze i uzbrojenie. Resztę konstrukcji zatopiono u wybrzeży Spitzbergenu, na głębokości około 300 m. Być może leżą one do dziś dnia gdzieś w morskich głębinach…

UFO i masy!

Krasnojarskiemu badaczowi Pawłowi Połujanu udało się zebrać materiały o „ufologicznych” rozpracowaniach technologicznych. Doszedł on do wniosku, że właściwie wszystkie nieznane aparaty latające technogennego pochodzenia w rodzaju „dysków z iluminatorami” są tajnymi ziemskimi maszynami latającymi z przeznaczeniem wojskowym.
Jednym ze źródeł informacji Połujanu stał się mieszkający za granicą niejaki Danko Prijmak, a wedle jego słów pracującym jako główny inżynier w fabryce traktorów w Pawłodarze. Ponoć tam istniała tajna, zamknięta wojskowa fabryczka, w której produkowano elementy konstrukcyjne dla „talerzy”.
Prijmak w swej korespondencji z badaczem opowiedział mu o wielu tajemnicach NLO. Między innymi o wypuszczanych przez NOL-e promieniach, które były efektem zamrażania atmosferycznej pary wodnej pod wpływem obrotowego ruchu wichrowego. To właśnie pod wpływem tego wiru niektóre przedmioty odrywały się od ziemi wraz z talerzem.
No, a jak w takim razie ustosunkować się do kontaktów z ufonautami? Czy był to element dezinformacji służący do przykrycia tajnych wojskowych badań i testów, eksperymenty psychologiczne tychże wojskowych, czy… dowód na istnienie ETI? Osobiście nie odcinam się od tej ostatniej idei. Każdy konkretny epizod wymaga osobnego dochodzenia i oczywiście, nie należy się utwierdzać w przekonaniu, że wszystkie te latające spodki zostały wyprodukowane tylko na Ziemi.

Mój komentarz

Fajnie to wszystko brzmi. Ale jak na mój parszywy gust aż za fajnie. Jest oczywistym, że Rosjanie na pewno pracowali nad latającymi spodkami, ale czy mogli tak lekką ręką, na polecenie genseka zrezygnować z broni ultymatywnej, jaką były latające talerze?

Latające spodki jako broń OPL czy OPB ma same zalety, bowiem są one w stanie przechwycić każdy samolot czy pocisk rakietowy – szczególnie ICBM/SLBM i MRBM w każdym punkcie ich trajektorii, przy czym słowo „przechwycić” należy rozumieć dosłownie. I nie wierzę, by nawet najgłupszy gensek – a Chruszczowa trudno nazwać głupim – zrezygnowałby z systemu takiej OPL, OPB a kto wie, czy nie ASAT i to w czasach, kiedy trwała Zimna Wojna i liczył się każdy punkt przewagi nad przeciwnikami. Nie, takich cudów nie było i nie ma. Przyczyna musiała być inna.

Podejrzewam, że ziemskie latające spodki – o ile takowe skonstruowano – miały jakąś wadę, która dyskwalifikowała je jako środek transportu i broń. I uważam, że ich czułym miejscem, piętą achillesową był napęd. Dlatego też ZSRR i USA lekką ręką zrezygnowały z talerzowatych konstrukcji lotniczych na rzecz czegoś innego: rakiet i super- oraz hipersonicznych samolotów kosmicznych zapewniających możliwość prowadzenia działań wojennych w przestrzeni podorbitalnej i na orbicie.

A latające spodki? – zapytacie – a latające spodki, to są pojazdy, które mogą poruszać się nie tylko w przestrzeni, ale przede wszystkim w Czasie. I one stanowią największą tajemnicę naszych czasów – a właściwie to, kto jest ich konstruktorem i dysponentem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nikt mi nie uwierzy, ale w tym kraju to jest przecież oczywiste… - a co jest całkowicie zrozumiałe – ta prawda nie może wyjść na szerokie forum, bo mogłaby być sprzeczna z Ich działalnością na naszej planecie.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 32/2012, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

wtorek, 9 sierpnia 2011

Incydent Roswell – kolejna reanimacja?




Steve Hammons

Ten tzw. Incydent Roswell znowu pojawił się na tapecie ze względu na wydanie nowej książki o słynnej Area-51 napisanej przez Annie Jacobsen. W jej książce znajduje się inna wersja wydarzeń – jeszcze bardziej dziwniejsza od innych – o ile to w ogóle jest możliwe.

I mimo tego wszystkiego, często powtarzana i szeroko znana historia o katastrofie pozaziemskiego Latającego Talerza w rejonie miasta Roswell w lecie 1947 roku, wciąż utrzymuje się na powierzchni i jest na topie.

W kwietniu 2011 roku badacz, który twierdził, że jest on w kontakcie z dobrze uplasowanymi w strukturach rządowych byłymi i aktualnymi oficjelami w US Defence Intelligence Agency (DIA), które publikowały oświadczenia od swych źródeł z DIA, które zajmowały się przypadkiem Roswell.

Raport ten zidentyfikowano jako „Release 35” (Publikacja  35) i jest ostatnim spośród innych tego rodzaju „Publikacji”, zamieszczonych na stronie internetowej Serpo.org. Seria tych „Publikacji” rozpoczęła się w listopadzie 2005 roku na stronie -  a ostatnia znajduje się na stronie - http://www.serpo.org/release35.php.

Ta nowa informacja o przypadku Roswell wydaje się wspierać całościowy przegląd sytuacji jaką przedstawiły wiarygodne i uczciwe badania, a także kilka filmów, widowisk telewizyjnych i inne media.

Miejsca UFO-katastrof

Poniżej podaję to, co anonimowe źródło informacji podało badaczowi, zgodnie z tym, co znajduje się w „Publikacji 35” zamieszczonej na stronie Serpo.org:

W roku 1950, zagraniczny kontrwywiad FBI (FCI) zaczął rozpracowywać fenomen UFO. FBI otrzymało utajnione relacje z odpraw od Wywiadu USAF (A2) w 1950 roku. z tego materiału przekazanego przez USAF wynikało, że były trzy miejsca katastrof UFO w stanie Nowy Meksyk. US Army/Air Force[1] znalazło trzy możliwe miejsca katastrof UFO w tym stanie:
*  Pierwsze rozbite UFO znaleziono ok. 40 mil (ok. 64 km) na północ od miasta Roswell (1 na mapce);
*  Kolejne rozbite UFO znaleziono ok. 10 mil (ok. 16 km) na południowy-wschód od osady Corona (2 na mapce), i…
*  … trzecie UFO znaleziono koło Shawn Mountain na południe od Plains of San Augustin w zachodnim Nowym Meksyku (3 na mapce).

To ostatnie zostało znalezione w 1949 roku przez pewnych ranczerów – jak twierdzi anonimowe źródło.

Dwa pierwsze, jak początkowo sądzono, były to dwa osobne pojazdy, jednakże później USAF oświadczyła, że znaleziska na północ od Roswell i na południowy-wschód od Corona były tym samym statkiem kosmicznym, który rozpadł się na dwie duże części. W roku 1947, inną część pojazdu z Roswell znalazł pewien ranczer na wschód od Corona, obok drogi stanowej nr 247. (4 na mapce) Domniemane anonimowe źródło twierdzi dalej, że:

Jak to mówię od wielu lat, nie napisano i wydano żadnej ksiązki, która mówiłaby prawdę o Roswell oraz innych katastrofach UFO w Nowym Meksyku. Badacze Latających Talerzy ignorują prawdziwe informacje i dają bezpodstawnie wiarę relacjom pochodzących od osób drugich i trzecich, a nie rzeczywistym naocznym świadkom.

Znalezione ciała

Zgodnie z „Publikacją 35” zamieszczona na Serpo.org, anonimowe źródło powiedziało badaczowi więcej detali na temat domniemanej katastrofy w Roswell:

W roku 1957, USAF opublikowały wysoko utajniony raport na temat wszystkich miejsc UFO-katastrof na terytorium Nowego Meksyku. Raport ten podaje UFO-katastrofę Roswell jako jedno wydarzenie, ale dwa różne pola szczątków jednego pojazdu. Jedno z nich znajduje się na północ od Roswell, drugie w okolicach Corona. Drugim miejscem UFO-katastrofy jest Shaw Mountain. Ciała Obcych zostały znalezione i wydobyte w obu tych lokalizacjach. Specjaliści z USAF teoretyzują, że obydwa te pojazdy zderzyły się na średniej wysokości na północ od Roswell i część z nich spadły na południowy-wschód od wsi Corona.

Drugi pojazd podążał na zachód w kierunku terenów położonych na północ od Shaw Mountain, gdzie uległ katastrofie. Pierwszy statek Obcych został znaleziony kilka dni później, ale miejsce katastrofy drugiego nie zostało znalezione aż do roku 1949. Ciała Obcych znalezionych w drugim pojeździe były silnie fragmentowane.

Pierwszy pojazd został zabrany do Roswell, a następnie na lotnisko wojskowe Wright w stanie Ohio.[2] Drugi statek kosmiczny Obcych został zabrany na lotnisko wojskowe Kirtland[3] w Albuquerque, gdzie został dokładnie przebadany. Później został zabrany do laboratoriów w Los Alamos, gdzie poddano go drobiazgowemu badaniu. USAF były w stanie połączyć obie części z Roswell i Corona i udowodnić, że był to tylko jeden pojazd. Później, oni użyli części znalezionych w 1957[4] roku w celu zrekonstruowania całego pojazdu.

Drugi pojazd Obcych był bardziej uszkodzony, ale był w jednym kawałku, poza kilkoma odłamkami, które spadły na ziemię w odległości około mili od wraku. I chociaż był bardzo rozbity, USAF i Instytut Patologii Sił Zbrojnych były w stanie stwierdzić, że dwa zestawy szczątków ciał pochodziły od istot tego samego obcego gatunku. Zakwalifikowano je do nie-ludzkich, ale oddychających powietrzem atmosferycznym form życia.

Czas katastrofy

Drugie źródło anonimowe, także łączone z DIA, jest także cytowane w „Publikacji 35”. On odpowiada na pytania badacza o czas katastrofy w Roswell. To jest przypuszczenie całej społeczności wywiadowczej. Płk John Merrit, nieżyjący już szef służby wywiadowczej USAF, był przekonanym, że ta katastrofa miała miejsce w sobotę 14 czerwca 1947 roku. I to jest właśnie to, o czym mówią zachowane raporty – twierdzi cytowane źródło.

Jednakże w połowie lat 90. ubiegłego stulecia, zespół uczonych z Los Alamos określił datę katastrofy na czwartek, 12 czerwca – wtorek, 1 lipca 1947 roku. Jestem w stanie się zgodzić z tymi datami. Zbyt wiele czynników jest w to wmieszanych. Marcel[5] oświadczył, że było to około wtorku, 24 czerwca 1947 roku, ale potem wielokrotnie zmieniał tą datę w czasie wielu wywiadów. Jedną rzecz musimy zapamiętać, a mianowicie tą, że EBE-1 była znaleziona żywa i w dobrej kondycji przez ekipę poszukiwawczo-ratowniczą US Army w miejscu znalezienia wraka pojazdu. Miejsce to jest zupełnie różne od tego, które wskazał Marcel i Mc Brazel. Oni znaleźli pole szczątków, zaś sam pojazd znajdował się około milę dalej.

Chociaż upłynęły lata od czasu, kiedy uzyskałem dostęp do tej informacji, mogę powiedzieć to, że: w oparciu o wszystkie meldunki od dowódców polowych, mogę powiedzieć, że przybliżoną datą UFO-katastrofy w Roswell można określić na okres pomiędzy czwartkiem, 12 czerwca a wtorkiem, 1 lipca 1947 roku. Oparte to jest na kilku czynnikach, z których najważniejszym są zapisy pracy stacji radiolokacyjnych zarejestrowanych przez US Army w Nowym Meksyku.

To wszystkie domniemane oświadczenia z anonimowych źródeł mogą interesować pewne osoby, zaś dla innych będą to jedynie fantazje, dezinformacja czy po prostu pogłoski. Wydaje się być oczywistym, że Incydent Roswell wciąż przyciąga uwagę wielu ludzi i wszystkie te szczegóły – czymkolwiek by one nie były – jeszcze nie ujrzały światła dziennego.          

(Źródło - „American Chronicle”, 22.06.2011 r., http://jointreconstudygroup.blogspot.com)

* * *

Wiecie, co mnie w tym wszystkim najbardziej śmieszy? Właśnie wszystkie te „anonimowe” i „domniemane źródła” ze świecznika w takich tajnych i ultratajnych rządowych organizacjach i instytucjach jak FBI, CIA, DIA, ONR, NSA, itd. itp., które plotą, plotą i plotą, co im ślina na język przyniesie i…

No właśnie – i w żadnym przypadku nie ponoszą żadnych konsekwencji, przeciwko nim nie są wdrażane żadne śledztwa… Tak samo, jak w przypadku tych, którzy te „rewelacje” i „sensacje” rozpowszechniają w mediach zwykłych i elektronicznych. Dziwne jest to – nieprawdaż? Jak znam życie, to służby są w stanie dopaść każdego, kto im podpadł – szczególnie jeśli działa na ich podwórku. A przecież za zdradę interesów narodowych i największych tajemnic obronności USA powinni zgnić w pierdlu! Ewentualnie można by ich wyeliminować fizycznie w jakimś wypadku samochodowym, katastrofie lotniczej czy czymś podobnym i sprawie ukręcić łeb… 

A jednak tak nie jest… Ale za to Legenda o Incydencie Roswell żyje i ma się dobrze, a od czasu do czasu jest reanimowana przez właśnie takie „publikacje”. I to właśnie dzięki nim miasto Roswell zarabia na naiwniakach 8 – 10 mln dolarów rocznie – czy ktoś o zdrowych zmysłach wyrzeknie się dobrowolnie takiej kasy? Chyba tylko idiota.

Swoją drogą ni cholery nie potrafię pojąć, dlaczego władze Gdyni nie potrafią tłuc kasy na sławetnym Incydencie Gdynia-59? Przecież to jest takie polskie Roswell – i moim skromnym zdaniem jeszcze bardziej ciekawe i tajemnicze, niż to amerykańskie, przechwalone i przereklamowane. No, tylko że my jeszcze musimy się dłuuuuuuuuuuuugo uczyć od Amerykanów biznesu i zarabiania na ludzkiej naiwności.

Bo cała ta historia z UFO-katastrofą w Roswell jest bzdurą od A do Zet, ale została sprokurowana w konkretnym celu. Jakim? – na to odpowiadam w mojej trylogii „UFO i…” (Tolkmicko, 2010 i 2011).    

Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Nie za bardzo wiadomo, kto właściwie znalazł te miejsca, bowiem z tego tekstu nie wynika nic jednoznacznie, czy były to siły lotnicze US Army, czy Siły Powietrzne czyli USAF, które stanowią odrębną instytucję, bowiem w strukturach obronnych Stanów Zjednoczonych każdy rodzaj wojsk ma swe lotnictwo: istnieje lotnictwo US Army – które działa poza terytorium USA, istnieje lotnictwo US Navy działające na morzu oraz lotnictwo Gwardii Cywilnej działającej na terytorium USA. W Roswell znajdowała się baza Strategic Air Command – sił strategicznych, których trzon stanowiła flotylla bombowców B-29 przeznaczonych do dokonywania atomowych bombardowań terytorium ZSRR i krajów socjalistycznych, a zatem należy domniemywać, że znaleziska te były dokonane przez USAF – uwaga tłum.
[2] Wright-Paterson Air Force Base (AFB).
[3] Kirtland AFB.
[4] Prawdopodobnie chodzi tutaj o rok 1947, a nie 1957.
[5] Mjr Jesse Marcel był oficerem wywiadu w Roswell AFB – przyp. aut.