Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą astronomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą astronomia. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 sierpnia 2025

Czarne gwiazdy

 


Na ten tekst natknąłem się przypadkowo na FB. Nie znam autora, ale zapewne nie miałby nic przeciwko jego upowszechnieniu, skoro go tam umieścił. A oto i on:

 

Badania naukowe

 

Wyobraźcie sobie gwiazdę, która gaśnie tak wolno, że potrzebuje więcej czasu niż obecny wiek Wszechświata!

Czarne karły to kosmiczne relikty, które teoretycznie powstaną z białych karłów po niewyobrażalnie długim czasie stygnięcia. Obecnie żaden czarny karzeł jeszcze nie istnieje, bo Wszechświat jest za młody, ale fizycy już wiedzą, co będzie się z nimi działo.

 

Streszczenie

 

Post przedstawia fascynującą podróż przez biliony lat ewolucji czarnych karłów - od momentu ich powstania z białych karłów, przez kolejne etapy stygnięcia i krystalizacji wnętrza, aż po hipotetyczny rozpad protonów. Opisuje procesy wewnętrzne i zewnętrzne zachodzące w tych egzotycznych obiektach, podając czasy trwania poszczególnych faz ewolucji oraz zmiany składu chemicznego i struktury wewnętrznej.

Narodziny czarnego karła (10^15 lat od powstania białego karła) Biały karzeł staje się czarnym karłem, gdy jego temperatura powierzchniowa spadnie poniżej około 3000 Kelwinów (K) i przestaje świecić w zakresie widzialnym. To zajmuje kwadrylion lat! W tym momencie obiekt składa się głównie z węgla i tlenu w formie supergęstej materii zdegenerowanej. Gęstość wynosi około milion gramów na centymetr sześcienny. Wnętrze stanowi kryształowa sieć jonów węgla i tlenu zanurzona w morzu zdegenerowanych elektronów.

 

Faza krystalizacji kompletnej (10^15 - 10^16 lat)

 

 

Przez kolejne 9 kwadrylionów lat czarny karzeł powoli krystalizuje od środka na zewnątrz. Proces ten uwalnia ciepło utajone, spowalniając stygnięcie. Kryształy węgla układają się w strukturę podobną do diamentu, ale o gęstości milion razy większej. Zewnętrzna warstwa pozostaje jeszcze częściowo płynna, ale stopniowo zamienia się w stały kryształ. Temperatura powierzchni spada do około 1000 K.

 

Era głębokiego chłodu (10^16 - 10^20 lat)

 

Przez następne dziesiątki trylionów lat czarny karzeł staje się lodowatą kulą materii zdegenerowanej. Temperatura powierzchni spada poniżej 100 K czyli -173°C. Wnętrze to teraz jednolity kryształ węglowy z domieszkami cięższych pierwiastków. Kwantowe fluktuacje elektronów zdegenerowanych generują minimalne ilości ciepła, utrzymując temperaturę kilku Kelwinów. Obiekt praktycznie nie emituje żadnego promieniowania elektromagnetycznego.

 

Epoka tunelowania kwantowego (10^24 - 10^34 lat)

 

W tej niewyobrażalnie długiej fazie zachodzą powolne reakcje fuzji poprzez tunelowanie kwantowe. Jądra węgla bardzo rzadko łączą się, tworząc cięższe pierwiastki. Proces ten generuje śladowe ilości energii, podtrzymując temperaturę rzędu ułamków Kelvina. Po około 10^100 latach cały węgiel przekształca się w żelazo-56, najbardziej stabilny izotop. Czarny karzeł staje się gigantyczną kulą żelaza – vide gwiazda żelazna u prof. Jefriemowa z „Mgławicy Andromedy”.

 

Stadium żelaznej kuli (10^34 - 10^36 lat)

 

Czarny karzeł jest teraz zimną kulą żelaza o temperaturze bliskiej zera absolutnego - -273°C. Jedynym źródłem energii pozostaje rozpad kwantowy cząstek i promieniowanie Hawkinga od mikroskopijnych czarnych dziur, które mogły powstać w jego wnętrzu. Struktura krystaliczna żelaza pozostaje stabilna przez niepojęte okresy czasu.

 

Rozpad poprzez piknonuklearne reakcje (10^35 - 10^37 lat)

 

Ekstremalnie rzadkie reakcje piknonuklearne (piko [p] 10^-6) powoli przekształcają żelazo w nikiel-62, a następnie w jeszcze cięższe pierwiastki. Proces ten trwa tak długo, że liczby opisujące czas stają się abstrakcyjne. Temperatura utrzymuje się na poziomie nanokelwinów dzięki energii z rozpadu cząstek.

 

Finał: Rozpad protonów (po 10^32 - 10^40 lat)

 

Jeśli protony rzeczywiście się rozpadają (co nie jest pewne), czarny karzeł zacznie powoli parować. Protony rozpadają się na pozytony i piony, uwalniając energię. Proces ten zajmie około 10^40 lat. Elektrony anihilują z pozytonami, produkując fotony (kwanty gamma - γ). Ostatecznie czarny karzeł całkowicie wyparuje, pozostawiając po sobie tylko promieniowanie i cząstki elementarne rozproszone w przestrzeni.

 

Procesy zewnętrzne podczas całej ewolucji

 

Przez cały czas ewolucji czarny karzeł oddziałuje grawitacyjnie z otoczeniem, może przechwytywać materię międzygwiazdową i ciemną materię. Zderzenia z innymi obiektami są ekstremalnie rzadkie, ale w skali czasowej bilionów lat mogą prowadzić do powstania supernowych typu Ia nawet z zimnych czarnych karłów. Pole magnetyczne stopniowo zanika, osiągając wartości niemierzalne po około 10^20 latach.

 

Niesamowita perspektywa czasowa

 

Ewolucja czarnych karłów to historia rozciągnięta na czas tak długi, że obecny wiek Wszechświata (14 miliardów lat) to zaledwie mgnienie oka w porównaniu. Te obiekty będą świadkami śmierci cieplnej Wszechświata, ery dominacji czarnych dziur i ostatecznego rozpadu całej materii.

Czy zdajecie sobie sprawę, że obserwując białe karły dzisiaj, patrzymy na przyszłe czarne karły, które przetrwają dłużej niż cokolwiek innego we Wszechświecie? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach!

Jeśli uważasz że ten post jest ciekawy to prześlij go dalej i zaobserwuj po więcej wartościowych treści.

Post ma charakter informacyjno-edukacyjny i nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej ani reklamy produktu czy usługi.

 

Moje 3 grosze

 

A jednak nie byłbym tego taki pewny. Pierwsza rzecz, ta cała ciemna materia w Kosmosie może być właśnie materią czarnych karłów – klasy widmowej TT i wcale nie musi pochodzić z „naszego” Wszechświata, a być pozostałością po wszechświatach przed nami albo z wszechświatów, które skończyły swe istnienie rozpływając się w Multiversum.

Po drugie – dalszy ciąg ewolucji czarnych karłów mógłby wyglądać tak, że w warunkach niewiarygodnie wysokiego ciśnienia i upakowania materii mogłoby dojść do syntezy pierwiastków o Z < 200. I zdaje się mamy dowód na ich istnienie, a znajduje się on w Układzie Słonecznym – a mianowicie jest to supergęsta asteroida 33 Polihymnia, która może takowe zawierać. Jej gęstość jest większa od najgęstszego pierwiastka nam znanego – osmu i wynosi 75 g/cm³ - przypominam, że gęstość osmu to 22,5 - 22,6 g/cm³. Zob. https://wszechocean.blogspot.com/2024/01/sekret-33-polihymnii.html. Ale żeby się całkowicie do tego przekonać, należałoby wysłać tam sondę badawczą… Musiałaby ona przelecieć odległość 2,87 AU (430,5 mln km) w jedną stronę. Wyprawa na całe lata, ale to by się opłacało, gdyby faktycznie znajdowały się tam jeszcze nieznane pierwiastki chemiczne o Z 150. I już to samo jest niezwykle ciekawe.

Nie mówiąc już o tym, że byłaby to bryła materii pochodząca spoza naszego Wszechświata i licząca sobie ponad 10^100 lat. Takie odkrycie pchnęłoby do przodu naszą kosmologię i kosmogonię.

piątek, 18 lipca 2025

Trzeci obiekt pozaukładowy – 3I/ATLAS

 


NASA wykryła obiekt spoza Układu Słonecznego. Jest oficjalny komunikat. Pisze Tomasz Mileszko:

1 lipca finansowany teleskop ATLAS po raz pierwszy zgłosił obserwacje obiektu pochodzącego z przestrzeni międzygwiezdnej. Jak się okazuje, jest to przybywająca z kierunku gwiazdozbioru Strzelca, międzygwiezdna kometa, która została oficjalnie nazwana C/2025 N1 - A11pl3Z  - 3I/ATLAS.

Jak podaje NASA, kometa nie stanowi zagrożenia dla Ziemi i pozostanie w odległości co najmniej 1,6 jednostki astronomicznej (AU), czyli ok. 240 milionów km od naszej planety. Obecnie obiekt znajduje się ok. 4,5 AU, czyli jakiś 670 mln km, od Słońca. 3I/ATLAS osiągnie największe zbliżenie do Słońca około 30 października tego roku, przelatując w odległości ok. 130 mln km od naszej gwiazdy — tuż wewnątrz orbity Marsa, donosi agencja.

Rozmiar i właściwości fizyczne nowej międzygwiezdnej komety są obecnie badane przez astronomów z całego świata, co nie może dziwić, mając na uwadze fakt, że jest to zaledwie trzeci międzygwiezdny obiekt wykryty przez człowieka w naszym Układzie Słonecznym. NASA dodaje, że 3I/ATLAS powinna pozostać widoczna dla naziemnych teleskopów do września, po czym przeleci zbyt blisko Słońca, by można ją było obserwować. Badacze spodziewają się, że pojawi się ona po drugiej stronie Słońca na początku grudnia, umożliwiając ponowne obserwacje.

Zobaczymy, co do tego czasu uda się ustalić badaczom na temat tego międzygwiezdnego gościa.

 


Mój komentarz

 

Pamiętam jak w latach 90. ubiegłego stulecia na którymś z kongresów ufologicznych rzuciłem myśl, że w zasadzie nie ma żadnych przeszkód, by materia z innych układów planetarnych przenikała do innych – innymi słowy mówiąc, asteroidy, komety i cały ten pozasolarny gruz mógłby przenikać do przestrzeni Układu Słonecznego np. z układu słońc Tolimana (α Cenaura). Zostałem wtedy zaatakowany przez obecnych na sali astronomów, że mówię bzdury, jako iż oni wiedzą, że jest to niemożliwe. Później, już w Polsce, pewien luminarz nauki stwierdził, że nie ma takich możliwości, by dochodziło do wymiany materii pomiędzy układami planetarnymi. I koniec.  I kropka. Ciekawy jestem, co teraz ten pan ma do powiedzenia?

To jest oczywiste, że istnieje wymiana materii pomiędzy sąsiadującymi układami gwiezdnymi i takie obiekty jak np. 1I/‘Oumuamua i inne. Poza tym należałoby zbadać posiadane przez nas meteoryty – niejeden z nich mógł przywędrować z głębokiego Kosmosu, z innego układu planetarnego. Jak już kiedyś to zaproponowałem, należałoby poszukać ich w hałdach kopalnianych, gdzie wyrzucane są kamienie itp. odpady z wyrobionej rudy czy węgla. A może tego być dość dużo zakładając, że gromadziły się tam przez jakieś 3,5 mld lat od Hadeiku. Myślę, że jest to ciekawa propozycja dla polskich meteorytologów.   

 


Źródło: https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/other/nasa-wykry%C5%82a-obiekt-spoza-uk%C5%82adu-s%C5%82onecznego-jest-oficjalny-komunikat/ar-AA1HSBac?ocid=winp1taskbar&cvid=68667d15eabe4d9398c3cddc840eff21&ei=28

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

 

poniedziałek, 23 czerwca 2025

W pogoni za Planetą Dziewięć

 


 

Jake Parks

 

Wiele dziwnych obiektów wokół siebie wydaje się sugerować, że masywny, a jak dotąd niewidoczny świat skacze w zewnętrznych obszarach naszego Układu Słonecznego.

Oczekuje się, że hipoteczny świat zwany Planetą Dziewiątą będzie super-Ziemią lub planetą sub-Neptunem z orbitą, która potencjalnie zabiera ją dziesiątki razy dalej od Słońca niż planeta krasnoludów Pluton.

Nieco ponad rok temu trójka astronomów ustanowiła rekord najdalszego obiektu, jaki kiedykolwiek odkryto w Układzie Słonecznym. Ponieważ mały świat został znaleziony ponad trzy razy dalej od Słońca niż Pluton, zespół słusznie nazwał go FarOut.

Niesamowita odległość FarOut’u około 123 jednostek astronomicznych – gdzie 1 jednostka astronomiczna (AU) równa się średniej odległości między Słońcem a Ziemią (150 mln km) – nie jest jedyną rzeczą, która czyni ten świat intrygującym. W ostatnich latach ta sama grupa badaczy odkryła kilka innych bardzo odległych ciał. I, ku ich zaskoczeniu, określili, że wiele z tych obiektów zbliża się do Słońca lub dociera do peryhelium, w tym samym punkcie w przestrzeni.

Naukowcy uważają, że ta rosnąca lista skupionych obiektów – którą FarOut uważa za część – jest najlepszym dowodem na istnienie nieuchwytnego świata czającego się na zewnętrznych obrzeżach naszego Układu Słonecznego. Świat zwany Planetą Nine.

 

Znalezienie odległych obiektów

 

Scott Sheppard i jego zespół często podawali do wiadomości informacje na temat ich stale rosnącej listy ich odkryć. Wynika to z faktu, że Sheppard, astronom z Carnegie Institution for Science, i inni astronomowie Chad Trujillo z Northern Arizona University i David Tholen z University of Hawai’i, przeprowadzają najbardziej kompleksowe badanie obiektów Układu Słonecznego poza Plutonem do tej pory. Według Shepparda, od czasu rozpoczęcia przeglądu zespołu w 2012 roku, przyniósł około 80 procent wszystkich obiektów Układu Słonecznego odkrytych powyżej 60 AU.

Ale Sheppard i jego zespół jeszcze nie skończą. W ciągu najbliższych kilku lat spodziewają się, że ich badanie wywrze wiele bardziej odległych i słabych obiektów transneptunowych (TNO), które są zamrożonymi, skalistymi ciałami położonymi obok Neptuna w regionie zwanym Pasem Kuipera. Pokryliśmy około 25 procent nieba do tej pory w naszej ankiecie - mówi Sheppard.

I chociaż FarOut, który ma około 310 mil (500 kilometrów) średnicy, znajduje się prawie na granicy obserwacyjnej naszych teleskopów, im większy obiekt, tym łatwiej go dostrzec. Sheppard mówi, że powinni być w stanie wykryć kilka nieco większych obiektów znajdujących się nawet dalej.

Poprzez swoją ankietę Sheppard i jego zespół pracują nad zwiększeniem liczby znanych odległych obiektów, takich jak FarOut. To, mając nadzieję, da im lepsze wyczucie tego, co wyrównuje orbity wielu z tych odległych ciał, prawdopodobnie pomagając im w końcu wyśledzić Dziewiątą Planetę.

 

Grupa obiektów TNO

 

Aby przeprowadzić przegląd najodleglejszych obiektów w Układzie Słonecznym, Sheppard i jego współpracownicy polegają na Teleskopie Subaru.

Jednak Sheppard podkreśla, że FarOut nie służy jeszcze jako dowód dla Planety Dziewiątej. Ponieważ FarOut jest tak, no cóż, daleko, bardzo trudno jest ustalić jego orbitę. To sprawia, że trudno jest stwierdzić, czy nowe odkrycie jest faktycznie członkiem unikalnej grupy TNO, które wskazują na istnienie Dziewiątki Planety, czy też jest to tylko obiekt na stosunkowo nudnej, choć odległej orbicie.

Chociaż Sheppard i jego zespół są już dość pewni prędkości FarOuta (a zatem jego odległości), aby potwierdzić ścieżkę orbitalną FarOut, muszą najpierw zebrać więcej zdjęć poruszających się po niebie. Potrzebujesz rocznej obserwacji, aby obliczyć orbitę - mówi Sheppard. A ponieważ nie mają jeszcze rocznych danych dla FarOut, mówi: Potrzebujemy kolejnej obserwacji w listopadzie [2019], aby uzyskać niezawodną orbitę. W momencie pisania tego tekstu Sheppard z niecierpliwością czeka na nowe listopadowe dane.

Ale FarOut nie jest jedynym światem, który może pomóc wskazać drogę do Planety Dziewięć. W październiku 2018 roku naukowcy ogłosili potwierdzenie kolejnego odległego odkrycia o nazwie 2015  TG387, którego w duchu Halloween nazywały Goblinem. Chociaż lodowa skała o średnicy 200 mil (320 km) była po raz pierwszy widoczna około 80 AU, ma szczególnie ekscentryczną orbitę, co oznacza, że buja się wyjątkowo daleko od Słońca. Orbita Goblina jest bardzo duża. Ma pół-duży oś około 1000 AU, co oznacza, że kiedyś wokół Słońca zajmuje około 40 000 lat.

Ze względu na czas potrzebny Goblinowi na ukończenie jednej orbity, zespół potrzebował trzech lat obserwacji po pierwszym odkryciu w 2015 roku, aby określić jego dokładną drogę przez niebo. Ale kiedy go przygwoździli, dowiedzieli się, że ekscentryczny TNO dochodzi do peryhelium w prawie tym samym punkcie w kosmosie, co garstka innych obiektów godnych uwagi. Należą do nich wcześniej odkryte: 2012 VP113 (którą nazwali Biden jako ukłon w stronę „VP” w jego oznaczeniu) i Sedna, planeta karłowata o mniej więcej połowie średnicy Plutona, która została odkryta w 2003 roku.

To właśnie ta niedawno zidentyfikowana grupa obiektów z peryhelium, które Sheppard nazywa „ekstremalnymi TNO”, co sugeruje, że niewidzialna i masywna planeta ukrywa się na obrzeżach naszego Układu Słonecznego.

 



Polowanie na planetę Dziewięć

 

Wraz z rozwojem potężnych teleskopów przeglądowych, a także wyrafinowanego oprogramowania, które może przesiewać ogromne ilości danych, jak nigdy dotąd, dopiero zaczynamy przeszukiwać odległe zakątki Układu Słonecznego dla lodowych planet karłowatych i tym podobnych. Ale odkrycie tej osobliwej klasy ekstremalnych TNO wskazuje, że planety karłowate nie mogą być królami i królowymi Pasa Kuipera. Zamiast tego istnieje coraz więcej dowodów, które sugerują, że kolosalny świat około pięć do 15 razy masy naszej własnej planety czai się daleko poza nią, grając grawitacyjnie z dziwnie skupioną kolekcją odległych ciał.

Scott Sheppard i Chad Trujillo zdobyli nagrodę Farinella 2019 za pracę badającą i charakteryzującą obiekty w zewnętrznym Układzie Słonecznym. W 2016 roku astronomowie z Caltech, Kostantin Batygin i Mike Brown, opublikowali artykuł zatytułowany „Dowody na odległą gigantyczną planetę w Układzie Słonecznym”. Omawiają w nim unikalną populację TNO, które zbliżają się do Słońca w mniej więcej tym samym punkcie w kosmosie, pomimo różnych trajektorii orbitalnych. Według tego badania, szanse na to, że takie ugrupowanie jest wynikiem przypadku wynosi około 0,007 procent (lub 1 na 14 000). Ponadto na początku 2019 roku Batygin i Brown pokazali również, że tylko około 0,2% kanadyryka (lub 1 na 500), że klastrowanie jest wynikiem uprzedzeń obserwacyjnych.

- Na podstawie gromadzenia obiektów, które odkrywamy, że są tam, takie jak Goblin - mówi Sheppard - skrajna planeta, która jest oddalona o kilkaset AU może wprowadzać je w pozycję. Dzięki najnowocześniejszym symulacjom naukowcy spodziewają się, że Planeta Dziewiąta (czasami określana jako Planeta X) znajdzie się na nieco ekscentrycznej orbicie, która odbiega od Słońca na około 400 AU. Ale, jak mówi Sheppard - planeta może być nawet około 1500 AU w bardziej masywnych modelach planetarnych.

 

Ale jeśli Planeta Dziewiąta naprawdę istnieje, dlaczego krąży tak daleko od Słońca?

 

To wciąż bardzo dyskutowane pytanie. Istnieją dwie główne teorie na temat tego, w jaki sposób planeta się tam znalazła - mówi Sheppard. - Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, który lubię nazywać „ucieczką gigantycznej rodziny planet”. W tym scenariuszu Planeta Dziewiąta uformowała się obok Jowisza, Saturna, Urana i Neptuna, co według Shepparda prawdopodobnie rozpoczęła swoje życie w odległości około 5 do 15 AU. Prawdopodobnie jest kilka obiektów o rozmiarach Ziemi i większe, które uformowały się w tym obszarze – mówi on. Gdy Planeta 9 się formowała, to dotarła do kilku mas Ziemi, ale prawdopodobnie zbliżyła się zbyt blisko Jowisza i Saturna i została wyrzucona na zewnątrz. Skończyło się to wypychaniem wciąż formującej się Planety Dziewięć ze strefy wzrostu, które zahamowała jej wzrost, zanim osiągnęła rozmiar prawdziwej gigantycznej planety.

Alternatywnie, Sheppard mówi, może to być przechwycony obiekt z innego systemu gwiezdnego. Ponieważ gwiazdy tworzą się z masywnych obłoków kondensującego gazu i pyłu, rodzą się w grupach (gwiezdnych żłobkach), a nie w izolacji. Tak więc, na początku historii Układu Słonecznego, Słońce było otoczone wieloma innymi pobliskimi gwiazdami, które grawitacyjnie współdziałały ze sobą. Według Shepparda oznacza to, że inne gwiazdy wyrzucały obiekty z Układu Słonecznego, więc prawdopodobnie było wiele swobodnie latających planet wyrzuconych z tych wszystkich różnych gwiazd. A jeśli jedna z bezpańskich planet zabłąkała się zbyt blisko Słońca, istnieje szansa, że została ona wykorzystana przez nasz własny Układ Słoneczny, gdzie pozostała.

Aby przeprowadzić przegląd najodleglejszych obiektów w Układzie Słonecznym, Sheppard i jego koledzy polegają na teleskopie Victor Blanco, znajdującym się w Międzyamerykańskim Obserwatorium Cerro Tololo w Chile.

Jednak, aby Słońce mogło uchwycić taką planetę, to musisz ją jakoś spowolnić - mówi Sheppard. - To jest wątpliwy czynnik. Chociaż uchwycenie wyrzuconej planety nie jest najłatwiejszą rzeczą do zrobienia, Sheppard wskazuje, że może się to zdarzyć. Na przykład, mówi, że we wczesnym Układzie Słonecznym było prawdopodobnie o wiele więcej gazu i pyłu, co oznacza, że zbliżająca się planeta można była przez tarcie spowalniać i być uchwycona.

Istnieje również trzecia możliwość: Układ Słoneczny został grawitacyjnie wstrząśnięty w przeszłości przez wędrującą gwiazdę. W badaniach opublikowanych w zeszłym roku astronomowie ogłosili odkrycie egzoplanety o nazwie HD 106906 b, która ich zdaniem została uprowadzona na dużą, zaburzoną orbitę dzięki parze mijających się gwiazd, które zbłądziły zbyt blisko jej układu. Według Batygina jest możliwe, że podobny proces mógł mieć miejsce, gdy Słońce znajdowało się jeszcze blisko innych gwiazd z jego gromady urodzeniowej.

 

Udowodnienie istnienia Planety 9

 

Problem z Dziewiątą Planetą polega na tym, że aby być w 100% pewni, że istnieje, musimy zobaczyć to na własne oczy. Na szczęście, jak mówi Sheppard, nasza ankieta ma na celu nie tylko znalezienie planety, ale potrojenie znanych [liczby] bardzo odległych obiektów. Te bardzo odległe obiekty są tymi, które są wrażliwe na planetę, a znacznie lepsze przybijanie ich trendów w gromadzeniu się pomoże nam zlokalizować planetę i dalej pokazać, że jest prawdziwa.

 

Podwajając nawet znaną liczbę ekstremalnych TNO krążących daleko poza Neptunem (który jest obecnie próbką około tuzina), naukowcy uważają, że mogą dowiedzieć się, czy Planeta Dziewiąta naprawdę tam jest, czy nie. A co ważniejsze, zwiększona wielkość próbki może pomóc im w dalszym ograniczaniu dokładnie tam, gdzie znajduje się Planeta Dziewiąta na swojej orbicie. Ale na razie, mówi Sheppard - Żadna z najodleglejszych obiektów peryferii z dużymi osiami oczywiście nie wyczerpuje trendu grupowania, ale znowu mówimy tylko o nieco więcej niż garści obiektów.

Chociaż fascynujące jest zastanawianie się, czy ukryta planeta o wielokrotnej  masie Ziemi ślizga się w zewnętrznym Układzie Słonecznym, istnieją pewne alternatywne teorie, które próbują wyjaśnić skupione orbity ekstremalnych TNO bez użycia Dziewiątej Planety. Na przykład niektórzy badacze sugerują, że zakłócające orbitę działania Dziewiątej Planety mogą być spowodowane przez odległy i masywny dysk małych, lodowych obiektów – a może nawet pierwotną czarną dziurę o podobnej masie o rozmiarach piłek baseballowych, które została uchwycone przez Układ Słoneczny.

Jednak hipoteza o istnieniu planety jest najprostszym i najlepszym wyjaśnieniem, mówi Sheppard. - Ogromny dysk może być możliwy, ale nie widzimy tam żadnego masywnego dysku, a gdyby był jeden, trudniej byłoby wyjaśnić niż tylko posiadanie jednej planety. A jeśli chodzi o teorię czarnych dziur, Batygin mówi: Ważną rzeczą do zrozumienia jest to, że wszystkie obliczenia mogą nam powiedzieć, że jest masą Planety Dziewięć, a nie jej skład. Zasadniczo Planeta 9 może być planetą, ziemniakiem, czarną dziurą, hamburgerem itp., o ile parametry orbity są prawidłowe.

Tak więc, chociaż istnienie i dokładna natura Planety Dziewiątej jest nadal przedmiotem debaty, zespół Shepparda przeprowadza obecnie najszersze i najgłębsze badanie Układu Słonecznego, aby pomóc w pewnym momencie, aby dowiedzieć się na pewno. Zawsze lubię mówić, że jest bardziej prawdopodobne niż nie, że [Planeta Dziewiąta] istnieje tam. Powiedziałbym, że gdzieś w przedziale 80 do 90 procent.

- Głównym powodem, dla którego jestem tak podekscytowany tą pracą - mówi Batygin - jest to, że istnieje krótkotrwała okazja do determinacji obserwacyjnej w taki czy inny sposób.

Ale na razie Sheppard mówi: To ekscytujące patrzeć na niebo, którego nikt nigdy nie obraził tak głęboko, jak my. To tak, jak powiedział Forrest Gump: Każde zdjęcie, które robimy, jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, co znajdziesz.

 


Moje 3 grosze

 

To jest ciekawe, czy istnieje ta Planeta 9. Myślę, że rzecz jest do udowodnienia, kiedy przyjrzymy się dokładniej sumeryjskim poglądom na Układ Słoneczny. Przypomnijmy sobie, co widzimy na sumeryjskiej pieczęci oznaczonej jako artefakt VA243.

Spójrzmy na schematycznie narysowany na niej Układ Słoneczny - pośrodku Słońce a potem znane nam planety: Merkury, Wenus, Ziemia i Księżyc, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i… no właśnie – czy wtedy uważano Plutona za planetę? No i poza tym jest jeszcze jedna planeta – sławetna Nibiru. Na rysunku jej wielkość przewyższa Ziemię i jest nieco mniejsza od gazowych olbrzymów… - a zatem zgadzałoby się to z enuncjacjami naszych astronomów… tylko rodzi się kolejne pytanie: skąd Sumerowie wiedzieli o tym 6000 (a może i więcej) lat temu? Od Kosmitów? A może była to wiedza od poprzedniej Supercywilizacji – np. Atlantydy czy Atlantyki?

W tej chwili możemy się tylko domyślać i stawiać hipotezy. Przede wszystkim musimy szukać Planety 9 na niebie i wcale nie jest powiedziane, że obiega ona Słońce w płaszczyźnie ekliptyki, a może mieć tak zwichrowaną orbitę jak Pluton (nachylenie do ekliptyki 17,15°) czy Merkury (7°). Ostatnie rokowania wskazują na to, że może się ona znajdować jednak w odcinku ekliptyki w konstelacji Byka i tam koncentrują się poszukiwania.    

 

Źródło: https://www.astronomy.com/science/in-pursuit-of-planet-nine/?utm_source=asyfb&utm_medium=social&utm_campaign=asyfb&fbclid=IwAR3BDjJkbY98MjlLOdLH7iRm_pfDnLDknNoQo2AgdZhYYddyLkiQLkrocRY

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

wtorek, 15 kwietnia 2025

Czy 2024 YR4 uderzy w Księżyc?

 


Patrick Pester

 

Asteroida „zabójca miast”, która może uderzyć w Księżyc, i ma „nieoczekiwany” kształt - twierdzą astronomowie

Kiedyś nazywana „zabójcą miast” asteroida 2024 YR4 zaskoczyła naukowców swoim „niezwykłym” kształtem, ponieważ szybko obraca się w przestrzeni kosmicznej po trajektorii, która może doprowadzić do uderzenia w księżyc.

Naukowcy ujawnili niezwykły kształt dużej asteroidy, która ma potencjał uderzenia w księżyc w roku 2032, zgodnie z nowymi badaniami.

Asteroida 2024 YR4 wywołała falę zainteresowania na początku tego roku, po tym jak NASA ustaliła, że ​​istnieje szansa, że ​​uderzy w Ziemię. Ryzyko uderzenia w Ziemię spadło od tego czasu do zera, ale nadal istnieje niewielka szansa, że ​​2024 YR4 uderzy w Księżyc w 2032 roku 3,8% prawdopodobieństwa na początku kwietnia.

Zespół astronomów niedawno zbadał asteroidę bardziej szczegółowo za pomocą teleskopu Gemini South w Chile. Naukowcy odkryli, że 2024 YR4 prawdopodobnie pochodzi z pasa asteroid między Marsem a Jowiszem i ma niezwykle płaski, dyskowaty kształt, podobny do krążka hokejowego, zgodnie z oświadczeniem wydanym przez National Optical-Infrared Astronomy Research Laboratory (NOIRLab) Narodowej Fundacji Nauki.

- To odkrycie było dość nieoczekiwane, ponieważ uważa się, że większość asteroid ma kształt ziemniaków lub bąków zabawek, a nie płaskich dysków — powiedział w oświadczeniu główny autor badania Bryce Bolin, naukowiec badawczy w Eureka Scientific, kalifornijskiej korporacji badawczej zajmującej się astrofizyką i astronomią.

Naukowcy umieścili swoje odkrycia w bazie preprintów „arXiv” i wkrótce opublikują je w „The Astrophysical Journal Letters”.

Astronomowie odkryli asteroidę 2024 YR4 w grudniu 2024 r., stąd „2024” w jej nazwie. W lutym prawdopodobieństwo uderzenia 2024 YR4 w Ziemię w 2032 r. wzrosło do 1 do 32, czyli 3,1%, co było najwyższym prawdopodobieństwem uderzenia, jakie NASA kiedykolwiek zarejestrowała dla obiektu kosmicznego o rozmiarach 2024 YR4 lub większego.

Jednak astronomowie zawsze spodziewali się, że poziom zagrożenia spadnie, gdy dowiedzą się więcej o trajektorii 2024 YR4. W ciągu kilku dni prawdopodobieństwo spadło do praktycznie zera i w momencie pisania tego tekstu wynosi 0,00078% szansy na uderzenie w Ziemię w 2032 r. Jednak nadal istnieje ryzyko dla Księżyca — nie jest tak, że asteroida znacząco uszkodziłaby Księżyc, nawet jeśli uderzy.

W ramach nowego badania naukowcy wykonali zdjęcia skały kosmicznej przy różnych długościach fal światła. Zespół wykorzystał wzór emisji światła 2024 YR4 w czasie, czyli krzywą blasku, do zbadania kształtu, składu i charakterystyki orbity asteroidy, zgodnie z oświadczeniem.

Możliwe cele impaktu asteroidy 2024 YR4

Na podstawie odblaskowego wzoru skały naukowcy wywnioskowali, że 2024 YR4 jest prawdopodobnie asteroidą typu S, co oznacza, że ​​jest bogata w krzemiany klasę minerałów, do której należy kwarc. Zespół ustalił również, że asteroida obraca się bardzo szybko, mniej więcej raz na 20 minut, i oszacował jej rozmiar na 98 do 213 stóp (30 do 65 metrów) szerokości, zgodnie z badaniem.

Naukowcy próbowali dokładnie obliczyć rozmiar 2024 YR4 od czasu jego odkrycia, a to najnowsze przybliżenie jest podobne do poprzednich szacunków. Najnowsze dane z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba sugerują, że może być on nieco większy, 174 do 220 stóp (53 do 67 metrów), jak wcześniej informował „Live Science”.

2024 YR4 jest jednym z największych obiektów w niedawnej historii, który ma potencjał uderzenia w Księżyc, zgodnie z oświadczeniem. Kiedy wzrastało prawdopodobieństwo uderzenia 2024 YR4 w Ziemię, nazywano go potencjalnym „zabójcą miast”, ponieważ był wystarczająco duży, aby zniszczyć duże miasto.

Chociaż mało prawdopodobne, uderzenie w Księżyc dałoby naukowcom bezprecedensową okazję do zbadania, w jaki sposób rozmiar asteroidy odnosi się do rozmiaru krateru, który tworzy, zgodnie z oświadczeniem.

 

Źródło: https://www.livescience.com/space/asteroids/city-killer-asteroid-that-might-hit-moon-has-unexpected-shape-astronomers-say?utm_source=facebook&utm_medium=social&utm_campaign=dhfacebook&utm_content=null

Opracował: ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

niedziela, 13 kwietnia 2025

Zaginiona planeta Dea

 


Zaginiona piąta planeta: Dea, Nibiru i przekształcenia Układu Słonecznego. Istnieją dowody na to, że piąta planeta, roboczo nazwana Dea, zajmowała kiedyś miejsce w naszym Układzie Słonecznym, charakteryzujące się okresem obrotu równym 5,25 roku ziemskiego. Około 154.000 lat temu to ciało niebieskie przeszło znaczącą transformację orbitalną, która zmieniła jego trajektorię w sposób, który odróżnia je obecnie od obiektu znanego jako Nibiru, którego okres obiegu wokół Słońca wynosi obecnie około 3600 lat.

Koncepcja, że ​​między orbitami Marsa i Jowisza powinna znajdować się jeszcze jedna planeta, narodziła się już w XVI wieku, kiedy astronomowie po raz pierwszy zaczęli spekulować na temat pozornej przerwy w sekwencji planet. Idea ta zyskała na wiarygodności, gdy w XVIII wieku sformułowano prawo Titiusa-Bodego – model matematyczny zakładający, że odległości planet od Słońca ulegają geometrycznemu wzrostowi.[1]

Zgodnie z tym prawem orbita każdej kolejnej planety znajduje się w odległości około półtora raza większej od Słońca niż orbita poprzedniej planety. Na przykład Merkury znajduje się najbliżej Słońca, następnie Wenus w odległości około 1,5 raza większej od odległości Merkurego, Ziemia w odległości 1,5 raza większej od odległości Wenus, i tak dalej. Jednakże takie ciało niebieskie nie istnieje między Marsem a Jowiszem, gdzie na podstawie tego wzoru można by się spodziewać obecności planety. Obszar ten zajmuje pas asteroid, czyli ogromne skupisko skalnych odłamków, które od dawna fascynują naukowców.

Uważa się, że pas asteroid, znajdujący się między orbitami Marsa i Jowisza, składa się z rozbitych szczątków pierwszego księżyca piątej planety, zwanego Luticią - lub alternatywnie Lucyferem, co jest nazwą historycznie kojarzoną z gwiazdą poranną. Uważa się, że zniszczenie tego księżyca rozrzuciło jego materiał po tej strefie.[2]

Do największych znanych obiektów pasa planetoid należą: Ceres, Pallas, Juno, Westa, Astra, Hebe, Iris, Flora, Metis i Hygiea. Łącznie ciała te stanowią zaledwie 4% masy Księżyca, co podkreśla fragmentaryczną naturę pasa i sugeruje, że jest on pozostałością większej, spójnej struktury, która kiedyś istniała.

Opierając się na interpretacjach starożytnych tekstów sumeryjskich, akadyjskich i babilońskich dokonanych przez badacza Zecharię Sitchina, uważa się, że nasz Układ Słoneczny kryje jeszcze jedną istotę niebieską za dziewięcioma planetami uznawanymi przez współczesną naukę – Merkurym, Wenus, Ziemią, Marsem, Jowiszem, Saturnem, Uranem, Neptunem i Plutonem (choć status Plutona względem Słońca i Plutona jest odległy) oraz Księżycem.

Dwunasty obiekt, zwany Nibiru, czyli „planetą przejścia” w tradycji sumeryjskiej, ma poruszać się po wyjątkowo wydłużonej, eliptycznej orbicie o dużym stopniu mimośrodu. Okres obiegu Słońca wokół Słońca szacuje się na 3600 lat ziemskich, okres ten w starożytnych tekstach określany jest mianem jednego „sar”. Ten wydłużony cykl oznacza, że ​​Nibiru spędza większość czasu z dala od wewnętrznych obszarów Układu Słonecznego, jedynie okresowo zbliżając się do regionów znajdujących się w pobliżu orbity Ziemi.

Mówi się, że około 153.380 lat temu miało miejsce ważne wydarzenie, które radykalnie zmieniło konfigurację Układu Słonecznego. Uważa się, że Dea znajdowała się między Marsem a Jowiszem, ale spotkał ją katastrofalny los, gdy zderzył się z nią jej księżyc Letinitsa (niektórzy nazywają ją Lititią). Uważa się, że uderzenie rozbiło planetoidę Dea na niezliczone fragmenty, tworząc pas asteroid widoczny do dziś. Alternatywne teorie zakładają, że zniszczenie planety mogło być wynikiem działania siły zewnętrznej, np. potężnej broni lub zderzenia z innym ciałem niebieskim, choć nie ma zgody co do dokładnego mechanizmu.

Po tym wydarzeniu inny księżyc powiązany z Deą, znany jako Fatta, miał zostać przeniesiony na orbitę Ziemi i stać się satelitą naszej planety. Uważa się, że eksplozja powstała w wyniku rozpadu Dea miała daleko idące konsekwencje, włącznie z usunięciem atmosfery Marsa. Utrata atmosfery uczyniłaby Marsa niezamieszkanym, co potencjalnie zmusiłoby jego hipotetycznych mieszkańców do poszukania schronienia gdzie indziej, a Ziemia byłaby prawdopodobnym miejscem docelowym.

Aby umieścić te wydarzenia w kontekście chronologicznym, rozważmy dwa hipotetyczne punkty odniesienia: okres oznaczony jako 143.008 lat temu (odpowiadający 140.990 r. p.n.e.) i inny okres 153.384 lat temu (151.336 r. p.n.e.). Różnica między tymi datami wynosi 10.346 lat. Podzielenie tego przedziału przez trzy daje przybliżony cykl wynoszący 3449 lat, co jest liczbą znacząco zbliżoną do proponowanego okresu orbitalnego Nibiru wynoszącego 3600 lat, z różnicą 151 lat, czyli około 4,2%.

Procent ten może odzwierciedlać zmianę orbity Dea po przeniesieniu Fatty na Ziemię, przyspieszenie cyklu Nibiru, a nawet względną masę Fatty w porównaniu do Dea przed jego zniszczeniem. Okres obserwacji od 140 do 990 r. p.n.e. do chwili obecnej (7 kwietnia 2025 r.) 39 pełnych cykli po 3600 lat równa się 140.400 latom, a od ostatniego pełnego cyklu minęło kolejne 2608 lat.

Odejmując 2608 od 3600 okazuje się, że do następnego zbliżenia Nibiru do orbity Ziemi pozostało 992 lata. Historyczne przejścia przez Nibiru można zatem obliczyć na około 2608 lat temu (600 p.n.e.), 4200 lat temu (4200 p.n.e.) i 7800 lat temu (7800 p.n.e.), chociaż daty te są spekulatywne i zależą od 3600-letniego cyklu.

Uważa się, że zniszczenie pierwszego księżyca Deo, Luticii (lub Lucyfera), było celowym działaniem, być może z udziałem broni o ogromnej mocy, użytej w odpowiedzi na agresywną siłę próbującą podporządkować sobie Deo. Eksplozja nie tylko zniszczyła Księżyc, ale również wywołała falę uderzeniową, która zdewastowała Marsa, pozbawiając go atmosfery i niszcząc wszystkie księżyce, jakie mógł posiadać. Spowodowało to, że powierzchnia Marsa stała się niemal niemożliwa do utrzymania życia, w wyniku czego powstała jałowa czerwona planeta, jaką znamy dzisiaj.

Pas asteroid jest namacalnym śladem zniszczenia Luticii, a jego porozrzucane szczątki świadczą o brutalności tego starożytnego wydarzenia. Tymczasem Nibiru nadal pozostaje planetą-łotrzykiem, przemierzającą swoją orbitę trwającą 3600 lat, a jej najbliższe przejście w pobliżu orbity Ziemi - czyli dawnej orbity piątej planety - spodziewane jest za około 990 lat. Po tych wstrząsach Ziemia zyskała trzeci księżyc, potencjalnie Fattu, który pozostaje na orbicie jako pozostałość po tym burzliwym okresie.

Skutki tych wydarzeń mogły być przyczyną migracji hipotetycznych populacji z Dea i Marsa na Ziemię. Ocaleni z Dea, w tym prawdopodobnie znaczna część kobiet, mogli osiedlić się w takich miejscach jak Syberia i przystosować się do zróżnicowanego środowiska Ziemi. Podobnie mieszkańcy Marsa, jeśli jacyś istnieli, mogliby osiedlić się na Ziemi, a ich potomkowie mogliby stać się częścią historii ludzkości.

Inne grupy, potencjalnie sojusznicy lub jeńcy przesiedleni w wyniku konfliktu, mogłyby znaleźć schronienie w strefach równikowych Ziemi, przyciągnięte klimatem przypominającym ten z ich utraconych światów. Choć migracje te są spekulatywne, wskazują one na przebudowę życia w Układzie Słonecznym na skutek kataklizmów.

Krótko mówiąc, opowieść ta przedstawia dynamiczną historię naszego Układu Słonecznego, naznaczoną istnieniem i zniszczeniem piątej planety, Dea, reprezentowanej obecnie przez pas asteroid. Zniszczenie księżyca Luticii, późniejsze przemieszczenie Fatty na orbitę Ziemi i zniszczenie atmosfery Marsa razem wzięte tworzą obraz kosmicznego wstrząsu. Nibiru, z jego 3600-letnim cyklem, wydaje się być żywą pozostałością tej sagi, a jego okresowe powroty przypominają te starożytne wydarzenia.

Choć opis ten opiera się na połączeniu obserwacji naukowych, hipotez historycznych i alternatywnych interpretacji starożytnych tekstów, oferuje on ramy do zrozumienia przeszłości Układu Słonecznego i jego potencjalnych przyszłych spotkań.

 

Źródło: https://morezprav.cz/vesmir/ztracena-pata-planeta-dea-nibiru-a-pretvoreni-slunecni-soustavy

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz



[1] Hipotezę tą opisuje wzór: a = 0,4 + 0,3n^2 - gdzie n = 0, 1, 2, 3… x albo: a = 0,4 + 0,3n - gdzie n = -∞, 0, 1, 2, 4, 8, 16, 32… x.

[2] Planeta Faeton (Phaeton) albo Źródło X – zob. Ahmad Jamaludin - https://wszechocean.blogspot.com/2012/01/zrodo-x-trzesienia-ziemi-1.html i następne.

niedziela, 6 sierpnia 2023

Złoże metali, asteroida albo… wrak UCO?

 


Błażej Makarewicz w swym artykule pt. „Tajemnicza anomalia pod Księżycem” twierdzi, że znajduje się tam stos metalu pięć razy większy niż Hawaje! Pisze on tak:

 

Naukowcy odkryli na Księżycu niesamowitą strukturę. - Kiedy połączyliśmy to z danymi topografii Księżyca z Lunar Reconnaisance Orbiter odkryliśmy szokująco wielką masę, setki mil pod basenem Bieguna Południowego - powiedział Peter B. James z Baylor University. Co to takiego?

Struktura, którą zaobserwowano na Księżycu, rozciąga się na głębokość około 300 kilometrów. - Wyobraź sobie, że bierzesz stos metalu pięć razy większy niż Wielka Wyspa Hawajów i zakopujesz go pod ziemią - powiedział Peter B. James z Baylor University. Wagę wspomnianej struktury oszacowano na ponad 2,18 mld kg.

Odkrycie było możliwe dzięki danym pochodzącym ze urządzeń, które wchodzą w skład misji Gravity Recovery and Interior Laboratory (GRAIL). Obserwacja zmian w polu grawitacyjnym Księżyca umożliwia badanie wewnętrznego składu Srebrnego Globu.

 

Tajemnicza anomalia na Księżycu

 

- Kiedy połączyliśmy to z danymi topografii Księżyca z Lunar Reconnaisance Orbiter odkryliśmy szokująco wielką masę, setki mil pod basenem Bieguna Południowego - Aitken - przyznał Peter B. James.

Wszystko wskazuje na to, że tajemnicza "anomalia" to pozostałość po asteroidzie, która w przeszłości uderzyła w Księżyc. - Wykonaliśmy obliczenia i wykazaliśmy, że wystarczająco rozproszone jądro asteroidy, która spowodowała uderzenie, może pozostać zawieszone w płaszczu Księżyca do dzisiaj, zamiast zatonąć w jądrze - ocenił James.

Ale to nie jedyna hipoteza dotycząca ogromnej struktury.[1] Niewykluczone, że obiekt może być koncentracja gęstych tlenków związanych z ostatnim etapem krzepnięcia księżycowego oceanu magmy. Krater, w którym odnaleziono "anomalię", powstał ok. czterech mld lat temu.

Aitken to nie tylko największy znany krater księżycowy, ale i jeden z największych w całym Układzie Słonecznym. Nazwa basenu pochodzi od dwóch punktów po jego przeciwległych stronach: krateru Aitken i księżycowego bieguna południowego. Fragmenty obrzeża tego basenu bywają widoczne z Ziemi, przy południowej krawędzi tarczy Księżyca, przy sprzyjającej libracji.[2]

 

Położenie księżycowych maskonów i negamaskonów

Odwrotna strona Księżyca i położenie Basenu Aitken - Biegun Południowy Księżyca

Lokalizacja Basenu Aitken - Biegun Południowy

Z tymi księżycowymi anomaliami jest coraz dziwniej. W latach 60-tych XX wieku krążące wokół Księżyca sondy Lunar Orbiter wykryły anomalie grawitacyjne, które nazwano maskonami – od słów mass concentrations. Położenie maskonów jest powiązane z niektórymi ogromnymi basenami uderzeniowymi. Anomalie te wywierają znaczny wpływ na tor obiegu Księżyca przez statki kosmiczne, w związku z czym planowanie misji księżycowych wymaga opracowania dokładnego modelu grawitacyjnego. Istnienie maskonów może w pewnym stopniu być powodowane obecnością gęstej, bazaltowej lawy wypełniającej niektóre z basenów uderzeniowych. Samo to jednak nie tłumaczy całości tych anomalii grawitacyjnych; modele grawitacyjne wykonane przez Lunar Prospectora pokazują, że niektóre maskony występują w miejscach niezwiązanych z jakimikolwiek przejawami wulkanizmu. Z drugiej strony, wielkie obszary wulkanizmu bazaltowego w Oceanus Procellarum nie wywołują żadnych anomalii grawitacyjnych. Tak więc te anomalie zostały spowodowane przez asteroidy, które spadły na Księżyc i tkwią w nim jak rodzynki w cieście, powodując lokalną zmianę pola grawitacyjnego Srebrnego Globu. Impakty asteroid spowodowały ogromne wylewy magmy, z których uformowały się księżycowe „morza”.  I faktycznie – 10 maskonów dodatnich znajduje się na obszarach księżycowych „mórz”. Jednakże jeden maskon ujemny wyłamuje się z tego schematu. Dlaczego? – nie wiadomo. Może spadła tam jakaś antyasteroida z ciemnej materii albo znajduje się tam jakaś duża pusta przestrzeń. To dopiero trzeba będzie zbadać w przyszłości – mam nadzieję, że nieodległej.

Co to ma wspólnego z Basenem Aitken – Biegun Południowy?

Ano ma. Proszę spojrzeć na załączone mapki maskonów. Maskony dodatnie oznacza kolor czerwony – ujemne niebieski. Jak widać – największy maskon ujemny znajduje się na obrzeżach Mare Orientale, natomiast pod Basenem Aitken – Biegun Południowy nie ma nic… - a powinno! Drugi taki, tylko mniejszy obszar znajduje się w okolicy krateru Landau. Poza tym negamaskon znajduje się w kraterze – talasoidzie Korolew i w kilku pomniejszych.

Trzeci dziwny i tajemniczy obszar znajduje się w okolicy krateru Compton i Belkovich. Charakteryzuje się on tym, że znajduje się tam o wiele więcej toru niż w innych regionach Srebrnego Globu. Czyżby to była radioasteroida czy ślad po katastrofie UCO? Niestety, tego nie można stwierdzić na odległość – trzeba tam polecieć…[3]  

A zatem zagadek Księżyca jest coraz więcej i będzie jeszcze więcej w miarę odkrywania tego najbliższego nam świata.