Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezwykłe zdarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezwykłe zdarzenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2018

48-my kilometr (opowiadanie na Halloween)




Jewgienij Mosołow


To zdarzenie przebiegło z moim kuzynem Wołodią w dniu 1 grudnia 2011 roku. Tego dnia on z żoną wracali swoim renaultem do Tagiłu od swej teściowej, która mieszkała w mieście Talica w Obwodzie Swierdłowskim.


Pusty bak


Równo rok przed tym wydarzeniem mojemu kuzynowi umarł ojciec, a mój wujek Kostia, niech znajdzie się w Królestwie Niebieskim. To był wspaniały facet, zabawowy i złota rączka, majster od wszystkiego. Wielu ludziom pomógł budować domy i urządzić banie.[1]

Tego dnia, o którym mowa, mojemu bratu i bratowej przyszło zrobić jeszcze 360 km po drodze. To nie jest tak znów wiele, ale była zima i gołoledź. Ale szczęśliwie przejechali połowę dystansu i minęli Jekaterinburg.

Wskaźnik ilości paliwa pokazał pusty bak. W mieście nie zatankowali ze względu na kolejki i zdecydowali się na tankowanie na trasie. Ale już na szosie przegapili stację benzynową, a to ze względu na jadącą przed nimi ogromną ciężarówkę. Na drugą stację nie mogli zjechać przez jakiegoś kierowcę, który ich oślepił. Droga była jednokierunkowa, więc zawrócić nie mogli. Ostrzegawcza lampka paliła się już od pięciu minut, a stacji benzynowych dalej nie było.


Żarty nawigatora


I naraz, ni z juszki ni z pietruszki, odezwał się nawigator: Do celu pozostało 15 minut. Ale miejscem przeznaczenia było miasto Niżny Tagił! To oznaczało, że do celu było jeszcze jakieś 120 km!

Wołodia z żoną się tylko uśmiechnęli, ale niepokój pozostał: nie daj Boże by benzyna się skończyła wśród uralskich lasów! Poza tym już pociemniało. Postój w śniegach bez paliwa – niezbyt przyjemne. W tych czasach już nikt nie staje, jak to dawniej bywało, by pomóc koledze-automobiliście.

Nie było wyboru, trzeba było jechać dalej z nadzieją na cud. I „cud” się zdarzył – znowu ożyła nawigacja: Do celu pozostało 10 minut. Co jest do diabła? Do Tagiłu było minimum półtorej godziny jazdy po oblodzonej szosie! A nawigacja nadal swoje: Do celu pozostało 5 minut


Piruety na drodze


Równo w pięć minut później, samochodem obróciło na jezdni i znalazł się on na poboczu. Brat wszelkimi siłami usiłował wyrównać renaulta, ale to było praktycznie niemożliwe. Samochód jechał od jednego skraju drogi do drugiego i tylko cudem utrzymywał się na drodze.

Dobrze, że była to droga jednostronna, bo w przeciwnym przypadku taka jazda bardzo szybko zakończyłaby się zderzeniem. Ale w końcu samochód uderzył w jakiś kamień i wpakował się do rowu do góry kołami.

Wydostali się z niego na zewnątrz.

Przyszli do siebie wisząc w pasach bezpieczeństwa głową w dół. Samochód dachował. Wszystkie drzwi były zablokowane, tylko tylna szyba była zdeformowana. Żona wisiała na pasach, a Wołodia jednak mógł wyjść pomiędzy siedzeniami, otworzyć kopnięciami drzwi i wyjść na zewnątrz. Potem uwolnił żonę, która w ten sam sposób opuściła samochód.

Ku ich zdumieniu oboje byli zdrowi i cali, tylko poranili ręce o rozbite szkło, kiedy się wygrzebywali z auta. Wyszli na szosę, stał tam słupek z napisem: 48 km.
- A twój tato jest z 1948 roku – nie wiadomo dlaczego powiedziała żona. 

Później wspominając ten dzień i wydarzenia poprzedzające wypadek, Wowka opowiadał, że tego dnia przypominał mu się zmarły ojciec – jakby chciał uprzedzić syna o grożącym mu niebezpieczeństwie, chociaż – rzecz jasna – mogło to być zwyczajnym zbiegiem okoliczności…


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 32/2018, s. 24
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Rosyjski odpowiednik fińskiej sauny.

piątek, 12 stycznia 2018

Trzy zagadkowe wydarzenia



Z Milošem Jesenským badamy tajemnicze zdarzenia

Zawsze, kiedy myślę nad początkami mojego zainteresowania się zagadkami, to najpierw wracam wspomnieniami do książkowych przygód Alfreda Hitchcocka i trzech badaczy. W czasie, kiedy miałem tyle lat co chłopcy z Rocky Beach, ale żadnych możliwości by przeżywać ich przygody, dodawałem do nich dalsze – swoje własne. I entuzjazm dla tajemniczych wydarzeń inspirowanych najbardziej znaną z trójki tego chłopca, czy to była szepcząca mumia, zielony duch czy zaginiony skarb, przetrwał do dziś. Dlatego przedstawiam twórczą odmianę oryginalnych opowieści Roberta Arthura z jedną zasadniczą różnicą – jeden poszukiwacz i trzy przypadki.

Alfred Leblanc przyjmuje gratulacje po locie Bleriotem XI

Przypadek zagubionych aeronautów

- Wznosimy się?
- Nie! Przeciwnie! Zniżamy się!
- Ba, jeszcze gorzej panie Leblanc! Spadamy!
- Mój Boże! Wyrzućmy balast!
- Już wysypaliśmy ostatnie worki!
- Balon sie wznosi?
- Nie!
Wtedy rozległ sie mocny głos.
- Wyrzucić wszystko co jest ciężkie!... Wszystko! I polegajmy na łasce Bożej!

Podobne słowa, które tutaj przytaczam ze wstępu do najbardziej znanej książki znanego pisarza Juliusza Verne’a, a które rzeczywiście rozległy się w dniu 4.X.1909 roku, około godziny wpół do drugiej po południu nad górzystą krainą w okolicach Zázrivej na słowackiej Orawie.

Skąd jednak się wtedy znalazł nad Orawą balon?

Odpowiedź na to pytanie udzieli nam plan lotu zamieszczony w IV edycji najstarszej lotniczej imprezy świata – zawodów balonowych Coupe Aeronautique sponsorowanych przez właściciela „New York Heralda”, milionera i działacza sportowego Gordona Benetta (1841-1918). Pomiędzy jego uczestnikami znajdziemy także słynnego francuskiego aeronautę Alfreda Leblanca (1869-1921), który wraz z Jacquesem Delebecquem, w dniu 3.X.1909 roku, o godzinie 15:00, zajęli miejsce w koszu pod balonem Ille de France, by wraz z ostatnimi uczestnikami zawodów wystartowali do odległościowego lotu z szwajcarskiego miasteczka Schlieren k./Zurychu. Przygotowania do odlotu były spektakularne. Tameczna fabryka musiała wyprodukować 44.000 m³ wodoru, którym przy pomocy długiego na kilometr gazociągu wypełniono wszystkie balony. Na starcie stanęło 17 załóg z 8 krajów świata. Mimo padającego ulewnego deszczu przyszło się z nimi pożegnać 400.000 widzów, którzy dali brawa, kiedy jako pierwszy wzniósł się belgijski balon Utopia i nie przestali, póty nie wystartował ostatni szwajcarski balon Helvetia ze zwycięzcami z poprzednich zawodów płk Theodorem Schaeckiem i Paulem Ambrusterem.

Przeglądając zapiski z przeszłości wiemy, że w tych zawodach zwyciężyli Edgar W. Mix i Andre Roussel na pokładzie balonu America II, który po przeleceniu 1121,11 km wylądował w okolicach Warszawy. Ostatni nie mieli już takiego szczęścia, chociaż ich wyniki też zasługują na podziw. Alfred Leblanc wraz z Jacquesem Delebecquem skończyli zawody jako drudzy, po przeleceniu 817,17 km, przy czym ich przymusowe lądowanie miało miejsce – jak już wiemy – w okolicach Zázrivej. To tam w czasie silnego wiatru balon roztrzaskał się o szczyt góry Kozinec. Dostępne źródła opisują, jak Ille de France leciał z południa nad osadą Plešivá w kierunku północy w kierunku osady Kozinská. Po uderzeniu w ziemię, obaj aeronauci wyskoczyli z kosza, z którego wysypały się wszelkie przyrządy, broń i notatki, poczym odciążony balon się wzniósł i znikł w obłokach.

Kilka lat temu, do redakcji „Early Aviators” zgłosił się nasz rodak z Orawy – Pan Eugen Kralčak, który w swym liście uzupełnił tą suchą, encyklopedyczną relację swym interesującym świadectwem, w którym swoimi słowami opisuje rodzinne wspomnienia:

Drodzy Przyjaciele!

Nazywam się Eugen Kralčak i mieszkam we wsi Presel’any. Urodziłem się w wiosce Zázrivá na północy Słowacji na obszarze Orawy. Mój stryj Ondrej Kralčak (1900-1978) wspominał mi, kiedy miałem 17 lat, że jak miał on osiem lat, to widział przelot balonu „Ille de France“ nad naszą wioską Zázrivá. Balon przeleciał ponad osadą Plešivá, nad miastem Žiar, w kierunku na osadę Kozinská i niedaleką górę Kozinec, który był jego ostatnią fazą zawodów i miejscem lądowania balonu. Ondrej Kralčak pamiętał, jak załoga podczas przelotu krzyczała do ludzi kopiących ziemniaki na polu słowa „reta, reta“, a z balonu wisiały liny, a jedna przeszła po ramionach kobiety, która była zgięta, kiedy kopała ziemniaki. Balon widziało więcej ludzi, bowiem leciał nisko i znikł z widoku za górą Črchlą, tak że stryj nie widział samego momentu przyziemienia i opuszczenia kosza przez załogę. Balon ten był dla ludzi wielkim wydarzeniem, bo jeszcze czegoś takiego nie widzieli. Stryjek obserwował, jak balon leciał wprost na Kozinec, który znajduje się za osadą Kozinská. Tam zatrzymał się w bukowym lesie, ale po chwili wiatr go porwał i balon znikł w chmurach. Wtedy góra ta nie była porośnięta lasem, jak teraz. Pasterz Oláh z pobliskiego szałasu w lesie znalazł rozrzucone różne przedmioty, dokumenty i sprzęt w tym pistolety i przekazał je miejscowemu notariuszowi. Węgierskie gazety w tym czasie informowały, że miejscowi okradli baloniarzy, ale to było kłamstwo. Alfred Leblanc i jego towarzysz potem pojechali pociągiem do Francji.

Także o tych zawodach pisze Alfred Leblanc o szczęśliwym zakończeniu i o tym, że wkrótce się szczęście doń uśmiechnęło. Niemal w rok po tych wydarzeniach, tym razem już na pokładzie samolotu Bleriot XI pobił on rekord prędkości przelotu wynoszący 109,8 km/h.

Ale to już inna historia.


Załoga Apolla-10, która usłyszała muzykę Wszechświata...

Przypadek tajemniczej muzyki z Kosmosu  


W złych czasach w roku 1903 mój dziadek Štefan Čerňan z babcią Anną podobnie jak tysiące rodaków wyjechali z Vysokiej n./Kysucou za chlebem do USA. Zamieszkali w Chicago, a w rok później urodził się Andrej Štefan Čerňan – mój ojciecopowiedział swego czasu astronauta Eugene Anrew Cernan (1934-2017). Do swego słowackiego pochodzenia przyznawał się do ostatniej chwili swego życia. Ale to akurat było znane przez całe dziesięciolecia, natomiast niektóre epizody z jego życia połączone z zawodem astronauty były do niedawna wielką niewiadomą. Przykładem jest przypadek tajemniczej a okropnej muzyki z Kosmosu.
To wydarzyło się w czasie lotu Apollo-10 po wokółksiężycowej orbicie, w dniu 22.V.1969 roku, kiedy to trzyosobowa załoga złożona z Thomasa T. Stafforda, Eugene’a A. Cernana i Johna W. Younga usłyszała nad odwrotną stroną Księżyca mimo braku łączności z Ziemią, jakąś „niewyjaśnioną muzykę“. Niedawno odtajnione zapisy z pokładu modułu dowództwa przekazują zdumione i zaskoczone reakcje astronautów na „nieziemski skuczący dźwięk z ich słuchawkach“. Nagrania zawierają także dyskusję załogi o tym, czy mają o tym zameldować do MCC w Houston po tym, jak wyjdą z radiowego cienia, albo to przemilczą. „Kosmiczna muzyka“ była ewidentnie niewyjaśniona przez nich, ale stanowi zagadkę także dzisiaj.
- Czy słyszycie ten gwiżdżący dźwięk?pyta jeden z nich, prawdopodobnie Stafford.
Young zgadza się, że słyszy.
- To brzmi jakoś tak jak jakaś muzyka z Wszechświata.
- No, ale to jest jakaś okropna muzykaspontanicznie zareagował Cernan.
Zapis ten NASA zarchiwizowała aż do 2008 roku, kiedy został on ujawniony i pokazany w jednym z odcinków serialu dokumentalnego Science Channel pod tytułem „Niewyjaśnione akta NASA“. Były astronauta i członek załogi Apollo-15Alfred M. Worden potem skomentował to tak:
- Członkowie załogi Apollo-10 byli uczuleni na te dźwięki, które mieli usłyszeć. Logika mi mówi, że jeżeli było tam coś nagrane, to znaczy że było.
I jak dotąd ekspertom nie udało sie wyjaśnić pochodzenia zagadkowych dźwięków. Skoro Księżyc nie ma swego własnego pola magnetycznego czy atmosfery interferującej z radiem, to nie ma żadnego wyjaśnienia tego rodzaju.
Nieco dosadniej by mogły wskazywać na to słowa samego Eugene’a Cernana, który w parę lat później, po zakończeniu lotu Apollo-17 w jednym z wywiadów oznajmił, że w czasie pobytu na Księżycu zetknął się z zadziwiającymi zjawiskami, o których publiczność nie była powiadomiona. W tej rozmowie powiedział on dosłownie:
- Być może Księżyc mógłby nam coś powiedzieć o istnieniu prastarej cywilizacji, która nie znajduje się na Ziemi. Ani także na Księżycu, ale gdzieś w naszej Galaktyce.
Ronald Evans, jego kolega z misji Apollo-17, potwierdził to stwierdzenie, kiedy przyznał iż NASA ma mnóstwo zdjęć, które amerykańscy astronauci wykonali na Księżycu, ale które wciąż znajdują się w szafach pancernych.

Zapytajmy: do kiedy?


Dr M. Jesensky na tle  tajemniczego kościoła w Ludrovej

Przypadek tajemniczego kościoła 


Na wieko pada drobny deszcz. Sześciu mężczyzn niosących trumnę i odzianych w kolczugi idzie powolnym krokiem na czele smutnego konduktu. Bojowa chorągiew i płaszcze przyozdobione czerwonymi krzyżami furkoczą na wietrze. Celem ich podróży jest nieodległy kamienny kościółek otoczony murem. Czeka w nim ksiądz machający kadzielnicą i otwarte wejście do krypty obok ołtarza. Jest rok Pański 1230 a my jesteśmy świadkami pogrzebu templariuszowskiego rycerza. Witamy w kościele p.w. Wszystkich Świętych na peryferiach Rużemberoku na Liptowie.

Ten wczesnogotycki kościół jest uważany za najstarszy w historycznym regionie Liptowa, a jego wiek zapowiada mnóstwo zagadek i legend, które się z nim wiążą. Jego powstanie datuje się na XIII wiek, a wedle twierdzeń starszej generacji historyków, może on mieć związek z pobytem Templariuszy na Słowacji. W roku 1230 miał w czasie wizytacji zamku Templariuszy na nieodległym szczycie góry Mních zginąć wysoki dostojnik templariuszowski – Johann Gottfried von Herberstein. Rycerz ten został ciężko ranny, kiedy wraz z miejscowymi Rycerzami Świątyni wyprawił się przeciwko zbójom, którzy właśnie napadli i obrabowali pątników na trakcie. Wedle tradycji, miał on być pochowany w najbliższym kamiennym kościele, a był to prawie kościół p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej, w dzielnicy Kúty. O tym sensacyjnym wydarzeniu z przeszłości opublikował tamtejszy proboszcz – niejaki Jakub Šeliga, który na przełomie XVIII i XIX stulecia działał w Rużemberoku. Miał on do dyspozycji dokument z archiwum rodziny Herbersteinów, który niestety do dnia dzisiejszego się nie zachował.

Relację o pochowanym templariuszowskim rycerzu potwierdził także inny z miejscowych duchownych, który był znany ze swej uczoności. Štefan Nikolaj Hýroš (1813-1888) domniemywał, że pozostałości cielesne Gottfrieda leżą razem z wielkim skarbem w podziemiach pod ołtarzem kościoła. Wejście do niego miał jeszcze za czasów fra Hýroša pokazywać „nagrobny kamień z całkiem zatartymi literami”, który jednak do dnia dzisiejszego się nie dochował. Tajemnej krypty do dziś dnia jeszcze nikt nie odkrył, chociaż jest tam nowsza posadzka. Jednakże tę w latach 60-tych ubiegłego stulecia zrobili po prostu tak, że nowe flizy położyli na stare płyty posadzki nie próbując nawet dociec, co kryje się pod nimi.

Jednakże krypta oczywiście znajduje się pod budynkiem kościoła i nie wiadomo, co w niej możemy odkryć. Wiele wskazówek podają nam miejscowe legendy o podziemnym korytarzu wiodącym do kościoła z pobliskiej góry Mních. Mówi się tedy o pewnym myśliwym, którego pies wbiegł do nory i długo nie wracał, a jego ujadanie słychać było długo pod podłogą kościoła Wszystkich Świętych. Psa w końcu znaleziono po dwóch dniach kilka kilometrów dalej. Poza tym w czasie topnienia śniegów można było zaobserwować dobrze widoczny pas ciągnący się przez pola, który mógłby być odwzorowaniem na powierzchni ziemi podziemnego korytarza.

Kościół Wszystkich Świętych w Ludrovej jest z całą pewnością tajemniczą budowlą, zaś jego lokalizacja wykazuje związki z astronomią. Jak to zbadali słowaccy astronomowie Vladimír Karlovský i Eva Stopková w dzień letniego przesilenia zachodzące Słońce świeci prosto w południowe podłużne okno. A kiedy jeszcze nie była rozbudowana nawa kościelna, to Słońce w czasie zimowego przesilenia zachodząc świeciło dokładnie we wschodnie okno. Poza tym na oknach wszędzie występuje symbol TRIPLICE CINTA[1] oznaczający poświęcone miejsce, w tym przypadku na niebie. Na podłużnym południowym oknie widocznym jest symbol Słońca.

V. Karlovský i E. Stopková w tym kontekście wspominają, że symbol TRIPLICE CINTA należy prawdopodobnie do Templariuszy, a w swym studium pt. „Astronomiczna orientacja kościołów na Słowacji” piszą o fascynującej projekcji, jaka znajduje się w ludrovskim kościele:

 W Ludrovej światło padające z okien świątyni ukazuje religijne i być może i historyczne wydarzenia. Światło z okien na południowej stronie świątyni świeci w czasie zimowego przesilenia na dolną część obrazu w nawie na tzw. Tryptyk. Znaczenie religijne jest takie, że ma to miejsce w czasie przedpołudniowej mszy w godzinach 9 – 10 i w azymucie 142 - 157°. Możemy zatem powiedzieć, że światło z okien świątyni zaczyna dotykać obrazu Tryptyku około dnia 1 grudnia wg kalendarza juliańskiego, co było początkiem Adwentu. Przesilenie zimowe w kalendarzu juliańskim przypada na dzień 14 grudnia. Z tego wynika, że Słońce świeciło na tryptyk przez cały Adwent praktycznie aż do samego końca juliańskiego roku. Jeżeli zwykła łacińska msza trwała 2, 2 i ½ godziny w zależności od trwania homilii, to światło z południowych okien rozjaśniał świątynię. 

Wedle analiz obydwojga astronomów jest ciekawe to także, że oświetlenie obrazu donatora kościoła także może wskazywać na templariuszowskie pochodzenie, stanowi fascynujący wniosek:

Światło przy wschodzie Słońca z wschodniego okna pada na obraz donatora kościoła w azymucie 112 - 113° w dniu 31 października wg kalendarza gregoriańskiego, co jest bliskie w czasie dnia 1 listopada, czyli świętu Wszystkich Świętych. W juliańskim kalendarzu w czasie powstania kościoła chodziło o datę 21 października, a to jest święto św. Urszuli. Jeszcze raz Słońce świeci na obraz donatora około dnia 1 lutego kalendarza juliańskiego, tj. w święto św. Brygidy Szwedzkiej. Sam obraz donatora bardzo przypomina do reliefu Templariusza z groty Simonetti w Osimo (Włochy) albo do obrazu portugalskiego księcia Henryka Żeglarza. Był on Wielkim Mistrzem zakonu Chrystusowego, który został przekształcony w zakon Templariuszy w Portugalii. Obraz donatora znajduje się naprzeciwko postaci Templariusza bez buzdyganu. Ten się mu przyda prawie we wskazanych tu dniach, kiedy świeci nań Słońce przy wschodzie ze szczerby nowego wschodniego okna. W rzeczywistości wspomniana szczerbina okna rzuca szeroki promień słoneczny tak, że oświetla napis obok obrazu donatora.   

Obrazy, o których mowa, są interesujące nawet bez tych wszystkich astronomicznych ciekawostek. Freski, które zdobią wnętrze kościoła pokazują nie tylko życie i mękę Jezusa Chrystusa i ukrywają wiele zagadek. Nikt np. nie wyjaśnił wyczerpująco, dlaczego na obrazie Ostatniej Wieczerzy Jezus jest pokazany w dwóch postaciach, tak że wokół stołu zgromadzonych jest czternaście postaci. Na ścianach znajdują się malunki, które akademicy uważają za konsekracyjne krzyże, namalowane przy poświęceniu kościoła, ale nie trzeba zbyt wiele fantazji, by nawet laik mógł rozpoznać templaryjską symbolikę.[2]

Na wzmiankę zasługuje także i to, że na północnej ścianie nawy kościoła znajduje się fragment najstarszego fresku, który obrazuje św. Juraja (Jerzego) zabijającego smoka. Z malunku pozostał jedynie fragment końskiego łba, kopii i smoka, co jednak pozwala nam na identyfikację jednego z najsłynniejszych wzorów średniowiecznych rycerzy, któremu hołdowali członkowie rycerskich zakonów, w tym także Templariusze.

Tak więc wydaje się, że samotny gotycki kościół na obrzeżach Rużemberoka stale skrywa niejedną zagadkę…


Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz        
           



[1] Prastary symbol w kształcie trzech kwadratów przedzielonych znakiem krzyża lub kwadratu z ośmioma przekątnymi symbolizujący Człowieka i jego miejsce pomiędzy Niebem a Ziemią, albo – w najstarszej wersji – pępek świata – Omfalos (Wikipedia)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zagadki syberyjskiej rzeki



Rzeka Bogunaj z pokładu helikoptera


Jelena Liakina


W przedrewolucyjnym rosyjskim prawodawstwie były dwie kategorie zsyłek: „do oddalonych miejsc na Syberii” i „w nie tak odległe miejsca na Syberii”. To drugie zdanie szybko zmieniło swój sens.

Niewielka rzeczka Bogunaj w Krasnojarskim Kraju dzisiaj cieszy się wielką popularnością wśród turystów. Na tym dopływie Jenisieju lubią spędzać swe urlopy fani tajgowej egzotyki, nocowania w namiotach i wspaniałego wędkarstwa. Ale nie wszyscy wiedzą, że Bogunaj to zagadkowe miejsce, w którym narodziło się niemało legend opowiadających o cudownych wydarzeniach, które miały miejsce w pobliżu tej syberyjskiej rzeki.


Kamień Szamana


Przez całe wieki, rdzenni mieszkańcy tych ziem wierzyli w to, że w rzece Bogunaj mieszkają dobre duchy, dzięki czemu panuje tam obfitość zwierząt i ryb. 

Stare podanie opowiada o tym, że dawno temu w wody Bogunaju spadł z nieba tajemniczy czarny kamień i przyniósł ze sobą siły nieznane. Od tego czasu szamani Zyrian zaczęli nazywać Bogunaj miejscem, gdzie spotykają się światy Nieba i Ziemi i przybywali tam, by napompować się energią czarnego kamienia i otrzymać proroctwo o przyszłości swego plemienia. W dniach letniego i zimowego przesilenia, kamień wypromieniowywał nadzwyczajną siłę i zaczynał świecić się mistycznym, różowym światłem. W te dni szamani modlili się do dobrych duchów i składali im szczodre ofiary. Z biegiem czasu niebieski przybysz zaczął nazywać się Kamieniem Szamana, bo tylko im właśnie objawiał swoją siłę. Zwykły człowiek zbliżając się do kamienia ryzykował zakażenie się śmiertelną chorobą. 

Mieszkańcy z tych miejsc opowiadają, że Kamień Szamana do dziś dnia stoi na jednej z mielizn Bogunaju, ale znaleźć go jest bardzo trudno. Uważa się, że pokazuje się on tylko ludziom, którzy bardzo potrzebują pomocy a ci, którzy idą go obejrzeć sobie z czystej ciekawości, mogą na siebie ściągnąć różne straszne nieszczęścia.


Leśny czarownik


Jedną z osobliwości tamecznych lasów jest ich tajemniczy mieszkaniec, którego miejscowi nazywają Czarownikiem. W każdej tamtejszej wiosce można usłyszeć niemało opowiadań o jakimś Leśnym Człowieku ogromnego wzrostu, którego ciało porosło gęstym włosem, a oczy płonęły jasnym, czerwonym światłem. Poza tym ten Leśny Człowiek posiadał właściwości hipnotyczne i przekazywał myśli na odległość. Dzięki temu może on zmuszać człowieka do dokonywania tych czy innych postępków, jednakże ani raz nie zauważono, by wykorzystywał swe super-właściwości do złych celów. Na odwrót – Leśny Człowiek bez względu na swą niezwykłą siłę fizyczną, jest łagodny i lubi żartować z ludźmi. Tak więc przy pomocy swych uroków (jak mówili starcy odwracając oczy) on podkradał się do grzybiarza czy myśliwego i pojawiając się tuż przed nimi straszył ich głośnym krzykiem. 

Powiadają, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu, istoty te przyjaźniły się z myśliwymi. Ci wybierając się na polowanie, zabierali dla nich specjalny poczęstunek – gotowane ziemniaki i świeży chleb – bo we wsiach każdy wiedział: Leśny Człowiek nigdy nie jadał mięsa. Myśliwy spotykał się z Leśnym Człowiekiem w szczególnym miejscu, gdzie ten zabierał dary i znikał w leśnej gęstwinie. Myśliwy wiedział, że wkrótce będzie miał co do upolowania, które Leśny Człowiek przygoni mu pod lufę strzelby przy pomocy swych czarów. 

Jednakże tych wszystkich, którzy nie wykazywali dostatecznego respektu dla lasu i jego mieszkańców, Czarownik surowo karał nakazując krążyć im przez kilka dni po lesie doprowadzając ich do wyczerpania. 

W czasach ZSRR, kiedy na Syberii zaczęto budować fabryki i zakłady pracy, a także tajne obiekty wojskowe Leśnych Ludzi bezlitośnie odstrzeliwały specjalnie do tego powołane pododdziały NKWD. W czasie takich „czystek” miejscowi mieszkańcy niejednokrotnie napotykali w lasach świeże górki z ziemi, przykryte suchymi gałęziami. Po rozkopaniu takiej górki ciekawscy mogli znaleźć jednego czy kilku zastrzelonych Czarowników. 

Ale nawet nie patrząc na tak barbarzyńskie tępienie, w nadbogunajskich lasach zamieszkują zagadkowe stworzenia, które od czasu do czasu straszą wędkarzy czy turystów.

Adm. Aleksander W. Kołczak


Widma starej bonanzy


Jedno z najciekawszych miejsc na brzegach Bogunaju to stara przystań, gdzie onegdaj wydobywano złoto. Wiadomym jest, że Bogunaj to rzeka złotonośna, a wydobycie drogocennego metalu zaczęło się tam jeszcze w XIX wieku. Największy rozkwit „złotej” epoki przypada na lata 1930-1940, a w latach 50-tych bonanzę nieoczekiwanie zamknięto. 

Oficjalna wersja głosiła, że nastąpiło wyczerpanie złotonośnego pokładu na Bogunaju. Krążyły pogłoski, że kopalnię zamknięto z powodu budowy supertajnej bazy rakietowej w jej pobliżu, jednakże nie potwierdzały tego żadne fakty. 

Minęły lata i sama kopalnia i istniejące przy niej osiedle przekształciły się w prawdziwe leśne „miasto-widmo”, na terenie którego bał się spędzić noc nawet największy chojrak. 

Wszędobylscy turyści zapędzali się tam z ciekawości i opowiadali potem, że chodząc wśród wpółrozpadłych budowli, czuli na sobie czyjś uważny wzrok i to powodowało poczucie niesamowitości, jak w powieściach Lovecrafta czy Howarda... 

Ponadto wśród miejscowych krążą plotki, że z opuszczonych sztolni i szybów w pogodne dni rozlegają się odgłosy narzędzi i niewidzialnych górników.  

Mówi się także, że jeżeli zostanie się w kopalni na noc, to nad ranem można tam zobaczyć procesję widm. Obok rozsypujących się baraków wprost z powietrza pojawia się sznur półprzeźroczystych wozów towarowych, do których zaprzężone są zmęczone konie poganianych przez ponurych ludzi. procesja przejeżdża przez całe osiedle i znika za jego ostatnim domem. Trzeba powiedzieć, że ta karawana duchów wygląda zadziwiająco realnie, przy czym towarzyszą jej całkiem materialne dźwięki jazdy wozami: skrzypienie kół, szuranie kroków, prychanie i rżenie koni, i krzyki woźniców.

Opuszczona i porzucona bonanza na rzece Bogunaj


Cud świętego klasztoru


Jednakże jest na Bogunaju miejsce, o którym miejscowi mówią dobrze i z szacunkiem. Jest to klasztor, którego budowle dawno zarosły trawami i młodymi drzewami. 

Trzeba powiedzieć, że postawiona wśród cichej tajgi sakralna budowla była stosunkowo niedawno – w czasie pierwszych lat wojny domowej (1917-1924 – przyp. tłum.), i zbudowali ją mnisi, którzy uciekli na Syberię z centralnych regionów kraju przed bolszewickim terrorem. 

Monastyr składał się z kilkunastu niewielkich cel dla mnichów, zaś obok postawiono drewnianą cerkiew. Mnisi pędzili całe dnie na pracy i modlitwach, a wieści o ich błogosławionym wpływie rozniosła się szybko po okolicznych wsiach i osadach. Ze wszystkich stron przychodzili tu ludzie po dobrą radę i błogosławieństwo, przynosili mnichom niebogate ofiary, które wydawały się być bogactwem w te ciężkie czasy. 

Starzy mieszkańcy wspominają, że do klasztoru na Bogunaju przyjeżdżał sam adm. Kołczak. Aleksander Wasiliewicz długo rozmawiał z przedstawicielami ludności, potem rozpuścił swoją armię, następnie ukrył swoje złoto, poczym oddał się w ręce bolszewików. Taki postępek mógłby współczesnym wydawać się dziwnym, ale tylko w ten sposób Kołczak mógł uniknąć rozlewu krwi. Mówi się o tym, że przeorowi tego klasztoru pokazał on miejsce ukrycia złota i „zapieczętował” skarb modlitwą. Skarb ten otworzy się tylko przed ludźmi tego godnymi, kiedy przyjdzie na to czas…

…Przeszły lata. Stopniowo kolektywizacja doszła do tego odległego syberyjskiego kraju. Mnisi „mieszający w głowach ciemnym wieśniakom popimi bredniami” stanęli w obliczu zagłady. Rzecz w tym, że święci starcy dokonywali prawdziwych cudów, o których sława docierała do najodleglejszych zakątków kraju. Opowiadano o tym, jak oni mogli uratować beznadziejnie chorych, a od uderzenia gorąca na rzece pękały i topiły się lody w czasie trzaskających mrozów na święto Chrztu Pańskiego… (13.I – przyp. tłum.) 

I oto, żeby się rozprawić z tym „kontrrewolucyjnym gniazdem” do bogunajskiego klasztoru wysłano specjalny oddział milicji, ale kiedy kaci przybyli na miejsce, znaleźli tam tylko opuszczone cele. Przez pewien czas milicjanci przeszukiwali otaczającą to miejsce tajgę – przecież staruszkowie nie mogli uciec zbyt daleko – ale poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. 

Miejscowi chłopcy, którzy w nocy paśli konie przed przybycie milicji, widzieli jak niebo nad klasztorem w pewnym momencie zajaśniało niezwykłym światłem. Wiedzący mówili, że nie inaczej tylko sam Pan Bóg ukrył swe sługi przed rozprawą przenosząc ich za życia do Królestwa Niebieskiego. 

Jakby tam to nie było, tajemnica zniknięcia mnichów pozostaje zagadką do dziś dnia.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 48/2015, ss. 30-31
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. F. Leśniakiewicz   

piątek, 11 marca 2016

Śmiercionośny zegarek





Wiktor Swietłanin


Pierwsze zegary słoneczne pojawiły się w połowie III tysiąclecia p.n.e. W 150 r. antyczny grecki mechanik Ktesibios z Aleksandrii skonstruował wodny zegar. Mechaniczny zegarek pojawił się w 1335 roku w Mediolanie. 

W „Tajnach XX wieka” nr 26/2015 opowiedziałem o samochodzie, który stał się przyczyną śmierci wszystkich swoich właścicieli. Ten temat wywołał wielkie zainteresowanie naszych Czytelników, i teraz przedłużając go opowiem o śmiercionośnym zegarku.


Przekleństwo


W listopadzie 2014 roku, w swej londyńskiej rezydencji nieoczekiwanie zmarł katarski szejk Saud bin-Mohammed al-Thani. Miał tylko 48 lat. okoliczności jego śmierci wyglądały co najmniej mgliście. W raporcie koronera mówiło się o zawale serca. Ale brytyjskie gazety od razu przedstawiły inna wersję – właściciel najdroższego zegarka świata zmarł wskutek… klątwy tegoż czasomierza!  

Prawdę powiedziawszy, sam szejk chciał się już od dawna pozbyć tego chronometru i nawet wystawił go na aukcji u Sotheby’s w Genewie.  Sprzedano go wreszcie w dwa dni po śmierci właściciela. 

Saud bin-Mohammed al-Thani – bliski krewny emira Kataru w latach 1997-2005 był ministrem kultury tego kraju. Zajmował się on bardzo ambitnym programem stworzenia w Katarze państwowych muzeów na światowym poziomie. Wiele ze zakupionych przezeń artefaktów było prezentowanych na ekspozycjach Muzeum Sztuki Islamskiej w Doha/Al-Dauha. Kolekcjonował on także meble, kosztowności, samochody wyścigowe i rajdowe, rowery. W 2005 roku poszedł w odstawkę wskutek swej pasji zbierackiej i znalazł się w areszcie domowym. W końcowym rezultacie nic mu się nie stało ze strony władz Kataru, w odróżnieniu od wysokiego sądu w Londynie, który w 2012 roku zamroził niektóre aktywa szejka za nieopłacone opłaty w domach aukcyjnych. 

Ten znany zegarek kieszonkowy Saud nabył na 15 lat przed śmiercią. Wtedy kosztował on 11 mln USD. Zegarek ten miał swe imię własne: Henry Graves Supercomplication i tytuł Świętego Graala wśród zegarków i który, jak twierdziło wielu ludzi, miał właściwość przynoszenia nieszczęścia swoim właścicielom.


Zawiść


Historia jego skonstruowania sięga lat 30. XX wieku i ma związek z Przyjaźnia dwóch najbogatszych ludzi w tych czasach – amerykańskiego magnata samochodowego Williama D. Packarda i jego rodaka, bankiera Henry’ego Gravesa Jr. Obydwaj panowie byli zawołanymi kolekcjonerami. Wiadomo, że w czasie aukcji w 1936 roku, obraz Albrechta Dürera z kolekcji Henry’ego Gravesa Jn. została sprzedana za 10.000 ówczesnych $ USA – sumę jak na owe czasy niezwykle imponującą. 

Graves urodził się w bankierskiej rodzinie i powiększał wielomilionowy dorobek swych rodziców lokując swe pieniądze w koleje żelazne i bankowe sfery. 

Przedmiotami pasji kolekcjonerskiej obu przyjaciół były dzieła sztuki i cenne zegarki. 

Obu interesowały produkty szwajcarskiej firmy Patek-Philippe i pilnie śledzili nawzajem swoje poczynania. W 1916 roku William Packard zamówił u zegarmistrzów z Genewy zegarek z 16 funkcjami takimi jak: mapa gwiezdnego nieba i pokazywaniem wschodu i zachodu dla danej miejscowości. Chronometr ten wywołał żywą zawiść u Gravesa Jn. Przyjaciele zawarli układ, że nowy zegarek będzie najlepszym na świecie, i w 1925 roku Henry zamawia taki w genewskiej firmie Patek-Philippe.


Nieziszczalne marzenie – święty Graal


Samo tylko zaprojektowanie zegarka, który powinien być najlepszym, najdroższym i najpiękniejszym w historii zabrało trzy lata. I jeszcze dodatkowych pięć na zbudowanie unikalnego mechanizmu. 

Zegarek kieszonkowy z korpusem zrobionym z różowego złota 18 K, powtarza cyferblat zegara Westminster. Pośród innych charakterystycznych osobliwości były: wieczny kalendarz, fazy Księżyca, czas astronomiczny, rezerwa chodu, pokaz nocnego nieba Nowego Jorku – do tego szczególnie tej jego części, którą Graves  Jn. mógł oglądać ze swego miejskiego miejsca zamieszkania! 

Zegarek otrzymał imię od nazwiska swego właściciela – The Henry Graves Supercomplication. Składa się on z 920 detali, w tym 110 kółek i 120 części wymiennych. Jego korpus ozdabia 70 kamieni szlachetnych. Całkowita waga wynosi 535 g, średnica – 73,2 mm, grubość – 35 mm.

 [Jego cena wynosiła ok. 60.000 ówczesnych franków szwajcarskich czyli 15.000 ówczesnych $ USA – uwzględniając inflację, w 2014 roku ta suma wynosiła 202.000 USD, zaś al-Thani zapłacił zań już 11.002.500 USD – uwaga tłum.]

Mając jeszcze 24 dodatkowych urządzeń, zegarek ten przez długi czas zaliczał się do najładniejszych ale zarazem najbardziej złożonych w świecie – i w rezultacie ustępował on palmy pierwszeństwa tylko zegarom zbudowanym z wykorzystaniem techniki komputerowej.

Drugą nazwą tego zegarka był Święty Graal. Tak właśnie mistrzowie-zegarmistrzowscy nazwali zegarek, które nie potrzebowały smarowania. Jednakże cudowny Święty Graal zawsze okazywał się być dla nich nieziszczalnym marzeniem.


Nieszczęścia pierwszego właściciela


W 1933 roku, bakier mógł wreszcie odebrać super-chronometr z warsztatu, po zapłaceniu 15 tys. $ USA. Ale tylko szczęścia swemu właścicielowi ten zegarek nie przyniósł. 

Na świecie nastąpił czas Wielkiego Kryzysu. Jego rodacy dowiedziawszy się o obłędnych wydatkach Gravesa Jn. poddali go straszliwej krytyce – przecież on nabywał luksusowe przedmioty w tym czasie, w którym wielu ludzi głodowało. Jego reputacja została nadszarpnięta, a jego biznes cierpiał straty. Bankier starał się nie zwracać na to uwagi, ale nieszczęścia spadały nań jedno za drugim. 

Po kilku miesiącach od wykupienia zegarka zmarł najlepszy przyjaciel Gravesa Jn. Henry bardzo trudno to przeżył, ale następne nieszczęście go literalnie podkosiło. W 1934 roku, syn Gravesa – George zginął w wypadku drogowym, zaś 12 lat wcześniej zginął starszy syn bankiera. Miał 25 lat. 

Po śmierci drugiego syna milioner oświadczył swoim bliskim, że jego nowy zegarek jest przeklęty i trzeba się go pozbyć. Wprawdzie nie spełnił on swego postanowienia. 

Jego córka – Gwendolyn – wspomina, kiedy jej ojcu stuknęła 60-tka, to wziął ja na przejażdżkę jachtem. W czasie rejsu Henry Graves wyciągnął z kieszeni złowrogi zegarek i powiedział, że on właśnie przyniósł nieszczęście jego rodzinie i dlatego musi się on jego pozbyć i chciał go wrzucić do wody. Ale Gwendolyn uprosiła ojca, by tego nie robił – zegarek bardzo się jej spodobał. I wzięła go do siebie.


Rekord domu aukcyjnego Sotheby’s


I takim to sposobem chronometr przeszedł na służbę do syna Gwendolyn – znanego bogacza i kolekcjonera – Reginalda Fullertona Jn.

Wnuk we wszystkim starał się naśladować dziadka i odnosił się z pietyzmem do każdego starego zegarka. Każdy egzemplarz z jego kolekcji był w doskonałym stanie technicznym. Nie były utracone żadne dokumenty i oryginalne detale. Tak jak dziadek, Fullerton Jn. często przeglądał stare zegarki i od czasu do czasu czyścił je. 

Kolekcja zegarków wnuka bankiera była jedna z największych w XX wieku. 13 z 55 egzemplarzy wnuk otrzymał od dziadka. Perłą tej kolekcji oczywiście stał się zegarek Święty Graal

Tak jak i dziadek, Fullerton wierzył, że niosą one w sobie przekleństwo rodzinne. Szczegóły życia możnych tego świata rzadko staja się przedmiotem rozgłosu. Można tylko zgadywać, jakie to nieszczęścia przyniósł właścicielowi mistyczny zegarek i w jakim momencie Reginald zdecydował się pozbyć go ze swego domu. Chronometr The Henry Graves Supercomplication został wystawiony na ekspozycji w Muzeum Czasu w Chicago, co było o tyle dziwne, że Fullerton nigdy nie pokazywał swej kolekcji szerokiej publiczności. No i dlaczego postanowił pozbyć się ze swej kolekcji najlepszego eksponatu!

Po śmierci Fullertona zegarek The Henry Graves Supercomplication na jego życzenie został sprzedany na aukcji w domu aukcyjnym Sotheby’s. Przy cenie wywoławczej, która wynosiła 3.000.000 $ USA, przeklęty zegarek wyszedł spod aukcyjnego młotka za sumę 11 mln USD i był to światowy rekord w tej konkurencji domu aukcyjnego Sotheby’s. 

Nabywca życzył sobie pozostać anonimowym. Tajemnicę utrzymano do 2014 roku – do śmierci szejka Sauda bin Mohammeda al-Thaniego, który wyczuwając bliską już śmierć, wystawił The Henry Graves Supercomplication na aukcję. 

Ponowne pojawienie się unikalnego zegarka na rynku zbiegło się ze 175-leciem firmy Patek-Philippe (kompania ta została założona w 1839 roku przez polskiego emigranta Antoniego Patka i francuskiego zegarmistrza Adriena Philippa – przyp. aut.) 

Cena wywoławcza wynosiła 16 mln USD, zaś wynik końcowy – 24.000.000 USD. Zegarek The Henry Graves Supercomplication ustanowił nowy światowy rekord, bijąc go dwukrotnie w czasie swego 15-letniego istnienia. 


I co będzie dalej?


Kto nie bał się kupić ten przeklęty zegarek? Ku zdumieniu dziennikarzy, zwycięzca w licytacji nie był anonimem. Jego nazwisko jest szeroko znane w światku zegarmistrzów – to konsultant domu aukcyjnego Phillips – były dyrektor międzynarodowego departamentu zegarów u Christie’s – Aurel Bax. Ale czy to oznaczało, że zakupił on ten chronometr dla siebie? Być może tak, być może nie. Wiadomo, że Aurel Bax kolekcjonuje zegarki, ale jest także jednym z najwyżej opłacanych konsultantów w danej dziedzinie – i w pełni mógł wziąć udział w licytacji w imieniu anonimowego klienta. W gazetach także pojawiły się przypuszczenia, że być może zegarek ten zakupiła rodzina Stern, aktualnie będąca właścicielem firmy Patek-Philippe i pragnąca umieścić go w swoim Muzeum Zegarów.

Być może, że nowi właściciele wierzą w to, że zegarek po powrocie tam, skąd wyszedł na świat, straci swe magiczne zdolności. A może liczą na to, że magiczne siły doprowadzą ich firmę do takiego rozkwitu, jak nigdy wcześniej?


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 33/2015, ss. 28-29
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©