Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alchemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alchemia. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 września 2019

Rosyjska alchemia


Jan Matejko - "Alchemik Sędziwój"

Dimitrij Sokołow


Alchemia, jako nauka o przemianie metali w złoto, w świadomości mas zawsze wiązała się ze średniowieczną Europą. Gdzieś w piwnicach zamkowych, za grubymi murami klasztorów, czy to w czarcich młynach alchemicy bezskutecznie próbowali otrzymać drogocennym metal sztucznym sposobem. A w Rosji? Źródła twierdzą, że średniowieczna Rosja w niczym nie ustępowała, a niejednokrotnie przewyższała Europę w tej dziedzinie. Jedynego, czego w naszym kraju nie było, to właśnie alchemików, o czym historyczne dokumenty na ten temat milczą. Jednak znany pisarz i historyk Andriej Sinielnikow z faktami w rękach twierdzi, że alchemiczne dzieło było postawione w Rosji nie gorzej niż na Zachodzie. Swoimi poglądami podzielił się z naszym czasopismem.


Pytanie: Andrieju Zinowiejewiczu – czy w Rosji uczeni próbowali otrzymać złoto z nieszlachetnych metali?
Odpowiedź: Być może pan się zdziwi, ale w Rosji alchemicy rzeczywiście istnieli. W historii zachowało się niemało informacji o ludziach o tej tajemniczej profesji, żyjących na terytorium naszego kraju w Średniowieczu. O tym fenomenie napisano cały szereg książek, spośród których mógłbym odznaczyć wyjątkowo interesującą pracę Olega Fomina, który dla potomnych opisał historię alchemików na Powołżu podkreślając, że nie tylko w stolicach państwa[1] prowadzono alchemiczne doświadczenia, ale także w oddalonych – można powiedzieć „zapadłych” kątach kraju. 

P. Pozwoli pan - dlaczego zatem to zjawisko nie zostało odnotowane w pracach klasyków naszej literatury i historii?
O. Sądzę, że wszystkiemu jest winna cenzura, w tym także ta religijna. Teraz nie można powiedzieć, że nie ma żadnych informacji o rosyjskich alchemikach Średniowiecza. W pracach europejskich, perskich a nawet arabskich podróżników przebywających na Rusi, spotyka się wiele informacji o ludziach tej profesji. I tak np. znany historyk Jegor Klassen odnotował, że w Niemczech do dziś dnia (czyli XIX wieku) wykorzystuje się rosyjskie górskie nazwy. A do tego Klassen podaje zupełnie zadziwiające rzeczy! Tak np. pisze on:
- Ruś jeszcze do narodzenia Chrystusa obfitowała w złoto; znajdowało się go dużo w miejscach, gdzie nie było złotej rudy, może się ono pojawić tylko drogą handlu.
Uważam, że Klassen się mylił! Złoto mogło się pojawić całkiem z innego źródła, a to dzięki uwieńczonym powodzeniem doświadczeniom alchemicznym, które utrzymywano w ścisłej tajemnicy…

P.: Brzmi fantastycznie!
O.: Jeżeli odwrócimy się od starych podań z głębokiej przeszłości i zwrócić się ku historii kilku ostatnich wieków, to w pełni można znaleźć ślady wydarzeń, które tak bardzo starano się usunąć z naszej pokręconej historii. Tak więc wiadome jest doniesienie, wedle którego u Iwana IV Groźnego na służbie był „arkanista” niejaki Jelisiej Bomielij. W Trzecim Pskowskim Letopisie nazywa się go „szalonym mędrcem”. Bomielij jest znany w rosyjskich aktach z tego czasu jako „dochtór Jelisiej”, który był rodem z Holandii. Niektórzy twierdzą, że miejscem jego narodzenia było Wezel (Westfalia). Dzisiaj jest on znany wg atestacji N.M. Karamzina jako:
Doktor Jelisiej Bomelij oszust i hochsztapler wygrany z Niemiec, który uzyskał dostęp do cara, bo spodobał mu się dzięki swym sztuczkom, wzbudzał w nim strach, podejrzenia; oczerniał bojarów i naród, przepowiadał bunty i powstania, by dogodzić nieszczęsnemu stanowi duszy Joannowej (Iwana). Królowie na dobre i złe zawsze mają chętnych pomocników; Bomielij zasłużył na miejsce pomiędzy zausznikami Johanna, to znaczy pomiędzy złoczyńcami Rosji.
Ów „dochtór”, „dziki mędrzec i heretyk”, w samej rzeczy przepowiadał bunty i rewolty oraz był trucicielem, który usuwał niewygodne dla Iwana osoby. Astrolog, mag, alchemik, profesjonalny wytwórca skutecznych trucizn – Bomelij był przez długi czas bliski sercu Iwana Wasiliewicza, który przygotowywał zioła ze znawstwem tak, że można było przewidzieć dzień i godzinę śmierci państwowej ofiary. Jednakże od nadmiaru powodzenia zamorskiemu czarodziejowi woda sodowa uderzyła do głowy. W czasie carskiej wyprawy na Nowogród, przyszedł na niego donos jakoby wraz z nowogródzkim arcybiskupem zawiązał spisek przeciwko samemu Iwanowi Groźnemu! Surowy car jak wiadomo żartować nie lubił: „dochtóra” wzięto w dyby a potem przypiekano ogniem. Lego los był przesądzony i o ile data urodzenia carskiego lekarza nie jest pewna, to rok jego śmierci jest oczywisty – 1579, kiedy to na rozkaz Iwana IV został spalony za polityczne intrygi.

Devius przed królową Elżbietą I

P.: Czy na tym czarodzieju-alchemiku skończyła się ich kariera na carskim dworze?
O.: Rzecz w tym, że właśnie od Bomelija u ruskich samodzierżawców zaczyna się niewyjaśniona miłość najpierw do zamorskich lekarzy i trucicieli, a potem czarowników i alchemików. Po straceniu Bomelija Iwan Groźny w 1581 roku poprosił Elżbietę I królową Anglii o przysłanie mu ludzi biegłych w kunszcie lekarskim i aptekarskim. Elżbieta szybko odpowiedziała na prośbę moskiewskiego cara przysyłając następującą odpowiedź:
Potrzeby Ci uczony i przedsiębiorczy człowiek dla twego zdrowia; wysyłam Tobie jednego ze swych przybocznych doktorów, uczciwego i uczonego człowieka. Wysyłam do Ciebie doktora Roberta Jacoby’ego, męża wielce doświadczonego w leczeniu chorób, nie dlatego, że był on niepotrzebny mnie, ale dlatego, że jest on potrzebny Tobie. Możesz śmiało powierzyć mu Twoje zdrowie.
P.: Czy inni carowie też przyjmowali alchemików z Europy?
O.: A czemu tylko z Europy? Od XVI wieku na Rusi działali nasi rodzimi alchemicy. Tak więc pierwsze wspomnienie o rosyjskiej alchemii pochodzi z 1596 roku i z czasów panowania cara Fiodora Iwanowicza. W Twerze pewien człowiek „przepuszczał” (przerabiał) rudy złota i srebra. Jego to dostarczono na carski dwór i pod groźbą tortur zmuszono, by powtórzył to samo. Ale alchemik po dokonaniu kilku nieudanych doświadczeń zawołał do nieba: Panie Boże! Wielu próbowało wcześniej i nie potrafiło. Dawałem te same zioła, wlewałem te same nalewki, ale przemiana nie wyszła. Car zapytał także i ucznia alchemika z Tweru. Rezultat żałosny: Obaj zmarli w takich strasznych męczarniach, zatruwszy się rtęcią. Do tego zainteresowanie Fiodora Iwanowicza alchemią było nadzwyczajne i przejawiło się jeszcze w 1586 roku. Z historii wiadomo, że car zajmujący się modną wtedy alchemią, zaprosił do siebie znanego angielskiego kabalistę i alchemika dr Johna Dee zwanego Deviusem, który w tym czasie przebywał na praskim dworze u cesarza-alchemika Rudolfa II. Nie jest tajemnicą, że Borys Godunow także wiele czasu spędził w Choroszewie z zagranicznymi lekarzami i alchemikami obserwując ich doświadczenia…

Czy Devius miał kontakty z innymi światami?

P.: Dziwne, że przy takiej wielkiej miłości carów rosyjskich do alchemii i nie pozostały żadne dokumenty opisujące ich doświadczenia.
O.: Jest to całkowicie błędne mniemanie, wszak w siedemnastowiecznej Rosji został napisany swoisty… podręcznik alchemii! Rzecz w tym, że w 1621 roku, jeden z pierwszych carów dynastii Romanowów – Michaił Fiodorowicz zaprosił do siebie na służbę Arthura Dee – syna tegoż samego Johna Dee, który ongi przybył do Rosji na zaproszenie cara Fiodora Iwanowicza. W Rosji Arthur Dee występował pod pseudonimem Artemija Joannowicza Dijewa przez 10 lat, napisawszy w 1629 roku „Chemiczny zbornik” w którym skrajnie tradycyjnie – w odróżnieniu od prac swego ojca-czarnoksiężnika – położył podwaliny alchemii.

P.: Jeżeli państwowy gość pisał traktaty o alchemii, to na pewno istniały państwowe laboratoria alchemiczne, a także scentralizowane zaplecze materiałowe dla wielu eksperymentów alchemicznych?
O.: Istniały i one, wprawdzie już za panowania Aleksieja I Michajłowicza, któremu swe usługi zaofiarował holenderski alchemik von Haiden. Istnieje interesujący carski ukaz z 1663 roku. W nim car ogłasza, co następuje:
W Grzelskiej wołoszczyźnie dla aptekarskich i alchemickich prób poszukać gliny. Na jej poszukiwania wysłać z Moskwy mistrza Paszkę Ptickiego.  
Doskonale wiadomo, że w tym czasie w Aptekarskim Wydziale już w dostatecznym stopniu obracali się alchemicy i adepci alchemii. Później, w 1718 roku, według ukazu Piotra I, Kolegium Górnicze poszukiwało w Okręgu Moskiewskim, Grzelskiej i Sieleńskiej wołoszczyźnie rud witriolu (uwodniony siarczan żelaza – FeSO4 · 7H2O i uwodniony siarczan miedzi – CuSO4 · 5H2O). A przecież wiadomo, że witriol w alchemii jest jedną z postaci Trzeciego Elementu, za pośrednictwem którego powstaje siarka filozofów i filozoficzna rtęć.


Źródło – „Siekriety i Archiwy”, nr 1/2019, ss. 11-12
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz       


[1] Ówczesna Rosja miała dwie stolice: w dzisiejszej Moskwie i Sankt Petersburgu/Piotrogrodzie.

środa, 21 sierpnia 2019

Alchemik III Rzeszy




Dimitri Sokołow


W Imperium Rosyjskim poczynając od XVI wieku aż do rewolucji w 1917 roku, istniała oficjalna funkcja nadwornego alchemika. W swoim czasie pełnił ją Michaił Wasiliewicz Łomonosow.

Otrzymanie złota z ołowiu przez wieki było marzeniem mnóstwa alchemików, pośród których czasami trafiali się i monarchowie oświeconej Europy. Niestety, ich trud nie zwieńczył sukces. Jednakże w 1925 roku, w Niemczech pojawił się awanturnik twierdzący, że potrafi zrobić złoto z ołowiu. Dano mu wiarę…


Generator „genialnych” idei


Trudno powiedzieć, czy znano w Bawarii z pierwszej ćwierci XX wieku popularną bajkę o kaszy z topora. Tym niemniej, jeden z urodzonych tam Niemców – Franz Tausend – postanowił powtórzyć drogę życia pewnego rosyjskiego żołnierza i oświadczył, że zna sposób na uzyskanie złota z nieszlachetnych metali. Oczywiście mu nie uwierzono, chociaż w Europie istniało wiele średniowiecznych muzeów z alchemicznym złotem i nawet monetami wybitymi z niego. Ale nikt nie odnosił się poważnie do tych eksponatów. Przecież gdyby ktoś odkrył tajemnicę kamienia filozoficznego[1] to świat przewróciłby się do góry nogami. Ale Tausend nie poddawał się i twierdził, że przeprowadził wiele udanych eksperymentów otrzymując złoto z ołowiu w zwykłej pracowni pod Monachium. Ale żeby nadać sprawie bieg niezbędne mu były środki finansowe. Sponsorów jednak nie znaleziono. W rodzinnym mieście potraktowano go jak awanturnika.

Zanim pokazał im alchemiczny sposób robienia złota, Bawarczyk wydał skandaliczną książkę pt. „180 pierwiastków chemicznych, ich masy atomowe i włączenie ich do układu harmoniczno-okresowego pierwiastków”. Do tego, wedle słów samego autora, 100 pierwiastków zamierzał on dopiero odkryć. Oczywiście otoczenie odnosiło się do Tausenda z odpowiednio dużą dozą sceptycyzmu, ale jak wiadomo – guttae lapidem caveat – krople drążą skałę, i tak po pewnym czasie nasz awanturnik pozyskał swego pierwszego inwestora, który włożył w jego interes niebagatelną sumę – 100.000,- RM. Jednakże zamiast tego, by zacząć budowę fabryki do produkcji złota, Tausend… rzucił się do skupywania działek ziemi i spekulacje nimi, co przyniosło mu większy dochód, niż produkcja złota…


Franz Tausend

Alchemik z wielkiej drogi


Tak więc Tausend zapomniał o swoim „głównym celu”. Otrzymując wielkie pieniądze, a z nimi możliwości bywania w sferach, bawarski alchemik poznał kierownictwo, nabierającej coraz bardziej na znaczeniu w Niemczech partii nazistowskiej – NSDAP. Potrafiąc operować wielkim i pieniędzmi, rzutki Bawarczyk nie myśląc wiele barwnie opisał świetlaną przyszłość bonzom Trzeciej Rzeszy wynikającej z nieograniczonej produkcji złota na skalę przemysłową wedle jego recepty. Ziarno padło na podatny grunt. Naziści mający ciągotki do mistyki poszli na lep słów Tausenda. Jednakże okazali się być ludźmi praktycznymi, przez rozpoczęciem finansowania poprosili go o zademonstrowanie im metody otrzymania złota z ołowiu. Wypadałoby cwanemu Bawarczykowi obrócić wszystko w żart i nie pokazywać się na oczy nazistom. Ale nie! Tausend bez mrugnięcia okiem zgodził się na zademonstrowanie swej unikalnej metody w praktyce.

Alchemiczne Wielkie Dzieło miało mieć miejsce w łazience pokoju hotelowego. Aby wykluczyć oszustwo, naziści przyprowadzili ze sobą inżyniera-chemika, który miał za zadanie nadzorować czystość eksperymentu. Z ramienia NSDAP był tam gen. Erich Ludendorf, bliski przyjaciel Hitlera i także aktywny uczestnik Monachijskiego Puczu Piwnego.[2] Roztopiwszy ołów, alchemik dodał do niego trzy gramy tlenku żelaza (Fe2O3) i po szeregu manipulacji rzeczywiście otrzymał 0,3 g złota. Ekspert nie wierząc własnym oczom zwrócił się do Ludendorfa i ostrożnie stwierdził:
- Panie generale, to niewiarygodne, ale to jest złoto…


Włoska rezydencja Franza Tausenda


Zręczność rąk?


Po tym, jak kierownictwo NSDAP zawierzyło Franzowi Tausendowi, na jego ręce literalnie rzeką spłynęły wielkie inwestycje. Wkrótce pod naciskiem swoich nowych mocodawców, Tausend zarejestrował tzw. Spółkę 164, której zadaniem było uzyskiwanie złota z ołowiu. Generał Ludendorf jako kurator alchemika kontrolował finansowanie jego projektu, podpisał z Tausendem niewolniczą umowę, na mocy której wszelkie prawa do jego alchemicznej metody przechodziły na generała, a sam Tausend miał zadowolić się jedynie 5% udziałem w zyskach przedsiębiorstwa. Ku ogromnemu zdumieniu Ludendorfa, Bawarczyk przystał na to od razu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Tausend nie zamierzał produkować jakiegokolwiek złota, bowiem interesowały go pieniądze załatwiane przez generała i możliwość operowania nimi.

Zgodnie z podziałem pakietu akcji, dochód kompanii podzielono następująco: 12% szło do akcjonariuszy, 8% do asystentów, 5% dla Tausenda, a pozostałe 75% generał zabierał dla siebie i na potrzeby NSDAP. Bardzo szybko na kontach przedsiębiorstwa zgromadziło się ponad 1 mln RM, które rozporządzenie nimi powierzono Tausendowi. Inwestorzy i akcjonariusze z niecierpliwością oczekiwali, kiedyż to wreszcie zacznie się produkcja złota na skalę przemysłową. Na próżno. Tausend miał o wiele ważniejsze zadania. Jeździł on po całym kraju rejestrował kompanie, które dzisiaj nazwalibyśmy pralniami pieniędzy. Najczęściej organizacje te występowały pod nazwą Towarzystwo Badawcze Franza Tausenda. A do tego alchemik nie przestawał reklamować na prawo i na lewo swe odkrycie. Doszło do tego, że w inwestorach jego kompanii produkującej złoto z ołowiu znalazł się sam Benito Mussolini, a filie jego firmy pojawiły się we Włoszech.

Ale chciwość i samouwielbienie obróciły się w końcu przeciwko niemu i zgubiły bawarskiego alchemika. Włosi okazali się być niedostatecznie egzaltowanymi i łatwowiernymi jak Niemcy i potrzebowali dowodów na prawdziwość metody Tausenda. Licząc na to, że eksperyment podobnie jak w przypadku Ludendorfa przebiegnie pomyślnie, Tausend zaprosił Włochów do siebie do laboratorium. Był wielce zdziwiony, kiedy na progu swego laboratorium ujrzał nie paru ekspertów, nasłanych na niego przez Duce, ale znanego profesora chemii otoczonego wielką grupą uczonych. Uciec nie było dokąd i eksperyment się rozpoczął. Z początku wszystko szło jak po maśle, ale w najważniejszym momencie profesor dokładnie obserwujący „robienie złota” złapał Tausenda za rękę w chwili, w której awanturnik zamierzał wrzucić do tygla kawałek ołowiu z cząstkami wtopionego weń złota. Oszustwo zostało zdemaskowane. Powstał z tego ogromny skandal.

Franz Tausend na ławie oskarżonych


Krach aferzysty


Przeczuwając szybki koniec, w 1929 roku Tausend ogłosił bankructwo swego Towarzystwa Badawczego Franza Tausenda, oczyścił konta z miliona marek na zakup… działek ziemi i zapisał je na swe nazwisko. Wkrótce został on aresztowany za oszustwo. Od natychmiastowej rozprawy sądowej uratowało go tylko to, że naziści nie przejęli jeszcze pełni władzy w kraju[3], a świadkami w procesie byliby bardzo wysoko postawieni ludzie z NSDAP. Postanowił więc blefować do ostatka, Franz Tausend butnie oświadczył, że wszystkie oskarżenia są kłamliwe, a on rzeczywiście zna sposób „robienia złota” z ołowiu i zażądał przeprowadzenia eksperymentu śledczego. I choć brzmi to niewiarygodnie, sąd przychylił się do jego prośby. (!!!)

Kolejne, trzecie już z kolei, pokazowe „warzenie złota” miała miejsce w budynku monachijskiej mennicy. Aby wykluczyć możliwość oszustwa, Bawarczyka rozebrano i starannie zrewidowano. Dopiero potem dopuszczono go do przeprowadzenia eksperymentu. Następnie stało się coś niewiarygodnego. Tausend z ołowianej próbki o wadze 1,67 g uzyskał maleńką kuleczkę składającą się z 0,095 g złota i 0,025 g srebra.

Sąd był w zamieszaniu, a adwokaci natychmiast zażądali wypuszczenia swego klienta. Uratowali sprawę badacze, którzy przytomnie oświadczyli, że nie sądzi się go za możliwość robienia złota z ołowiu, ale za machinacje i oszustwa finansowe o wielkich rozmiarach. W 1931 roku fałszywego alchemika skazano na 3 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

Franz Tausend zmarł w 1942 roku, pozostawiając potomnym zagadkę, kimże on był w rzeczy samej: utalentowanym uczonym-samoukiem czy jednym z najbardziej cwanych awanturników w historii Niemiec.


Moje 3 grosze


Pomijając fakt, że Tausend był jednak tym drugim, wciąż pozostaje otwarte pytanie o robienie złota w III Rzeszy. Pisząc wraz z dr. Milošem Jesenským książkę na temat pozaziemskich technologii w III Rzeszy[4], zwróciliśmy uwagę na pewien dziwny aspekt istnienia tajemniczego kompleksu Der Riese w Górach Sowich.

Powszechnie uważa się, że Riese było częścią kompleksu dowódczo-sztabowego, fabryką broni i amunicji, kompleksem badań nad bronią jądrową, kompleksem badawczo-produkcyjnym broni odwetowych - w tym sławetnej V-7, itd. itp. Na ten temat powstało mnóstwo hipotez i snuto różne przypuszczenia o podobnym stopniu prawdopodobieństwa.

W naszej książce rzuciliśmy jeszcze jedną propozycję, a mianowicie: Riese miał być fabryką … złota. Hipoteza szaleńcza? No nie bardzo. III Rzesza potrzebowała złota na spłacenie przede wszystkim długów zaciągniętych w ramach wysiłku wojennego. Źródła złota znajdowały się poza zasięgiem nazistów, więc co było robić? Na szczęście Niemcy dowiedzieli się o możliwościach fizyki jądra atomowego i transmutacji jednych pierwiastków w drugie. Tak więc znów pojawiła się alchemia, ale ta współczesna – alchemia jądra atomowego.

Jednakże złoto jest metalem niezwykle odpornym i trudnym do syntezy. Oczywiście taka synteza jest możliwa, ale potrzeba do niej ogromnych ilości energii. Całość polega na tym, że np. irydowy target ostrzeliwuje się cząstkami alfa, które wnikając do jąder atomowych zmieniają iryd w złoto zgodnie z równaniem: 19577Ir + 42α => 19779Au. Innym sposobem jest rozpad jąder izotopów cięższych pierwiastków tak, by jednym z produktów rozpadu był ten upragniony, jedyny stabilny izotop 197Au. Dokładnie opisał to Klaus Hoffman w książce „Sztuczne złoto”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1985, którą polecam.

Wirówki i reaktory mogły zatem znajdować się w Riese, gdzie przygotowywano paliwo jądrowe i tarcze. Cyklotron(y) mógłby znajdować się w Ludwikowicach. Świadczy o tym tajemnicza „muchołapka” do której wiodły potężne kable energetyczne. Ich obecność nadaje sens tej hipotezie, bo takie urządzenie żre potworne ilości prądu.

NB, reaktory jądrowe znajdował się także we Wrocławiu, jak pisze Bogusław Wołoszański – przy pl. Strzegomskim i ul. Ołbińskiej, które są odpowiednikami obiektów w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu n./Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.[5] Na szczęście nazistom nie udało się ich wszystkich uruchomić i III Rzesza nie uzyskała maszynki do robienia złota. Może dlatego, że zabrali się do tego od niewłaściwej strony…?


Źródło - "Tajny XX wieka"nr 3/2019, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - (C) R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Lapis philosophorum znany jako xerion lub tinctura.
[2] Nieudana próba zamachu stanu i przejęcia władzy w Bawarii przez NSDAP w dniach 8-9.XI.1923 r.
[3] Nastąpiło to dopiero w 1933 roku.
[4] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland: Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS, Warszawa 2001.
[5] Wg Bogusław Wołoszański - „Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce” - w „Focus”  - https://www.focus.pl/artykul/slady-hitlerowskiego-programu-atomowego-w-polsce

niedziela, 29 stycznia 2017

Jak stać się nieśmiertelnym?



Odwieczne marzenie Ludzkości - eliksir nieśmiertelności

Płaton Wiktorow


Chiński cesarz Cziń Szihuandi (III w p.n.e.) zmarł po zażyciu rtęciowej tabletki na nieśmiertelność. Dworzanie pozostawili jego ciało na tronie i więcej niż miesiąc rządzili krajem w imieniu cesarza… 

Od niepamiętnych czasów ludzie poszukiwali sposobu dojścia do nieśmiertelności czy chociażby przedłużenia swego życia. Legendy o osiągnięciu wiecznej młodości były przekazywane z pokolenia na pokolenie w całej historii Ludzkości. Uczeni Starożytności i Średniowiecza pozostawili po sobie wiele zadziwiających recept na długowieczność – od przyjmowania mikstur z wysuszonych i sproszkowanych nietoperzy do nacierania ciała łzami dziewic. I sądząc po zachowanych dokumentach, niektóre środki dawały zadziwiające efekty.

Cynober


Cynober czy medytacja?


Najwcześniejsze z rękopiśmiennych świadectw poszukiwań wiecznej młodości pochodzą z Chin, z I tysiąclecia p.n.e. 

Zgodnie z historycznymi kronikami, chińscy mnisi posiadali wiedzę o przygotowaniu środka przedłużającego życie. Ważnym komponentem tego preparatu był cynober (siarczek rtęci – HgS) albo siarkowa rtęć – tj. rtęć wymieszana z siarką, który dzięki swej barwie kojarzył się z krwią. Rękopisy wspominają o ówczesnym uczonym zwanym Czufu, który przyjmował oczyszczony cynober wraz z saletrą (KNO3) przez 30 lat – i w rezultacie zaczął być uważany za młodzieńca, a jego włosy stały się jasnoczerwone. 

Na początku naszej ery, chińska alchemia rozdzieliła się na zewnętrzną i wewnętrzną (czyli zajmującą się światem zewnętrznym i wnętrzem). Pierwszy naukowy kierunek wychodziło od tego, że nieśmiertelność można osiągnąć poprzez przyjmowanie specjalnych preparatów, zaś drugi – że nieśmiertelność można osiągnąć siłami samego organizmu, które należy zaktywizować przy pomocy specjalnej gimnastyki oddechowej, diety, ćwiczeń fizycznych i medytacji. 

Stopniowo wewnętrzna alchemia wyparła zewnętrzną. Wiadomo, że Czyngiz-chan usłyszawszy o chińskim mnichu Czangu Czunie, który posiadał sekret wiecznej młodości i żył już 300 lat, wysłał do Chin swych wysłanników, żeby przywieźli tego maga do Samarkandy. Ale po przyjeździe Czang Czuna zamiast tego, by sporządzić dla Wielkiego Chana eliksir nieśmiertelności, zaczął opowiadać mu o potrzebie powstrzymywania się i zdrowym trybie życia.

Alchemia chińska - Biały Księżycowy Zając przygotowuje eliksir wiecznej młodości pod świętym drzewem. Aplikacja na szatach imperatora Chin, XV wiek


Eliksir z nawozu


Rady na temat długowieczności spotykamy w antycznej pracach greckich, egipskich i perskich autorów. I tak np. w pracach Arystotelesa wspomina się o Epimenidesie – kapłanie i poecie z wyspy Krety, który w 596 roku p.n.e., w wieku 300 lat został zaproszony do Aten do uczestnictwa w ceremoniach ofiarnych, zaś Pliniusz Starszy pisał o pewnym Iliryjczyku (Iliria to antyczna kraina znajdująca się na terytorium byłej Jugosławii – przyp. tłum.), który dożył do 500 lat. 

W charakterze środków na długowieczność w tych pracach figurują napoje młodości, przygotowywanych z owoców wiecznej młodości. Za takie eliksiry antyczni Grecy uważali ambrozję i staroirańską haomę (zwaną również somą, był to sok z pewnych gatunków grzybów zawierający substancje halucynogenne – przyp. tłum.)

Jedna z recept na długowieczność podawała takie ingrediencje cudownego środka:
Miód z Afryki, gencjana z Krety, cztery gatunki żywych żmij ze Sparty, gojące korzenie z Galii, Scytii i Macedonii, a także włosy Centaura. 

Ponadto eliksiry młodości z basenu Morza Śródziemnego w tym czasie były związane z zapotrzebowaniem na niezwykłe produkty – np. zasuszone żmije czy żaby, martwe myszy, a także ekskrementów ludzkich i zwierzęcych.


Oddech młodych dziewcząt


W czasach biblijnych, jednym ze sposobów przywrócenia młodości był oddech dzieci a w szczególności młodych dziewcząt, które nocą leżały obok starszych ludzi. wiadomo, że królowa Egiptu – Kleopoatra – nocą otaczała się młodzieńcami. 

Później taka metoda stała się popularną we Francji w XVIII wieku, gdzie powstały całe firmy wynajmujące bogaczom na noc młode, niewinne dziewczęta. Leczenie trwało 24 doby, przy czym intymne usługi nie były wliczane w terapię, ale w rezultacie podobnych procedur u ludzi podwyższa się życiowy tonus i nawet przechodziły niektóre zachorowania!

Już w naszych czasach badania wykazały, że ludzka skóra ludzka jest bardzo czuła na pola termiczne pochodzące od innych ludzi – i te wywody stały się ważkim argumentem wspierającym czynnik gojący czułych dotknięć i zastosowania ich w celach leczniczych.


Gojący instynkt podstawowy


Stosunki intymne były uważane przez dawnych lekarzy za rodzaj efektywnego środka odmładzającego. To właśnie można znaleźć w rysunkach pochodzących sprzed istniejącej ponad 2000 lat temu cywilizacji Indii, Bliskiego Wschodu i Chin, a także w klasycznych traktatach o miłości takich jak „Uczta” i „Fajdros” Platona (IV w. p.n.e.) „Sztuka miłości” Owidiusza (I w.), indyjska „Kamasutra” (III-IV w.) „Pieczone gołąbki” Ibn Hazma (XI w.) i in. One nie tylko zawierają informacje o technikach seksualnych, ale przede wszystkim skupiają się na odmładzającym efekcie stosunków płciowych. Na to także wskazują prace dawnych medyków Starożytności, a szczególnie Hipokratesa i Avicenny.


Lekarstwa z elementami kanibalizmu


Niektóre preparaty odmładzające były związane z krwią i ciałem ludzi czy ich fragmentami. 

A oto recepta z antycznego perskiego tekstu:
Rudego i piegowatego człowieka karmić owocami do 30 roku, potem opuścić do kamiennej kadzi z miodem i innymi przyprawami poczym hermetycznie zamknąć. Przez 120 lat ciało zamieni się w mumię, którą należy po kawałku przyjmować w charakterze środka dającego nieśmiertelność. 

Mieszkańcy Antycznego Rzymu sądzili, że źródłem długowieczności jest krew – szczególnie ludzi młodych. Po zakończeniu walk gladiatorów, wielu staruszków wychodziło na arenę i obmywali się krwią zabitych i rannych. 

Aptekarze z XII wieku, w charakterze środka przeciwko starości używali proszku zrobionego z mumii pochodzących z Egiptu. Przypisywano mu czarodziejskie, magiczne właściwości – podobnie jak i innym fragmentom ciał zmarłych. 


Ruiny czachtickiego zamku Elżbiety Batory


Węgierska hrabina Elżbieta Batory vel Erzsébet Báthory (1560-1614) w celu zachowania młodości kąpała się we krwi zamordowanych dziewic. Wedle świadectw historyków, po śmierci hrabiny w piwnicach jej zamku znaleziono ponad 600 szkieletów dziewczęcych. (Zob. także - http://wszechocean.blogspot.com/2012/06/krwawa-hrabina-elzbieta-batory-1_936.html i dalsze, http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/sprawa-nr-007h-tajemnice-polskich.html i dalsze - przyp. tłum.)


Spalić czarnego smoka


W Średniowieczu teorią odmładzania zajmowali się alchemicy. Ich idee oparte były na pracach greckich filozofów – Platona i Arystotelesa – zgodnie z którymi wszystkie przedmioty martwe i istoty żywe we Wszechświecie w różnych proporcjach składają się z czterech elementów: ognia, powietrza, ziemi i wody. Nieśmiertelność, wedle poglądów Arystotelesa, może dać nam piąty element – kwidesencja. 

Podstawowym celem alchemików stało się poszukiwanie tegoż elementu, nazywanego także kamieniem filozoficznym i eliksirem nieśmiertelności. Do tego uczeni ze Średniowiecza uważali, że kamień filozoficzny poza dawaniem wiecznego życia może zmienić (transmutować – przyp. tłum.) ołów czy żelazo w złoto i srebro, czyli że wedle nich istniała paralela pomiędzy chemiczną przemianą metali a odmłodzeniem organizmu człowieka – bowiem jak sądzili, metale rosną w trzewiach Ziemi dokładnie tak, jak dziecko rośnie w brzuchu matki. 

Głównym materiałem, z którym pracowali średniowieczni alchemicy, była rtęć. Jest ona i metalem i cieczą, tak więc dokładnie przypominała idealną materię, z której jakimś sposobem można było otrzymać inne metale, a co najważniejsze – kamień filozoficzny dający nieśmiertelność. (A jak ktoś chce wiedzieć, jak to działa, to odsyłam Czytelnika do pierwszego tomu powieściowego cyklu J. K. Rowling o Harrym Potterze – „Harry Potter i kamień filozoficzny” – uwaga tłum.)

Recepta angielskiego alchemika George’a Ripleya (XV w.) opublikowana w jego „Księdze dwunastu wrót” („Liber duodecim portarum”) głosiła, że w celu otrzymania eliksiru wiecznego życia:
Należy zmieszać rtęć ze spirytusem winogronowym, a następnie odparować aż do otrzymania twardej materii, którą potem się destyluje w glinianej retorcie. Wtedy na dnie retorty pojawi się czarny smok, którego należy rozetrzeć na kamieniu i spalić, zaś produkty spalenia dalej destylować. W rezultacie czego pojawi się materia podobna do ludzkiej krwi – i to właśnie jest napój długowieczności.
 
[Podobne recepty można znaleźć w książeczce Z. Zwoźniaka – „Alchemia” (KAW, Warszawa, 1978), a także R. Bugaja – „Nauki tajemne w dawnej Polsce – Mistrz Twardowski” (Ossolineum, Wrocław 1986),  które polecam – uwaga tłum.]

Także złoto mogło być komponentem takiego eliksiru, przecież ono nie podlega reakcjom chemicznym, a to – wedle logiki alchemików – właśnie oznacza nieśmiertelność. (Jednak złoto roztwarza się z niektórymi kwasami – np. mieszaniną kwasu solnego i azotowego czyli „wodą królewską” czy zasadowych roztworach cyjanków, poza tym rozpuszcza się w rtęci tworząc amalgamat – uwaga tłum.)

Uchowała się receptura sporządzona przez lekarza papieża Bonifacego VIII (XIII w.):
Przyjmij do wnętrza zmieszane i sproszkowane złoto, perły, szafiry  i inne drogocenne kamienie, kość słoniową, drewno sandałowca, serce renifera, korzeń aloesu, piżmo i ambrę. 

Z egipskich mumii sporządzano cudowne środki odmładzające...


60+ nie jest progiem?


Czytelnik na pewno zada pytanie: a czy pomogły komukolwiek receptury średniowiecznych alchemików? Co my wiemy o długowieczności w tamtych czasach? 

W kościelnych kronikach jest wzmianka o biskupie Allanie de Lisle zmarłym w 1278 roku. Mówi się o nim, że znał skład eliksiru nieśmiertelności – albo, według innych, przedłużającego życie. Kiedy on już w sędziwym wieku umierał ze starości, zażycie tego eliksiru pozwoliło mu żyć jeszcze 60 lat. 

Znany filozof sir Roger Bacon, w jednej ze swych prac mówił o człowieku o nazwisku Papalius, który długie lata przeżył w niewoli u Saracenów i tam poznał tajemnicę czarodziejskiego środka, którego używając dożył do 500 lat.
Tak więc jak widać, w średniowiecznych dokumentach często spotykamy wzmianki o eliksirach wiecznej młodości. Z jednej strony istnienie tak efektywnych preparatów wydaje się być mało prawdopodobne. Jednakże proszę nie zapominać, że to alchemia stała się protoplastką współczesnej farmakologii. Wielu uczonych twierdzi, że ludzki organizm jest obliczony na o wiele dłuższe życie, niż ono jest – i ten fakt, że ludzie do dziś dnia nie potrafią się nim posługiwać, może mówić o utracie recept na długowieczność, które zostały dawno odkryte, ale nie dotrwały do naszego czasu… 

(Dowodem na to jest choćby wiek biblijnych patriarchów opisanych w 5. rozdziale Księgi Rodzaju. Poza tym długowieczni byli także Atlantydzi oraz… Aghartyjczycy, o czym pisze F. A. Ossendowski. Wiedza ta dotrwała do naszych czasów jedynie w postaci przekazów religijnych, i właśnie jest to źródło wiedzy o tamtych ludziach ich wiedzy i czasach… - uwaga tłum.)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 51/2015, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. F. Leśniakiewicz