Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauki tajemne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauki tajemne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2014

TAJEMNICE MISTRZA TWARDOWSKIEGO

Referat na XII Festiwal Ezoteryki, Bratysława 2002


W sierpniu br. „Gazeta Krakowska” piórem red. Marty Paluch przypomniała dzieje Mistrza Twardowskiego, które – jak się okazuje – wcale nie były tak barwne, jak chciała tego legenda. Co więcej – okazuje się, że ten sarmacki Faust, który – podobnie jak ten autentyczny – był bardziej oszustem i hochsztaplerem niż uczonym i badaczem tajemnic Natury. Ale czy na pewno? Czy odmitologizowanie tej postaci jest zgodne z prawdą historyczną? Nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy, gdyż jest ono krzywdzące dla jednej z najbarwniejszych postaci sarmackiej Polski.


---oooOooo---


Europejskie Odrodzenie roi się od niezwykłych i fascynujących postaci. Każda z nich była silną indywidualnością i każda z nich miała swój niepowtarzalny charakter. Każda z nich miała i nadal ma swoje tajemnice. Wokół wielu z nich narosły z czasem mity i legendy, które przydają im nimbu niezwykłości, tajemniczości czy wręcz nawet nieśmiertelności... W polskim Renesansie taką postacią jest mistrz białej, czarnej i różowej magii, czaromistrz miasta stołecznego Krakowa, podkoniuszy królewski, lekarz, spirytysta, nekromanta i alchemik Jan Wawrzyniec Twardowski (1515-1573) syn szlachcica Mikołaja Twardowskiego, który zamieszkiwał w podkrakowskich Krzemionkach. Tam też miał swoją pracownię, gabinet lekarski i szkołę. Dziś znajduje się tam regionalny ośrodek TVP-3 Kraków.

Twardowski z Mefistofelesem - kadr z filmu "Pan Twardowski" (1936) 

Bogna Wernichowska, autorka apendyksu do książki Petera Haininga pt. „Leksykon duchów” wywodzi jego nazwisko od słowa Dhurr, co po niemiecku oznacza twardy, stąd spolszczona forma nazwiska autentycznego Niemca Laurentiusa Dhurra z Norymbergii, który przebywał na dworze króla Zygmunta II Augusta (1520-1572), NB, ostatniego Jagiellona na tronie Polski, w latach 1565-1573. Podobne dane podają także inne polskie encyklopedie.

Moc czarodziejską – według wszystkich źródeł – dał Twardowskiemu diabeł Mefistofeles, który miał mu służyć przez lat 7. Aliści Twardowski postawił warunek, by do piekieł zabrano go tylko w Rzymie. Mefisto służył mu o wiele dłużej, niż stało w cyrografie, aż wreszcie na rozkaz Belzebuba czy innego księcia piekieł, zwabiono go do karczmy o nazwie „Rzym” – bowiem Twardowski nie zastrzegł tego, by porwano go w Roma Italiae, więc kontrakt można było zrealizować w każdym dowolnym miejscu o nazwie „Rzym”, a zatem Mefistofeles zbudował karczmę, nazwał ją „Rzymem” i tam podstępem zwabił niczego nie podejrzewającego Twardowskiego. W końcowym efekcie diabelska ekipa szybkiego reagowania obezwładniła szlachcica i porwała do piekła. Na szczęście dla Twardowskiego miał on przy sobie ryngraf w Matką Boską, która wybawiła go z opresji. Inne wersje mówią o kogucie, którego pierwsze pianie niweczy wszelkie piekielne moce, albo o tym, że przerażony Twardowski zaczął śpiewać „Godzinki”, skutkiem czego diabli odstąpili od niego i polecieli do piekła, zaś Twardowski spadł na Księżyc i przebywa tam do dnia dzisiejszego... Tam ma być do Dnia Sądu Ostatecznego, zawieszony gdzieś pomiędzy Niebem a Ziemią, odbywając pokutę za swe konszachty z Szatanem.

Dzięki temu, Twardowski zyskał sobie przydomek „polskiego doktora Faustusa (Fausta)”, który nadali mu polscy romantycy i jego dzieje były wdzięcznym tematem literackim. Józef Ignacy Kraszewski poświęcił mu powieść; Adam Mickiewicz napisał balladę pt. „Pani Twardowska” z kantatą do niej pióra Stanisława Moniuszki, Lucjan Rydel napisał poemat bajeczny „Pan Twardowski”, opera pod tym samym tytułem wyszła spod pióra A. N. Wierstowskiego i należy do tego dodać dwa balety: Ludomira Różyckiego i A. G. Sonnenfelda. NB, Różycki napisał jeszcze jeden balet o niemniej tajemniczej postaci pt. „Cagliostro w Warszawie”... Do tego należy dorzucić dwa filmy fabularne i kilka scen w innych filmach czy odcinkach seriali. Jak widać – postać Twardowskiego stanowi pewien (zresztą bardzo barwny i tajemniczy) fragment mitu narodowego Polaków.

Najsłynniejszym wyczynem Twardowskiego miało być wywołanie cienia zmarłej małżonki Zygmunta II Augusta, słynnej ze swej urody i kolekcji przepięknych pereł (wiąże się z nimi jeszcze jedna tajemnica Wawelu, ale to jest już osobna historia – powiem tylko tyle, że w niewiadomy do dziś dnia sposób dostały się te wspaniałe perły do rąk angielskiej królowej Elżbiety I [1533-1603], w czym swój udział mieli dwaj angielscy alchemicy, nekromanci i czarownicy zarazem: dr John Dee zwany Deviusem i Edward Kelley – który ma opinię szalbierza, hochsztaplera i oszusta, ale wszystko wskazuje na to, że był on angielskim szpiegiem zalegendowanym jako asystent dr Dee i pod tą przykrywką wykonywał zlecone mu tajne operacje...), księżnej litewskiej Barbary Radziwiłłównej (1520-1551). Wydarzenie to miało miejsce w 2-3 lata po śmierci młodej królowej, która od roku była na tronie po zawartym w niejasnych okolicznościach i potajemnie małżeństwie z Zygmuntem II Augustem. Czarna legenda Wawelskiego zamku mówi, że Barbara została otruta przez królową-matkę Bonę Sforza d’Aragona (1494-1557). Dziś historycy tej epoki twierdzą, że to nowotwór szyjki macicy, stał się przyczyną śmierci znienawidzonej przez silną opozycję królowej, w trzydziestym pierwszym roku życia...

Ukazanie się cienia zmarłej królowej wywarło wielkie wrażenie na zrozpaczonym Zygmuncie Auguście, który przeżył straszliwy szok – omal nie przypłacił tego życiem. Niezwykle sugestywnie przedstawili to w swych filmach trzej polscy reżyserzy:  „Pan Twardowski” i „Barbara Radziwiłłówna” Józefa Lejtesa (1936), „Dzieje Mistrza Twardowskiego”  Krzysztofa Gradowskiego (1989) i w jednym z odcinków serialu „Królowa Bona” Janusza Majewskiego (1980).

Innymi dokonaniami imć Twardowskiego było nakazanie diabłom przeniesienia całego srebra z terenu całego kraju – a Polska sięgała wtedy od Bałtyku po Morze Czarne – i umieszczenie go w Olkuszu, gdzie rzeczywiście znajdowały się kopalnie rud srebra, cynku i ołowiu; następnie postawienie skały na cieńszym końcu – tak powstała słynna Maczuga Herkulesa w Ojcowskim Parku Narodowym - a także zbudowaniu systemu stawów rybnych w okolicach Niepołomic.

Twardowski jako lekarz zasłynął w leczeniu epidemii dżumy dymienicznej – a stosował przy tym metody wschodniej, tj. arabskiej medycyny – co w owym czasie stanowiło autentyczne i oczywiste diabelstwo oraz czary!...

Innym spektakularnym wyczynem Twardowskiego był lot na kogucie – no może nie na żywym ptaku, ale na szybowcu czy też lotni zrobionej na podobieństwo tego ptaka. To wystarczyło, by uznać go za czaromistrza, zaś Świętej Inkwizycji za człowieka zaprzedanego diabłu. I tutaj rzecz przeciekawa – otóż Twardowski nigdy nie był urzędowo ścigany przez Święte Officium, a przecież to był szczytowy okres histerii polowań na czarownice i czarowników! Oznaczałoby to, że albo w ogóle nie istniał, albo był tak wysoko postawionym, że fanatycy ze Świętej Inkwizycji nie byli w stanie mu czegokolwiek zrobić... Podkoniuszy królewski, to było wysokie stanowisko w królewskiej hierarchii służbowej. Bardzo wysokie. Miał on nad sobą już tylko króla i królewskiego koniuszego! Ta nietykalność osobista paradoksalnie stanowi dowód za historyczną autentycznością tej postaci. Datę jego urodzenia i śmierci wyliczył znakomity historyk Roman Bugaj w swej książce pt. „Nauki tajemne w dawnej Polsce – Mistrz Twardowski” (Wrocław 1986), na podstawie kronik i zapisków urzędników i dworzan króla Zygmunta I Starego (1467-1548) i jego syna.

CV krakowskiego czaromistrza przedstawiałoby się zatem następująco:
1532 – podjęcie studiów w Wittemberdze;
1551 – podjęcie studiów we Włoszech: Bolonia i Padwa;
1561 – drugi wyjazd do Włoch: Bolonia, Padwa i Rzym;
1572 – mianowanie na stanowisko podkoniuszego królewskiego w Knyszynie;
1573 – śmierć w nieznanym miejscu i niewyjaśnionych okolicznościach.

Ta śmierć w ogóle jest czymś niewiadomym. Twardowski – mając już wtedy 58 lat – naraz opuszcza Kraków i udaje się do Rzymu. Po co? Czyżby chciał uciec przed intrygami swych potężnych protektorów – rodziny Mniszchów – którzy najprawdopodobniej maczali swe palce w intrydze z ukazaniem Zygmuntowi Augustowi ducha jego zmarłej żony. I w kilku innych też, dość bowiem wspomnieć, że gdyby nie niebotyczna głupota, fanatyzm religijny i pycha polskich magnatów, to na tronie moskiewskim zasiadłaby Maryna Mniszchówna jako caryca Wszechrosji!!!

Tak zatem Twardowski uciekał z Polski krótko po śmierci króla, który roztoczył nad nim ochronny parasol. Wszak był on nadwornym lekarzem, a śmierć dostojnego pacjenta ten parasol i ochronę przed Inkwizycją z niego zdejmowała. Pozostanie w Polsce równało się spaleniu na stosie. Z drugiej strony grozili Mniszchowie – szare eminencje wawelskiego pałacu o nienasyconych ambicjach, wielkich aspiracjach i ogromnych planach politycznych. Nie miał wyjścia – musiał uciekać przed Jerzym Mniszchem i Świętym Officium!

Dokąd? Na pewno nie na terytorium Polski, a zatem za granicę – w grę mogły wchodzić tylko dwa kraje: Niemcy i Italia, w których już był i które zapewne dobrze znał. Niemcy odpadały ze względu na Reformację i Kontrreformację oraz związane z nimi wojny religijne i bunty chłopskie. Pozostawałaby tylko i wyłącznie Italia.

Roman Bugaj podaje, że Twardowski został porwany i zamordowany w karczmie „Rzym” gdzieś na Podlasiu czy Mazowszu. Dowodem na to miało być słynne Zwierciadło Twardowskiego, które do dziś dnia znajduje się w Węgrowie (woj. mazowieckie), w zakrystii tamtejszego kościoła farnego i niszczeje. Jest to jeden, jedyny artefakt pozostały po tej postaci historycznej. Ze swej strony jestem przekonany, że Twardowskiego porwano i zamordowano gdzieś na południe od Krakowa – a dokładniej w okolicach dzisiejszego miasta powiatowego Sucha Beskidzka. I co najciekawsze – jest tam Karczma „Rzym” położona przy tamtejszym Rynku, a która stoi tam już od XVIII wieku, ale przed nią na tym samym miejscu stały jeszcze dwie karczmy od XVI wieku!

Jest jeszcze jedna poszlaka – w herbie Suchej Beskidzkiej znajduje się biały koń na czerwonym polu.  Czy nie koresponduje to z oficjalnym zajęciem Jana Wawrzyńca Twardowskiego? Wszak ten był podkoniuszym królewskim...

A tereny te silnie diabli obsadzili, jako że najwyższym szczytem w okolicy jest Diablak (1.725 m n.p.m.) czyli Babia Góra, do tego dochodzą tu i ówdzie rozsiane Diable czy Diabelskie Kamienie, których belzebubowa czereda miała używać do burzenia kościołów i pobliskiego sanktuarium maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej. Jest Zła Dolina – w której chodziła potwora urywająca ludziom głowy, kiedy ci nie potrafili odpowiedzieć prawidłowo na pytanie brzmiące: Ile wierszyczków ma Babia Góra? Zainteresowanym podpowiadam, że 32. I nie ma się czemu dziwić, że w tak „zadiablonej” okolicy zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach pewien polski szlachcic. A zatem do porwania Twardowskiego nie doszło w Mystkowie-Rzymie na Podlasiu – jak chce tego Stanisław Dworakowski, ale właśnie w Suchej Beskidzkiej w Małopolsce. NB, to właśnie przez Suchą Beskidzką, Bystrą Podhalańską i Sidzinę wiódł w tych czasach szlak kupiecki i pielgrzymi na Orawę i dalej przez Słowację, Austrię do Italii – do Rzymu... Trakt ten wiódł zresztą tam od tysiącleci, bowiem stanowił on fragment Szlaku Bursztynowego, którym sprowadzano polski, jantar z basenu Morza Bałtyckiego do basenu Morza Śródziemnego.

Kim naprawdę był imć Jan Wawrzyniec Twardowski-Dhurr? Mógł być spolonizowanym Niemcem, lub co najbardziej prawdopodobne – spolonizowanym Włochem lub potomkiem takowego, który już czuł się Polakiem. Kronikarz dworu wawelskiego Łukasz Górnicki w swym „Dworzaninie” podaje zlatynizowaną formę jego nazwiska, może dlatego, że bał się zemsty ze strony potężnego maga i wysokiego urzędnika królewskiego, popieranego przez niemniej potężnych magnatów? Stąd poszła hipoteza o tym, że Twardowski pochodził spoza Polski. Osobiście jestem przekonany, że Twardowski był Polakiem. Zajmował się naukami hermetycznymi i stosowanymi – jego dziełem jest encyklopedia, wzorowana na „Liber viginti artium” Pawła z Pragi I i traktat „Opus Magicum”. I tu kolejna rzecz ciekawa – obydwa te dzieła znikły w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak, jakby ktoś chciał zatrzeć ślady po wielkim czaromistrzu. Czy była to robota Inkwizycji? Bardzo możliwe – wszak właśnie na ten okres przypada apogeum płonących stosów, na których skwierczeli nie tylko czarownicy i czarownice, ale nade wszystko ludzie niewygodni Kościołowi katolickiemu, rządzącej oligarchii czy przeciwnicy polityczni. Stos groził Mikołajowi Kopernikowi (1473-1543) za jego poglądy, które mogły obalić istniejący stan rzeczy. (Chodzi tutaj o tajemniczy traktat „De astro minante”, w którym Kopernik rzekomo przewidział impakt komety na 8 października 1582 roku i generalny Koniec Świata! – a który został napisany tuż przed śmiercią Mistrza z Fromborka i wydany zaledwie w 101 egzemplarzach.) Niewykluczone jest więc, że obaj panowie znali się i wymieniali poglądy, jako że obaj byli m.in. astrologami – jak każdy szanujący się astronom w tamtych czasach!... To, że nie ma śladów tej korespondencji? Archiwa były czyszczone niejeden raz i niejednokrotnie usuwano z nich to, co mogłoby zaszkodzić wizerunkowi Kościoła czy osoby panującego. Tak mogło być i w tym przypadku. To dlatego Jerzy Joachim von Lauchen czyli Retyk (1514-1574) musiał uciekać z Krakowa do słowackich Koszyc z rękopisami kopernikowskimi za pazuchą... I on także miał możliwość spotkania się z Twardowskim – wszak obaj mieszkali w Krakowie i – co ciekawe – obaj urodzili się i zmarli w niemal tym samym czasie! Zaiste, jeżeli jest to zbieg okoliczności, to co najmniej dziwny. A może Twardowskiego porwano, kiedy uciekał nie do ultra-katolickiego Rzymu, ale do bezpiecznego schronienia w ówcześnie protestanckich Koszycach? Tam, gdzie nie groziły mu mordercze macki Świętego Officium? Czy nie brzmi to bardziej prawdopodobnie?

Co zawierały dzieła Twardowskiego? – tego ze współczesnych nie wie nikt. Na pewno traktat o optyce – zresztą dlatego Twardowskiego utożsamiono z innym słynnym śląskim uczonym, działającym w Krakowie - Erazmem Witelo zwanego Vitellionem (1230-1280), który napisał dzieło „Perspectiva” znane bardziej jako „Optyka”. Należał on do najwybitniejszych uczonych Średniowiecza. Być może Twardowski kontynuował jego prace i dzięki temu w pamięci gminu te dwie postacie zlały się w jedną. Nie zapominajmy, że Twardowski – podobnie jak Devius i wielu innych magów Odrodzenia – przeprowadzał doświadczenia optyczne przy pomocy zwierciadeł. Być może pokazał on nieszczęsnemu Zygmuntowi Augustowi hologram czy po prostu slajd przedstawiający zmarłą małżonkę królewską, co stanowiłoby jakieś rozwiązanie chociaż tej tajemnicy?...

Kiedyś postawiłem hipotezę, że Twardowski był tzw. agentem wpływu obcej Cywilizacji Naukowo-Technicznej, działającym w najpotężniejszym mocarstwie na kontynencie europejskim – a było to w czasach, kiedy Polska miała swoje wielkie pięć minut w światowej historii i gdyby nie wewnętrzne tarcia, swary i spory polityczne – byłaby największym mocarstwem świata po przyłączeniu do swego terytorium Rosji, co leżało w zasięgu ręki – sic! Żył on w momencie historycznym, który stanowił punkt zwrotny w dziejach naszego kraju i kontynentu. Po bezpotomnej śmierci ostatniego Jagiellona nastąpiło już tylko spadanie Rzeczypospolitej szlacheckiej w dół – dzięki balastowi wolnej elekcji króla i przekleństwu liberum veto, które zakończyło się w roku 1772 pierwszym rozbiorem, a definitywnie złożyło Polskę do grobu na 123 lata niewoli w 1795 roku... Być może Twardowski był przez Nich kierowany czy inspirowany. Przecież to właśnie wtedy Ludzkość doznała pierwszego skoku cywilizacyjnego, rozkwitały nauki i sztuka, z którego to dziedzictwa jesteśmy tak dumni!

Teraz tak nie sądzę. Jestem coraz bardziej przekonany, że był to wielki renesansowy umysł, który uwikłał się w polityczne i religijne intrygi, i nie mogąc się od nich uwolnić padł wreszcie ich ofiarą. Istnieje równie prawdopodobna możliwość, że zamordowała go Święta Inkwizycja w czasie próby ucieczki przed stosem. Tak czy inaczej, stał się piękną legendą o Polaku - Sarmacie, który posiadł moc czarodziejską i okpił samego Szatana. A wtedy prawdziwym Szatanem była totalitarna władza kościelna i jej zbrojne ramię – sfanatyzowana banda opętanych żądzą mordu i zadawania cierpienia niewinnym, bezbronnym ludziom – ciemnych mnichów, realizujących zaborczą politykę swych przełożonych – papieży marzących o ciągłej rozbudowie potęgi Kościoła katolickiego i rozszerzeniu jego panowania na cały świat. Myślę, że należałoby pójść tym tropem i wtedy być może uda się nam znaleźć znaczną część prawdy o Sarmacie-czarodzieju. Prawda ta znajduje się zapewne w archiwach Watykanu, o ile jej nie zniszczono w czasie jakiejś czystki. Kiedy wreszcie wyjdzie na światło dzienne???...

A jednak...

A jednak być może dlatego istnieje coś, co można nazwać przekleństwem, czy klątwą Twardowskiego. Ci, którzy zabierają się za pisanie o tej postaci historycznej narażają się na nieprzyjemności i to całkiem spore, kiedy piszą w sposób lekceważący czy ośmieszający wielkiego maga – doświadczył tego m.in. Krzysztof Gradowski i odtwarzający postać Twardowskiego w jego filmie, znakomity aktor Daniel Olbrychski. Musieli oni nawet zmienić scenariusz i grę aktorską, bo ekipę filmową nękały na planie same niepowodzenia! 

I to jest – jak sądzę – ostatnia tajemnica Mistrza z Krzemionek.


---oooOooo---


Patrzę z zażenowaniem na młodych Polaków, którzy wstydzą się swojej historii, historii własnego kraju i jak papugi oglądają się na innych, zapominając, że mieszają w kraju, w którym działy się rzeczy mądre, wzniosłe, piękne i tajemnicze. W kraju, którego historia jest niemniej fascynująca, niż historia Anglii, Francji czy USA. W kraju, w którym działał Kopernik, Witelo, Kochanowski, Gomółka, Heweliusz, Rej i inni, którzy budowali podwaliny kultury Polski i zarazem Europy, o czym tak łatwo zapominają ci, którzy teraz frymarczą dorobkiem naszej kultury narodowej w imię źle pojętej integracji europejskiej, którym wydaje się, że zapominając o naszych korzeniach szybciej dorwą się do europejskiej kasy, i że nic ponad kasę ich nie interesuje. Nie macie się czego wstydzić młodzi, zakompleksieni Polacy, podziwiający zabytki Europy w czasie wakacyjnych wędrówek czy zagranicznych „saksów”. Za Wami jest ponad 1000 lat naszej państwowości – pamiętajcie o tym. Ci, którzy zapomną, rychło staną się pariasami na sprzedanej obcym, ziemi...

  

sobota, 26 stycznia 2013

Czy AL-DAMCAR to SZAMBALLA?




W latach 80. ubiegłego wieku, kiedy w Polsce powiały nowe wiatry i dzięki przemianom polityczno-ustrojowym otwieraliśmy się powoli na świat, miałem niezwykłe szczęście zetknąć się z opowieścią o tajemniczej miejscowości Damcar – na której zamieszkiwali arabscy mędrcy Średniowiecza i Odrodzenia. Pierwszą wzmiankę na jej temat znalazłem w pracy jednego z polskich historyków, która to praca traktowała o alchemii i jej implikacjach naukowych, historycznych, kulturowych, i innych.  Interesujący nas fragment brzmi tak:

Mistycyzm najzupełniej wyraził się w ruchu różokrzyżowców. Różokrzyżowcy pojawili się w 1614 roku, w Kassel w Niemczech w czasie wojen religijnych. Działalność ich zapoczątkowało ukazanie się anonimowych pism skierowanych do uczonych i władców ówczesnego świata. Głośne stało się zwłaszcza dzieło zatytułowane „Fama Fraternitatis, albo Odkrycie najchwalebniejszego Zakonu Różanego Krzyża”, opisujące losy tajemniczej postaci, określanej inicjałami C.R.C.

Owym tajemniczym człowiekiem miał być pewien Holender, urodzony w 1378 roku, który jako młody chłopiec wyjechał na Wschód, gdzie w Damaszku studiował mądrości starożytnych. Odwiedził on również tajemnicze miasto Damcar w Arabii, gdzie został wtajemniczony w najwyższe arkana wiedzy hermetycznej i otrzymał „Księgę M” objaśniającą wszystkie tajemnice bytu.

C.R.C. powrócił do Europy, założył Zakon Róży i Krzyża. Składał się z 8 członków, którzy zaprzysięgli celibat i tajemnicę swej działalności. Wiek jednak minął, wobec czego zakon postanowił zwerbować nowych członków, tym bardziej, że istniała pilna potrzeba zreformowania świata i odrodzenia ludzi...

W następnym, 1615 roku ukazała się dalsza część wyżej wspomnianego „dzieła”. Utwór ów – „Confessio Fraternitatis, albo Wiadomości o Wielebnym Stowarzyszeniu Czcigodnego Różanego Krzyża” – ostrzegał, że różokrzyżowcy są o krok od opanowania Europy i przebudowania jej na obraz Damcaru mądrych Arabów.

Wreszcie w 1616 roku ukazało się „Chemiczne Wesele Christiana Rosenkreutzera, Anno 1459”. Po raz pierwszy też zostało wymienione nazwisko owego domniemanego Holendra i rozszyfrowany jego łaciński odpowiednik: Christianus Roseae Crucis – C.R.C. [...]

Wymienione trzy dzieła sprawiły, że o różokrzyżowcach zaczęto mówić. Przystąpiono również do zwalczania ich, choć – na dobrą sprawę – nikt nie wiedział, czy istnieją i o co właściwie im chodzi, poza dość mglistą zapowiedzią „reformowania świata”. Przeto pojawili się i obrońcy. Gorąco bronił ich alchemik niemiecki Michael Maier (1568-1622), angielski alchemik i mistyk – Thomas Vaughan (?-1666), zaś astrolog angielski – John Heydon opisał nawet swe odwiedziny w podziemnym zamku różokrzyżowców w zachodniej Anglii oraz podróż do złotej siedziby ich zakonu na jakiejś wyspie na Morzu Arabskim. [...]

Różokrzyżowcami byli m.in. Saint Germain vel kawaler Saint-Galt, hr. Alessandro Cagliostro vel Giuseppe Balsamo oraz słynny uwodziciel kobiet, a zarazem alchemik i czarodziej Giacomo Casanova.(=> Z. Zwoźniak – „Alchemia”, Warszawa 1978)



Dalekie echa tych rojeń (czy tylko) można znaleźć na stronach powieści sensacyjnych Antala Szerba (1901-1945), Zbigniewa Nienackiego (1929-1994) i Umberto Eco, którzy z detalami opisali tajemnicze groby, zamki i cuda dokonywane przez różokrzyżowców żyjących co najmniej 120 lat i względnie nieśmiertelnych – dzięki możliwości zapadania w hibernacyjny sen wydłużający wielokrotnie życie! A także (a juści!) o ich skarbach, oczywiście nieprzebranych... (=> A. Szerb – „Legenda Pendragonów”, Warszawa 1987; Zb. Nienacki – „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic”, Warszawa 1975, sfilmowana w koprodukcji polsko-czechosłowackiej w 1988 roku, w reżyserii Kazimierza Tarnasa oraz U. Eco – „Wahadło Foucaulta”, Warszawa 1993) Nie wiadomo, kim naprawdę był ten Różokrzyżowiec – C.R.C. – być może nie było go wcale, a jego nazwisko powstało od słów: Chrześcijański Różany Krzyż – Christiani Roseae Crucis. Wspomniany tutaj Antal Szerb pisze o pierwszym Różokrzyżowcu, iż był to: lekarz-cudotwórca i alchemik, który według „Fama Fraternitatis...” przywiózł z Arabii ze sobą wszelkie mądrości Tajemniczego Grodu, gdzie żyli mędrcy arabscy. Chodziło – rzecz jasna – o Al-Damcar. Jedno jest pewne, że autorem tych różokrzyżowskich traktatów jest niemiecki teolog i ezoteryk, luterański pastor Johann Valentin Andreä (1587-1654) oraz jego ludzie. 

Powołani autorzy oczywiście zajmowali się oni tylko i wyłącznie sensacyjno-przygodową stroną istnienia stowarzyszeń różokrzyżowskich, które – jak pisze Jacek Golędzinowski – opuściły scenę dziejów równie nagły i tajemniczy, w jaki się na niej pojawiły. Wprawdzie – pisze on – działają jeszcze ośrodki ruchu w Anglii i Stanach Zjednoczonych, ale nie towarzyszy im zainteresowanie opinii publicznej w stopniu znanym w przeszłości. (=> J. Golędzinowski – „Jawne historie tajemnych stowarzyszeń”, Łódź 1990) Nie jest to zupełnie ścisłe, bowiem część różokrzyżowskich ansamblei ujawniła swą działalność pod koniec XX wieku – jak np. AMORC, natomiast w dalszym ciągu ponoć tajne są ansamlee należące do tzw. Perskiego Różokrzyża. Ujawnienie się jest związane z – jak to oświadczają – dalszym prowadzeniem prac nad doskonaleniem człowieka i Ludzkości.



Różokrzyżowcy wydają się być strażnikami nie tyle skarbów – o co podejrzewa ich m.in. Umberto Eco, który utożsamia ich z Templariuszami, którzy to po pogromie urządzonym im przez króla Francji Filipa IV Pięknego (1268-1314), jego chciwych ministrów Marigny’ego i Nogareta oraz awiniońskiego papieża Klemensa V (?-1314), po 1307 roku zeszli do podziemia i założyli Zakon Różokrzyżowców – ale tajemnej tradycji, Starożytnej Mądrości i Sekretnej Doktryny, co chociażby widać czarno na białym w opracowaniach ich dotyczących oraz krążących w Internecie.

Czym była i jest ta Starożytna Mądrość Różokrzyżowców? To, co głosili członkowie Bractwa musiało być wywrotowe i powodowało spore zamieszanie, bo  Różokrzyżowców obawiano się jeszcze bardziej, niż masonerii. I problem w tym, że nikt za bardzo nie wiedział, gdzie ich szukać... Sir Brinsley Le Poer-Trench w swych pracach twierdzi, że mądrość ta jest niczym innym, jak wiedzą z Atlantydy, którą Wielcy Wtajemniczeni przekazywali z pokolenia na pokolenie. (=> B. Le Poer-Trench – „Operation Earth”, „Men Among Mankind” i „In My Soul I Am Free”) Osobiście jestem tego samego zdania, z tym jednak, że wiedza ta jest wypatrzona, wykoślawiona, przeładowana symboliką i całkowicie niezrozumiała nawet dla nich samych. Przekazywano ją na tej samej zasadzie, jak przekazuje swą gnozę każda religia, w której po pewnym czasie rytuały i symbolika przesłania sens i treść antycznej czy nawet pra-antycznej wiedzy. Nie ma się czemu dziwić, wszak od czasu zalania wysp Imperium Atlantydzkiego przez wody Atlantyku upłynęło 12.000 lat! – no, a historia Ludzkości też nie sprzyjała przekazywaniu resztek tej wiedzy, że wspomnę tylko prześladowania i represje ze strony Kościoła rzymsko-katolickiego i Inkwizycji. (=> M. Baigent & R. Leigh – „Eliksir i kamień”, Warszawa 1998) W takim kontekście, ów mityczny Al-Damcar jawi się jako azyl Ostatecznej Mądrości w morzu ciemnoty i fanatyzmu religijnego. De facto ów tajemniczy Damcar to zbitka dwóch nazw miast: Damaszku i Kairu = DAMascus + CAiRo, w których przebywał i studiował C.R.C.



 Pierwszy Różokrzyżowiec być może przebywał w tych centrach arabskiej (a w przypadku Kairu także i egipskiej) wiedzy i religii, skąd przywiózł do Europy tamtejszą wiedzę medyczną, astrologiczną, astronomiczną, chemiczną, farmaceutyczną, alchemiczną, itd. itp. Wszak w tych czasach, to właśnie Wschód przodował w tych naukach, że wspomnę tylko Hermesa Trismegistosa (2700 p.n.e.), Osthanesa (500 p.n.e), Ptolomeusza II Philadelphosa (285-246 p.n.e.), Marię Prophetissę alias Marię  Żydówkę (I w p.n.e.), Bolosa-Demokryta alias Pseudo-Demokryta, Komanosa – którzy byli związani z Egiptem, a od VII w n.e. inicjatywę w rozwoju alchemii i nauk pokrewnych przejmują Arabowie: Dżabir ibn-Hajjan vel Geber (760-815), Muhammed ibn-Zakarijael-Razi alias Rhazes (850-925) – to ten właśnie, który oświadczył, ze zna doskonały sposób na robienie złota i został... lekarzem! I dalej: Abu Ali al-Hussajn Ben Abdullah ibn-Sina znany jako Avicenna (980-1037), Abu Dżafar ibn-Tofail i inni. Nie zapominajmy, że sama nazwa alchemia znaczy tylko tyle, co al-Khemeja – z krainy Khem – z Egiptu...

Trzecim ośrodkiem nauk tajemnych była Persja (dziś Irak) i jej „miasta akademickie”: Jundishapur i oczywiście Bagdad. Rzecz jasna C.R.C. nie mógł ich spotkać osobiście, ale mógł zapoznać się (i zapewne zapoznał) z ich pismami, które znajdowały się w arabskich bibliotekach. To właśnie dlatego C.R.C znany jest przede wszystkim jako lekarz. NB, innym słynnym lekarzem stosującym metody leczenia z medycyny arabskiej był Michel de Nostredame z Salon zwany Nostradamusem (1503-1566), znany przede wszystkim ze swych przepowiedni losów Francji, Europy i świata. Arabskie metody leczenia i lekarstwa były znacznie lepsze i skuteczniejsze od europejskich, stąd – jako pogańskie – znajdowały się pod specjalnym nadzorem funkcjonariuszy Świętej Inkwizycji...

 Wspomniany tutaj Jacek Golędzinowski pisze w zakończeniu rozdziału poświęconego różokrzyżowcom, że:
...Powiada się, że autentyczni, oryginalni różokrzyżowcy wyemigrowali do ... Indii (!) zamieniając protestantyzm na buddyzm. Pogląd ten nie wydaje się uzasadniony, bowiem materialne świadectwa działalności Bractwa nie sięgają dalej, niż na wyspę Mauritius. Mistrzowie róży i krzyża najprawdopodobniej stopili się z ruchem wolnomularskim albo też zapadli w sen na kolejne sto lat...
Nie sądzę, by była to prawda. Faktem niezbitym jest obecność ansamblei różokrzyżowskiej na Mauritiusie już od roku 1736, jednakże niewiele wiadomo o jej działalności poza tym, że włączono do niej także kobiety, a jedna z nich Leonia Constantia była Kapłanką Claremont i Mistrzynią Loży. Kolegium to znane jest ze swej działalności od 1794 roku. (=> http://www.S.R.I.A.ChristianRosecreuz.htm) Wyspa Mauritius znajduje się na Oceanie Indyjskim, mniej-więcej gdzieś w połowie drogi pomiędzy Afryką a Indiami. Wyspa została odkryta przez Portugalczyków w 1505 roku. Skolonizowana została przez Holendrów w 1638 i nazwana imieniem księcia Maurice de Nassau. Francuzi kontrolowali wyspę podczas XVIII wieku i zmienili jej nazwę na Ile de France. Wyspa została odebrana przez Brytyjczyków w 1814 i przywrócono jej dawną nazwę. Czyżby więc legendarnym al-Damcarem był właśnie Mauritius? Być może, ale nie wytrzymuje to krytyki, natomiast...



Wzmianka o Indiach i konwersji na buddyzm brzmi w tym kontekście bardzo prawdopodobnie, bowiem Różokrzyżowcy poszukiwali także źródeł wszelkiej Wiedzy Dawnej a Tajemnej, a ta ostatnia znajdowała się (wedle ich wiedzy) zawsze na Wschodzie – także w Indiach, Tybecie i Mongolii. Jeżeli więc Wielcy Mistrzowie dowiedzieli się – a na pewno się dowiedzieli – od podróżników i mistyków w rodzaju Mikołaja Roericha (1874-1947) i jego syna Georgija, Mikołaja Notowicza, śri Svami Abhedananda (1866-1939) czy Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego (1878-1945), itd. o istnieniu krainy mędrców zwanej Szamballą – Aghartą, to doszli do wniosku, że to właśnie jest ów al-Damcar – kraina Mędrców ze Wschodu, w której przebywały takie postacie historyczne, jak Paspa, książę Siddartha Guatama vel Siakyamuni zwany Buddą (566-486 p.n.e.), sułtan Zahir ud-din Muhammad alias Baber (1483-1530) i Issa (Jezus) z Nazaretu zwany Chrystusem i inni... (=> „Nieznane życie Jezusa”, Zakopane 1993; F. A. Ossendowski – „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, Poznań 1930) A zatem trop wiedzie może nie tyle do Indii, ale do Azji Środkowej w ogóle – od Śri Lanki do Mongolii i od Chin do Afganistanu. To tam bije źródło wiedzy dawnej, wielkiej i zagadkowej, a pochodzącej być może ze świata, którego już nie ma...

Czyż jest to przypadek, że właśnie tam hitlerowscy uczeni prowadzili dziwne poszukiwania wszelkich informacji na temat podziemnego świata Agharti i tajemniczych broni hinduskiej Starożytności? Nie, to nie przypadek. Hitlerowskie kierownictwo doskonale zdawało sobie sprawę z tego, że takie bronie istniały kiedyś na tej planecie (chociażby z poematów „Mahabharata” i „Ramayana”) i gorączkowo poszukiwało każdej wskazówki, każdego strzępu informacji, który wskazałby drogę do możliwości jej ponownego wyprodukowania i użycia. To pewnik. Czy po to samo – starożytną wiedzę i mądrość cywilizacji z czasów Atomowych Wojen Bogów (a tak naprawdę tylko ludzi wyposażonych w nieprawdopodobne możliwości techniczne przerastających możliwości zrozumienia ludzi z XIX i XX stulecia) – udali się także Wielcy Mistrzowie Zakonu Różokrzyżowego? Kto wie, czy to nie oni nie dopuścili uczonych spod znaku swastyki oraz sierpa i młota do tych źródeł wiedząc, czym jest brunatny i czerwony totalitaryzm i to, że historia powtarza się tyle razy, ile tylko może. (=> Al. Mora – „Atomowe wojny bogów”, w „Kamenie”, Lublin 1979/80; M. Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” Ústi nad Labem 1998) Wydaje mi się, że jest to jedno, jedyne logiczne wyjaśnienie ich exodusu do Indii i zmiany wyznawanej religii. I tylko pozostaje pytanie: czy znaleźli oni tam swój Damcar i źródło wiedzy – Dawnej Wiedzy, którego tak poszukiwali? I co z nią zrobią – czy zachowają ją dla siebie i ku doskonalenia Ludzkości, czy też porzucą ją na zawsze wiedząc, że może ona wyrządzić Ludzkości więcej szkód, niż pożytku? Oto jest zagadka historyczna na miarę naszej epoki.

* * *

Zagadka ta jest nadal nie rozwiązana, chociaż…

Pojawiło się pewne światełko w tunelu i zamierzam nim podążyć. Jest nim stwierdzenie i udowodnienie faktu przebywania Templariuszy u naszych południowych sąsiadów. Rycerze Świątyni Salomona zamieszkiwali Słowację – wtedy Górne Węgry – i byli na żołdzie królów węgierskich. Budowali swe komandorie i klasztory nieopodal granic Polski – te niewiele się zmieniły od XII wieku i zapewne wpływy Templariuszy mogły sięgnąć także Krakowa… I to właśnie tam – w ruinach słowackich hradów i dokumentach pozostałych po Czerwonych Mnichach ze słowackich podań i legend – należałoby szukać wskazówek co do rozwiązania wielu zagadek związanych z Templariuszami i tajnymi stowarzyszeniami, które powstały na bazie ich zakonu, a które przechowywały dawną wiedzę uzyskaną przez nich na Wschodzie.



Te badania już trwają, i bez względu na ich rezultat, i tak wydarliśmy kolejną tajemnicę historii i udało się nam ją przedstawić publiczności – mowa o potwierdzeniu pobytu Rycerzy Świątyni na Słowacji – a że te historie są ze sobą powiązane jak liny jedna z drugą, to sądzę, że gdzieś wśród słowackich kopców znajduje się niejedna informacja na interesujące nas tematy i przed nami jest jeszcze niejedno odkrycie…     

piątek, 23 grudnia 2011

SPRAWA NR 007/H - TAJEMNICE POLSKICH ALCHEMIKÓW (1)

Referat na XIV Festiwal Ezoteryczny, 

Bratysława 10.10.2004


Szesnaste i siedemnaste stulecia, to czasy genialnych alchemików i równie genialnych hochsztaplerów. To wieki tworzenia się i krzepnięcia struktur wielu tajnych stowarzyszeń, w tym Masonerii i Różokrzyżowców. To wieki prześladowań religijnych, płonących stosów i zarazem wiek pierwocin naukowych poszukiwań, które zaczęły dawać rezultaty w XIX wieku, kiedy to zaczęła tworzyć się cywilizacja maszyn, pary i elektryczności, a w końcu rozbitego atomu, statków kosmicznych i komputerów...
Po całej Europie krążyli rozmaici ludzie, którzy parali się alchemią. Alchemia, to – według encyklopedii – pseudonauka, której celem było dokonanie Wielkiego Dzieła – transmutacji jednych pierwiastków i substancji w drugie. Konkretnie chodziło o wyprodukowanie złota z każdego innego dowolnego pierwiastka chemicznego – mówiąc językiem współczesnego chemika.

COSMOPOLITA POLONUS i Wielkie Dzieło...


Jako się rzekło, alchemików było w owym czasie wielu. Ale niewielu mogło osiągnąć najwyższe zaszczyty i dostąpić zaszczytu otrzymania Korony Adeptów – to taki szesnastowieczny odpowiednik dzisiejszej Nagrody Nobla. Jednym z najznamienitszych był polski alchemik, filozof i dyplomata – baron Michał Sędziwój zwany także Sendivogius Polonus czy Polnus, posługujący się także zlatynizowanym pseudonimem Cosmopolita (1566-1636). Jego inne pseudonimy, to: Sendivog, Sensophax, Helicantharus, Borentius, Borealis  oraz zanagramowane Divi Leschi genius amo i Angelus doce mihi ius.  Był synem Jakuba Sędzimir-Sędziwoja i Katarzyny Pielsz-Rogowskiej, pieczętował się herbem Ostoja. Dr Roman Bugaj w swej pracy pt. „Nauki tajemne w dawnej Polsce. Mistrz Twardowski” (Warszawa 1986, op. cit. ss. 88-129) twierdzi że początkowo studiował w Krakowie, potem w Lipsku, Wiedniu, Altdorfie (Szwajcaria), Cambridge, Ingolsztadt, Rostocku i Wittenberdze. Podróżował wiele po ówczesnym świecie i był w Rosji, Szwecji, Anglii, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Czechach i innych krajach. Po ukończeniu studiów pracował na dworze cesarza Rudolfa II Habsburga (1552-1612) w Pradze Czeskiej. Nie zapominajmy, że szesnastowieczna Praga w której skupiły się najwybitniejsze umysły ówczesnych czasów była tym, czym dla nas jest dzisiaj Silicon Valley – Dolina Krzemowa! W roku 1559 powrócił do Polski i dostał się na dwór króla Zygmunta III Wazy (1566-1632), który wyprawiał go z poselstwami do cesarza i książąt Rzeszy Niemieckiej, co nie przeszkadzało mu prowadzić prace badawcze w podkrakowskich Krzepicach. Po odejściu ze służby królewskiej, Sędziwój powrócił do prac alchemicznych na dworach cesarzy Macieja (1557-1619) i Ferdynanda II Habsburgów (1578-1637), gdzie napisał swe bardzo poczytne i popularne traktaty alchemiczne „[Cosmopolitani] novum lumen chymicum” (1604, wyd. polskie w 1971), które przetłumaczono na wiele języków i „Tractatus de lapide philosophorum” (1604) znane jako „De lapide philosophorum tractatus duodecim”. W 1607 roku ukazało się jego kolejne dzieło pt. „Dialogus Mercurii, Alchymistae et Naturae”, zaś w 1613 roku wydał on „Tractatus de Sulphure”. Sędziwój pisał także po polsku i już w 1586 roku ukazał się jego traktat „Operatiae Elixiris Philosophici tak starydz iako y teraznieyszych philosophow” znany z odpisów Hieronima Pinocciego, zaś w roku 1598 ukazał się jego „Traktat o soli”, który w przekładzie na niemiecki wydano we Frankfurcie n/M. w roku 1682.
Współczesna nauka zrobiła z Sędziwoja szarlatana i zręcznego hochsztaplera, który przy pomocy intryg i oszukańczych machinacji dorobił się tytułu barona von Sereskau i ogromnego majątku. Gmin widział w nim czaromistrza, podobnie jak w Twardowskim czy Fauście, i przypisywał mu posiadanie nadprzyrodzonych mocy, co upamiętniają legendy i podania o Czarodzieju z Polski w Niemczech i oczywiście w Polsce, a konkretnie na Śląsku, gdzie najczęściej można go było spotkać. (W tym czasie Śląsk obejmował także część dzisiejszej Republiki Czeskiej i Słowacji.) Sam cesarz zachwycony transmutacją, którą dokonał na jego oczach, upamiętnił jego wyczyn tablicą, na której widnieje napis:

Faciat hoc quispiam alius
quod fecit Sendivogius Polonus

Co w przekładzie oznacza: Niech ktokolwiek inny uczyni to, co uczynił Sędziwój Polak. Czy był rzeczywiście oszustem? Na pewno dokonywał różnych – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – przekrętów wobec głupich i chciwych złota władców, którzy wykładali ogromne sumy na jego badania. A przecież gdyby nie tacy alchemicy, to nie byłoby nowoczesnej chemii, tak jak bez astrologii nie byłoby współczesnej astronomii. Dlatego bezkrytyczne opluwanie alchemii i astrologii oraz innych para-nauk przez współczesnych racjonalistów wydaje mi się czymś niegodnym uczonego. Uważam, że tacy uczeni, jak Sędziwój czy Twardowski zasługują na swe pomniki, a to dlatego, że oni byli prekursorami. Mieli odwagę postawić pytania i szukać na nie odpowiedzi. A że różnymi sposobami wyciągali pieniądze na swe badania? – no cóż, a jakie mieli wyjście? Tylko poprzez wykorzystywanie naiwności i chciwości tych, którzy mieli pieniądze i byli na tyle głupi, że dali się oszukać... NB, sytuacja zmieniła się niewiele od czasów Sędziwoja i jest czymś haniebnym, że polska nauka nie ma pieniędzy na podstawowe badania, a polscy uczeni muszą szukać dobrych warunków do pracy i odnoszą sukcesy głównie za granicą!
Sędziwój nie działał w próżni, bo obok niego działały takie znakomitości świata alchemicznego, jak Aleksander Seton-Kosmopolita, od którego przejął w dramatycznych okolicznościach kilka uncji kamienia filozoficznego w postaci czerwonego, krystalicznego proszku, przy pomocy którego dokonywał Wielkiej Przemiany... Dzięki innej znajomości z Ludwikiem Koralkiem z Cieszyna udało mu się wkręcić na dwór cesarski i dzięki temu odbyć kilka podróży na Wschód – rzekomo w celu poszukiwań alchemicznych. W rzeczywistości były to misje ściśle szpiegowskie.
Na pewno w Pradze zetknął się z rabbim Löve (Jehudi) Ben-Bezalelem (1525-1609) – twórcą glinianego potwora – a w gruncie rzeczy pierwszego androida – Golema. Później został on Naczelnym Rabinem Polski w Poznaniu, które to stanowisko objął w 1592 roku. (Zob. Zdzisław Zwoźniak – „Alchemia”, Warszawa 1978, op. cit. ss. 92-104) Poza tym musiał się on tamże zetknąć z tajemnicą praskiego Orloja – zagadkowego zegara astronomicznego i astrologicznego, o którym mówią, że odlicza czas do przyjścia Antychrysta... (Zob. Miloš Jesenský – „Tajemnica praskiego Orloja” – referat na XII Festiwal Ezoteryczny, Bratysława 2002.)
Jeszcze w czasie pobytu w kraju spotka się z dwoma Anglikami: dr Johnem Dee (1527-1608) zwanego Merlinem Królowej Elżbiety i Edwardem Kelley’em. Był on pod silnym wpływem prac Philippusa Aureolusa Teophrastusa Bombastusa von Hochenheima alias Paracelsusa (1493-1541) z którym najprawdopodobniej spotkał się także w Bratysławie lub w Bańskiej Szczawnicy (w tym czasie Schemnitz) na Słowacji, gdzie ten ostatni prowadził prace alchemiczne nad produkcją złota z tamtejszych rud miedzi. NB, w 1520 roku Paracelsus przebywał w Krakowie oraz Gdańsku i Wilnie. Niestety, nie upamiętnia tego żadna tablica pamiątkowa w Polsce, a szkoda – czyżby Polacy tak bardzo wstydzili się swej historii tajemnej?... W Krakowie miał on wielu przyjaciół w tym dworzanina królewskiego Jana Bonera. Z terenami Moraw Sędziwój związał się, kiedy otrzymał od Rudolfa II dobra: dom w Ołomuńcu oraz majątki ziemskie w Chlebicach, Koutach i Zlamanym Ujezdie.

Wielkie Dzieło w Polsce i Europie Środkowej.

Jeszcze za czasów krakowskich zapewne spotkał się niejednokrotnie z Georgem Joachimem von Lauchenem vel Retykiem (1514-1574), który podobnie jak Sędziwój był pod wpływem prac Paracelsusa i doktryny jatrochemicznej. Prowadził on intensywną wymianę korespondencji z dr Tadeášem Hájkiem zwanym Hagecius(z)em, który był nadwornym medykiem Rudolfa II. Musiał się spotkać także z Janem Wawrzyńcem Twardowskim (NB, „Encyklopedia Millenium Edycja 2001” podaje lata jego życia: 1515-1573), który był najsłynniejszym z polskich alchemików i lekarzy tego okresu...
Wszyscy ci ludzie są związani ze sobą już to poprzez kontakty osobiste, już to poprzez prace, które piszą i wydają. To normalne. Wiąże ich także tajemnica Wielkiego Dzieła. A w pojęciach alchemicznych owo Wielkie Dzieło zawierało się w zasadniczych celach, które chcieli oni osiągnąć:

1.      Uzyskanie  alkathestu, – czyli uniwersalnego rozpuszczalnika;
2.    Rafinacja tzw. spiritus mundi, – czyli substancji nasyconej wszelkimi planetarnymi wpływami;
3.    Uzyskanie quinta essentia – substancji ekstrahowanej ze wszystkich minerałów, ciał roślinnych i zwierzęcych, która miała być pomocna do życia człowieka;
4.    Uzyskanie aurum potabile – płynnego złota, leku, który miałby uodparniać człowieka przeciw wszystkim chorobom;
5.     Uzyskanie eliksiru wiecznej młodości i wiecznego życia;
6.    Uzyskanie arcanum, – czyli cudownego składnika wszystkich leków, czegoś w rodzaju katalizatora;
7.     Opracowanie metody paligenezy – czyli zregenerowania lub zrekonstruowania żywych organizmów z popiołu – à la Feniks;
8.    Uzyskanie homunculusa, – czyli wytworzenie nienaturalnymi metodami żywej istoty lub człowieka.

O ile mi wiadomo, podobny program mieli Różokrzyżowcy i niektóre odłamy masonerii, ale zredukowali oni swą problematykę badawczą do czterech punktów:

1.                          Uzyskanie lapis philosophum – kamienia filozoficznego do transmutacji metali w złoto;
2.                        Uzyskanie panaceum, – czyli leku na wszystkie możliwe choroby;
3.                        Uzyskanie metody paligenezy i;
4.                        Wyprodukowanie homunculusa.

Wielkie Dzieło można było osiągnąć poprzez odpowiednie operacje magiczne i procesy chemiczne. Idea zupełnie poroniona, ale...
Nie zapominajmy jeszcze o innym drobiazgu, a mianowicie o tym, że w dwa wieki potem na terenach południowej Polski i Słowacji powstają loże masońskie i ansamblee (ansamblea jest różokrzyżowskim odpowiednikiem loży wolnomularskiej) różokrzyżowe: w Krakowie (loża B’nei Brith – wolnomularstwo żydowskie), Bielsku-Białej (loża B’nei Brith i kółko wolnomularskie), Lwowie (loża B’nei Brith i kółko wolnomularskie założone dopiero w XIX wieku), Bratysławie, Preszowie (loża polskiego wolnomularstwa założona przez emigrantów politycznych z Polski loża aux vertueux Voyageur. i ansamblea Różokrzyżowców. Zob. Ludwik Hass – „Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej w XVIII i XIX wieku”, Wrocław 1982, s. 119), Bańskiej Szczawnicy, Bańskiej Bystrzycy i Koszycach. To wszystko na Słowacji odbywa się w latach 1744-1777, zaś w latach późniejszych dochodzą jeszcze loże wolnomularskie w Spiskiej Nowej Wsi, Luczeńcu i Żylinie. W Bańskiej Szczawnicy uprawia się intensywnie alchemię – wszak jest tam wyższa szkoła górnicza i tutaj działał Paracelsus! (L. Hass - ibidem s. 74) I zapewne także i Sędziwój... Ten ostatni miał dom w Ołomuńcu i tamże powstaje pierwsza loża masońska na Morawach w roku 1743, zaledwie w dwa lata po powstaniu pierwszej loży w Pradze Czeskiej. Czy to przypadek? Nie, nie ma takich przypadków – Wolnomularze i Różokrzyżowcy   m u s i e l i   założyć swe placówki tam, gdzie krzyżowały się drogi Wielkich Wtajemniczonych! (L. Hass – ibidem, ss. 72-74, 504-505)

Alchemicy w Rzeczpospolitej Szlacheckiej i ich wpływ na historię.

Innym Wielkim Wtajemniczonym w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim – czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów był wspomniany tutaj już mistrz Twardowski, o którym mówiłem na tym forum dwa lata temu. (Zob. Robert K. Leśniakiewicz – „Tajemnica Mistrza Twardowskiego” – referat na XII Festiwal Ezoteryki, Bratysława 2002.)
Wielce tajemniczą postacią jest śląski uczony Witelo zwany z łaciny Vitello czy Witelionem (1230-1280), który był przyrodnikiem, matematykiem, filozofem i oczywiście alchemikiem. Miał on staranne wykształcenie – studiował bowiem w Paryżu i Padwie, gdzie wykładał na katedrze nauk wyzwolonych. Ważki wpływ nań mieli m.in. Euklides, Klaudiusz Ptolemeusz, Arystoteles, al-Hazena, Awicenna, Grosseteste i Bacon. Nie muszę przypominać, że wszyscy ci filozofowie parali się także alchemią... (Tu i dalej: Z. Zwoźniak – op. cit. ss. 74-104.)
Witelo napisał 10-tomowy traktat o świetle i jego właściwościach pt. „Perspectiva” (1270-1273) znane później pod tytułem „Optyka” i wydane w 1535 roku, w którym ustanowił kanon tej nauki, a który obowiązywał aż do XVII wieku! Jego filozoficzne zainteresowania skupiały się wokół pojęcia demonów i naukowej – racjonalnej próbie ich interpretacji, za co został wyklęty przez Kościół rzymskokatolicki, jak każdy niezależny umysł tej epoki... Dziś znalazł swe należne mu miejsce w panteonie uczonych i jego imieniem nazwano jeden z księżycowych kraterów.
Także w XIII wieku działał niejaki Mikołaj z Polski, dominikanin, o którym niewiele wiadomo. Podobnie jak Witelo przebywał 20 lat w Montpellier (Francja), gdzie zdobył zawód lekarza i wymieniał doświadczenia ze słynnym już wtedy Arnaldo de Villanovą (1235-1311), zaś w roku 1278 pojawił się na dworze księcia małopolskiego Leszka Czarnego (1240-1288) jako nadworny medyk. Jego dalsze losy nie są znane.
Kolejnym alchemikiem polskim był Wincenty Kowski vel Vincent Koffski (?-1488), dominikanin, działający w Gdańsku. Jest on autorem traktatu alchemicznego pt. „Tractatus de prima materia veterum lapidis philosophorum” wydanego w roku 1608. Badania niektórych historyków wykazują jednak, że Wincenty Kowski nigdy nie istniał, a jest to jedynie pseudonim grupy autorów hermetycznych związanych z gdańską ansambleą Różokrzyżowców, i został napisany na krótko przed jego wydaniem. Tajemnica ta nie została nigdy rozwikłana i potrzeba tutaj przenikliwości Pana Samochodzika z powieści Zbigniewa Nienackiego, który byłby w stanie dojść prawdy o powstaniu tego dzieła i tożsamości o. Wincentego...
W roku 1491, niejaki bakałarz Kacper z kościoła p.w. Marii Magdaleny w Poznaniu został skazany przez sąd grodzki za „palenie złota” po 15-letnim procesie na całkowity zakaz zajmowania się „królewską sztuką”. Wyrok ten zapadł w roku Pańskim 1506! Jak wskazują na to dokumenty procesowe, był on wcale biegły w alchemicznej sztuce rozpuszczania złota w wodzie królewskiej i pozłacania metalowych przedmiotów.
Jednym z najchciwszych polskich alchemików był krakowski lekarz i adept „czarnej sztuki” Baliński z Balina zwany Setnikiem, który podawał się za Greka z rodu Laskarisów. Alchemią ponoć zajmował się potajemnie. Zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach ścigany przez wierzycieli i posądzony o otrucie króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego Aleksandra Jagiellończyka (1461-1506). NB, dalsze panowanie tego króla mogłoby doprowadzić Rzeczpospolitą do szybkiego upadku, wskutek błędnych i nieprzemyślanych decyzji tego władcy...
Jak pisze Zdzisław Zwoźniak – w XV wieku alchemię nie wykładano na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, ale wielu profesorów tej uczelni ją uprawiało. Byli to m.in. Piotr Gaszowiec, Andrzej Grzymała, Adam z Bochynia i Maciej z Miechowa – Miechowita.
Wiek XVI, to Renesans także i w Polsce. Alchemii nie wykładano nadal oficjalnie – była ona ars prohibita, ale jej elementy pojawiały się na wydziale lekarskim Akademii Krakowskiej – Alma Mater Jagiellonica. To właśnie w Krakowie przebywał słynny niemiecki alchemik dr Johannes Faust(us) (1480-1540). W roku 1520 przebywał w Krakowie, Gdańsku i Wilnie słynny Paracelsus. Miał on tutaj przyjaciół: wspomnianego już tutaj Jana Bonera, Wojciecha Bazę i Dawida Meyera. W drugiej połowie XVI wieku w Krakowie powstał krąg literacko-naukowy, do którego należeli m.in. Andrzej Dudycz i znany nam z historii czaromistrza Jana Twardowskiego i mistrza Mikołaja KopernikaJerzy Joachim von Lauchen vel Retyk - Rhaeticus! NB, ten ostatni był gorącym zwolennikiem doktryny jatrochemicznej i pozostawił po sobie 7 traktatów alchemicznych. Niestety, nie ukazały się drukiem i znikły bez śladu...
Potężnym przyjacielem tych alchemików i aktywnym alchemikiem był Olbracht Łaski (1536-1603) – magnat i wojewoda sandomierski. Swe prace alchemiczne prowadził w swym zamku w Kieżmarku na Słowacji, gdzie znajdowały się jego dobra. Nawiasem mówiąc z Łaskimi wiąże się pewien doniosły epizod z historii eksploracji Tatr, a mianowicie – pierwszą kobietą, która wybrała się w Tatry turystycznie – była Beata Kościelecka-Łaska, co stało się 11 czerwca 1565 roku, co podaje Jacek Kolbuszewski w książce „Skarby króla Gregoriusa” (Katowice 1972, ss.29-30). Była to pierwsza turystka w Tatrach w ogóle! Czy w Tatry pognała ją li tylko ciekawość? – tego nie dowiemy się już nigdy. Olbrachtowi Łaskiemu zawdzięczamy przełożenie z niemieckiego na łacinę przez Adama Schröttera z Nysy dzieł Paracelsusa: „De praeparationiubus” oraz „Archidoxae libri X”, z których korzystali alchemicy wymienieni w poprzednim akapicie. Łaski był też potężnym protektorem angielskiego maga dr Johna Dee. Nawiasem mówiąc, Devius i Kelley najprawdopodobniej zrobili z niego swego agenta wpływu na dworze polskim, co pomogło im m.in. uzyskać dla Elżbiety I Tudor wspaniałe perły Barbary Radziwiłłównej i zamordowanie króla Stefana Batorego, o czym jeszcze tu będzie mówione... 
W 1517 roku została powołana do życia przez króla Zygmunta I Starego (1467-1548) Komora Górnicza i związana z nią Camera Separatoria, w której oddzielano złoto od srebra. Było to pierwsze państwowe laboratorium chemiczne (i oczywiście alchemiczne – sic!), w którym produkowano kwas azotowy – HNO3, kwas siarkowy– H2SO4 i wodę królewską – HCl + HNO w stosunku 3 : 1. Oczyszczano także siarkę, rtęć, antymon, glejtę (tlenek ołowiu – PbO) i ołów. Rudę do przerobu dostarczano z kopalni w Rabsztynie i Tarnowskich Górach oraz Olkusza. Dyrektorem Camera Separatoria w Mogile był krakowski mieszczanin Kasper Ber, który studiował we Florencji i Wenecji, gdzie znajdowały się szkoły metalurgiczne i probiercze oraz... alchemiczne.
Jego syn Marcin Berowicz alias Martin Kasperberovič wstąpił do klasztoru Kartuzów i zamieszkał w Czerwonym Klasztorze w słowackich Pieninach (!!!) – złota nie wyprodukował, ale pozostawił po sobie „Alchemiczny testament” na kartach traktatu alchemicznego z 1535 roku. Dowodzi on, że Berowicz znał się doskonale na alchemii i wykonał on wiele ciekawych doświadczeń. Inne źródła twierdzą, że uciekał on z Ołomuńca przed prześladowaniami protestantów w 1563, skąd zabrał swe całe laboratorium alchemiczne. (Zob. M. Jesenský – „Prawda i legenda brata Cypriana” na łamach „Nieznanego Świata”) NB, w klasztorze tym niemal dwa wieki potem zamieszkał słynny brat Cyprian, którego unieśmiertelniły pierwsze eksperymenty z lotnią i eksperymenty medyczno-alchemiczne, które pomogły mu wyleczyć wielu ludzi...
W tym samym czasie w Krakowie działają dr Kasper Skarbimir – filozof i medyk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – autor zaginionych, niestety, „Listów alchemicznych”. Alchemikami byli także Jan Polak – autor wykładu o ekstraktach z ziół i kwiatów oraz dr Mikołaj Husman – alchemik i profesor Jagiellonki.
Oczywiście najsłynniejszym był Jan Wawrzyniec Twardowski zwany także pod zlatynizowanym imieniem Lorenzo Dhur alias Duran, Durranus vel  Laurentius Durranovius...
Alchemią interesowali się także królowie: Zygmunt II August (1520-1572), Stefan Batory (1533-1586) i Zygmunt III Waza (1566-1632). Poza nimi magnaci: Mikołaj Wolski (1553-1630), wspomniany tutaj Olbracht Łaski, bp. Franciszek Krasiński (był ponoć przyjacielem Twardowskiego!!!) oraz Mikołaj i Jerzy Mniszchowie.
Szczególnie na dworze Zygmunta Augusta – gdzie bywał Twardowski, który został odsunięty odeń po aferze z duchem Barbary Radziwiłłównej (1520-1551) – znajdowała się również druga osobliwa postać, której poświęcę nieco czasu. Jest nią Stanisław Dewojna vel Dewojno (?-1566) – lekarz, alchemik, mag i astrolog. Nie lubiany przez dworzan, którzy nazywali go borsukiem – stał się Dewojna dla historyków „tajemniczym”, „kontrowersyjnym” czy „osobliwszym wzorem dworaka” – dworaka – nie dworzanina, co ma zawsze zabarwienie ujemne. Z królem wiązały go jakieś osobliwe więzy – Zdzisław Zwoźniak twierdzi, że to właśnie on uczył króla alchemii i astrologii, zaś Tadeusz Rojek w swej książce pt. „XIII tajemnic historii” (Warszawa 1989, op. cit. ss. 83-94 ) twierdzi, że poza tym był on jednym z największych zaufanych zauszników króla – jego szarą eminencją – i pośrednikiem pomiędzy nim, a rodem Radziwiłłów oraz faktycznym „konstruktorem” jego małżeństwa z Barbarą Radziwiłłówną. Postać ta jest dowodem na to, jak wielki wpływ na politykę mocarstwa, jakim była Polska w epoce Renesansu, mieli m.in. alchemicy.
Historia Dewojny powtórzyła się w sto lat później, kiedy to na dworze Zygmunta III Wazy pojawiła się królewska ochmistrzyni – niejaka Urszula Meierin vel Gienger, Gänger czy może Giengerin (?-1635). Nikt nie znał jej prawdziwego nazwiska, a podane tutaj są jeno domysłami uczonych. Słowo „meierin” znaczy tyle, co „ochmistrzyni” i zastąpiło jej prawdziwe nazwisko... Nie zachował się żaden portret tej damy, zaś jedyny obraz, na którym uwieczniono ją w otoczeniu rodziny królewskiej znikł w niewyjaśnionych okolicznościach. Jej przeszłość otacza nieprzenikniona tajemnica i nie wiadomo właściwie nawet tego, skąd pochodzi i kim byli jej rodzice. A wpływ na króla i jego otoczenie miała potężny, dość wspomnieć, że jej pogrzeb w Warszawie (w kościele Karmelitanek Bosych lub oo. Jezuitów) odbył się z pompą godną samego króla... Być może była ona agentką właśnie Towarzystwa Jezusowego i stanowiła element strategii Kościoła katolickiego walczącego o swe wpływy w Europie, co jest o tyle prawdopodobne, że była niezmiernie pobożną panną do końca swego życia i swój testament poświęciła właśnie oo. Jezuitom. Byłaby z niej doskonała agentka wpływu – miała dojścia, koneksje i... pieniądze. Ogromne pieniądze. I chyba de facto była agentką wpływu, bowiem żadna ważna decyzja państwowa nie miała prawa zapaść bez jej akceptacji... (T. Rojek – op. cit. ss. 139-152.)
Wracając jeszcze do Zygmunta Augusta, to trzecim jego magiem i alchemikiem był dr Baltazar Smosarski vel Wawrzyszewski. Współpracował on w tym zakresie z Mikołajem Wolskim. Podejrzewano go o otrucie dwóch ostatnich książąt mazowieckich – Stanisława i Janusza, ponoć na polecenie wojewodzianki i ich ... narzeczonej Katarzyny Radziejowskiej.
Król Stefan Batory także interesował się magią i alchemią. Miał on na dworze alchemika i lekarza dr Ruperta Fincka i swego spowiednika – też alchemika – prof. Hannibala Roselli’ego! Kto wie, czy tajemnicza śmierć tego władcy Polski, która nastąpiła po krótkiej, bo zaledwie pięciodniowej chorobie w dniu 12 grudnia 1586 roku, nie była spowodowana przez podanie trucizny przez któregoś z zaufanych lekarzy-alchemików: dr Simona Simoniusa i dr Niccolo Brucellego. Zamach ten zmienił losy Europy, bowiem Stefan Batory zamierzał zlikwidować trzy nie-katolickie państwa europejskie: protestancką Anglię, prawosławną Rosję i muzułmańską Turcję poprzez stworzenie ligi państw katolickich. Marzyła mu się V Krucjata, którą gorąco popierał papież Sykstus V. Pierwszym jej celem byłaby Moskwa, a potem Turcja. Anglia i zapewne Niemcy byłyby na deser. Kto wie, czy Batoremu nie marzył się tron Cesarstwa Europejskiej Unii Katolickiej - takiej Zjednoczonej Katolickiej Europy??? Zatem być może został on zamordowany przez innego lekarza i alchemika – Leonarda Thurneissera (1530-1595), do którego zwrócił się on z prośbą o jakąś odtrutkę. Król panicznie obawiał się trucizny po zamachu innego  alchemika – niejakiego Wawrzyńca Gradowskiego z Gradowa, który w 1578 roku usiłował otruć Batorego. Czyżby miał jakieś dane po temu, by się obawiać nowego tego rodzaju zamachu na swe życie? Czy ze strony Anglików? – to jest bardzo możliwe. Nie zapominajmy, że Devius i Kelley przebywali w Polsce od 5 lutego do sierpnia 1584 roku w Łasku i Krakowie, skąd udali się do Pragi. Tam potraktowano ich niemal wrogo i 12 kwietnia 1585 roku powrócili oni do Krakowa.  Devius uzyskał audiencję na zamku królewskim w dniu 17 kwietnia 1585 roku. Batory – już poważnie chory (o czym wiedzieli tylko jego zaufani ludzie) przyjął Łaskiego, Dee i Kelleya jeszcze raz 23 maja tegoż roku. 28 maja nastąpiło zerwanie serdecznej przyjaźni, kiedy Dee w czasie „akcji” zasugerował królowi stworzenie ligi anty-francuskiej i anty-tureckiej, która miałaby zaszachować ligę francusko-turecką, zaś bezpośrednia korzyść przypadłaby Rzeszy Niemieckiej i Anglii. Batory przejrzał grę – gdyż miał swoje plany – i odprawił magów z 800 florenami w ręce. W półtora roku później zamordowano go. Elżbieta I nie pozwoliłaby sobie na zmontowanie ligi katolickiej wymierzonej w jej imperium i zapewne usunęłaby bez skrupułów każde zagrożenie z tej strony, a była piekielnie konsekwentna w swych poczynaniach. Dowodem na to, że był to jednak zamach jest chociażby to, że królewskie archiwum zostało dokładnie wyczyszczone z wielu kluczowych dokumentów. Olbracht Łaski miał wszelkie możliwości, by to zrobić – wszak sprzeciwiał się elekcji Batorego i chciał zostać królem Polski! Czy mógł posunąć się aż tak daleko? Bardzo możliwe – wszak miał motyw, możliwości i środki, a poza tym poparcie (a raczej naciski – wszak poczynił w Anglii ogromne długi!!!) ze strony Anglików, którzy potrafili grać na chorych i wybujałych ambicjach swych przyjaciół i wrogów. To też jedna z trzynastu tajemnic polskiej historii.
Na temat Zygmunta III Wazy i jego dworu Zdzisław Zwoźniak pisze, że interesował się alchemią bardzo poważnie, ale z pozycji amatora. Sam wykonywał w Krakowie i Warszawie doświadczenia alchemiczne. Znajdował się pod wpływem Mikołaja Wolskiego, który alchemią zajmował się bardzo poważnie i traktował ją na całkowicie serio. Król interesował się żywo farmacją i włączył ją do cechu złotników. Wtedy też powstał termin „alchemista” odpowiadający dzisiejszemu „farmaceuta”. Królewska apteka była kierowana przez dwóch alchemistów: Mikołaja Marianiego (?-1609) oraz prof. Bartłomieja Morkowica. Ich obowiązkami było m.in. dostarczaniem królowi specyfików do doświadczeń alchemicznych, które król traktował bardziej jako rozrywkę, niż naukę, boż był już pod znacznym wpływem jezuitów, którzy zajadle atakowali alchemików w swych wystąpieniach – szczególnie ks. Stanisław z Gór Poklatecki SJ i ks. Fabian Birkowski SJ, podobnie jak i całe duchowieństwo, bowiem alchemia w szesnasto- i siedemnastowiecznej Polsce była niezmiernie popularna, co powodowało wzrost ilości fałszerstw złota, monet i innych walorów pieniężnych, na czym poważnie cierpiał Kościół i państwo.

Wiek XVIII stanowi oświeceniowy przełom, w czasie którego alchemia stopniowo traci na znaczeniu i jest wypierana przez chemię i farmację. Jest ona uprawiana jedynie w lożach masońskich i ansambleach różokrzyżowskich, w których pojawili się pseudo-alchemicy pracujący nad transmutacją do dziś dnia – szczególnie w USA i niektórych krajach Europy. Rzeczpospolita Szlachecka rozdarta pomiędzy trzy mocarstwa miała inne zmartwienia, niż bezpłodne rozważania nad produkcją złota. II Rzeczpospolita zajęta obroną swych granic także nie zajmowała się paranaukami, a badania alchemiczne zeszły na margines i uprawiana była tylko w lożach tajnych stowarzyszeń. Pewien renesans przeżyła ona w III Rzeszy, gdzie w latach 1933-1945 zajmowano się nią w celu m.in. wynalezienia „cudownej broni”. Nie pomogła ona jednak hitlerowskim ludobójcom i została zepchnięta ponownie na margines paranauk.                         

Wiedza z głębi Czasu?
    
Czy dojdziemy kiedykolwiek do prawdy o przeklętym albo świętym głodzie złota i jego produkcji?
Popatrzmy na to ze strony człowieka XXI wieku. Fizyka jądrowa twierdzi, że możliwe jest wyprodukowanie złota w reaktorze jądrowym. Jak? – zainteresowanych odsyłamy do książki Klausa Hoffmanna pt. „Sztuczne złoto” (Warszawa 1985), w którym autor zawarł wyczerpujący opis robienia sztucznego złota z innych pierwiastków, a którą Czytelnikowi polecamy. NB, opisy te zrodziły w nas paskudne podejrzenia, że hitlerowcy pracowali nad uzyskaniem sztucznego złota w tajnych laboratoriach III Rzeszy na terenach Dolnego Śląska w latach 1933-45, aż do zajęcia tych terenów przez Rosjan... (Zob. M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz – „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”, Warszawa 2001.)
Alkathest i panaceum, to odwieczne marzenia Ludzkości. Jak na razie zupełnie nieosiągalne... Były one pochodnymi kamienia filozoficznego, stacjami do osiągnięcia tego właśnie celu.
Homunculus – o! – to było coś! Wyprodukowanie sztucznego człowieka jest niczym innym, jak po prostu współczesnym klonowaniem!
I tutaj rodzi się kolejne pytanie – kto i jak wpadł na pomysł stworzenia całej gałęzi wiedzy nakierowanej na przemiany pierwiastków i tworzenie klonów?
Alchemia pochodzi ze Wschodu – konkretnie z Egiptu, o czym mówi jej nazwa wywodząca się ze słów al-khemeja – z Khem. A krajem Khem był starożytny Egipt... Egipt, który wedle tradycji przejął dziedzictwo i spuściznę Atlantydy.
Idea transmutacji pierwiastków jest zatem stara jak świat, a przynajmniej starsza od cywilizacji europejskiej. Skąd Starożytni wiedzieli o tym, że możliwa jest przemiana jednych pierwiastków w drugie? Przemiana taka odbywa się nieprzerwanie od co najmniej 6 mld lat nad naszymi głowami – w jądrze Słońca i innych gwiazd, gdzie pod straszliwym ciśnieniem i w niewyobrażalnych temperaturach jądra wodoru łączą się w jądra helu, te zaś dalej łączą się w jądra węgla, tlenu i cięższych pierwiastków, aż do uranu o liczbie protonów w jądrze równej 92. Ludzie potrafią zsyntetyzować chociaż w minimalnych ilościach pierwiastki o liczbie protonów w jądrze wynoszącej 118 i ogólnej liczbie nukleonów 293 (proponowana nazwa ununoctium – Uuo – dane z października 2002 roku, pierwiastek ununoctium zsyntetyzowano w Berkley /USA/), zaś ostatnio zsyntetyzowali hiperciężki wodór – H-5 (5H*) z pięcioma nukleonami w jądrze! Kto im powiedział, że coś takiego jest możliwe, i że przemiany te zachodzą tylko w ogniu? Oczywiście nie chodziło o zwyczajny ogień, ale ogień jądrowych i termojądrowych przemian zachodzących w środku gwiazd. Skąd Starożytni to wiedzieli nie znając budowy materii?
Skąd Starożytni wiedzieli, że można sklonować żywy organizm nie wiedząc niczego o genach, chromosomach, itp. niuansach budowy komórek. Ba! – nie mieli pojęcia o komórkach jako takich, a co dopiero o ich budowie wewnętrznej. Zatem ponawiam pytanie – kto im to powiedział?

I znowu – próba udzielenia odpowiedzi na te pytania prowadzi do poprzedzającej nas Supercywilizacji Atlantydy, która runęła w gruzy, ale odpryski jej mądrości pozostały na ocalałych lądach dając inspirację ludziom do poznania Prawdy o otaczającym ich Wszechświecie. Alchemia, astrologia, geomancja, kartomancja, krystalomancja i inne nauki hermetyczne są w świetle tej hipotezy niczym innym, jak wykoślawionymi, wykrzywionymi i wypaczonymi teoriami naukowymi, które dawno, dawno temu były obowiązującymi na Ziemi, które niemal zapomniano, a teraz odkrywa się na nowo. Po których pozostały niepokojące artefakty i legendy, które trzeba będzie na nowo odczytać i zinterpretować. Traktują o tym prace napisane przez dr Miloša Jesenský’ego – „Bogowie atomowych wojen”, nasza wspólna – „Tajemnica Księżycowej Jaskini” i mój „Projekt Tatry”, w których przedstawiliśmy niektóre aspekty tej hipotezy.


CDN.