Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NKWD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NKWD. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2012

Hochsztaplerzy w służbie SS



Powiedziano kiedyś, że by poruszyć planetę, dość znaleźć punkt oparcia poza nią; tak i ja pragnąc obalić rozum, który był doskonały, musiałem znaleźć punkt oparcia, a była nim głupota…

Stanisław Lem – „Cyberiada”

Jana Rozowa

W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Armii Radzieckiej służyły… wielbłądy. W sformowanej w Astrachaniu 28. Armii Rezerwowej zwierzęta te służyły jako zwierzęta pociągowe do armat. Większa część z tych bojowych wielbłądów zginęła…

Już  w 1943 roku, hitlerowski rząd Niemiec doszedł do wniosku, że kolejnego blitzkriegu nie będzie. Koniec wojny nie był jeszcze przewidzianym, ale już niektórzy wysoko postawieni urzędnicy zaczęli pomiędzy sobą ostrożnie wymawiać słowo „klęska”…  

Cudowna idea cudownej broni

A wszystko to – oczywiście – wynikało z sytuacji ekonomicznej tego kraju. Świadczy o tym cytat z wystąpienia generalnego inspektora wojsk pancernych III Rzeszy gen. H. Guderiana (1888-1954), z dnia 9 marca 1943 roku:
- Niestety, aktualnie nie ma ani jednej w pełni gotowej do boju dywizji pancernej. Jeżeli nam się uda rozwiązać to zadanie, to my wraz z Luftwaffe i podwodnymi siłami Krigsmarine odniesiemy zwycięstwo. Jeżeli nie, to wojna na lądzie stanie się zbyt ciężką i zbyt kosztowną.

Hitler miał nadzieję na przełom w wojnie, dlatego potrzebna była jakaś ratunkowa idea, która zachęciłaby żołnierzy do walki i pognębiła nieprzyjaciela. No i się pojawiła: Wunderwaffe. Cudowna broń. Coś, co uratuje Niemcy. Praca nad tym czymś – tajnym i super-ważnym – była prowadzona także i do wystąpienia Reichsministra ds. uzbrojenia i amunicji Alberta Speera (1905-1981) obiecującego krótko mówiąc „nowy kurs”. Ale teraz intensywność tej aktywności zwiększyła się do stukrotnie. W niemieckim arsenale zaczęły pojawiać się nowe rodzaje broni: myśliwce turboodrzutowe, ręczne rakietowe miotacze granatów ppanc. – czyli słynne Panzerfausty, przeciwczołgowe rakietowe pociski kierowane, nowoczesne czołgi i okręty podwodne z napędem turbinowym Walthera. Niemcy zaczęli także program budowy bomby atomowej.

Po Zwycięstwie tak bardzo okupionego krwią żołnierzy radzieckich, niemieckimi wynalazkami bardzo zainteresowali się Amerykanie, ale nie o tym mowa. W historii Wunderwaffe jest jeszcze jeden nieoczekiwany aspekt, który wskazuje na to, ze pod koniec wojny Niemcy stracili już zdrowy rozsądek i dawali posłuch różnym ciemnym typom i na cudowne bronie wydawali wprost nieprawdopodobnie wysokie sumy. Wiadomo, ze prace nad rakietami V według projektów SS-Sturmbannführera barona dr Wernhera von Brauna kosztowały 5 mld RM. Jednakowoż przypomnijmy, że z 25.000 rakiet V-1 i 10.800 rakiet V-2 wystrzelonych poprzez Kanał La Manche na Londyn – cel osiągnęła tylko 1/3. Pozostałe 2/3 eksplodowały nawet nie podniósłszy się w powietrze, były zestrzelone przez brytyjskie myśliwce, albo po prostu nie doleciały…

W 1944 roku, idea cudownej broni nie przestawała drążyć niemieckich umysłów. Wśród zbawców wielkich Niemiec spotykamy znajome nazwisko – SS-Obersturmbannführer[1] Otto Skorzenny (1908-1975). Szpieg i dywersant, Skorzenny został szefem tajnej służby SS zajmującej się badaniami rozwojowymi broni specjalnego przeznaczenia. No, ale naukowe prace, to nie jego styl. Skorzenny, von Braun i SS-Brigadeführer Walter Schellenberg (1910-1952) nie zachwycali się zdalnie sterowanymi kablowo i radiowo, samobieżnymi minami Goliat, które już wypróbowano w boju[2], ale do smaku przyszły im myśli o „ludziach-torpedach” i „ludziach-pociskach”. Tak jak V-1 nie odnosiły zamierzonych skutków, więc Schellenberg wpadł na pomysł naprowadzania ich na cel przez pilotów-samobójców – kamikadze III Rzeszy… 

Ta rzutka fantazja na szczęście nie ziściła się.

Lipny profesor

Wydawałoby się, że prace nad nowymi rodzajami broni to ściśle tajna domena. Próba zrobienia balona z Ministerstwa Obrony Rzeszy a także z SS wydaje się być szaleństwem. Ale znaleźli się tacy odważni, a może szaleni, którzy tego dokonali. Świadkowie wspominali taki epizod, który miał miejsce na pięć lat przed opisanymi powyżej wydarzeniami. Otóż do SS-Reichsführera Heinricha Himmlera (1900-1945) napłynęła notatka od jakiegoś naukowca, niejakiego Hansa Erhardta czy Erharda. Zaproponował on bardzo interesujący i morderczo efektywny sposób zwalczania alianckich samolotów, a mianowicie poprzez rozpylenie w powietrzu, wprost na samoloty kłębów drobno zmielonego pyłu węglowego i podpalenie tego pyłu przy pomocy rakiety czy flary. Przy czym pan Erhard przekonywał, że „w dniu 1 kwietnia 1945 roku, w ten sposób udało się unieszkodliwić 36 brytyjskich bombowców.” I tylko że jak dotąd, to nikt nie potwierdził tej informacji.

I jakby na to nie patrzeć, to coś takiego nigdy nie mogło się zdarzyć. Taka węglowo-powietrzna mieszanina eksploduje tylko i wyłącznie w szybach czy sztolniach, w warunkach zamkniętej przestrzeni, i tylko kiedy pył węglowy i tlen znajdują się w odpowiednim stosunku i stężeniach.[3]

Ten cały Erhard okazał się niezłym oszustem. Już po wojnie zorientował się, że Amerykanie wyszukują niemieckich uczonych pracujących nad hitlerowską bronią jądrową, więc zjawił się u nich z przyjemną wiadomością, że jest posiadaczem patentu na produkcję tzw. „ciężkiej wody” tak potrzebnej w przemyśle atomowym. Amerykanie zrazu kupili tą bajeczkę, ale po czterech miesiącach zorientowali się, że to zwykła ściema i wywalili go na bruk. Nie przeszkodziło to Erhardowi dodać sobie do nazwiska tytuł naukowy.

Potem wypłynął w Szwajcarii, by zaproponować rządowi tego kraju wzmocnienie obronności tego kraju za pomocą „promieni śmierci”, a kiedy go stamtąd wyproszono, to zjawił się we Włoszech. Tam z kolei zaproponował sprzedaż patentu na silnik na wodę. Oczywistym jest, że ten silnik znajdował się tylko w jego wyobraźni.

Erhard okazał się być utalentowanym oszustem, który potrafił siebie dobrze zareklamować, potrafił być przekonywującym, wyglądał na poważnego uczonego, co pozwoliło mu zjednywać sobie wspólników i sponsorów. Wokół niego pojawili się ludzie dowierzający bez zastrzeżeń temu aferzyście, w tym dziennikarze gazety w byłej RFN – „Deutsche Soldaten Zeitung”, którzy opublikowali serię artykułów broniących jego osobę i „dokonania”. Bywa i tak!

Erhardowi udawało się długo ogłupiać porządnych skądinąd ludzi, póki nie oddano go pod sąd za niepłacenie alimentów i fałszerstwa. To wszystko zdarzyło się w jego ojczyźnie – w Niemczech. Poza tym wyjaśniło się, że nawet jego nazwisko było fałszywe, a tytuły naukowe – lipnymi.

Oręż zwycięstwa – promienie XX

W całej czeredzie fantastycznych pomysłów na cudowne bronie SS znalazł się jeden – zupełnie szczególny, a mianowicie – broń grawitacyjna! I jak widać, na promienie XX zwrócili swą szczególną uwagę specjaliści od broni przeciwlotniczych. Idea była prosta – powinny one zwiększyć ziemskie ciążenie i tym sposobem ściągać wrogie samoloty na ziemię.

Amerykanie zrazu zapalili się do tego pomysłu, postanowili zatem znaleźć autora tego pomysłu i wyprawić go ciupasem za ocean jak von Brauna et consortes. Pomysł broni grawitacyjnej wyglądał nadzwyczaj atrakcyjnie, ale… grawitacji Ludzkość nie opanowała do dnia dzisiejszego.

A jednak takie eksperymenty nad bronią grawitacyjną były przeprowadzane w KL Buchenwald. Dzięki zeznaniom byłych więźniów tego obozu koncentracyjnego Amerykanie dowiedzieli się, że już od 1941 roku w tym KL znajdowało się zakonspirowane laboratorium, którym kierował człowiek o nazwisku Blau. Pod jego kierownictwem pracowało tam kilkunastu więźniów, którzy znali się na elektryczności, którzy opowiadali, że Blau w ogóle nie orientował się w fizyce, mechanice i elektrotechnice. Ale za to on miał bzika na tle fantastycznych możliwości promieni XX, które wytwarzały pole antygrawitacyjne, albo wpływały w jakiś sposób na pole grawitacyjne Ziemi.[4]

Dywersanci-niewolnicy

Dlaczego więc taki niegramotny w technice człowiek kierował takim projektem? O, to jest historia dla detektywa! O tym tajemniczym panu Blau, który po wojnie rozpłynął się gdzieś w masie ludzkiej, mówi wiele zeznań. Do czasu swego zamknięcia w Buchenwaldzie był on wojskowym urzędnikiem Rzeszy i miał on baczenie na różne projekty wojskowe. Autor pewnych prac, a szczególnie tychże samych promieni XX pewnego dnia wyszedł z domu i nie powrócił. Śledztwo wykazało, że uczony ten znikł zaraz po spotkaniu z panem Blau.

Urzędnika aresztowano. Rozumiejąc, że na jego szyi zaciska się pętla, Blau podał wersję przestępstwa, która była dość wiarygodna, i która uratowała go od stryczka. Przyznał się mianowicie do tego, że to on jest winnym zniknięcia uczonego i wynalazcy promieni XX, ale nie miał wyjścia. Uczony ten groził, że w przypadku nieotrzymania za swój wynalazek wygórowanej sumy pieniędzy, sprzeda go wrogom Rzeszy. Tak więc działając w „stanie wyższej konieczności” – jak stwierdził to jego adwokat – Blau uratował życie, ale zesłano go do Buchenwaldu – dobrze, że nie na szubienicę czy pod ścianę. A kiedy zaistniało zapotrzebowanie na super broń, wtedy powierzono mu kontynuowanie prac zamordowanego przez niego naukowca.

Na początku trzeba było skonstruować generator promieni XX i zbadać jego możliwości. Blau zabrał się do roboty. Potrzebował on już to potężną lampę, już to piasek monacytowy, to znowu niewyobrażalnych rozmiarów transformatory. Barak, w którym Blau pracował był owinięty kablem ze srebra i miedzi, a w jego środku znajdowało się dziwne oprzyrządowanie, ze wskazań którego nasz „badacz” niczego i tak nie rozumiał. Dla bonzów z SS ów pseudouczony rozgrywał spektakl, który miał dowieść, że praca idzie do przodu. Jeden z jego „współpracowników”, który znał się na elektrotechnice o wiele lepiej od Blau, opisał jego „eksperymenty” jako czystej krwi szalbierstwo. Jednakże – jak widać – kuratorzy Projektu Promienie XX, także dalecy byli od nauki, skoro taki jak on „specjalista” mógł ich wyprowadzić w pole…

Na wiosnę 1945 roku, radzieckie wojska wiedząc czy nie wiedząc o cudownych broniach zajęły Berlin i uwolnili świat od dżumy nazizmu. Hitler palnął sobie w łeb, nazistów złapano i osądzono. A naukowi awanturnicy i hochsztaplerzy – ci niewolniczy dywersanci na tyłach III Rzeszy, którzy wsypywali w pustkę niemieckie pieniądze i w ten sposób hamowali plany Hitlera znikli w lecie. Taka ich służba!

Od tłumacza

Muszę przyznać, że te dwa ostatnie zdania są co najmniej zastanawiające. Czyżby ci niewolniczy dywersanci byli radzieckimi agentami NKWD/NKGB lub GRU, którzy mieli za zadanie wieść hitlerowską (a potem także amerykańską) naukę na manowce? A czemuż by nie? Historia wojen i konfliktów dowodzi, że jeden szpieg dobrze umieszczony we wrogim kraju może spowodować więcej szkód, niż całe dywizje wojska, więc dlaczego nie mogłoby być w takim przypadku?

Psychologowie z GRU doskonale wiedzieli o tym, że Hitler i jego akolici mieli feblika na punkcie nauk tajemnych, więc można było obrócić to przeciwko nim poprzez umiejętne dozowanie idiotyzmów wsączanych w ich oczadziałe mózgi. Jak widać, coś takiego mogło być i najprawdopodobniej zostało wykorzystane w ramach wojny psychologicznej toczonej pomiędzy ZSRR i III Rzeszą, a potem także w czasie Zimnej Wojny z Zachodem – a w szczególności z USA. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że UFO i inne medialne wytwory Zimnej Wojny zostały wymyślone wcale nie w Langley, ale na Chodynce… Dlatego właśnie pozwoliłem sobie nadać takie motto całemu temu materiałowi.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Oto radziecki wywiad znając głupotę i żądzę sensacji przeciętnego Amerykanina puszcza pogłoski na temat odwiedzin Kosmitów na terytorium Stanów Zjednoczonych. Wieść jest sensacyjna i rusza machina medialna. Początek zostaje zrobiony, Amerykanie zaczynają wierzyć w istnienie Obcych. I o to właśnie chodzi… Tym sposobem można robić swoje i zwalić wszystko na Kosmitów. W ten sposób przetestowano niemieckie rakiety V w lecie 1946 roku, a w 1947 już miano gotowe pociski rakietowe R-1 i R-2, zaś w cztery lata później wektory broni jądrowej – na razie tylko MRBM – pociskami średniego zasięgu, które wkrótce stały się ICBM – pociskami międzykontynentalnymi i rakietą, która wyniosła na orbitę Jurija Gagarina. Śmiem twierdzić, że to właśnie dlatego Amerykanie przegrali pierwszą rundę w rakietowym wyścigu o panowanie nad światem i w Kosmos.

Odrobili ją potem, kiedy ZSRR nie był w stanie prowadzić w tym wyścigu, bowiem słaba gospodarka nie była w stanie wydolić i wreszcie zaczęła zwalniać, by paść w latach 80. ubiegłego wieku. Ale to już osobna historia i temat z innej ballady…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011, ss. 16-17

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Wikipedia podaje, że był on SS-Sturmbannführerem.
[2] Wykorzystanymi m.in. przeciwko powstańcom w Warszawie.
[3] W sumie idea była niezła, bo na podobnym pomyśle opiera się działanie bomb termobarycznych – paliwowo-powietrznych. Mały ładunek wybuchowy rozprasza w powietrzu obłok ciekłego paliwa, które następnie ulega zapaleniu przez zapalnik. Obłok eksploduje wytwarzając potężną falę uderzeniową o mocy małego ładunku jądrowego, która jest czynnikiem niszczącym. Broń termobaryczna jest tańsza i poręczniejsza w użyciu od broni jądrowej i dlatego jest przed nią wielka przyszłość…
[4] Nad wykorzystaniem grawitacji jako broni najprawdopodobniej nadal pracuje się w laboratoriach wojskowych USA i Rosji. Broń taka mogłaby działać wtedy, gdyby można było wysyłać ukierunkowane pola grawitacyjne w kierunku siły żywej nieprzyjaciela, który zostałby literalnie zmiażdżony przez ciążenie. Jej działanie opisał swego czasu Siergiej Śniegów w fantastycznej epopei pt. „Dalekie szlaki”, Warszawa 1973.  

czwartek, 29 września 2011

PRAWDZIWE POCZĄTKI ZIMNEJ WOJNY (3)


 Margerita Konienkowa-Woroncowa (pierwsza z lewej) w najbliższym otoczeniu Alberta Einsteina

 Ursula Kuczinski vel Sonia...
 ... i jej autobiografia
 Sonja jako Ruth Werner
Robert "Oppie" Oppenheimer - główny cel działań radzieckich specsłużb

O tym, jak stalinowskie przyjaciółki kierownictwa „Projektu Manhattan” ukradły Amerykanom bombę atomową…

Dimitrij Grigoriew

Moskwa, rok 1980. Trwa słynna moskiewska Olimpiada, ulice stolicy wypełnia uśmiech i radość. Przy dźwiękach znanej melodii podnosi się i ulatuje w historię Olimpijski Miszka, u tysięcy ludzi zebranych na stadionie pojawiają się łzy w oczach.

Dziewczyna z NKWD/NKGB

I nikt z nich nie wiedział, że w te właśnie dni, w samym centrum Moskwy umierała w samotności kobieta, która stała się legendą radzieckiego wywiadu – Margarita Konienkowa-Woroncowa. Przeżyła ona wszystkich: swego ukochanego męża – znanego radzieckiego rzeźbiarza Siergieja Konienkowa, swego bliskiego przyjaciela i kochanka – prof. Alberta Einsteina, przyjaciela rodziny i „ojca bomby atomowej” – dr Roberta „Oppie” Oppenheimera, przeżyła swoich przyjaciół: śpiewaka Fiodora Szalapina, poetę Siergieja Jesienina i wielu, wielu innych.

Przeżyła zaś tylko po to, by będąc już starą i zniedołężniałą pozostać sam na sam z ociężałą umysłowo pomocą domową, która przez cały czas okradała swoją gospodynię i w końcu otrzymała sposobność „odprowadzić duszeńkę”. Karmiła chorą Margaritę sałatą z czarnym chlebem, paliła jej przed oczami papiery, nie dawała papierosów i zagnała ją do grobu morząc głodem.

Półlegalny agent

Margarita Konienkowa – była jedną z tych agentek radzieckiego wywiadu, dzięki którym w 1949 roku ZSRR zdetonował swoją własną bombę atomową i tym samym zapobiegł nadchodzącą katastrofę nuklearną. W tym czasie USA, które posiadały broń jądrową od 1945 roku, rozpracowywały tematykę uderzenia nuklearnego na Związek Radziecki, w odpowiedzi na radziecką blokadę Berlina i uczestnictwo w zaczynającej się właśnie bratobójczej wojnie pomiędzy Północną a Południową Koreą. I tylko próbny wybuch naszej bomby atomowej przeprowadzony na poligonie w Semipałatyńsku, w dniu 29 sierpnia 1949 roku, stanowił kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy Amerykanów. Było to także zasługą Margarity Konienkowej.

 Interesujące jest to, że oficjalne struktury rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego odrzucały i do dziś dnia odrzucają fakt, że Margarita Konienkowa była agentką tej organizacji. Ale z tym oficjalnym zdaniem wywiadu nie zgadza się as radzieckiego wywiadu, były naczelnik Czwartej Dyrekcji NKWD/NKGB (dywersja i rozpoznanie), gen.-por. Paweł Sudopłatow.[1] W jednej ze swych książek[2] twierdzi on wprost, że Margarita Konienkowa była kadrowym pracownikiem radzieckiego wywiadu i dzięki niej nasz wywiad miał wpływ na Roberta Oppenheimera i Alberta Einsteina.[3] Według słów samego Sudopłatowa, Margarita potrafiła zwerbować „ojca bomby atomowej” do swojego centrum specjalistów, których nasi agenci mieli zwerbować lub już zwerbowali.

Tak zatem sądzę, że dowodów na pracę Margarity Konienkowej na rzecz radzieckiego wywiadu jest więcej, niż nadto.

Wystawiła Einsteina

Siergiej i Margarita Konienkowie wyjechali do USA w 1923 roku na wystawę sztuki rosyjskiej i radzieckiej w Nowym Jorku. I tam przyszło im się zatrzymać na dłużej niż 20 lat. Właśnie wtedy Margarita zaczęła pracować dla radzieckiego wywiadu zagranicznego, i ta długa „podróż służbowa” była podyktowana interesami tejże instytucji. Oznacza to, ze Konienkowie przebywali 20 lat w Ameryce nie z powodu twórczości Siergieja Konienkowa, ale ze względu na niejawną działalność jego żony Margarity. W 1935 roku, Albert Einstein poznał Siergieja Konienkowem, a potem zbliżył się do jego żony – czarującej Margarity. I to właśnie poprzez Alberta Einsteina, Margarita Konienkowa zapoznała się z „ojcem bomby atomowej” – Robertem Oppenheimerem. Akurat właśnie wtedy, kiedy w USA szły całą parą prace nad konstrukcją tej broni.

Według niektórych danych, to właśnie poprzez Margaritę Konienko nasz wywiad a potem i nasi fizycy jądrowi pracujący nad tą problematyką pod kierownictwem Igora Kurczatowa, otrzymali dane taktyczno-techniczne bomby atomowej daleko przed pierwszym amerykańskim testem nuklearnym na pustyni w Nowym Meksyku. Ale największym sukcesem wywiadowczym naszej agentki było to, że w pamiętnym sierpniu 1945 roku udało się jej przekonać swego przyjaciela i kochanka Alberta Einsteina do nawiązania i utrzymywania kontaktu z… głównym rezydentem GRU w USA Piotrem Mielkiszewem vel Mollerem, który pracował tam od 1941 do grudnia 1945 roku, pod pseudonimem Michajłow i zajmującym oficjalne stanowisko vice-konsula w Nowym Jorku. Spotkania te stały się regularne i w jednym z listów do Małgorzaty, Albert Einstein przyznaje, że niejednokrotnie korzystał z rad „naszego konsula” – jak nazywał on Michajłowa. Do dziś dnia niezupełnie wiadomo, jakie informacje przekazał on radzieckiemu wywiadowi, ale całkowitą zasługą Margarity jest to, że wystawiła ona werbownikom na cel samego Alberta Einsteina. Wprawdzie i gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że ten wielki uczony rozumiał i zdawał sobie w pełni sprawę z tego, że przekazywał informacje radzieckiemu wywiadowi. Jest to także pełna zasługa Margarity Konienkowej.

W tymże samym 1945 roku Konienkowowie powrócili do ZSRR. O zasługach wobec Ojczyzny tych „emigrantów” świadczą choćby następujące fakty: Stalin wysłał po rodzinę Konienków, ich dobytek i rzeźby specjalny parowiec; a kiedy wrócili do Moskwy, to na specjalne polecenie Ławrientija Berii przydzielono im wielkie mieszkanie w centrum Moskwy oraz pracownię, w której Sergiusz mógł tworzyć swe rzeźby.

Niestety, wielkie osiągnięcia genialnej wywiadowczyni nie zostały zauważone i nagrodzone przez Ojczyznę. I umarła ona samotnie, zapomniana przez wszystkich. Ale jej największym osiągnięciem jest to, że do dziś dnia świat nie wie, czym jest globalna wojna jądrowa.

Pod pseudonimem Sonia

W globalnej grze wywiadów o zdobycie tajemnic atomowych nasze agentki miały wyznaczoną specjalną i bardzo ważną rolę. Margarita Konienkowa, Liza Zarubina, która tak jak jej mąż była kadrową pracownicą wywiadu, i wiele innych.

Ale nie możemy zapomnieć o jeszcze jednej czarującej kobiecie z męskim charakterem i sposobem myślenia. Była to pułkownik GRU Sztabu Generalnego ZSRR, dama dwóch Orderów Czerwonego Sztandaru Ursula Kuczinski vel Ursula Beurton vel Ursula Hamburger alias Ursula Maria Kuczynski. Ostatnie lata swego życia, ta genialna wywiadowczyni spędziła w Berlinie i tamże umarła stosunkowo niedawno – w 2000 roku. Już po jej śmierci, prezydent FR Władimir Putin podpisał wniosek o odznaczenie jej jeszcze jednym odznaczeniem – Orderem Przyjaźni Narodów.

Swoja wywiadowczą robotę Sonia (taki miała operacyjny pseudonim) zaczęła jeszcze w Chinach pod kierownictwem Richarda Zorge vel Sorge. Na początku lat 40. ubiegłego stulecia, kiedy cały wysiłek radzieckich tajnych służb skierowany był na atomowe tajemnice Amerykanów i Brytyjczyków, jednym z informatorów naszej bohaterki był niemiecki fizyk nuklearny dr Klaus Fuchs, który pracował dla Anglików nad projektem „Tube”. To właśnie od niego w latach 1942 – 1943 nasz wywiad otrzymał istotne dane o technologii wytwarzania bomby atomowej. Zaś oficerem prowadzącym naszego fizyka była właśnie Sonia. Poza tym Klaus Fuchs był człowiekiem roztargnionym, emocjonalnym i zakompleksionym. Po prostu z pewnego względu nie nadawał się na szpiega. I tylko wysokiej klasy profesjonalizm uchronił dr Fuchsa od wpadki u angielskiego kontrwywiadu.

Charakterystycznym faktem jest to, że kiedy Klaus Fuchs wyjechał do USA by wziąć udział w amerykańskim Projekcie Manhattan[4], to natychmiast skupił na sobie uwagę FBI, co skończyło się dla niego wpadką i aresztowaniem. Po prostu dlatego, że szpieg-nieudacznik pozostał tam bez swego agenta prowadzącego (opiekuna) i jego los był przesądzony. Klausa Fuchsa skazano na 14 lat do odsiadki w 1950 roku, w tymże samym roku Ursula Kuczyński odeszła z pracy w wywiadzie i zamieszkała na stale w NRD. Tak skończyła się płk Sonia i zaczęła… znana i poczytna pisarka powieści detektywistycznych i kryminalnych Ruth Werner. Napisała ona całą masę książek, które przetłumaczono na wiele języków. Ale w ani jednej z nich, Ursula nie napisała o tym, czym zajmowała się naprawdę pracując w radzieckim wywiadzie. Ponadto troje jej dzieci w wieku już dojrzałym dowiedziało się, kim była ich matka i ujrzało jej mundur pułkownika z dwoma Orderami Czerwonego Sztandaru.

Do ostatniego oddechu Sonia była pracownica wywiadu, nader lakoniczną w swych opowiadaniach i wspomnieniach. Widać w tym szkołę Richarda Zorge, który w 1930 roku dał jej rekomendację do wywiadu.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 30/2011, ss.18-19.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz  ©   

KONIEC        


[1] Polski odpowiednik: generał brygady.
[2] Zob. P. Sudopłatow – „Wspomnienia niewygodnego świadka”, Warszawa 1999, ss. 171 – 210.
[3] Wskazywałoby to na to, że nie była ona agentką NKWD/NKGB, ale wywiadu wojskowego GRU. 
[4] Tak nazywał się amerykański projekt budowy bomby atomowej – przyp. aut.