Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna niekonwencjonalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna niekonwencjonalna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lutego 2022

Magiczny dar



Iwan Gawriłow

 

Kiedy miało miejsce to wydarzenia, mój dziadek Stiepan miał pięć lat.

 

Miejscowa czarownica

 

W ich wsi mieszkała babka Serafima. Była to niepokaźna staruszka, ale wszyscy o niej wiedzieli jedno, że była to wiedźma – a to znaczy tyle, co wiedząca. Do babki Serafimy często zwracali się ludzie z różnymi sprawami: a to podleczyć się, a to pomóc ze zwierzętami gospodarskimi, a to pogadać, a to zdjąć urok, i tak dalej. Często przyjeżdżali do niej mieszkańcy sąsiednich wsi i osiedli – jej sława sięgała daleko od miejsca jej zamieszkania. Babka Serafima nikomu nie odmawiała, leczyła ludowymi sposobami, odprawiała magiczne rytuały. Często ją widziano za wsią, jak zbierała jakieś ziółka i korzenie.

I tak jak babci Serafimie stuknęła dziewięćdziesiąta, to ona zległa. Stało się jasne, że miejscowa czarownica już długo nie pociągnie – śmierć była bliska. Biedna staruszka męczyła się, jęczała a nawet krzyczała, a jakoś umrzeć nie mogła. Jest takie przekonanie, że wiedźma nie może tak sobie łatwo umrzeć – on musi komuś przekazać swój magiczny dar.

 

Umarła z uśmiechem

 

Dzieci babka Serafima nie miała, ale za to mnóstwo rodziny: kuzynki i kuzyni a także ich dzieci. Jednakże oni bali się podejść do łoża umierającej, nie chcieli, by komukolwiek z nich dostał się ten magiczny dar. I chociaż babka Serafima prosiła bardzo, nikt nie miał odwagi pomóc jej przejść do tamtego świata. A potem stało się nieoczekiwane. Kiedy krewni przyszli odwiedzić staruszkę, to zobaczyli, ze ona już nie żyje, i co więcej – umarła z uśmiechem na ustach.

Długo dla mieszkańców wsi pozostawało sekretem to, dlaczego tak się stało. A w rok później okazała się przyczyna. Jakoś tak w rodzinie mojego dziadka zachorowała krowa. Miejscowy weterynarz niczego nie mógł zrobić. I naraz do krowy podeszła moja babcia Masza – starsza siostra dziadka Stiepana, któremu w tym czasie była lat 12.

- Wiem, co trzeba zrobić – powiedziała ona. Potem poszła do lasu i wróciła z jakimiś ziołami, coś tam z nich przygotowała, dała krowie, a tej zrobiło się lepiej.

 

„Chcę być czarownicą!”

 

Rodzice wypytywali Marinę, kto ją tego nauczył, a ona w końcu się przyznała. Okazało się, że dowiedziawszy się o tym, że nikt nie chciał przyjąć magicznego daru babki Serafimowej, dziewczynka bardzo się dziwiła.

- Przecież to jest bardzo dobrze stać się taką czarodziejką – myślała ona. I tak po cichu poszła do umierającej. Ta wzięła Maszę za rękę, uśmiechnęła się i umarła.

I od tej pory Masza stała się miejscową wiedźmą. Ona sama nie mogła wyjaśnić, jak potrafi leczyć, szeptać, odprawiać magiczne rytuały, to wszystko wychodziło jakby samo z siebie – rodzaj subwiedzy – dosłownie ona zawsze wiedziała, co trzeba robić w danym przypadku.

No, ale dar ten miał swoje ciemne strony – Marina do końca swych dni była samotną. Być może było to przekleństwo magicznego daru, a być może i dlatego, że od dzieciństwa ludzie trzymali się od niej z daleka z powodu tegoż daru…?

I znów, Marina umierała bardzo ciężko, ale swego daru już nikomu nie przekazała. Ona przemęczyła się kilkanaście dni, a potem miejscowi chłopi wyrąbali dziurę w dachu jej domu by – zgodnie z wierzeniami – dusza wiedźmy może spokojnie opuścić jej ciało.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii”, nr 35/2021, s.16.

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  

niedziela, 29 stycznia 2017

Jak stać się nieśmiertelnym?



Odwieczne marzenie Ludzkości - eliksir nieśmiertelności

Płaton Wiktorow


Chiński cesarz Cziń Szihuandi (III w p.n.e.) zmarł po zażyciu rtęciowej tabletki na nieśmiertelność. Dworzanie pozostawili jego ciało na tronie i więcej niż miesiąc rządzili krajem w imieniu cesarza… 

Od niepamiętnych czasów ludzie poszukiwali sposobu dojścia do nieśmiertelności czy chociażby przedłużenia swego życia. Legendy o osiągnięciu wiecznej młodości były przekazywane z pokolenia na pokolenie w całej historii Ludzkości. Uczeni Starożytności i Średniowiecza pozostawili po sobie wiele zadziwiających recept na długowieczność – od przyjmowania mikstur z wysuszonych i sproszkowanych nietoperzy do nacierania ciała łzami dziewic. I sądząc po zachowanych dokumentach, niektóre środki dawały zadziwiające efekty.

Cynober


Cynober czy medytacja?


Najwcześniejsze z rękopiśmiennych świadectw poszukiwań wiecznej młodości pochodzą z Chin, z I tysiąclecia p.n.e. 

Zgodnie z historycznymi kronikami, chińscy mnisi posiadali wiedzę o przygotowaniu środka przedłużającego życie. Ważnym komponentem tego preparatu był cynober (siarczek rtęci – HgS) albo siarkowa rtęć – tj. rtęć wymieszana z siarką, który dzięki swej barwie kojarzył się z krwią. Rękopisy wspominają o ówczesnym uczonym zwanym Czufu, który przyjmował oczyszczony cynober wraz z saletrą (KNO3) przez 30 lat – i w rezultacie zaczął być uważany za młodzieńca, a jego włosy stały się jasnoczerwone. 

Na początku naszej ery, chińska alchemia rozdzieliła się na zewnętrzną i wewnętrzną (czyli zajmującą się światem zewnętrznym i wnętrzem). Pierwszy naukowy kierunek wychodziło od tego, że nieśmiertelność można osiągnąć poprzez przyjmowanie specjalnych preparatów, zaś drugi – że nieśmiertelność można osiągnąć siłami samego organizmu, które należy zaktywizować przy pomocy specjalnej gimnastyki oddechowej, diety, ćwiczeń fizycznych i medytacji. 

Stopniowo wewnętrzna alchemia wyparła zewnętrzną. Wiadomo, że Czyngiz-chan usłyszawszy o chińskim mnichu Czangu Czunie, który posiadał sekret wiecznej młodości i żył już 300 lat, wysłał do Chin swych wysłanników, żeby przywieźli tego maga do Samarkandy. Ale po przyjeździe Czang Czuna zamiast tego, by sporządzić dla Wielkiego Chana eliksir nieśmiertelności, zaczął opowiadać mu o potrzebie powstrzymywania się i zdrowym trybie życia.

Alchemia chińska - Biały Księżycowy Zając przygotowuje eliksir wiecznej młodości pod świętym drzewem. Aplikacja na szatach imperatora Chin, XV wiek


Eliksir z nawozu


Rady na temat długowieczności spotykamy w antycznej pracach greckich, egipskich i perskich autorów. I tak np. w pracach Arystotelesa wspomina się o Epimenidesie – kapłanie i poecie z wyspy Krety, który w 596 roku p.n.e., w wieku 300 lat został zaproszony do Aten do uczestnictwa w ceremoniach ofiarnych, zaś Pliniusz Starszy pisał o pewnym Iliryjczyku (Iliria to antyczna kraina znajdująca się na terytorium byłej Jugosławii – przyp. tłum.), który dożył do 500 lat. 

W charakterze środków na długowieczność w tych pracach figurują napoje młodości, przygotowywanych z owoców wiecznej młodości. Za takie eliksiry antyczni Grecy uważali ambrozję i staroirańską haomę (zwaną również somą, był to sok z pewnych gatunków grzybów zawierający substancje halucynogenne – przyp. tłum.)

Jedna z recept na długowieczność podawała takie ingrediencje cudownego środka:
Miód z Afryki, gencjana z Krety, cztery gatunki żywych żmij ze Sparty, gojące korzenie z Galii, Scytii i Macedonii, a także włosy Centaura. 

Ponadto eliksiry młodości z basenu Morza Śródziemnego w tym czasie były związane z zapotrzebowaniem na niezwykłe produkty – np. zasuszone żmije czy żaby, martwe myszy, a także ekskrementów ludzkich i zwierzęcych.


Oddech młodych dziewcząt


W czasach biblijnych, jednym ze sposobów przywrócenia młodości był oddech dzieci a w szczególności młodych dziewcząt, które nocą leżały obok starszych ludzi. wiadomo, że królowa Egiptu – Kleopoatra – nocą otaczała się młodzieńcami. 

Później taka metoda stała się popularną we Francji w XVIII wieku, gdzie powstały całe firmy wynajmujące bogaczom na noc młode, niewinne dziewczęta. Leczenie trwało 24 doby, przy czym intymne usługi nie były wliczane w terapię, ale w rezultacie podobnych procedur u ludzi podwyższa się życiowy tonus i nawet przechodziły niektóre zachorowania!

Już w naszych czasach badania wykazały, że ludzka skóra ludzka jest bardzo czuła na pola termiczne pochodzące od innych ludzi – i te wywody stały się ważkim argumentem wspierającym czynnik gojący czułych dotknięć i zastosowania ich w celach leczniczych.


Gojący instynkt podstawowy


Stosunki intymne były uważane przez dawnych lekarzy za rodzaj efektywnego środka odmładzającego. To właśnie można znaleźć w rysunkach pochodzących sprzed istniejącej ponad 2000 lat temu cywilizacji Indii, Bliskiego Wschodu i Chin, a także w klasycznych traktatach o miłości takich jak „Uczta” i „Fajdros” Platona (IV w. p.n.e.) „Sztuka miłości” Owidiusza (I w.), indyjska „Kamasutra” (III-IV w.) „Pieczone gołąbki” Ibn Hazma (XI w.) i in. One nie tylko zawierają informacje o technikach seksualnych, ale przede wszystkim skupiają się na odmładzającym efekcie stosunków płciowych. Na to także wskazują prace dawnych medyków Starożytności, a szczególnie Hipokratesa i Avicenny.


Lekarstwa z elementami kanibalizmu


Niektóre preparaty odmładzające były związane z krwią i ciałem ludzi czy ich fragmentami. 

A oto recepta z antycznego perskiego tekstu:
Rudego i piegowatego człowieka karmić owocami do 30 roku, potem opuścić do kamiennej kadzi z miodem i innymi przyprawami poczym hermetycznie zamknąć. Przez 120 lat ciało zamieni się w mumię, którą należy po kawałku przyjmować w charakterze środka dającego nieśmiertelność. 

Mieszkańcy Antycznego Rzymu sądzili, że źródłem długowieczności jest krew – szczególnie ludzi młodych. Po zakończeniu walk gladiatorów, wielu staruszków wychodziło na arenę i obmywali się krwią zabitych i rannych. 

Aptekarze z XII wieku, w charakterze środka przeciwko starości używali proszku zrobionego z mumii pochodzących z Egiptu. Przypisywano mu czarodziejskie, magiczne właściwości – podobnie jak i innym fragmentom ciał zmarłych. 


Ruiny czachtickiego zamku Elżbiety Batory


Węgierska hrabina Elżbieta Batory vel Erzsébet Báthory (1560-1614) w celu zachowania młodości kąpała się we krwi zamordowanych dziewic. Wedle świadectw historyków, po śmierci hrabiny w piwnicach jej zamku znaleziono ponad 600 szkieletów dziewczęcych. (Zob. także - http://wszechocean.blogspot.com/2012/06/krwawa-hrabina-elzbieta-batory-1_936.html i dalsze, http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/sprawa-nr-007h-tajemnice-polskich.html i dalsze - przyp. tłum.)


Spalić czarnego smoka


W Średniowieczu teorią odmładzania zajmowali się alchemicy. Ich idee oparte były na pracach greckich filozofów – Platona i Arystotelesa – zgodnie z którymi wszystkie przedmioty martwe i istoty żywe we Wszechświecie w różnych proporcjach składają się z czterech elementów: ognia, powietrza, ziemi i wody. Nieśmiertelność, wedle poglądów Arystotelesa, może dać nam piąty element – kwidesencja. 

Podstawowym celem alchemików stało się poszukiwanie tegoż elementu, nazywanego także kamieniem filozoficznym i eliksirem nieśmiertelności. Do tego uczeni ze Średniowiecza uważali, że kamień filozoficzny poza dawaniem wiecznego życia może zmienić (transmutować – przyp. tłum.) ołów czy żelazo w złoto i srebro, czyli że wedle nich istniała paralela pomiędzy chemiczną przemianą metali a odmłodzeniem organizmu człowieka – bowiem jak sądzili, metale rosną w trzewiach Ziemi dokładnie tak, jak dziecko rośnie w brzuchu matki. 

Głównym materiałem, z którym pracowali średniowieczni alchemicy, była rtęć. Jest ona i metalem i cieczą, tak więc dokładnie przypominała idealną materię, z której jakimś sposobem można było otrzymać inne metale, a co najważniejsze – kamień filozoficzny dający nieśmiertelność. (A jak ktoś chce wiedzieć, jak to działa, to odsyłam Czytelnika do pierwszego tomu powieściowego cyklu J. K. Rowling o Harrym Potterze – „Harry Potter i kamień filozoficzny” – uwaga tłum.)

Recepta angielskiego alchemika George’a Ripleya (XV w.) opublikowana w jego „Księdze dwunastu wrót” („Liber duodecim portarum”) głosiła, że w celu otrzymania eliksiru wiecznego życia:
Należy zmieszać rtęć ze spirytusem winogronowym, a następnie odparować aż do otrzymania twardej materii, którą potem się destyluje w glinianej retorcie. Wtedy na dnie retorty pojawi się czarny smok, którego należy rozetrzeć na kamieniu i spalić, zaś produkty spalenia dalej destylować. W rezultacie czego pojawi się materia podobna do ludzkiej krwi – i to właśnie jest napój długowieczności.
 
[Podobne recepty można znaleźć w książeczce Z. Zwoźniaka – „Alchemia” (KAW, Warszawa, 1978), a także R. Bugaja – „Nauki tajemne w dawnej Polsce – Mistrz Twardowski” (Ossolineum, Wrocław 1986),  które polecam – uwaga tłum.]

Także złoto mogło być komponentem takiego eliksiru, przecież ono nie podlega reakcjom chemicznym, a to – wedle logiki alchemików – właśnie oznacza nieśmiertelność. (Jednak złoto roztwarza się z niektórymi kwasami – np. mieszaniną kwasu solnego i azotowego czyli „wodą królewską” czy zasadowych roztworach cyjanków, poza tym rozpuszcza się w rtęci tworząc amalgamat – uwaga tłum.)

Uchowała się receptura sporządzona przez lekarza papieża Bonifacego VIII (XIII w.):
Przyjmij do wnętrza zmieszane i sproszkowane złoto, perły, szafiry  i inne drogocenne kamienie, kość słoniową, drewno sandałowca, serce renifera, korzeń aloesu, piżmo i ambrę. 

Z egipskich mumii sporządzano cudowne środki odmładzające...


60+ nie jest progiem?


Czytelnik na pewno zada pytanie: a czy pomogły komukolwiek receptury średniowiecznych alchemików? Co my wiemy o długowieczności w tamtych czasach? 

W kościelnych kronikach jest wzmianka o biskupie Allanie de Lisle zmarłym w 1278 roku. Mówi się o nim, że znał skład eliksiru nieśmiertelności – albo, według innych, przedłużającego życie. Kiedy on już w sędziwym wieku umierał ze starości, zażycie tego eliksiru pozwoliło mu żyć jeszcze 60 lat. 

Znany filozof sir Roger Bacon, w jednej ze swych prac mówił o człowieku o nazwisku Papalius, który długie lata przeżył w niewoli u Saracenów i tam poznał tajemnicę czarodziejskiego środka, którego używając dożył do 500 lat.
Tak więc jak widać, w średniowiecznych dokumentach często spotykamy wzmianki o eliksirach wiecznej młodości. Z jednej strony istnienie tak efektywnych preparatów wydaje się być mało prawdopodobne. Jednakże proszę nie zapominać, że to alchemia stała się protoplastką współczesnej farmakologii. Wielu uczonych twierdzi, że ludzki organizm jest obliczony na o wiele dłuższe życie, niż ono jest – i ten fakt, że ludzie do dziś dnia nie potrafią się nim posługiwać, może mówić o utracie recept na długowieczność, które zostały dawno odkryte, ale nie dotrwały do naszego czasu… 

(Dowodem na to jest choćby wiek biblijnych patriarchów opisanych w 5. rozdziale Księgi Rodzaju. Poza tym długowieczni byli także Atlantydzi oraz… Aghartyjczycy, o czym pisze F. A. Ossendowski. Wiedza ta dotrwała do naszych czasów jedynie w postaci przekazów religijnych, i właśnie jest to źródło wiedzy o tamtych ludziach ich wiedzy i czasach… - uwaga tłum.)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 51/2015, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. F. Leśniakiewicz                   

czwartek, 9 czerwca 2016

Grzyby pożerające ludzi



Komórki nowotworowe czy grzyby?


Walerij Nikołajew




W Przyrodzie istnieją drapieżne… grzyby. Ich grzybnia wygląda coś na kształt kleistej sieci. Zaplątuje się w nich konik polny albo jakiś robaczek – grzyb oplątuje je i wysysa. Ten proces zajmuje mu około doby. 


Rak… Straszna i okrutna choroba, zabijająca corocznie miliony ludzi. od stuleci medycyna walczy z tym straszliwym wrogiem, ale skutecznej ochrony i efektywnych sposobów leczenia do dziś dnia nie znaleziono. Być może dlatego, że nie rozumiemy samych przyczyn tej choroby? W ostatnich czasach uczeni z różnych krajów niezależnie od siebie dochodzą do paradoksalnego, sensacyjnego wywodu, że rak powstaje w wyniku przeniknięcia do organizmu człowieka… grzybów. Ale jeżeli rzeczywiście tak jest, to rak jest uleczalny! Trzeba tylko zastosować prawidłowe leczenie. I o tym właśnie wiedzieli znachorzy i uzdrowiciele z dawnych czasów.




Niewiarygodne odkrycie




Dr Lidia Wasiliewna Koźmina – lekarz-laborant z wykształceniem uniwersyteckim i ćwierćwiecznym doświadczeniem w pracy przeprowadzała kolejną analizę krwi pacjenta z podejrzeniem choroby na tle onkologicznym. I naraz cos ja wprawiło w osłupienie przy mikroskopie. W kropelce krwi odkryła ona… rzęsistki (Trichomonas) Ale jak się one dostały do krwi? 


Ale jak one dostały się do krwi? Wszak oficjalna nauka medyczna uznaje istnienie rzęsistków jedynie na błonach śluzowych pochwy, cewki moczowej i pęcherza moczowego. A tutaj niespodzianka – chlamydie i… coś podobnego do grzybni, której nici składają się z jednokomórkowych pasożytów - mikoplazmy. I tutaj nadeszło oświecenie: a co z tego, jeżeli to wszystko jest jednym i tym samym mikroorganizmem ale w różnych stadiach swego rozwoju? Czyżby więc w ludzkim organizmie rosła jakaś grzybnia? Przypuśćmy, że rzęsistki wypuszczają najmniejsze spory, które łatwo przenikają do krwi i roznoszą się po całym ciele, a mikoplazmy tworzą grzybnię. Wtedy ów obraz widziany w mikroskopie staje się przejrzystym. I tylko trudno jest weń uwierzyć…!




Podpowiedź z „Encyklopedii dziecięcej”




Potwierdzenie swego domysłu Lidia Wasiliewna całkiem nieoczekiwanie znalazła w II tomie „Encyklopedii dla dzieci” pod redakcją Aleksandra Majsuriana. Jest tam artykuł o grzybach-śluzowcach i na kolorowych rysunkach pokazano ich wygląd zewnętrzny i budowa wewnętrzna, które można zobaczyć pod mikroskopem. Lekarka zrozumiała, że takie właśnie mikroorganizmy ona właśnie przez wiele lat znajdowała w materiale do analiz od chorych na raka, ale nie mogła ich zidentyfikować. 


W tym artykule ona przeczytała, że śluzowce przechodzą kilka stadiów rozwojowych. Na początku z ich spor (zarodników – przyp. tłum.) wyrastają „amebki” i wiciowce (flagellatae – przyp. tłum.) One rozwijają się w śluzowej masie grzyba i zlewają się w większe komórki. A potem tworzą płodowe drzewo śluzowca – klasyczny grzyb na nóżce, która zasychając wyrzuca zarodniki. I cały cykl się powtarza. 


W następstwie tego dr Koźmina przekopała się przez górę literatury naukowej o śluzowcach i jej nieoczekiwany domysł stał się pewności. Ona doszła do tego, że powstające ze spor „amebki” były idealnie podobne do powodującego infekcji płciowej – rzęsistka pochwowego, zaś zoospory z dwoma wiciami – do trichomonady, a po odrzuceniu wici i błon komórkowych – do mikoplazmy. Płodowe stadia śluzowców przypominały polipy w przewodzie pokarmowym, brodawczaki na skórze, płaskonabłonkowego raka i inne nowotwory. Wychodziło na to, że w ludzkim organizmie tak jak w zgniłym pniu drzewa żyje grzyb-śluzowiec! 


Ale w takim razie, dlaczego wcześniej uczeni nie byli w stanie go rozpoznać? Dzięki wąskiej specjalizacji. Jedni badali chlamydie, inni – mikoplazmy, trzeci – trichomonady. I żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że są to trzy stadia rozwojowe tego samego grzyba (którego badali czterej uczeni!)




„Wilcze wymiona”




Dr Koźmina twierdzi, że w nas może współżyć kilka gatunków śluzowców, ale dokładnie rozpoznała ona tylko jeden. To najbardziej rozpowszechniony – u nas ludzie nazywają go „wilcze wymiona” zaś naukowcy – likogala (rulik nadrzewny – Lycogala epidendrum J. C. Buxp ex L. ex. Fr. – przyp. tłum.) Ten śluzowiec pełznie po pniach drzewnych, pomiędzy korą a łykiem, bardzo lubi zmierzch i wilgoć, dlatego pokazuje się tylko w czasie pochmurnej i deszczowej pogody. Botanicy nauczyli się wywabiać go spod kory. Na pieniek kładą koniec bibuły filtracyjnej zamoczonej w wodzie i wszystko nakrywają ciemnym kołpakiem. A po kilku godzinach podnoszą kołpak – i wiedzą na pniu płaskie, podobne do śmietany stworzenie, które wypełzło by się napić.

Likogala


Od niepamiętnych czasów likogala przystosowała się do życia w ludzkim organizmie. Ona z zadowoleniem przeniosła się z drzewnego pnia do ciepłego, ciemnego, wilgotnego i bezpiecznego „domku na dwóch nogach”. Ślady przebywania w nas likogali – spory i trichomonady w różnych stadiach rozwojowych – dr Lidia Wasiliewna znajdowała w różnych częściach i wydzielinach ludzkiego ciała. Ten dywersant bardzo skutecznie uchyla się przed działaniem naszego systemu immunologicznego. Kiedy organizm jest osłabiony, to nie jest on w stanie rozpoznać i unieszkodliwić szybko zmieniających się komórek, z których składa się likogala. W rezultacie wyrzuca ona spory, które rozprzestrzeniają się z krwią, rozrastają się w dogodnych dla siebie miejscach i wytwarzają swe gamety w postaci brodawczaków, kropidełek, polipów i raka płaskonabłonkowego. To znaczy komórki guza rakowego nie tworzą przerośnięte komórki ludzkiego organizmu, ale elementy ciała rozpłodowego grzybni. (U podstawczaków nazywanego owocnikiem – przyp. tłum.) 


Hipoteza dr Koźminy wyjaśnia, dlaczego powstają metastazy (przerzuty nowotworowe – przyp. tłum.) Wszak w Naturze owocniki śluzowca odnawiają się każdego roku. Podobny rytm przejawia organizm człowieka. Owocniki obumierają, aby wyrzucić zarodniki i znów się odrodzić przenikając do innych organów. Tak właśnie przebiega przerzut nowotworu.




Wtargnięcie kandydozy




Dr Koźmina nie jest jedyną w swych poglądach. Włoski onkolog dr Tullio Simoncini przedstawił teorię o tym, że wszystkie odmiany raka są powodowane przede wszystkim przez grzybka zwanego Candida albicans C. P. Robin ex Berkhout. (Drożdżak – Saccharomycetes – stanowiący florę przewodu pokarmowego u 50-80% populacji – przyp. tłum.) Wedle jego poglądów, rozwój chorób onkologicznych ma następujący przebieg: kiedy osłabia się odporność organizmu, grzybek zaczyna się namnażać tworząc swego rodzaju kolonię. Próbując się bronić przed takim atakiem, komórki immunologiczne zaczynają tworzyć barierę z komórek organizmu. Ten właśnie proces w medycynie nazywa się zachorowaniem onkologicznym. Tradycyjna medycyna twierdzi, że rozrost tego nowotworu, to rozprzestrzenianie się przerzutów. Ale dr Simoncini twierdzi, że przerzuty wywołuje grzybek Candida, który rozchodzi się po całym organizmie.


Jak wiadomo, te grzybki są anaerobami - beztlenowcami, tzn. generują energię nie używając do tego tlenu. Dostając się do krwioobiegu, Candida może kolonizować wszystkie części ciała i znacznie zmniejszyć ilość tlenu w niej. W rezultacie miejscowe komórki nie obumierają, ale przestawiają produkcję energii na system beztlenowy. Tak powstają komórki rakowe. 


Podstawowym kluczem do ochrony przed rakiem to zdrowy system odpornościowy. Rezultaty badań wykazały, że kobiety przyjmujące antybiotyki ponad 25 razy w ciągu swego życia, ryzykują dwukrotnie bardziej zachorowaniem na raka piersi. Rzecz jasna odporność w takich przypadkach spada i Candida otrzymuje więcej szans na przeżycie i rozwleczenie po organizmie wraz z krwią. Środki przeciwgrzybiczne i grzybobójcze w walce z nią są nieefektywne. Jednakże włoski lekarz twierdzi, że znalazł on proste, ogólnie dostępne i tanie lekarstwo, a mianowicie – wodorowęglan sodu czyli po prostu soda oczyszczona – NaHCO3. Wytwarza ona w organizmie warunki, w których Candida nie może przetrwać. Kiedy dr Simoncini ogłosił to światu, na niego obruszyli się koledzy-onkolodzy, media i władze. Za leczenie pacjentów przy pomocy nie zalegalizowanych oficjalnie środków, lekarza pozbawiono licencji medycznej i nawet wsadzili do więzienia na trzy lata.




Poglądy dawnych uzdrowicieli




Wierzyć czy nie wierzyć dr Koźminie, dr Simonciniemu i innym uczonym dowodzącym grzybowego pochodzenia zachorowań na raka – to indywidualna sprawa każdego. Jednakże o grzybach-mordercach wiedzieli już dawni uzdrowiciele i znane im były efektywne środki walki z tym groźnym i podstępnym wrogiem. I tak np. wojskowi lekarze znajdywali w przewodzie pokarmowym i jelitach niektórych umarłych dużą ilość śluzu i pleśni. Jak wieść niesie, ludzie ci w czasie życia oddawali się lenistwu, obżarstwu, mało się ruszali, a w rezultacie tego nie wszystko co zjedli zostało strawione. Część z tego zaczynała gnić pokrywając się śluzem i pleśnią. I tam właśnie zaczęła rozrastać się grzybnia. Pleśń wyrzucała spory – mikroskopijne nasiona grzybów, które z pożywieniem przedostawały się do krwi i roznosiły się po całym organizmie. W osłabionych organach spory rozrastały się i wytwarzały owocniki grzybów. Tak właśnie zaczyna się rak. 


Dawni lekarze uważali, że na początku grzyby wyrzucają „białego raka” – skrzepliny płytek w naczyniach krwionośnych mające biały kolor. Drugie stadium to „szary rak” – grzyby tworzą nowotwory stawów i inne guzy o kolorze szarym. Trzecie stadium, to „czarny rak” i to nie tylko dlatego, ze złowieszcze nowotwory i inne guzy mają czarną barwę – to jest kolor aury porażonych chorobą organów.


Podobne poglądy na naturę raka ma wielu ludowych uzdrawiaczy, którzy potrafią leczyć tą chorobę. Nie będę opisywać ich metod, by nie zmuszać kogokolwiek do samo leczenia. Ale każdy z nas może samodzielnie znaleźć drogę do takich uzdrowicieli i healerów. Trzeba po prostu wierzyć, że rak jest uleczalny bez chemioterapii i radioterapii współczesnej medycyny. Przecież ludzi zjadają grzyby!




Grzyby także leczą!




Ale okazuje się też, że grzyby także leczą! W onkologii średniego stopnia ciężkości i w okresie pooperacyjnym, a także w czasie kursu chemioterapii i radioterapii rekomendowane jest przyjmowanie grzybów takich jak pieczarka brazylijska (murill) – Agaricus blazei (Murill), twardzik japoński (shiitake) – Lentinula edodes (Berk) Pedger,  lakownica lśniąca (reishi) – Gandoderma lucidum, żagwica listkowata (maitake) – Grifola frondosa. Ich związki chemiczne opóźniają i hamują rozwój komórek nowotworowych i wspomagają walkę z przerzutami oraz negatywnymi skutkami przyjmowania preparatów chemicznych i terapii. 

Żagwica listkowata - maitake
Twardzik japoński - shiitake
Lakownica lśniąca - reishi
Pieczarka brazylijska - murill
 

W czwartym stadium raka grzyby okazują swoje wzmacniające właściwości na organizm, zmniejszają syndromy chorobowe. Tylko trzeba wiedzieć, że lecznicze grzyby nie sprzedaje się w zwykłych sklepach, poza tym one rosną tylko w specjalnych warunkach.




Tekst - „Tajny XX wieka”, nr 36/2015, ss. 20-21

Ilustracje:

·        Internet

·        Internetowy Klub Miłośników Grzybów „Darz Grzyb”
Z rosyjskiego przełożył i opracował – ©Robert K. Leśniakiewicz