Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impakt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impakt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rendez-vous z demonem ciemności (2)




Problem meteorytowego zagrożenia


Pozostaje główne pytanie: Czy astronomowie są w stanie dostatecznie dokładnie i na czas przewidzieć nasilenie zagrożenia meteorytowego? Elektronicznie modelowanie ruchu głów komet, pojawiających się z oddalonych regionów Układu Słonecznego wykazują, że ich trajektorie są dostatecznie chaotyczne. Najczęściej ich błądzenie pomiędzy gazowymi gigantami kończą się rozpadem pod wpływem sił grawitacji i kolizja z Jowiszem, dzięki czemu nazwanym „odkurzaczem Układu Słonecznego”. (Ostatni taki sznurowy impakt widzieliśmy w lipcu 1994 roku, kiedy to w atmosferę Jowisza uderzyło 21 odłamków komety Shoemaker-Levy 9 – D/1993 F2 w dniach 16-22.VII.1994 roku – przyp. tłum.)

Około 1.000.000 asteroidów Układu Słonecznego znajduje się w głównym Pasie Asteroid, który wygląda raczej jak torus rozciągający się na przestrzeni kilku jednostek astronomicznych pomiędzy orbitami Marsa a Jowisza. Większość z nich tam zgromadzonych, krąży po kolistych lub zbliżonych do kolistych orbitach wokółsłonecznych. Współczesna astronomia przypisuje Jowiszowi główną rolę w powstaniu Pasa Asteroidów, bowiem jego wpływ grawitacyjny nie pozwolił powstać jeszcze jednej planecie w czasie powstawania Układu Słonecznego. Przez długi czas obowiązywał inny punkt widzenia zakładający, że pomiędzy Jowiszem a Marsem istniała jeszcze jedna duża planeta, która z jakichś tam powodów rozpadła się.

Trzeba jeszcze dodać, że w nieprzeliczonym roju latających skał, krążącym na skraju Układu Słonecznego (jest to tzw. Pas Kuipera – przyp. tłum.) nie ma stabilności. Nawet przez miliard lat nie są one w stanie wytrzymać na swych orbitach, i dlatego bardzo trudno jest obliczać ich trajektorie. Tak czy owak, są one dla nas obiektami z wieloma niewiadomymi. Tak więc niebezpieczeństwo grożące nam z ich strony jest bardzo realne.


3 grosze od tłumacza


Jak bardzo realne jest to niebezpieczeństwo, przekonaliśmy się całkiem niedawno, kiedy nad rosyjskim Czelabińskiem eksplodował duży meteoroid, który spowodował rany i obrażenia ciała u ponad 1100 osób, i znaczne straty materialne. Znany ufolog dr Władimir Rubcow przeprowadził analizę tego wydarzenia i porównał je ze spadkiem słynnego Meteorytu Tunguskiego – czy jak kto woli – Tunguskiego Ciała Kosmicznego - TCK. A oto i wynik końcowy tego porównania:

Meteoryt Czelabińsk (MC): znaleziono niewielkie fragmenty, które zbadano. To był zwyczajny chondryt, tj. kamienny meteoryt o zawartości żelaza ok. 10%
TCK: nie znaleziono żadnych pierwiastków chemicznych typowych dla meteorytów, natomiast stwierdzono niezwyczajną koncentrację 12 innych pierwiastków chemicznych, których zawartość w próbkach była niezwykle wysoka, i tak: iterb (Yb), srebro (Ag), lantan (La), ołów (Pb), mangan (Mn), cynk (Zn), bar (Ba), tytan (Ti), miedź (Cu), tantal (Ta), rtęć (Hg) i złoto (Au). („The Tunguska Meteorite”, Springer 2012, s. 278, zob. także - http://www.springer.com/978-0-387-76573-0)
MC: lecąc pozostawiał za sobą długi ogon gęstego dymu, który pozostał na niebie przez około 3 godziny.
TCK: nie pozostawiał dymowego śladu w ogóle, chociaż wielu świadków widziało jakieś tęczowe smugi zaraz za lecącym obiektem. (Ibidem, s. 2 oraz http://tunguskamystery.info)
MC: ocena siły eksplozji – 300 kt (szacunki NASA)
TCK: ocena siły eksplozji – 50 Mt (zob. – http://amazon.to/caBpio)    
MC: nie stwierdzono żadnego znaczącego efektu działania na ziemskie pole magnetyczne – jak dotąd nie ma o tym żadnej informacji.
TCK: w kilka minut po eksplozji zaczęła sie burza magnetyczna bardzo podobna do magnetycznych zmian po eksplozjach nuklearnych w atmosferze. (Ibidem, s. 4)


Tyle podaje dr Rubcow. A zatem był to zwyczajny kamienny pocisk z nieba, a nie bomba czy statek kosmiczny z napędem nuklearnym. Na szczęście…

I jeszcze tak à propos wydarzeń z lipca 1994 roku, którym wszyscy kibicowaliśmy, to opis sznurowego impaktu w amerykańskiej Wikipedii wygląda następująco:

(…) Antycypacja wzrastała wraz ze zbliżaniem się daty kolizji i astronomowie skierowali swe teleskopy na Jowisza. Kilka obserwatoriów kosmicznych zrobiło to samo, w tym: Teleskop Kosmiczny Hubble’a, satelita do obserwacji promieniowania rentgenowskiego ROSAT i statek kosmiczny Galileo, który leciał na swe spotkanie z Jowiszem przewidywane na 1995 rok. Kiedy te impakty miały miejsce na półkuli Jowisza niewidocznej z Ziemi, Galileo znajdujący się w odległości 1,6 AU od tej planety mógł widzieć miejsca zderzeń, kiedy się one zdarzyły. Zaś szybki obrót Jowisza pokazał miejsca trafień w parę minut później, dzięki szybkiej rotacji tej planety wokół własnej osi.

Dwa inne satelity poczyniły obserwacje w czasie ostrzału Jowisza fragmentami komety: sonda Ulysses – początkowo przeznaczona do obserwacji Słońca, a później przekierowana ku Jowiszowi z odległości 2,6 AU i odległy już próbnik Voyager-2, oddalony o 44 AU od Jowisza na swej drodze ku peryferiom Układu Słonecznego i będącego po spotkaniu z Neptunem w 1989 roku, mający zadanie wychwycenia emisji radiowej na częstotliwości od 1 do 390 kHz.

Obrazy kuli ognistej pierwszego impaktu pokazały kamery HST, jak unosi się ona ponad powierzchnią planety.

Pierwszy impakt miał miejsce w dniu 16.VII.1994 roku, o godzinie 20:13 GMT (22:13 CEST), kiedy to fragment A głowy komety wtargnął w atmosferę Jowisza na jego południowej półkuli z prędkością 60 km/s. Przyrządy Galileo wykryły kulę ognistą, której temperatura osiągnęła wartość ~24.000 K, porównując ją do typowej temperatury górnej warstwy jowiszowych chmur wynoszącej 130 K, zanim rozproszyła się i gwałtownie ochłodziła do temperatury 1500 K w ciągu 40 sekund. Pozostałości po kuli ognia szybko osiągnęły wysokość ponad 3000 km. Po kilku minutach po wykryciu poimpaktowej kuli ognistej, Galileo zmierzył ponowne gorąco, które spowodowały wyrzucone materiały planetarne, spadające z powrotem na planetę. Ziemscy obserwatorzy zobaczyli narastającą kulę ognistą na tle tarczy planety, wkrótce po początkowym impakcie. […] Obserwatorzy później ujrzeli ogromną, ciemną plamę powstałą na miejscu pierwszego impaktu. Była ona widoczna nawet przez małe teleskopy i mierzyła ona ~6000 km (~1 promień Ziemi) średnicy. Ta i następne ciemne plamy, jak sądzono, były spowodowane przez odłamki powstałe w czasie impaktów i były one widocznie asymetryczne, tworząc rożkowate kształty na przedzie, w kierunku impaktu.

Przez następne 6 dni, zaobserwowano 26 dużych impaktów, z których największy zdarzył się w dniu 18.VII, o godz. 07:33 GMT (09:33 CEST), kiedy to fragment G uderzył w Jowisza. To uderzenie spowodowało powstanie gigantycznej plamy o średnicy 12.000 km, i jak obliczono, stanowiło to energetyczny ekwiwalent eksplozji o mocy 6 Tt TNT – czyli 600 razy większy od sumarycznej mocy całego ziemskiego arsenału jądrowego! (Dla porównania trzęsienia ziemi z 26.XII.2004 roku i 11.III.2011 roku miały moc w granicach 9,3 Tt – przyp. tłum.) Dwa następne uderzenia w ciągu 12 godzin w dniu 19.VII utworzyły plamy o podobnej wielkości jak fragment G, i bombardowanie ciągnęło się do 22.VII, kiedy ostatni fragment W uderzył w planetę.             

I jeszcze jedna wiadomość z 11.IX.2012 roku o kosmicznych zderzeniach:

Kometa uderzyła w Jowisza

W Jowisza wpadła ogromna kula ognia. Zjawisko to zaobserwował astronom amator, George Hall, z Teksasu.

Obiektem, który uderzył w atmosferę Jowisza była najprawdopodobniej kometa. Zjawisko miało miejsce 10 września 2012 roku w północnej części pasa równikowego planety. Wybuch, który towarzyszył zderzeniu miał około 160 km średnicy. George Hall – astronom amator – miał to szczęście, że udało mu się nagrać na kamerę flarę, która pokazała się na kilka sekund po kolizji.

Kadr z filmu nakręconego przez George'a Halla. Widoczny jest rozbłysk, który powstał w wyniku zderzenia komety z planetą

Astronomowie byli już świadkami podobnego kosmicznego zderzenia w czerwcu 1994 roku. Wtedy w Jowisza uderzyła kometa Shoemaker-Levy 9, która wcześniej rozleciała się na ponad 20 fragmentów. W wyniku takich kolizji w atmosferze planety pojawiają się ciemne plamy, które z czasem znikają. Kolejne kolizje z Jowiszem zaobserwowano dopiero w 2009 i 2010 roku.

W Jowisza komety i asteroidy uderzają jednak znacznie częściej niż raz na kilka lat. Jest to największa planeta Układu Słonecznego i posiada bardzo silne pole grawitacyjne, które przyciąga wiele kosmicznych skał.

Niektórzy naukowcy uważają, że Jowisz stanowi pewnego rodzaju tarczę obronną dla innych planet. Ściąga on na siebie większość asteroid i komet, przez co nie zagrażają one m.in. Ziemi. Istnieje jednak również przeciwstawna teoria, która mówi, że silne pole grawitacyjne tego gazowego olbrzyma, również zagina tor ruchu wielu kosmicznych skał wysyłając je w kierunku planet znajdujących się bliżej Słońca. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że sumarycznie tyle samo komet i asteroid planeta przyciąga do siebie, co kieruje w stronę Ziemi. (AB, WP.pl)

Wydarzenia te śledził z napięciem cały cywilizowany świat, a Kosmos pokazał nam swoją niszczącą potęgę. Po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć potęgę sił Natury, które w ułamku sekundy są w stanie wymazać nas i naszą cywilizację z powierzchni Ziemi raz na zawsze. I dobrze, że tak się stało, bo do ludzkich mózgownic zaczęła wreszcie docierać świadomość tego zagrożenia, ale jak dotąd zarobił na tym tylko Hollywood, bo jak na razie nie mamy żadnego konkretnego sposobu, by stawić realny odpór atakowi z Kosmosu i wszystko pozostaje tylko na papierze…

Źródła:
1.      „Tajny XX wieka” nr 7/2013, ss.20-21
2.    Dr Władimir Rubcow – korespondencja prywatna
3.    Wikipedia
4.    Wirtualna Polska

Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

sobota, 2 lutego 2013

Bliski przelot asteroidy 2012 DA14




Asteroida o wielkości połowy boiska futbolowego zbliży się do Ziemi na bardzo małą odległość, nawet bliżej niż wiele satelitów, ale nie zderzy się z naszą planetą – twierdzą specjaliści z NASA.

Asteroida oznaczona jako 2012 DA14 przeleci koło Ziemi w dniu 15.II w odległości zaledwie 17.200 mi/27.680 km w czasie tego kosmicznego bliskiego spotkania. Asteroida zbliży się do Ziemi o wiele bliżej, niż Księżyc i orbity komunikacyjnych i nawigacyjnych satelitów.

Przelot obok Ziemi asteroidy 2012 DA14 w dniu 15.II.2013 r.


- To jest rekordowe zbliżenie do Ziemi – mówi w swym oświadczeniu Don Yeomans, kierownik programu śledzenia asteroidów NASA. – Odkąd zaczęliśmy regularnie obserwować niebo w latach 90., to jeszcze nie widzieliśmy obiektu, który zbliżyłby się tak bardzo do Ziemi.

Asteroida 2012 DA14 została odkryta w lutym ub. roku przez amatorskich obserwatorów w obserwatorium La Sagra, Hiszpania. Yeomans kładzie nacisk na to, że chociaż przeleci ona w odległości mniejszej od geosynchronicznych orbit wielu satelitów orbitujących 22.245 mi/35.800 km od Ziemi, to 2012 DA14 nie przedstawia sobą realnego śmiertelnego zagrożenia dla nas.
- 2012 DA14 nie uderzy w Ziemię. Orbita tej asteroidy jest dobrze znana i odrzucamy możliwość impaktu – twierdzi Yeomans – poza tym możliwość zderzenia się z jakimś satelitą jest „niezmiernie mała”.

Taki typowy asteroid jak 2012 DA14 – który mierzy 150 ft/45 m średnicy  - pojawia się obok Ziemi co jakieś 40 lat, ale zderza się z nia raz na 1200 lat – Yeomans ocenia, że skutki takiego impaktu nie są katastrofalne i nie obejmują dużego obszaru.  

Asteroida 2012 DA14 jest mniej więcej takich samych rozmiarów, jak ten, który eksplodował nad Syberią w 1908 roku (Meteoryt Tunguski) kładąc las na powierzchni setek mil kwadratowych w tym, co naukowcy nazwali „Wydarzeniem Tunguskim” – oświadczyli specjaliści z NASA.

Yeomans dodał, że podobnej wielkości asteroid jak 2012 DA14 uderzył w Ziemię 50.000 lat temu wybijając w niej Meteor Crater (Crater Barringera, Crater Cañon Diablo) w Arizonie. Ale Meteor Crater został wybity przez bryłę żelaza, co spowodowało, ze impakt był o wiele silniejszy.

Kiedy asteroida 2012 DA14 zbliży się do Ziemi, naukowcy z NASA będą ją śledzić i przyjrzą się bliżej. NASA planuje użycia radaru z Goldstone na pustyni Mojave w Kalifornii w celu obserwacji satelity w dniach 16-20.II. Pozwoli to na stworzenie trójwymiarowej mapy 2012 DA14, co pozwoli na zrobienie dokładnego modelu tego okruchu kosmicznej materii.

Mimo tego, że obiekt ten będzie poruszał się bardzo szybko, i będzie blisko, to będą mogli go obserwować wytrawni astronomowie.

- Asteroida będzie poruszała się na niebie z prędkością pełnego stopnia łuku (dwukrotnie więcej od pełnej tarczy Księżyca) na minutę, czyli będzie trudna do namierzenia – twierdzi Yeomans.


Przekład z j. angielskiego -
Robert K. Leśniakiewicz ©      

wtorek, 6 marca 2012

2012 DA14: Ostatnia godzina ludzkości czy kolejne ostrzeżenie z Kosmosu?



Ted Thornhill  

W piątek, 15 lutego 2013 roku, asteroid o średnicy 50 m o masie 120.000 ton, oznaczona 2012 DA14 podleci na niebezpieczną odległość od Ziemi wynoszącą 27.200 km. Asteroida ta przeleci w bliskiej odległości, że może zagrozić sztucznym satelitom Ziemi. Grozi nam bliskie zetknięcie się z tą asteroidą, jak twierdzą astronomowie.

Raport NASA w spawie ryzyka kolizji z asteroidami twierdzi, że możliwość zderzenia się asteroidy z Ziemią jest niewielka, ale 15 lutego przyszłego roku planetoida przeleci w odległości 27.200 km od naszej planety – bliżej niż geostacjonarne satelity. Gdyby doszło do impaktu asteroidy tych rozmiarów, o mogłoby to spowodować eksplozję równą mocy eksplozji nuklearnej.

Jakie są szanse na ten impakt?

Ostatnie doniesienia z NASA na temat możliwości impaktu mówią o użyciu systemu WISE, dzięki któremu uzyskano dwa skany nieba w podczerwieni w okresie pomiędzy styczniem 2010 a lutym 2011.

Skanowanie miało za zadanie wychwycenie asteroidy, komety w pobliżu Ziemi, w promieniu 120 mln mi (192 mln km). Skanowanie wykazało, że znajduje się tam 20.500 asteroidów i komet, których zderzenie z naszą planetą jest w stanie zniszczyć obszar wielkiego miasta. Poprzednio liczba tych obiektów wynosiła 36.000.

NASA twierdzi, że ryzyko trafienia ej planetoidy w Ziemię jest niższe, niż początkowo zakładano. Planetka wielkości góry w rodzaju asteroid Chicxulub zwana „asteroidą-zabójcą” o średnicy ok. 10 km wydaje się być bardziej możliwa, i zakłada się, że istnieje aż 981 takich obiektów w pobliżu Ziemi, a NASA wykryła już 911 z nich.

Dwóch astronomów z Obserwatorium Astronomicznego de la Sagra w Hiszpanii odkryło 2012 DA14 w lutym br. i wyliczono, że jej orbita znajduje się bardzo blisko orbity Ziemi.

Pewne doniesienia mówią o tym, że 15 lutego przyszłego roku będzie możliwe zderzenie tej asteroidy z Ziemią, ale amerykański astronom Phil Plait – kreator „Bad Astronomy Blog” odrzuca możliwość impaktu. Zob. http://blogs.discovermagazine.com/badastronomy/2012/03/04/no-asteroid-2012-da14-will-not-hit-us-next-year

Asteroida 2012 DA14 nie jest na kursie kolizyjnym z Ziemią i jest niemal pewne, że nie uderzy w nią w lutym 2013 roku. Pisząc „niemal pewne” twierdzę, że tak właśnie jest.  Możliwość zderzenia jest bardzo niska i wynosi niemal zero. Nie odrzucam możliwości zderzenia w przyszłości, ale teraz jesteśmy bezpieczni – pisze on.

Kosmiczna skała przeleci w odległości 17.000 mi od Ziemi, co stanowi odległość mniejszą od orbit niektórych satelitów, ale to nie oznacza, że trzeba się tym martwić. I dodaje:

Siedemnaście tysięcy mil to o wiele dalej, niż odległości do naszych orbitujących satelitów. O ile wiem, to będzie to najbliższy przelot asteroidy średniej wielkości jaka była zaobserwowana z tych, które przelatywały wcześniej koło Ziemi. Jednakże asteroida ta nie trafi w naszą planetę. W warunkach astronomicznych, 17.000 mi to całkiem blisko, ale jak na nasze warunki to jest bardzo daleko.

Po przelocie obok Ziemi w przyszłym roku, 2012 DA14 powróci w okolice naszej planety w roku 2020, ale Plait twierdzi, że możliwość impaktu będzie mniej więcej taka, jak możliwość trafienia nas piorunem w czasie naszego życia, czyli jak 1 : 100.000!

Ostatniej nocy (5/6.III) kosmiczna skała spowodowała panikę w Wielkiej Brytanii, policja odnotowała spadek meteoru, który mylono z płonącym samolotem. Policjanci przez całą noc odbierali telefony na temat ogromnej kuli ognistej, która była meteorem widocznym na nocnym niebie.

Doniesienia o „jaskrawym świetle” i „pomarańczowym świetle” były przyjmowane przez policję Szkocji i północnej Anglii, w dniu wczorajszym o godzinie 21:40 GMT. Meteorolodzy odpowiadali:
- Witamy wszystkich! Do wszystkich, którzy widzieli coś na nocnym niebie – jak sądzimy – to był meteor!

Także Obserwatorium Kiedlera także meldowało spostrzeżenie „wielkiej kuli ognistej” lecącej z południa na północ nad Northumberland. Obserwatorium odnotowało na Twisterze:
- Od 30 lat obserwuję niebo, i ta kula ognia była najlepszą rzeczą, jaką widziałem w tym czasie.


Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

piątek, 9 grudnia 2011

SPRAWA NR 006/H - TAJEMNICA MIKOŁAJA KOPERNIKA (1)



Miloš Jesenský, Robert K. Leśniakiewicz 


Wspominków ciąg dalszy.

Dla mnie ta sprawa zaczęła się w sobotnie popołudnie 13 kwietnia 2002 roku, w studio STV Žilina, gdzie robiliśmy program na temat zaginionych światów i nieznanych zwierząt. W antrakcie pomiędzy nagraniami, rozmawiałem z animatorem tego cyklu programów, słynnym słowackim łowcą tajemnic i zagadek historycznych dr Milošem Jesenským, który jest m.in. autorem wielu opracowań historycznych - znanych także polskiemu Czytelnikowi z łamów m.in. „Nieznanego Świata”, dzięki którym w swej ojczyźnie nadano mu przydomek „Pán Tragačik”, co jest tam odpowiednikiem polskiego Pana Samochodzika z powieści Zbigniewa Nienackiego (popularnych także na Słowacji i w Czechach), o jednej z największych zagadek i zarazem sensacji historycznych, jaką są okoliczności śmierci Mikołaja Kopernika i jego ucznia Jerzego Joachima von Lauchen alias Retyka. Historia sprzed niemal pół tysiąclecia ma swój sensacyjny ciąg dalszy także w naszym wieku...

* * *

Jest 24 maja 1543 roku. W jednym z pomieszczeń potężnej baszty we Fromborku leży na łóżku wyczerpany do cna Mikołaj Kopernik. Choroba powaliła go zimą 1542 roku, wskutek czego nie może już chodzić tak jak dawniej, trzymając się i wspierając o ściany, od łóżka do stołu i od stołu do okna z widokiem na niebo, ku któremu tak często unosił głowę w czasie swych obserwacji. Teraz leży bezsilnie w pościeli, w oczekiwaniu na śmierć, która może przyjść w każdej chwili. Mężczyzna nie chce nawet pić, jest zmęczony, ale jedynie porusza go jeszcze wołanie z podwórza, że przybył kurier z Norymbergii. Za chwile przyniesie do izby ciężki drukowany foliał. To przecie jest wasza księga, doktorze Mikołaju - mówią lekarze, kiedy goniec wkłada mu w bezwładne ręce ciężką księgę. Umierający słabo przytaknie, ale jego dłonie już stygną, a słoneczny dzień na zewnątrz powoli nabiega granatem nocy, którego już nie ujrzą jego oczy...

W trzydzieści jeden lat po śmierci Mikołaja Kopernika, umiera także jego uczeń Georg Joachim Rhaeticus (1514-1574). Okoliczności i miejsce jego śmierci są historyczną zagadką mającą związek ze słowackimi Koszycami: uczeń tego, który wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię dał swe ostatnie tchnienie w tym mieście i to w okolicznościach, które były jakby żywcem wyjęte z powieści awanturniczej.

Retyk, Rhaeticus - tak brzmiała zlatynizowana, zgodnie z ówczesną modą, forma nazwiska Jerzego Joachima von Lauchena - był niezmiernie ciekawą postacią. Już jako dwudziestosiedmiolatek był profesorem matematyki na uniwersytecie w Wittenbergii. W roku 1539 doszły do niego słuchy o Koperniku i jego nauce, wedle której to nie Ziemia była centralnym punktem Wszechświata, pojechał do niego do Fromborka, gdzie zaczął gorliwie studiować teorie swego mistrza. Pracował wprost z tekstem Kopernika, który cierpliwie objaśniał mu co bardziej dlań niezrozumiałe jego partie. W końcu lipca 1539 roku, razem udali się do Prus na lubawski dwór bp Tiedemana Giese’a - zaś w rok później, w Gdańsku, opublikowano jego rozprawa pt. „Narratio prima”. W tej to pracy Retyk nie bał się porównać swego mistrza z nowym Ptolemeuszem, który przenicował zasady astronomii i miał odwagę wyrzucić Ziemię z jej tronu pomiędzy innymi planetami.

Dzieło mego nauczyciela - pisze Retyk - dla tych wszystkich, którzy zajmują się naukami matematycznymi i dla tych, którzy zajmowali się naukami matematycznymi - i dla wszystkich następnych pokoleń będzie niewyczerpalnym źródłem poznania. Jak wkrótce to zobaczymy, słowa te odnosiły się do o wiele mroczniejszych tajemnic, niż znane nam dzieła kopernikańskiej astronomii...

W roku 1541, Kopernik pozwolił na wydanie swego dzieła o mechanice niebieskiej w drukarniach norymberskich Jana Petreja. W tym czasie Retyk został mianowany profesorem w Lipsku i powierzył dozór nad wydaniem swemu koledze Ondrejowi (Andreasowi) Hosemannowi znanemu pod zlatynizowanym imieniem Osiander - profesorowi teologii i matematyki. Obawiając się możliwego wzburzenia kościelnych hierarchów z wiadomymi konsekwencjami, Osiander bez wiedzy Kopernika dopisał do jego księgi anonimowy wstęp, w którym teorię Kopernika przedstawił tylko jako hipotezę, która nie musi być prawdziwa. Książkę zaczęto drukować w maju 1542 roku, a w kwietniu 1543 roku ukazało się 1.000 egzemplarzy - nakład jak na owe czasy pokaźny! Drugie wydanie wyszło w 1566 roku w Bazylei.

Zawartość księgi Kopernika „De revolutionibus orbium coelestium” jest do dziś dnia znana, w przeciwieństwie do motywów, które zmusiły Retyka do ucieczki w ostatnich latach swego życia z Krakowa do Koszyc, wraz z rękopisem dzieła swego mistrza. Bezsprzecznie jest to wielka zagadka. Jeden z współczesnych biografów Retyka, niemiecki historyk dr Hilper opublikował w czasopiśmie „Századok” apel do węgierskich historyków o pomoc w rozwiązaniu tej tajemniczej zagadki, co miało miejsce w 1877 roku[1]. Nadaremnie - do dziś dnia niczego nie znaleziono. Podstawową informacją na temat pobytu i śmierci Retyka w Koszycach pozostaje zapis w kronice, którą aż do swej śmierci w 1623 roku prowadził tameczny proboszcz ks. Joachim Leibitzer: 4. Decembr. Joachimus Rhaeticus mathematicus et Doctor Medicinae Caschoviae[2] 2 hora matutina die Barbarae Catharro excinctus est.[3] Poza tą wzmianką z roku 1574 nie mamy żadnej innej informacji pisanej na temat pobytu Retyka w Koszycach. Węgierski historyk dr G. Székely w jednym ze swych studiów twierdzi, że Retyka  zaprosił na swój dwór mołdawski wojewoda Despot i nie jest wykluczone, że w drodze zatrzymał się w Koszycach.[4]

Konspiracyjna atmosfera towarzyszyła Retykowi przez cały czas jego tajemniczego życia. Kiedy się pożegnał z Kopernikiem w roku 1541 we Fromborku, został dziekanem artystycznego fakultetu w Wittenbergii, jednakże spotkamy się z nim także na uniwersytecie w Norymberdze i na uniwersytecie w Lipsku. Tutaj był także dziekanem artystycznego fakultetu, zaś w roku 1551 w niejasnych okolicznościach, niejawnie i nagle opuścił to miasto. Zrezygnował z zaproszenia do pracy na wiedeńskim uniwersytecie i w roku 1554 zamieszkał w Krakowie, gdzie był znanym lekarzem. Kraków leży niemal dokładnie na tym samym południku - 19o54’ E, co Frombork - 19o40’ E - co daje różnicę tylko 14’ - w tamtych czasach w granicach błędu pomiarowego. Retyk w Krakowie kontynuował dzieło swego mistrza, jego obliczenia, i dzięki nim zestawił swe tabele „Opus palatinum”, które wydano dopiero po jego śmierci, w roku 1596. W roku 1563 odmówił paryskiej Sorbonie, która zaproponowała mu objęcie katedry matematyki (!!!) i  na ten rok datuje się jego list do praskiego astronoma Tadeáša Hájka z Hájku.

Ciekawą okoliczność stanowi informacja niemieckiego uczonego prof. Karla Sudhoffa, który w 1904 roku odkrył we florenckiej Biblioteca Nazionale Centrale łaciński przekład pracy Paracelsusa pt. „De Alchimia liber vexationis” z roku 1575 i wszystko wskazuje, że była to praca Retyka - z tym, że ktoś musiał ją dokończyć już po jego śmierci.  Inny biograf Retyka - K. H. Burmeister zaś zakłada, że do końca życia zajmował się on w Koszycach przekładaniem prac słynnego alchemika Paracelsusa, który dwukrotnie odwiedził Słowację, gdzie robił on doświadczenia z produkcją złota w Kremnicy oraz z tajemniczą wodą mineralną w Španiej Dolinie (okolice Bańskiej Bystrzycy), która transmutowała mu żelazo w miedź...

Osobiście podejrzewam, że największym osiągnięciem Retyka w Koszycach było uchronienie rękopisu swego mistrza, z którym się nie rozstawał. Jest także zatem całkiem możliwe, że inkwizytorom ze Świętego Officium nie podobał się on jeszcze wcześniej, zanim kongregacja biskupów kurii rzymskiej w 1616 roku, umieściła dzieło Kopernika na czarnym indeksie ksiąg zakazanych. Pomimo wściekłego polowania inkwizytorów, udało mu się uchronić ten rękopis przed płomieniami Świętej Inkwizycji, dzięki całemu łańcuchowi jego strażników: po Retyku rękopis Kopernika wziął na przechowanie Valentin Otho a po nim heidelberski uczony prof. Jakob Christmann. Od jego wdowy wykupił rękopis jeszcze jako student Ján Amos Komenský, który zawiózł go na Morawy do swego azylu w Lešnie. Potem wywieziono go do Nosticovskej Knižnicy na Malej Stranie w Pradze, potem na wiosnę 1945 roku wywieziono go do Klementina, a po ośmiu latach rząd Czechosłowacji przekazał go w darze rządowi PRL, gdzie zdeponowano go w Bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. To jednak może być tylko częścią prawdy: niektóre wskazówki pokazują także na to, że Retyk i po nim inni ukrywali przed Kościołem katolickim coś więcej, niż rękopis „O obrotach sfer niebieskich”...

Według niemieckiego historyka i pisarza Phillipa Vanderberga możemy też przypisać autorstwo polskiego kanonika do dotychczas nieznanego do dziś dnia, drugiego dzieła Kopernika  pt. „De astro minante”, którego darmo szukalibyśmy w zbiorowym wydaniu „Nicolaus Copernicus Complete Works” wydanego przez Polską Akademię Nauk w Warszawie, w 500 rocznicę urodzin wielkiego polskiego astronoma. To dzieło stało się kanwą najnowszej powieści Vanderberga pt. „Der Flucht des Kopernikus”[5] - ale my zajmijmy się powodem, dla którego Retyk wraz z rękopisem tej księgi ukrywał się w protestanckich Koszycach.

CDN.


[1] W opisywanym czasie Słowacja znajdowała się pod okupacją węgierską, stąd apel do uczonych węgierskich - przyp. tłum.
[2] Caschia (łac.), Kassa (węg.) = Košice (Koszyce) - przyp. tłum.
[3] Dosł.: 4 grudnia. Joachim Retyk matematyk i doktor medycyny z Koszyc zmarł o godzinie 2 nad ranem w dniu św. Barbary - przyp. tłum.
[4] Jest to jednak mało prawdopodobne, bowiem w takim przypadku pisałoby o nim jako Cracoviensis, a nie Caschoviae, jak w tekście Leibitzera - przyp. tłum.
[5] „Klątwa Kopernika” - przyp. tłum.