Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SS. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lipca 2013

Współczesne technologie – dziedzictwo nazistów?



SS-Obergruppenfuhrer i generał SS Hans Kammler

Margarita Troicyna

W 1923 roku za jednego dolara amerykańskiego w Niemczech dostawało się 4,7 tryliona niemieckich marek. Dzięki inflacji, po wypłacie wszystkich reparacji okazało się, że Wielka Wojna kosztowała Niemcy zaledwie… 15,4 feniga.

Telewizor, laser, telefon komórkowy, technologie 3D – któż by mógł przypuścić, że po raz pierwszy pojawiły się w hitlerowskich Niemczech? Tak czy inaczej, ta hipoteza ma wiele faktów na swe poparcie.

Samoloty odrzutowe produkowane w zakładach Skody w Protektoracie Czech i Moraw


Atak z Kosmosu?


SS-Obergruppenführer i generał SS[1] Hans Kammler jest jedną z najbardziej zagadkowych postaci III Rzeszy. Od 1944 roku kierował on budową podziemnych zakładów produkujące samoloty myśliwskie. Poza tym, wraz z dyrektorem generalnym koncernu Škoda, SS-Standartenführerem i pułkownikiem SS Wilhelmem Fossem pracował nad pewnym utajnionym projektem, o którym nie wiedziało nawet dowództwo Luftwaffe Goering i minister uzbrojenia Speer. W kursie dzieła był tylko Hitler i Himmler, przed tym ostatnim Kammler i Foss bezpośrednio odpowiadali za jego tok.

Dnia 23.IV.1945 roku, kiedy stało się jasnym, że koniec Rzeszy jest już bliski, Kammler przeniósł się do austriackiego miasteczka Ebensee, gdzie jeszcze w 1943 roku pod jego kierownictwem zostały rozpoczęte prace nad ogromnym, gigantycznym podziemnym kompleksem pod kodowym mianem Zement. Ale on tam był nie za długo: 4 maja wyjechał do Pragi. Przede wszystkim wybrał on taką trasę, żeby zabrać tajną dokumentację sekretnych projektów z chronionych biur Škody.

Wedle oficjalnej wersji, Hans Kammler popełnił samobójstwo w dniu 9.V.1945 roku w lesie pomiędzy Pragą a Plzniem. Miejsce jego pochówku nie zostało znalezione. Dnia 7.IX.1948 roku sąd w Berlinie-Charlottenburgu oficjalnie uznał go za zmarłego.

Tajemnicze urządzenie "Dzwon", które mogło być bronią kosmicznego bazowania lub... chronoskafem...?


Ojciec „Dzwonu”


Istnieje także hipoteza o tym, że w maju 1945 roku wojska amerykańskie zajęły czeski Plzeň/Pilzno znajdujące się w Radzieckiej Strefie Okupacyjnej. Tam pracownicy wywiadu wojskowego USA badali archiwa centrum naukowo-badawczego SS znajdującego się w zakładach Škody.

Amerykanie przypuszczali, że Niemcy zajmowali się wyprodukowaniem broni jądrowej. Ale to nie było tak: zakłady Kammlera pracowały nad: samolotami odrzutowymi, laserami przeciwlotniczymi i pojazdami podziemnymi Wąż Midgard. Kammler także koordynował prace nad „działem solarnym”. Było to zwierciadło o średnicy 200 m, które koncentrowało energię słoneczną. Gdyby taka broń skonstruowano, to można by było podpalać w ciągu sekundy całe miasta. [Takie działo solarne pokazano w filmie „Śmierć nadejdzie jutro” w reż. Lee Tamahori, w którym użyto go przeciwko niezniszczalnemu agentowi Jamesowi Bondowi (Pierce Brosnan) i Korei Południowej… - przyp. tłum.] Na szczęście Führer odrzucił ten projekt jako zbyt kosztowny…

Jak domniemywa polski dziennikarz i historyk Igor Witkowski – głównym projektem Kammlera była broń kosmiczna. Nazywało się to Die Glocke – co w przekładzie oznacza tyle co Dzwon – i to właśnie dlatego Kammlera nazywano niekiedy „ojcem Dzwonu”. Jeżeli damy wiarę zeznaniom Wilhelma Fossa, to właśnie przy pomocy właśnie tej technologii hitlerowcy chcieli zburzyć Moskwę, Londyn i Nowy Jork. Urządzenie to wyglądało faktycznie jak ogromny metalowy dzwon, składający się z dwóch ołowianych cylindrów, obracających się w dwóch przeciwnych kierunkach i wypełnionych nieznanym wypełniaczem.

Amerykanie, którzy zagarnęli archiwum Kammlera, mało zajmowali się dokumentami o Dzwonie, bowiem nie była to broń jądrowa. Dokumentacja ta wpadła w ręce radzieckiego wywiadu. Od tego czasu – wedle niepotwierdzonych źródeł – znajduje się ona w Archiwum MON Federacji Rosyjskiej jako materiał z gryfem TAJNE.

Co się zaś tyczy samego Hansa Kammlera, to istnieje jeszcze jedno przypuszczenie: pod koniec wojny ten SS-Obergruppenführer przeszedł na stronę Amerykanów, którzy przewieźli go do Argentyny w zamian za to, co sprzedał im ze swych tajnych prac… [Tak właśnie było także w przypadku SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna i jego specjalistów z HRVA Peenemünde, którzy wraz z dokumentacją oddali się w ręce Amerykanów – przyp. tłum.]

Podziemny pojazd Triebieliewa zrobiony na wzór statku podziemnego Wąż Midgard


Od telewizora do iPhone’a


Ale hitlerowcy zajmowali się nie tylko pracami nad bronią. Tak więc pierwsze w świecie modele telewizorów pokazano jakoby już w 1938 roku na wystawie w Berlinie.

Jeszcze w 1934 roku specjaliści Rzeszy zaczęli pracować nad aparatem „promieni śmierci”. [W oryginale autorka pisze o „promieniach laserowych”, ale nazwa LASER – od angielskich słów Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation – powstała dopiero w 1957 roku, więc zdecydowałem się na użycie popularnych w tym okresie „promieni śmierci” czy „broni skupionego światła”, co ukazano w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie” – „Bez instrukcji” (1968) oraz w widowisku Teatru TV „Akcja V” (1973) – przyp. tłum.] Jej podstawowym przeznaczeniem było oślepianie lotników nieprzyjaciela. Prace nad tym projektem zostały przerwane na tydzień przed końcem wojny…

Od lutego 1945 roku, biuro Hansa Kammlera poza wspominanymi tutaj projektami pracowało nad „miniaturowym, przenośnym urządzeniem łączności”. Norweska historyczka Gudrun Stensen pisze: - Jest oczywistym, że bez wskazówek z centrum Kammlera nie byłoby iphone’a, a na zbudowanie najprostszej komórki trzeba by było czekać co najmniej 100 lat. Być może komórki i iphony pojawiłyby się w naszym życiu o wiele wcześniej, niż wiek…

Hedviga Eva Maria Kiesler vel Hedy Lamarr - jedna z najniezwyklejszych kobiet XX wieku... (Wikipedia)


GPS od „blondynki”


A pojawienie się systemu łączności komórkowej w wielkiej mierze zawdzięczamy Hedy Lamarr – znanej amerykańskiej aktorce i byłej żonie właściciela zakładów zbrojeniowych, produkujących uzbrojenie dla III Rzeszy.

Hedwig Eva Maria Kiesler urodziła się w Wiedniu. Wcześnie zaczęła się pokazywać na filmach i to w śmiałych erotycznie obrazach [chodzi tutaj o słynną, skandaliczną „Ekstazę” z 1933 roku, w reżyserii Gustawa Machaty, w którym wystąpiła nago i który to film został ocenzurowany – przyp. tłum.], a w wieku 19 lat rodzice, którym nie pasowała filmowa kariera córki, wydali ja za mąż za zbrojeniowego magnata Fritza Mandla. Ten nie tylko nie pozwolił jej się fotografować i filmować, to jeszcze zażądał od niej, by podzielała jego prohitlerowskie poglądy i towarzyszyła mu w jego podróżach. W zakładach zbrojeniowych swego męża, Hedwiga mogła zapoznać się z zasadami działania wielu rodzajów broni, co bardzo się jej przydało później.

Po czterech latach młoda kobieta rozwiodła się ze swym mężem i wyjechała do Londynu, a stamtąd do Nowego Jorku, gdzie kontynuowała karierę artystki.

Ale nas nie interesują sukcesy Hedy Lamarr (taki pseudonim wybrała sobie ta aktorka – przyp. aut.) w kinematografii. Najdziwniejsze z tego było to, że ona jako jedyna z wszystkich gwiazd Hollywood zajęła się… inżynierią! Przy czym należy dodać, że nie miała ona w ogóle żadnego wykształcenia technicznego. Jej wykształceniem była wiedza o broni [i środkach łączności – przyp. tłum.], jaką uzyskała w czasie swego pierwszego małżeństwa… W 1942 roku Lamarr wraz ze znanym awangardzistą i kompozytorem George’em Antheilem opatentowali technologię FHSS (ang. Frequency-Hopping Spread Spectrum), polegającą na częstych skokowych zmianach częstotliwości nadawanego sygnału radiowego, który miał uniemożliwić przechwycenie i zakłócenie komunikacji z torpedami. Wynalazek ten legł u podstaw GPS, i jednocześnie bez którego nie byłby do pomyślenia dzisiejszy system telefonii komórkowej GSM. Dzisiaj dzień 9 listopada, dzień urodzin Hedy Lamarr, jest świętowany w Stanach prawie jak Dzień Niepodległości…


Stereopropaganda


Tradycyjnie uważa się, że technologia zdjęć 3D została wynaleziona i zastosowana po raz pierwszy w latach 50. XX wieku w Hollywood. Jednakże całkiem niedawno australijski reżyser Philippe Mora, który już od 40 lat zajmuje się historią sztuki filmowej w III Rzeszy, odkrył dwie taśmy z filmami w 3D kurzące się w berlińskim archiwum.

Mora wsławił się przede wszystkim jako reżyser filmu dokumentalnego pt. „Swastyka” do którego dołączył kadry „chałupniczego” wideo z Adolfem Hitlerem i Ewą Braun w ich willi w Bawarii. Aktualnie reżyser pracuje nad nowym dokumentalnym projektem poświęconemu manipulacjom nazistowskiego aparatu propagandowego w celach kontroli życia mieszkańców Niemiec.

W trakcie pracy nad tym obrazem, Mora zabrał się za badanie archiwów goebbelsowskiego Ministerstwa Propagandy w Berlinie. To tam właśnie natknął się na dwie taśmy filmowe 3D z adnotacją Raum Film (film przestrzenny). Okazało się, że były one zrobione przez niezależne studio filmowe na zlecenie Ministerstwa Propagandy. Do filmowania użyto kamery z dwoma obiektywami i umieszczonym za nimi pryzmatem. Taśmy te jak widać, nie wzbudziły większego zainteresowania na przeglądzie i po prostu o nich zapomniano. Filmy te zostały zrobione na taśmie 35 mm i czas wyświetlania każdego wynosi 30 minut.

Jeden z filmów nosi tytuł „To jest tak realne, że mógłbyś tego dotknąć”. Film mówi o pikniku i widzowi wydaje się, że lecą na niego bryzgi tłuszczu od smażonej kiełbasy… Drugi obraz opowiada o wesołej kompanii sześciu dziewczynek, które poszły sobie na spacer.
- Jakość tych filmów jest wprost fantastyczna – twierdzi Philippe Mora.

Być może, że nie jest to ostatnia niespodzianka, którą przygotowała nam pokręcona nauka III Rzeszy. Nie od rzeczy będzie także przypomnieć, że wszystko co nowe – to dobrze zapomniane stare…


Moje 3 grosze


Podobnie jak red. Witkowski jestem zainteresowany tajemnicami III Rzeszy, które są aktualne do dziś dnia i wciąż rzucają nowe światło na ten dziwny czas przy końcu II Wojny Światowej w Europie. To czas, w którym wykuwały się nowe bronie i nowe technologie. To czas, którego napiętą i tajemniczą atmosferę pokazał realizator niezrozumianego przez większość widzów (a szkoda) radzieckiego serialu „17 mgnień wiosny” tak obśmianego i wyszydzonego w Polsce i innych krajach, głupio i niesłusznie. To czas, kiedy zdrada i zbrodnia szła w parze z przekupstwem i chęcią dominacji za wszelką cenę i za każde pieniądze. To czas w którym świętość szła pod rękę z podłością i hipokryzją. To czas pogoni za nowymi środkami zniszczenia i śmierci. To czas, w którym zaczęła się Zimna Wojna – zanim jeszcze Churchill wygłosił swe przemówienie w Fulton. To czas, który jest najciekawszym okresem tej wojny.  

Niemcy opracowali nowatorskie rozwiązania techniczne i w ogóle poszli znacznie do przodu i słusznie zauważył dr Miloš Jesenský, że III Rzesza była najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętym krajem na Ziemi i gdyby zjawili się wtedy jacyś Obcy, to rozmawialiby właśnie z Niemcami. Inną rzeczą jest to, czy byliby Oni w stanie zaakceptować obłędną ideologię dominacji i eksterminacji jaką był hitleryzm? Dlatego właśnie sądzę, że Oni (o ile w ogóle się u nas pojawili) to raczej nie ujawniali się Ziemianom. Pozostali raczej w ukryciu i obserwowali nas tajnie. Chociaż z drugiej strony, niebo było wtedy pełne foo-fighters

Żarty na bok. To oczywiste, że Niemcy pracowali nad broniami kosmicznymi. Oni już wtedy wiedzieli o tym, że atak z kosmosu jest nie do odparcia. Kosmos stwarzał kolejne możliwości otwarcia teatrów działań wojennych o dodatkowy wymiar. Kto panowałby w kosmosie, panowałby nad całą planetą – to matematyczny pewnik. Pozostała jedynie kwestia kosztów. Prawa fizyki da się jakoś obejść czy zmodyfikować do swoich celów, prawa ekonomiki są bezlitosne.

Jeżeli idzie o fizykę, to najgorszym prawem do pokonania było i jest prawo grawitacji a także opór powietrza. Z grawitacją mozna walczyć budując potężne rakiety, które są w stanie nadać statkowi kosmicznemu prędkość orbitalną VI = 7,9 km/s, czy prędkość ucieczki VII = 11,2 km/s. Czy można to jakość obejść?  

Można. Istnieją dwa sposoby:
1.      Wynieść pojazd kosmiczny na wysokość LEO i odpalić silniki rakietowe, które wyniosą go na orbitę. Taki był sens amerykańskiego Projektu Farside, w którym balon wyciągał rakietę na wysokość ok. 20 km, której silniki odpalano już nad najgęstszymi warstwami atmosfery. Amerykanie wciąż pracują nad tym sposobem w ramach Programu SDI/NMD, w których platformami startowymi byłyby sterowce, które – w założeniach – miałyby osiągnąć wysokość od 40 do 100 km. Prawdopodobnie takie próby Niemcy przeprowadzali w Protektoracie Czech i Moraw, gdzie widziano tajemnicze konstrukcje przypominające sterowce…
2.     Wykorzystanie pola magnetycznego Ziemi. Sposób ten opisał prof. dr inż. Jan Pająk w swych pracach, więc zainteresowanych odsyłam do jego opracowań.
Jednakże Niemcy pracowali nad autentyczną antygrawitacją – wytworzeniem pola odpychanego przez pole grawitacyjne Ziemi. I najprawdopodobniej temu właśnie miał służyć Dzwon. A jak grawitacja i antygrawitacja, to i Czas i jego przepływ. Ta sprawa ma jeszcze jeden aspekt, bo Niemcom marzyło się nie tylko panowanie nad Przestrzenią, ale najprawdopodobniej także nad Czasem. Stąd właśnie wziął się ich Projekt Chronos. Pewną wskazówkę na ten temat daje Gerd Burde w swoim filmie „Tajemnice Trzeciej Rzeszy”. Obawiam się, że autentyczna dokumentacja tego projektu zaginęła bez wieści i ktoś jej w tym dopomógł. Możemy się tylko domyślać, kto i komu na tym zależało.

Czarny Zakon SS czcił swastykę – Czarne Słońce Zagłady w przeciwieństwie do Złotego Słońca Życia. W kontekście grawitacji to wcale nie chodziło o jakiś symbol, ale o konkretne obiekty kosmiczne – czarne dziury. Czarna dziura – czyli Krańcową Osobliwość, do której zmierza Wszechświat. Teoretycznie wiedziano o tym już w 1916 roku, kiedy to Albert Einstein opublikował swoją Ogólną i Szczególną Teorię Względności.  Dla Hitlera była to żydowska nauka, ale wcale to nie oznacza, że ja ignorowano. Teoretyczne rozważania na temat czarnych dziur znane są już z XVIII wieku, natomiast w 1916 roku hipotezę ubrano we wzory matematyczne, zaś czarne dziury jako obiekty astronomiczne odkryto wreszcie w latach 60. ubiegłego stulecia. Czyżby więc to, co uznajemy za jakieś nienaukowe brednie fanatyków z SS miało podstawy teoretyczne i było światopoglądem naukowym ubranym w quasi-religijny bełkot? To jest możliwe. 

Ale to już zupełnie inna historia…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 17/2013, ss. 6-7
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©  



[1] W niektórych przypadkach, np. w jednostkach Waffen-SS, stosowano podwójną gradację stopni służbowych SS i wojskowych. Stopień SS-Obergruppenführera był stopniem generalskim (General), umieszczonym pomiędzy stopniem generała porucznika (Generalleutnant) i generała-pułkownika (Generaloberst). Polski odpowiednik – generał broni. 

środa, 25 stycznia 2012

Hochsztaplerzy w służbie SS



Powiedziano kiedyś, że by poruszyć planetę, dość znaleźć punkt oparcia poza nią; tak i ja pragnąc obalić rozum, który był doskonały, musiałem znaleźć punkt oparcia, a była nim głupota…

Stanisław Lem – „Cyberiada”

Jana Rozowa

W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Armii Radzieckiej służyły… wielbłądy. W sformowanej w Astrachaniu 28. Armii Rezerwowej zwierzęta te służyły jako zwierzęta pociągowe do armat. Większa część z tych bojowych wielbłądów zginęła…

Już  w 1943 roku, hitlerowski rząd Niemiec doszedł do wniosku, że kolejnego blitzkriegu nie będzie. Koniec wojny nie był jeszcze przewidzianym, ale już niektórzy wysoko postawieni urzędnicy zaczęli pomiędzy sobą ostrożnie wymawiać słowo „klęska”…  

Cudowna idea cudownej broni

A wszystko to – oczywiście – wynikało z sytuacji ekonomicznej tego kraju. Świadczy o tym cytat z wystąpienia generalnego inspektora wojsk pancernych III Rzeszy gen. H. Guderiana (1888-1954), z dnia 9 marca 1943 roku:
- Niestety, aktualnie nie ma ani jednej w pełni gotowej do boju dywizji pancernej. Jeżeli nam się uda rozwiązać to zadanie, to my wraz z Luftwaffe i podwodnymi siłami Krigsmarine odniesiemy zwycięstwo. Jeżeli nie, to wojna na lądzie stanie się zbyt ciężką i zbyt kosztowną.

Hitler miał nadzieję na przełom w wojnie, dlatego potrzebna była jakaś ratunkowa idea, która zachęciłaby żołnierzy do walki i pognębiła nieprzyjaciela. No i się pojawiła: Wunderwaffe. Cudowna broń. Coś, co uratuje Niemcy. Praca nad tym czymś – tajnym i super-ważnym – była prowadzona także i do wystąpienia Reichsministra ds. uzbrojenia i amunicji Alberta Speera (1905-1981) obiecującego krótko mówiąc „nowy kurs”. Ale teraz intensywność tej aktywności zwiększyła się do stukrotnie. W niemieckim arsenale zaczęły pojawiać się nowe rodzaje broni: myśliwce turboodrzutowe, ręczne rakietowe miotacze granatów ppanc. – czyli słynne Panzerfausty, przeciwczołgowe rakietowe pociski kierowane, nowoczesne czołgi i okręty podwodne z napędem turbinowym Walthera. Niemcy zaczęli także program budowy bomby atomowej.

Po Zwycięstwie tak bardzo okupionego krwią żołnierzy radzieckich, niemieckimi wynalazkami bardzo zainteresowali się Amerykanie, ale nie o tym mowa. W historii Wunderwaffe jest jeszcze jeden nieoczekiwany aspekt, który wskazuje na to, ze pod koniec wojny Niemcy stracili już zdrowy rozsądek i dawali posłuch różnym ciemnym typom i na cudowne bronie wydawali wprost nieprawdopodobnie wysokie sumy. Wiadomo, ze prace nad rakietami V według projektów SS-Sturmbannführera barona dr Wernhera von Brauna kosztowały 5 mld RM. Jednakowoż przypomnijmy, że z 25.000 rakiet V-1 i 10.800 rakiet V-2 wystrzelonych poprzez Kanał La Manche na Londyn – cel osiągnęła tylko 1/3. Pozostałe 2/3 eksplodowały nawet nie podniósłszy się w powietrze, były zestrzelone przez brytyjskie myśliwce, albo po prostu nie doleciały…

W 1944 roku, idea cudownej broni nie przestawała drążyć niemieckich umysłów. Wśród zbawców wielkich Niemiec spotykamy znajome nazwisko – SS-Obersturmbannführer[1] Otto Skorzenny (1908-1975). Szpieg i dywersant, Skorzenny został szefem tajnej służby SS zajmującej się badaniami rozwojowymi broni specjalnego przeznaczenia. No, ale naukowe prace, to nie jego styl. Skorzenny, von Braun i SS-Brigadeführer Walter Schellenberg (1910-1952) nie zachwycali się zdalnie sterowanymi kablowo i radiowo, samobieżnymi minami Goliat, które już wypróbowano w boju[2], ale do smaku przyszły im myśli o „ludziach-torpedach” i „ludziach-pociskach”. Tak jak V-1 nie odnosiły zamierzonych skutków, więc Schellenberg wpadł na pomysł naprowadzania ich na cel przez pilotów-samobójców – kamikadze III Rzeszy… 

Ta rzutka fantazja na szczęście nie ziściła się.

Lipny profesor

Wydawałoby się, że prace nad nowymi rodzajami broni to ściśle tajna domena. Próba zrobienia balona z Ministerstwa Obrony Rzeszy a także z SS wydaje się być szaleństwem. Ale znaleźli się tacy odważni, a może szaleni, którzy tego dokonali. Świadkowie wspominali taki epizod, który miał miejsce na pięć lat przed opisanymi powyżej wydarzeniami. Otóż do SS-Reichsführera Heinricha Himmlera (1900-1945) napłynęła notatka od jakiegoś naukowca, niejakiego Hansa Erhardta czy Erharda. Zaproponował on bardzo interesujący i morderczo efektywny sposób zwalczania alianckich samolotów, a mianowicie poprzez rozpylenie w powietrzu, wprost na samoloty kłębów drobno zmielonego pyłu węglowego i podpalenie tego pyłu przy pomocy rakiety czy flary. Przy czym pan Erhard przekonywał, że „w dniu 1 kwietnia 1945 roku, w ten sposób udało się unieszkodliwić 36 brytyjskich bombowców.” I tylko że jak dotąd, to nikt nie potwierdził tej informacji.

I jakby na to nie patrzeć, to coś takiego nigdy nie mogło się zdarzyć. Taka węglowo-powietrzna mieszanina eksploduje tylko i wyłącznie w szybach czy sztolniach, w warunkach zamkniętej przestrzeni, i tylko kiedy pył węglowy i tlen znajdują się w odpowiednim stosunku i stężeniach.[3]

Ten cały Erhard okazał się niezłym oszustem. Już po wojnie zorientował się, że Amerykanie wyszukują niemieckich uczonych pracujących nad hitlerowską bronią jądrową, więc zjawił się u nich z przyjemną wiadomością, że jest posiadaczem patentu na produkcję tzw. „ciężkiej wody” tak potrzebnej w przemyśle atomowym. Amerykanie zrazu kupili tą bajeczkę, ale po czterech miesiącach zorientowali się, że to zwykła ściema i wywalili go na bruk. Nie przeszkodziło to Erhardowi dodać sobie do nazwiska tytuł naukowy.

Potem wypłynął w Szwajcarii, by zaproponować rządowi tego kraju wzmocnienie obronności tego kraju za pomocą „promieni śmierci”, a kiedy go stamtąd wyproszono, to zjawił się we Włoszech. Tam z kolei zaproponował sprzedaż patentu na silnik na wodę. Oczywistym jest, że ten silnik znajdował się tylko w jego wyobraźni.

Erhard okazał się być utalentowanym oszustem, który potrafił siebie dobrze zareklamować, potrafił być przekonywującym, wyglądał na poważnego uczonego, co pozwoliło mu zjednywać sobie wspólników i sponsorów. Wokół niego pojawili się ludzie dowierzający bez zastrzeżeń temu aferzyście, w tym dziennikarze gazety w byłej RFN – „Deutsche Soldaten Zeitung”, którzy opublikowali serię artykułów broniących jego osobę i „dokonania”. Bywa i tak!

Erhardowi udawało się długo ogłupiać porządnych skądinąd ludzi, póki nie oddano go pod sąd za niepłacenie alimentów i fałszerstwa. To wszystko zdarzyło się w jego ojczyźnie – w Niemczech. Poza tym wyjaśniło się, że nawet jego nazwisko było fałszywe, a tytuły naukowe – lipnymi.

Oręż zwycięstwa – promienie XX

W całej czeredzie fantastycznych pomysłów na cudowne bronie SS znalazł się jeden – zupełnie szczególny, a mianowicie – broń grawitacyjna! I jak widać, na promienie XX zwrócili swą szczególną uwagę specjaliści od broni przeciwlotniczych. Idea była prosta – powinny one zwiększyć ziemskie ciążenie i tym sposobem ściągać wrogie samoloty na ziemię.

Amerykanie zrazu zapalili się do tego pomysłu, postanowili zatem znaleźć autora tego pomysłu i wyprawić go ciupasem za ocean jak von Brauna et consortes. Pomysł broni grawitacyjnej wyglądał nadzwyczaj atrakcyjnie, ale… grawitacji Ludzkość nie opanowała do dnia dzisiejszego.

A jednak takie eksperymenty nad bronią grawitacyjną były przeprowadzane w KL Buchenwald. Dzięki zeznaniom byłych więźniów tego obozu koncentracyjnego Amerykanie dowiedzieli się, że już od 1941 roku w tym KL znajdowało się zakonspirowane laboratorium, którym kierował człowiek o nazwisku Blau. Pod jego kierownictwem pracowało tam kilkunastu więźniów, którzy znali się na elektryczności, którzy opowiadali, że Blau w ogóle nie orientował się w fizyce, mechanice i elektrotechnice. Ale za to on miał bzika na tle fantastycznych możliwości promieni XX, które wytwarzały pole antygrawitacyjne, albo wpływały w jakiś sposób na pole grawitacyjne Ziemi.[4]

Dywersanci-niewolnicy

Dlaczego więc taki niegramotny w technice człowiek kierował takim projektem? O, to jest historia dla detektywa! O tym tajemniczym panu Blau, który po wojnie rozpłynął się gdzieś w masie ludzkiej, mówi wiele zeznań. Do czasu swego zamknięcia w Buchenwaldzie był on wojskowym urzędnikiem Rzeszy i miał on baczenie na różne projekty wojskowe. Autor pewnych prac, a szczególnie tychże samych promieni XX pewnego dnia wyszedł z domu i nie powrócił. Śledztwo wykazało, że uczony ten znikł zaraz po spotkaniu z panem Blau.

Urzędnika aresztowano. Rozumiejąc, że na jego szyi zaciska się pętla, Blau podał wersję przestępstwa, która była dość wiarygodna, i która uratowała go od stryczka. Przyznał się mianowicie do tego, że to on jest winnym zniknięcia uczonego i wynalazcy promieni XX, ale nie miał wyjścia. Uczony ten groził, że w przypadku nieotrzymania za swój wynalazek wygórowanej sumy pieniędzy, sprzeda go wrogom Rzeszy. Tak więc działając w „stanie wyższej konieczności” – jak stwierdził to jego adwokat – Blau uratował życie, ale zesłano go do Buchenwaldu – dobrze, że nie na szubienicę czy pod ścianę. A kiedy zaistniało zapotrzebowanie na super broń, wtedy powierzono mu kontynuowanie prac zamordowanego przez niego naukowca.

Na początku trzeba było skonstruować generator promieni XX i zbadać jego możliwości. Blau zabrał się do roboty. Potrzebował on już to potężną lampę, już to piasek monacytowy, to znowu niewyobrażalnych rozmiarów transformatory. Barak, w którym Blau pracował był owinięty kablem ze srebra i miedzi, a w jego środku znajdowało się dziwne oprzyrządowanie, ze wskazań którego nasz „badacz” niczego i tak nie rozumiał. Dla bonzów z SS ów pseudouczony rozgrywał spektakl, który miał dowieść, że praca idzie do przodu. Jeden z jego „współpracowników”, który znał się na elektrotechnice o wiele lepiej od Blau, opisał jego „eksperymenty” jako czystej krwi szalbierstwo. Jednakże – jak widać – kuratorzy Projektu Promienie XX, także dalecy byli od nauki, skoro taki jak on „specjalista” mógł ich wyprowadzić w pole…

Na wiosnę 1945 roku, radzieckie wojska wiedząc czy nie wiedząc o cudownych broniach zajęły Berlin i uwolnili świat od dżumy nazizmu. Hitler palnął sobie w łeb, nazistów złapano i osądzono. A naukowi awanturnicy i hochsztaplerzy – ci niewolniczy dywersanci na tyłach III Rzeszy, którzy wsypywali w pustkę niemieckie pieniądze i w ten sposób hamowali plany Hitlera znikli w lecie. Taka ich służba!

Od tłumacza

Muszę przyznać, że te dwa ostatnie zdania są co najmniej zastanawiające. Czyżby ci niewolniczy dywersanci byli radzieckimi agentami NKWD/NKGB lub GRU, którzy mieli za zadanie wieść hitlerowską (a potem także amerykańską) naukę na manowce? A czemuż by nie? Historia wojen i konfliktów dowodzi, że jeden szpieg dobrze umieszczony we wrogim kraju może spowodować więcej szkód, niż całe dywizje wojska, więc dlaczego nie mogłoby być w takim przypadku?

Psychologowie z GRU doskonale wiedzieli o tym, że Hitler i jego akolici mieli feblika na punkcie nauk tajemnych, więc można było obrócić to przeciwko nim poprzez umiejętne dozowanie idiotyzmów wsączanych w ich oczadziałe mózgi. Jak widać, coś takiego mogło być i najprawdopodobniej zostało wykorzystane w ramach wojny psychologicznej toczonej pomiędzy ZSRR i III Rzeszą, a potem także w czasie Zimnej Wojny z Zachodem – a w szczególności z USA. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że UFO i inne medialne wytwory Zimnej Wojny zostały wymyślone wcale nie w Langley, ale na Chodynce… Dlatego właśnie pozwoliłem sobie nadać takie motto całemu temu materiałowi.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Oto radziecki wywiad znając głupotę i żądzę sensacji przeciętnego Amerykanina puszcza pogłoski na temat odwiedzin Kosmitów na terytorium Stanów Zjednoczonych. Wieść jest sensacyjna i rusza machina medialna. Początek zostaje zrobiony, Amerykanie zaczynają wierzyć w istnienie Obcych. I o to właśnie chodzi… Tym sposobem można robić swoje i zwalić wszystko na Kosmitów. W ten sposób przetestowano niemieckie rakiety V w lecie 1946 roku, a w 1947 już miano gotowe pociski rakietowe R-1 i R-2, zaś w cztery lata później wektory broni jądrowej – na razie tylko MRBM – pociskami średniego zasięgu, które wkrótce stały się ICBM – pociskami międzykontynentalnymi i rakietą, która wyniosła na orbitę Jurija Gagarina. Śmiem twierdzić, że to właśnie dlatego Amerykanie przegrali pierwszą rundę w rakietowym wyścigu o panowanie nad światem i w Kosmos.

Odrobili ją potem, kiedy ZSRR nie był w stanie prowadzić w tym wyścigu, bowiem słaba gospodarka nie była w stanie wydolić i wreszcie zaczęła zwalniać, by paść w latach 80. ubiegłego wieku. Ale to już osobna historia i temat z innej ballady…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011, ss. 16-17

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Wikipedia podaje, że był on SS-Sturmbannführerem.
[2] Wykorzystanymi m.in. przeciwko powstańcom w Warszawie.
[3] W sumie idea była niezła, bo na podobnym pomyśle opiera się działanie bomb termobarycznych – paliwowo-powietrznych. Mały ładunek wybuchowy rozprasza w powietrzu obłok ciekłego paliwa, które następnie ulega zapaleniu przez zapalnik. Obłok eksploduje wytwarzając potężną falę uderzeniową o mocy małego ładunku jądrowego, która jest czynnikiem niszczącym. Broń termobaryczna jest tańsza i poręczniejsza w użyciu od broni jądrowej i dlatego jest przed nią wielka przyszłość…
[4] Nad wykorzystaniem grawitacji jako broni najprawdopodobniej nadal pracuje się w laboratoriach wojskowych USA i Rosji. Broń taka mogłaby działać wtedy, gdyby można było wysyłać ukierunkowane pola grawitacyjne w kierunku siły żywej nieprzyjaciela, który zostałby literalnie zmiażdżony przez ciążenie. Jej działanie opisał swego czasu Siergiej Śniegów w fantastycznej epopei pt. „Dalekie szlaki”, Warszawa 1973.