Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokojowe wykorzystanie atomu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokojowe wykorzystanie atomu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2013

Bomba dla towarzysza przewodniczącego


Przywódca ZSRR Nikita Chruszczow - Szalony Niki, jak nazywali go zachodni dyplomaci...


Iwan Barykin

Pierwszy w świecie reaktor jądrowy zbudowano w 1942 roku na Uniwersytecie Chicago w USA. Reaktor nie miał systemu chłodzenia i pracował na minimalnej mocy.
- My wam pokażemy kuźkinu mat’! - To zdanie rzucone przez N. S. Chruszczowa z trybuny Zgromadzenia Ogólnego ONZ pół wieku temu wprawiło w osłupienie cały świat.
- „Co radziecki przywódca miał na myśli?”, „Kim jest matka Kuźmy?”  - krzyczały nagłówki wszystkich gazet świata.


Wyrób 602


Ten typowo rosyjski idiomat był niezrozumiały dla przeciętnego mieszkańca świata. Te pogróżki, wzmocnione dodatkowo postukiwaniem butem Chruszczowa po mównicy, nabrały złowieszczego charakteru. On oczywiście nie miał na myśli małego, wrednego żuczka, nalanka czarnego (Anisoplia austriaca), który jest szkodnikiem zbóż, i nie jego matkę – a coś bardziej realnego. To Nikita Siergiejewicz wyjaśnił w dniach Kryzysu Karaibskiego, kiedy to świat stał na krawędzi wojny termojądrowej:
- My was imperialistów, pochowamy!

Jak zamierzał tego dokonać, okazało się w czasie jego oświadczenia na XXII Zjeździe KPZR. W tym samym dniu, na Nowej Ziemi zdetonowano ładunek termojądrowy, który 10.000 razy przewyższał swą mocą bombę atomową zrzuconą na Hiroszimę. Wyrób 602 – taki nadano kryptonim tej bombie termojądrowej – mógł w mgnieniu oka zetrzeć z powierzchni ziemi Nowy Jork i inne przylegające doń miasta. Z lekkiej ręki Nikity Chruszczowa, bombie nadano nazwę Kuźkina mat’, choć jej konstruktorzy nazwali ją Iwan.

Pewnego razu miałem okazję spotkać się ze specjalistą od ładunków nuklearnych, weteranem przedsięwzięć podwyższonego ryzyka, płk N. G. Kosteckim.
- Prace nad złożeniem Wyrobu 602 – opowiadał on – zaczęły się w 1954 roku w nuklearnym centrum badawczym Czelabińsk-70, choć Snieżyńsk – gdzie znajdowało się nuklearne centrum – nie miał niczego wspólnego z Czelabińskiem. Snieżyńska nie znajdziecie na żadnej mapie świata. Jest on odcięty od świata gęstym lasem, głęboka tajemnicą, zasiekami z drutu kolczastego, wieżami obserwacyjnymi i punktami kontrolnymi na wjeździe. Mieszkają w nim uczeni-jądrowcy wraz z rodzinami, którzy podpisali lojalkę o nieujawnianiu tajemnicy.

Poligon atomowy na Nowej Ziemi


W tajnej kuźni nuklearnej tarczy


Nikołaj Georgiewicz okazał się być bardzo interesującym rozmówcą. Pół życia spędził on na nuklearnych poligonach.
- Latem 1961 roku, Wyrób 602 był gotowy – opowiadał dalej. – Wyglądało to jak zwykła bomba, takich tutaj było na kopy, chociaż ta w czymś przypominała rekina z podłużnym, błyszczącym korpusem, ogonem i swymi rozmiarami – 12 metrów długości. (W takim razie i przy takich wymiarach pasowałaby do niej nazwa Megalodon – uwaga tłum.) Jej moc – 100 Mt TNT – (sto milionów ton trotylu – przyp. tłum.). Uczeni obawiali się, że po takiej eksplozji nasza planeta „wyskoczy z szyn”, to znaczy z orbity. Ale Chruszczow nie ustępował: Jak trzeba będzie, to zrobicie nawet bombę na tysiąc megaton. Tylko tak pogrzebiemy imperialistów. Nikita Siergiejewicz nie myślał, że z nas też nic nie zostanie. Ale „setka” go piliła, bo chciał zameldować o niej na zjeździe partii. Powstało pytanie o miejscu detonacji Kuźkinyej mati. Nie było nad tym specjalnej dyskusji – oczywiście na Nowej Ziemi! Powierzchnia 82.600 km2, cały archipelag – to jeden wielki poligon. Ale w strefie rażenia o promieniu 1000 km znajduje się Workuta, Dudinka i co najważniejsze – Norylsk z jego kombinatem miedzio-niklowym (i diamentowym – przyp. tłum.) A port Dickson znajduje się w odległości 500 km. Tak więc zdecydowano zrobić połowę tego ładunku – zamieniono 2 tony uranu-238 na dwie tony ołowiu. Moc bomby spadła, lecz nie do 50, ale do 57 Mt. No i wreszcie nadszedł Dzień X. Wczesnym rankiem na naszych oczach mamaszę wywiózł na platformie wojskowy ciągnik i z wielką ostrożnością wywiózł na lotnisko. Tam już na nią czekał strategiczny bombowiec Tu-95M. Luki bombowe trzeba było pozostawić otwarte – bomba ledwie się mieściła. Z ziemi wyglądało to tak, jakby gigantyczny jastrząb niósł w szponach ogromne jajko…


Car Bomba i porównanie jej mocy z mocą bomby atomowej Little Boy i  bomby wodorowej Castle Bravo zdetonowanej na archipelagu Marshalla


Wierzchem na bombie


Jak potem opowiedział Kosteckiemu dowódca bombowca, ppłk Andriej Durnowcew – było śmiesznie lecieć można powiedzieć – wierzchem na bombie. A nuż wybuchnie? – toż to nawet molekuły po nas nie zostaną… Czas lotu znów nie taki długi, a ciągnie się strasznie. No i wreszcie rejon celu – półwysep Suchoj Nos.   
       
Zrzut! Bomba poleciała z wysokości 10.500 m i zanurzyła się w gęstej pierzynie obłoków. System dużych spadochronów zmniejszył prędkość jej opadania.
- Trzeba było szybko odlecieć, bo inaczej walnie w nas fala uderzeniowa i spalimy się w diabły. Boże – przenieś nas i ratuj! Za 188 sekund będzie wybuch na wysokości 4000 metrów, a my oddaliliśmy się tylko na 115 km. Mało – pomyślał Durnowcew. – Naraz samolotem szarpnęło jak nie wiem co, ledwie wyrównaliśmy. Dobiegł do nas straszliwy huk, cud ze nie rozerwało nam bębenków w uszach. Twarze oblał nam żar. Daleko na dole zauważyliśmy rozszerzającą się kulę ognia w kolorze jasnopomarańczowym, u której pojawiła się grubiejąca nóżka. Co działo się w rejonie zrzutu, to można sobie było tylko wyobrazić. Jak później opowiadali chłopaki z samolotu-laboratorium – a mieli oni za zadanie sfilmować tą jądrową Apokalipsę – ziemia w promieniu dziesiątków kilometrów stopiła się i wyglądała jak ślizgawka. Zginęła połowa pogłowia reniferów, których ilość przed wybuchem wynosiła około miliona. Stada ptaków w czasie wybuchu spłonęły w powietrzu. Znajdujące się w odległości 100 km od epicentrum czajki oślepły. Padły tysiące białych niedźwiedzi. Przez całe lata wozili potem na kontynent poparzonych promieniowaniem Nieńców. Wszyscy oni sądzili, że spod ziemi wyszedł wtedy duch Omol.

Teraz, ponad pół wieku później, my zadajemy pytanie: po co to wszystko było? Zadowolić rozdęte ambicje Nikity Chruszczowa? Prawdę powiedziawszy, ten ostatni był bardzo zadowolony z wyniku eksperymentu. Co więcej – oświadczył, że na tym nie poprzestanie. I wydał polecenie dokonania prac nad projektem bomby o mocy 1000 Mt, 109, miliarda ton czyli kolejny rząd wielkości – 1 Gt – gigatony TNT! Dzięki Bogu, po trzech latach przyszedł na jego miejsce L. I. Breżniew i odwołał ten rozkaz. Ale Amerykanów my przestraszyliśmy. Tam doskonale rozumieli, że Rosjanie nigdy nie użyją takich bomb, bo w przeciwnym przypadku na Ziemi nie zostanie nikt: zginie cała Ludzkość.
- Czym się zakończył ten lot dla dowódcy tego Tu-95 i jego załogi? – zapytałem Kosteckiego.
- Hmmm… czym? Wytartował w ten dzień majorem, a wrócił jako podpułkownik. Jego i zastępcę przedstawiono do orderu Bohatera Związku Radzieckiego. Tylko, że nie długo pożyli, jak i pozostali członkowie załogi. Wszyscy dostali potężne dawki promieniowania. Dostało się także załodze samolotu-laboratorium. U wielu rozwinęła się ostra choroba popromienna. Pozostały, jak pamięć po nich, zrobione zdjęcia z Apokalipsy…



Wybuch Car Bomby i fazy tworzenia się grzyba poeksplozyjnego, który dosięgnął pułapu 50 km, dzięki czemu radioaktywny fall-out rozprzestrzenił się na całą północną hemisferę Ziemi... 


Pokojowe urządzenia Kosteckiego


Nikołaj Gieorgiewicz był człowiekiem skromnym. Nie był gdzieś na stronie w czasie eksperymentów i nie został pułkownikiem za piękne oczy. Ale nie chciał o tym mówić, zmienił temat na pokojowe próby nuklearne. Dowiedziałem się zatem, że laureatem Państwowej Nagrody został on za sporządzenie nowych konstrukcji urządzeń nuklearnych do celów pokojowych. Większość z nich zamierzano wykorzystać przy budowie magistralnego kanału, którym wody syberyjskich rzek byłyby skierowane do wysychającego Morza Kaspijskiego. Jednakże ten projekt nie był wykorzystany. Pieniądze przeznaczone na ten projekt skierowano na budowę BAM-u. Ale i tak jego urządzenia posłużyły krajowi. Podziemnym wybuchem jądrowym otworzył on ogromne złoże rudy w Apatytach. Rudę zaczęto wydobywać po dwóch latach po dekontaminacji terenu. Na Uralu po odpaleniu ładunku jądrowego we wnętrzu góry powstała wielka jama (kamuflet), z której odpompowano miliony metrów sześciennych gazu. W Uzbekistanie wybuchem atomowym zamknęli gazową fontannę, która paliła się przez dwa lata. Ładunki Kosteckiego przywracają życie starym polom naftowym, w których było jeszcze dużo czarnego złota…


Jak „ułożyli… 16 marynarzy”


I wszystkich tych rzeczy dowiedziałem się w czasie jednego ze spotkań z Nikołajem Gieorgiewiczem. Zapytałem się go, czym się zajmował przez długie lata, zanim  zajął się pokojowymi wybuchami atomowymi.
- W końcu lat 50. na poligonie w Kapustin Jarze przeprowadzaliśmy próby morskiej rakiety z głowicą jądrową. Potem w nie uzbrojono nasze SSBN. W celu skontrolowania prób rakiety w warunkach morskich, imitujących morskie kołysanie, na jednym z obszarów poligonu był zamontowany unikalny system urządzeń wahliwych. Według zadanego programu, urządzenia te imitowały kołysanie, jakiemu są poddane okręty podwodne na morzu. Doświadczenia prowadzone w głębinach Oceanu Światowego wykazały, że ustawione na SSBN rakietowe systemy są w stanie przeprowadzić uderzenie jądrowe z każdego miejsca Wszechoceanu. Czasami zdarzały się w czasie badań nienormalne sytuacje. W latach 70. na poligonie na Nowej Ziemi zostały zdetonowane megatonowe rakiety na potrzeby Marynarki Wojennej – wspomina Nikołaj Gieorgiewicz. – Dwa ładunki poleciały i eksplodowały, jak trzeba, ale start trzeciego nie przebiegł tak jakbyśmy chcieli i to z wielu przyczyn. Trzeba było szybko wyjechać i zbadać przyczyny i zapobiec możliwości samoczynnego wybuchu. Przypominaliśmy w tym momencie samobójców. Po pierwsze dlatego, ze złowieszczy ładunek mógł eksplodować w każdej chwili, po drugie – w sztolni – w której po dwóch pierwszych ładunkach nagromadziła się ogromna ilość promieniotwórczych substancji. Włożyliśmy specjalne antyradiacyjne kombinezony i weszliśmy do boksu. Przed nami ujrzeliśmy fantastyczny obraz: głowicowa część rakiety wisiała na łańcuchach, a pod nią był skruszony przez falę uderzeniową granit. Wystarczyło odłączyć w głowicy źródła zasilania, ale nie mieliśmy gwarancji, że łańcuchy nie wytrzymają i rakieta nie spadnie na spąg. Przewidując to położyliśmy na spąg 16 materaców. Położyliśmy je i zabraliśmy się za główne zadanie. I właśnie wtedy doszło do niemal komicznego zdarzenia. Dostaliśmy rozkaz natychmiastowego przerwania robót. Młoda szyfrantka pisząc teleks do Moskwy o położeniu pod głowicę 16 materaców popełniła czeski błąd w ostatnim słowie i wyszło jej „16 matrosów”! Admirał przeczytał to, złapał się za serce i wychrypiał: - NATYCHMIAST PRZERWAĆ ROBOTY!

Wyszli ze sztolni jednak cali w skowronkach. Dostali niezłe dawki radioaktywności, ale głowicę unieszkodliwili.

Zdarzało się niemało drugich nieszczęśliwych sytuacji wymagających od nich poświęcenia i heroizmu. O takich właśnie ludziach pracujących przy ładunkach i doświadczeniach atomowych, główny konstruktor z nuklearnego centrum badawczego E. I. Zababachin powiedział: Dlatego właśnie nie było Trzeciej Wojny Światowej, bo byliście wy – projektanci jądrowej tarczy.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 37/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 

sobota, 31 marca 2012

Atomowe jezioro

 Położenie "Atomowego jeziora" na terytorium dzisiejszego Kazachstanu
 Sztuczne jezioro "Atom-noor" ("Tajny XX wieka")
Poligon atomowy w Semipałatyńsku - widok ogólny ("Tajny XX wieka")


Aleksandr Kursakow

W dniu 30 października 1961 roku, na poligonie atomowym na Nowej Ziemi - 73°51’N - 054°30’E, dokonano najsilniejszej w historii Ludzkości eksplozji bomby wodorowej. Fala uderzeniowa wybiła okna w domach na wyspie Dickson, położonej w odległości 800 km od miejsca testu. Była to swobodnie spadająca bomba termojądrowa  RDS-220 Iwan znana powszechnie jako Car Bomba o mocy 50-60 Mt…

15 stycznia 1965 roku, godzina 05:59.59 GMT. Rzeka Czagan (Szagan) w odległości 100 km od Semipałatyńska. Wczesnym rankiem ziemią raźnie targnęło i zdrowo potrząsnęło. Założony w jej głębinach, 170-kilotonowy ładunek jądrowy Projektu nr 1004 – tak dziesięć razy Hiroszima – literalnie rozerwał ziemię. Kawały ziemi i skał o masie tony rozleciały się na odległość 8 km od punktu ZERO. Obłok pyłu na kilka dni przesłonił horyzont. Nocą na niebie świeciła się malinowo zorza. Na miejscu eksplozji pojawił się krater o średnicy 500 m i głębokości 100 m ze stopionymi krawędziami. Wysokość wału okołokraterowego wynosiła 40 m.

„Pokojowy Atom”

W swoim oficjalnym oświadczeniu, które opublikowano stosunkowo niedawno czytamy:

Zaraz po wybuchu zaczęła podnosić się kopuła rozdrobnionego gruntu. Po upływie 2-5 sekund zaobserwowano ulot rozpalonych gazów i zaczęło się formowanie obłoku powybuchowego, który stabilizował się w ciągu 5 minut, na wysokości 4800 m. Część wyrzuconego gruntu dosięgła maksymalnej wysokości około 950 m i zaczęła opadać z powrotem na ziemię. […]

Po eksperymentalnym wybuchu podziemnym o kodowej nazwie „Czagan” skażeniu radioaktywnemu uległo 11 zasiedlonych punktów, w których zamieszkiwało 2000 ludzi.

Poziom promieniowania γ (gamma) na krawędzi krateru powybuchowego w pierwsze doby po wybuchu wynosił 30 R/h, a po 10 dniach spadł do 1 R/h, a aktualnie wynosi on 2-3 mR/h. przypominam, że tło naturalnej radioaktywności w tym rejonie wynosi 15-30 μR/h.

Tak to właśnie startował w Związku Radzieckim program „Mirnyj Atom” („Pokojowy Atom”).

Ten program był w ZSRR swego rodzaju idée fixe. W jego ramach całkowicie serio rozpracowywano projekty gigantycznych samolotów, statków, pociągów i nawet samochodów z silnikami atomowymi, kosmicznych „wybucholotów” i innych urządzeń używających energii jądrowej. (Temat ten był bardzo modny także w Polsce w latach 50. i na początku lat 60. XX wieku, co uwidaczniało się w naszej prasie naukowej i popularno-naukowej oraz w literaturze SF – dop. tłum.) Entuzjazm stronników i zwolenników energii jądrowej tzw. „atomszczyków” nie znał granic. (Widzimy to do dziś dnia, kiedy to wbrew bijącym w oczy faktom, po katastrofach w USA, ZSRR i Japonii, wciąż w Polsce „atomszczyki” chcą stawiać dziesięć elektrowni jądrowych nie bacząc na koszty, bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek – uwaga tłum.) Fizycy doradzali stosowanie wybuchów atomowych przy budowie kanałów i innych przedsięwzięć hydrotechnicznych, wybuchy wyrzutowe odrzucające górne warstwy skalne i odsłaniające pokłady rud czy innych minerałów, do intensyfikacji wydobycia ropy naftowej i gazu ziemnego, likwidacji odpadów, i w innych celach.

W marcu 1962 roku, minister ds. budowy maszyn średnich E. P. Sławskij otrzymał referat od fizyków nuklearnych Jurija Babajewa i Jurija Trutniewa „O konieczności rozwijania prac dotyczących badania możliwości zastosowania jądrowych i termojądrowych wybuchów w celach technicznych i naukowych”. Każdy punkt tego referatu był dokładnie rozpisany i bardzo solidnie udokumentowany. Sławskij z entuzjazmem poparł pracę Babajewa i Trutniewa, i w roku 1962 w ZSRR zaczęli wielkoskalowy program „pokojowych wybuchów atomowych”.  Do tego programu zostało zaangażowane kilka innych ministerstw: Ministerstwo Maszyn Średnich, Ministerstwo Przemysłu Gazowego, Ministerstwo Przemysłu Naftowego, Ministerstwo Przemysłu Węglowego, Ministerstwo Energii, Ministerstwo Metali Kolorowych, Ministerstwo Gospodarki Wodnej i inne, dla których przeprowadzano wybuchy nuklearne. „Pokojowy Atom” ruszył.

Jezioro Czagan

Pierwsza radziecka przemysłowa eksplozja nuklearna nastąpiła 15 stycznia 1965 roku, w Kazachstanie na terenie Semipałatyńskiej Obłasti. Postanowiono wykonać wybuchowo wielki krater i wypełnić go wodami rzeki Czagan. Według poglądów uczonych radzieckich, takie kraterowe jeziora powinny powstać we wszystkich wysuszonych obszarach pustynnych regionów kraju. Konkretnie Kazachstanowi potrzebne były zbiorniki wodne w liczbie 40 o pojemności 120-140 mln m3 wody. W kraterowych jeziorach akumulowałyby się wody z wiosennych roztopów, zaś niewielka powierzchnia parowania i nieprzepuszczalne dno pozwoliłoby zachować wodę na potrzeby ludzi i zwierząt oraz upraw rolnych.

Technologia produkcji zbiorników wodnych na rzekach była prosta: wytwarzano krater przy pomocy wybuchu nuklearnego. Następnie kopano kanał do rzeki. Tak właśnie zrobiono w przypadku rzeki Czagan. Jako szefa całego przedsięwzięcia naznaczono zapiekłego „atomszczyka” Iwana Turczina. Na początku 1965 roku połączył on rzekę kanałem z kraterem, a potem wybudowano kamienno-ziemną tamę ze śluzami. Łącznie cały zbiornik miał pojemność 17 mln m3 wody.

Podsumowując należy stwierdzić, że w programie „Mirnyj Atom” w ZSRR dokonano 124 wybuchów atomowych.

(…) Jefim Pawłowicz Sławskij był dumny z tego tryumfu ludzkiego geniuszu. Polecił on zrobienie kolorowego filmu dla szerokiego kręgu odbiorców. Kadry filmu: po błękitnej powierzchni atomowego jeziora Czagan płynie szybka łódź motorowa…

„Wśród żywych pozostało tylko 30 ludzi”

Uczeni rozumieli: jeżeli wiosenne wody roztopowe wezmą i zaniosą do rzeki Irtysz radioaktywny pył – tzw. fall-out, który pokrył dużą powierzchnię Kazachstanu, to ta ogromna syberyjska arteria wodna będzie skażona promieniście na długi czas, przyniesie to uszczerbek już nie do naprawienia. Jeszcze w styczniu przyjęto decyzję: wykopać w ścianie krateru kanał i puścić śmiercionośną wodę do krateru, a nie do Irtyszu i utworzyć jezioro w kraterze.

Opowiada jeden z nielicznych pozostałych przy życiu uczestników tej operacji Władimir Władimirowicz Żirow – w tamtych czasach majster w „skrzynce pocztowej”:
- Miałem wtedy 23 lata, i przyszło mi gdzieś robić z elektrycznością. Ani ja, ani inni nie myśleli o tym, że postawione przed nami zadanie w tej okrutnej zimie będzie dla nas tak znaczącym. Jak w pieśni masowej: partia zleciła – znaczy się trzeba jechać. Jak najszybciej zebraliśmy technikę i skleciliśmy budy do tymczasowego zamieszkania. W styczniu pojechaliśmy z Ust’-Kamieniogorska do Semipałatyńska, a stamtąd – do miejsca eksplozji. Nasze miasteczko rozpościerało się jakieś 5 km od punktu ZERO. W naszych budkach znajdowały się piecyki tzw. „kozy”, ale na 40-stopniowe mrozy nie było mocnych. Miejsce eksplozji było czymś potwornym, sam strach Boży. Szedłeś tam, a tu z nosa krew kapie, a głowę jakby kto w imadło wziął. Ludzie źle się tam czuli, odzież we krwi, z twarzy skóra schodzi, ale iść trzeba. Pracowaliśmy tam i siebie nie żałowaliśmy. Pewien kierowca buldożera chciał ratować maszynę, która wpadła do krateru, do tej atomowej wody. Buldożer uratował, ale sam wkrótce zmarł. Ja sam wyszedłem z tego popieliska z chronicznym krwotokiem z nosa, chorobą popromienną, bronchitem i innymi przypadłościami… Z 300 likwidatorów przy życiu pozostało tylko 30 ludzi.

(Kilka dni temu na zjeździe Ochotniczych Straży Pożarnych członkowie OSP przekazali prezesowi OSP, v-premierowi Pawlakowi serwilistyczny list poparcia dla jego idei budowy w Polsce elektrowni atomowych. Czyżby nie dotarło do nich, że w razie jakiejkolwiek awarii, to właśnie oni staną się likwidatorami i jako pierwsi pójdą pod topór atomowej śmierci? Nawet lizusostwo powinno mieć jakieś granice – przede wszystkim granice zdrowego rozsądku... – uwaga tłum.)

- Ano tak to i było – do rozmowy włącza się jeszcze jeden uczestnik tej akcji Wiktor Jefimowicz Bogomołow, geodeta – byli tam także i wojskowi topografowie, z których tylko dwóch pozostało przy życiu, a którzy nas ostrzegali: ze zdrowiem, chłopy, musicie się pożegnać, ale Rosja o was nie zapomni.

U likwidatorów zachowała się kopia planów, gdzie na czerwono na biało-czarnym rysunku stało napisane:

Krater powybuchowy, który powstał w rezultacie naziemnej eksplozji atomowej T „Cz”/rz. Czagan, Semipałatyńskaja Obłast’.

Dokument ten przedstawiono specjaliście od geo-ekologii prof. Jewgienijemu Jakowlewowi, pokręcił tylko głową i powiedział:
- Mieliście tam jeszcze gorzej, niż w Czarnobylu…

„Tylko nie w zamieszkałych miejscach…”

Akademik RAN – W. P. Michajłow w swej książce pt. „Ja – jastrząb” pisze:

To był nasz pierwszy pokojowy wybuch atomowy przeprowadzony w celu uzyskania rezerwy wody słodkiej. Wybuch przeprowadzono w dorzeczu rzeki Czagan, która w lecie zazwyczaj wysycha. (Faktycznie – na radzieckich mapach z tego okresu jest ona zaznaczona jako rzeka okresowa – przyp. tłum.) Liczono na to, że w czasie wiosennych roztopów, krater wypełni się wodą, której wystarczy na okres suszy, dla zapewnienia wodopoju dla wszystkich zwierząt z sąsiednich sowchozów. Tak też się stało: na wiosnę krater wypełnił się wodą, ale przed brustwerą powstało wielkie jezioro o głębokości 1-2 m, które zalało około 2 km2 przestrzeni stepu. Wprawdzie ten obszar w czasie lata wysychał, a ze sztucznego krateru nie mieliśmy wodopoju z powodu wciąż silnego promieniowania w jego wnętrzu. Tak więc jezioro to istnieje do dziś dnia, wzbudzając strach tutejszych mieszkańców sąsiednich wsi. A rzeczka Czagan znalazła sobie inne koryto i wiosną cieknie sobie spokojnie omijając dzieło rąk ludzkich.

Następnego roku przyjechaliśmy nad to jezioro połowić ryby w zalewowych wodach i przy okazji popatrzeć na nasze cud-jezioro. A cud-jezioro przywitało nad nie tyle radiacją, która była jeszcze dostatecznie wysoka na wale wokół niego, ale czernią jego wody spowodowaną wyrzuceniem ogromnej ilości ziemi przez wybuch. Rozbiliśmy obozowisko koło zalewowego jeziora, nałowiliśmy ryb i ugotowaliśmy uchę i długo patrzyliśmy na Atom-kuul – jak nazywają miejscowi to Atomowe Jezioro. Nie, to nie było to, i jeżeli mamy ponownie robić jakieś wybuchy w celach pokojowych, to nigdy w zaludnionych miejscach.          

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©