Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tsunami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tsunami. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 września 2019

Tsunami na Bałtyku


Tsunami i powódź w Kanale Bristolskim w 1607 roku


Stanisław Bednarz


Nadmorskie Darłowo 16 września 1497 roku zmagało się z falą tsunami nazwana niedźwiedziem morskim. Morska fala wdarła się w głąb lądu…

Nikt nie spodziewał się, że wrzesień roku pańskiego 1497 będzie cezurą, dzielącą historię miasta na dwa okresy. Bogusław X, ówczesny władca, udał się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej pozostawiając żonie – księżnej Annie, córce polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka opiekę nad krajem.

Był 16 września 1497 roku gdy od strony Bałtyku dochodziły „pomruki” ów niedźwiedzia, będące w rzeczywistości wybuchami metanu pod dnem morza. Nie był to jednak zwykły sztorm, fale w pewnym momencie zalały całe Darłówko i płynęły dalej w głąb lądu. Fala, która dotarła do miasta położonego trzy kilometry od wybrzeża miała trzy metry wysokości (łącznie poziom wody musiał podnieść się o około 20 metrów).

Kronikarz z darłowskiego klasztoru kartuzów opisał te wydarzenia:
Sztorm zerwał się w piątek, ósmego dnia po narodzinach Maryi 1497 roku i trwał do późnego wieczora, wywołując powódź. W Darłówku zostało zniszczone całe nabrzeże portowe. Woda wyrzuciła na ląd 4 zacumowane w porcie statki. Prawie wszystkie domy zostały rozmyte i potonęło wszystko bydło. Ucierpiało również Darłowo: w spichlerzach było pełno wody, w kościele parafialnym spadła część dachu z wieży. W klasztorze woda stała do wysokości ołtarzy, sad mnichów został zniszczony, a ich piwo i wino było tak zepsute, że ich nie chciał nikt pić.

Dzięki szybkiej reakcji rady miasta i księżnej Anny nie ma wzmianek o ofiarach w ludziach. Samo miasto odbudowywało się jednak aż 20 lat, zaś Darłówko trzeba było niemal na nowo założyć. Doktor Andrzej Piotrowski z Instytutu Geologicznego uznał, że to musiało być tsunami, a opisywany w relacjach ryk niedźwiedzia towarzyszący zjawisku – był wybuchem uwolnionego metanu, zalegającego południowe obszary Bałtyku. Obliczono, że tylko eksplozja metanu mogła być na tyle silna by wytworzyć falę, która gwałtownie wyrzuciła zacumowane w porcie cztery statki o prawie cztery kilometry dalej, w tym jeden pod wzgórze Kopa o wysokości 22 m n.p.m. Dziś w tym miejscu stoi wzniesiony jeszcze w I połowie XIV wieku kościół p.w. Świętej Gertrudy. Dla upamiętnienia tej katastrofy corocznie, 17 września, rusza stąd procesja pokutno-błagalna ulicami Darłowa.

Pokłady klatratów metanowych we Wszechoceanie (NOAA)

Moje 3 grosze


Cała ta historia wydaje mi się wielce podobna do innego wydarzenia, które miało miejsce w Anglii i które opisano już na stronie - https://wszechocean.blogspot.com/2017/02/powodz-w-kanale-bristolskim-w-1607-roku.html, a temat ten poruszony został także w tym materiale: https://wszechocean.blogspot.com/2013/01/jeszcze-jeden-straszak.html
Nie sądzę jednak, by za te tsunami była odpowiedzialna erupcja klatratów metanowych. Oto dlaczego:
Naturalne hydraty metanu na Ziemi występują licznie na szelfach kontynentalnych i w wiecznej zmarzlinie, gdzie woda jest ogólnie dostępna. Metan pochodzi z dwóch źródeł – powszechnej fermentacji anaerobowej lub mniej rozpowszechnionych ekshalacji termogenicznych. Klatraty z pierwszego źródła zawierają niemalże czysty metan bogaty w lekki izotop węgla 12C*. W drugim przypadku zróżnicowanie składu chemicznego i izotopowego gazów jest znacznie większe.
Globalnie hydraty metanu tworzą się poniżej strefy stabilności hydratów gazu GHSZ (ang. Gas Hydrate Stability Zone), która w zależności od temperatury rozciąga się od głębokości poniżej ok. 300 m w wodach arktycznych do 1100 m w głąb sedymentu, choć odnaleziono złoża występujące już na głębokości 60–100 m. W wiecznej zmarzlinie hydraty metanu są stabilne od 150 do 2000 m pod powierzchnią.
W związku z ociepleniem klimatu rozpatruje się potencjalne zagrożenia, jakie stwarzają klatraty. Metan jest gazem cieplarnianym, którego zdolność zatrzymywania ciepła (potencjał cieplarniany) jest dwudziestokrotnie większa niż w przypadku dwutlenku węgla. Uwolnienie się go ze złóż hydratów, które zawierają szacunkowo 3000 razy więcej metanu niż wynosi jego ilość w atmosferze ziemskiej, znacząco podniosłoby temperaturę na Ziemi. Podejrzewa się, że zwiększenie stężenia metanu spowodowało gwałtowne podwyższenie temperatury o 7 °C w późnym paleocenie 55 mln lat temu, co doprowadziło do wyginięcia wielu gatunków organizmów morskich. Paleobiolodzy z Instytutu Paleobiologii PAN wysunęli hipotezę, że klatraty metanu odpowiadają za większość gwałtownych zmian klimatu w historii Ziemi.
Innym zagrożeniem mogą być wywołane przez osunięcia fale tsunami. Około 6100 lat p.n.e. rozpad złóż klatratów doprowadził do przesunięcia się do Morza Norweskiego masy skał ze stoku kontynentalnego o objętości ocenianej na 5300 km³ o 800 km, co wywołało potężną falę. Jej efekty są do dzisiaj zauważalne na północy Anglii. Zagrożone są między innymi Bahamy, które od wschodu opadają stokiem 5000 m w głąb oceanu, przy czym klatraty są utrzymującym je spoiwem.
Zagrożenie wynika z ocieplenia wody oceanicznej, co może prowadzić do przekroczenia granicy stabilności. Przyczyną uwolnienia się metanu może też być zdestabilizowanie zasobów w wyniku prac wydobywczych, jednak jest to możliwe jedynie w szczególnych warunkach geologicznych.
Klatraty metanu stały się przyczyną niepowodzenia próby zablokowania wycieku ropy z platformy wiertniczej Deepwater Horizon w Zatoce Meksykańskiej w maju 2010 roku.

Tyle Wikipedia.

No właśnie – na Bałtyku raczej nie ma warunków, by powstały wielkie pokłady klatratów metanowych, choćby dlatego, że jest morzem płytkim i jego średnia głębokość sięga 50 m, a największa (Jama Landsort) – 459 m, a jednak coś musiało spowodować powstanie tych fal, które niszczyły całe miasta i porty na Bałtyku…

Tsunami na polskim wybrzeżu

·        Pierwszym z nich była legendarna wolińska Vineta w ok. X wieku n.e. Legenda głosi, że miasto zostało zalane przez potężne fale, które spowodowały jego zatopienie, jak platońską Atlantydę.

·        W 1497 roku potężne fale tsunami zmyły z powierzchni ziemi Darłówek i Darłowo, co wedle uczonych było efektem eksplozji pokładu klatratów metanowych spowodowanych wstrząsami ziemi o sile M4,5 w okolicach jeziora Vetter w Szwecji.
·        W 1757 roku wielkie fale uderzyły w Trzebiatowo…
·        …a w 1779 roku potężne fale uderzyły w Łebę i Kołobrzeg.
·        W 2004 roku doszło do trzęsienia ziemi w okolicach Kaliningradu. Siła wstrząsów wynosiła M5,3 jednakże tym razem nie było żadnych ekstrafal…
·         
Obszar Bałtyku jest obszarem pensejsmicznym, tzn. od czasu do czasu zdarzają się tam trzęsienia ziemi, co w połączeniu z odkładającymi się tam złożami metanowego lodu może spowodować powstanie fal tsunami. Dowodem na to są kratery poeksplozyjne na dnie Bałtyku.  

Tak więc do wszystkich niebezpieczeństw Bałtyku jakimi są zatopione BŚT, zatrucie wód głębinowych toksycznymi gazami powstałymi w procesie rozkładu materii organicznej: siarkowodorem – H2S, amoniakiem – NH3, dwutlenkiem węgla – CO2, skotolem – C9H9N, indolem – C8H7N, putrescyną – C4H12N2, kadaweryną – C5H14N2 oraz fosforiakiem – PH3 i difosfiną – P2H4, dochodzą jeszcze trzęsienia ziemi i ich efekty w postaci eksplozji pokładów klatratów metanowych a co za tym idzie – fal tsunami.

Jest jednak jedno małe ale, a mianowicie: w czasie obu wojen na Bałtyku toczyły się zacięte walki w czasie których używano torped i bomb głębinowych oraz konwencjonalnych. Eksplozje tychże powinny powodować zmiany ciśnienia wody poprzez fale uderzeniowe, które mogły powodować wstrząsy dna, a co za tym idzie – namiastkę trzęsień ziemi, co jednak nie powodowało eksplozji pokładów metanu… A powinno! Nie zaobserwowano żadnych wielkich fal na Bałtyku w czasie obu wojen światowych.


Czy w ogóle zaobserwowano takie zjawisko? Owszem, na akwenie Trójkąta Bermudzkiego, w Rowie Portorykańskim, gdzie w dniu 11.IV.1963 roku, o godzinie 13:30 AST/17:30 GMT z pokładu samolotu Boeing 707 lecącego z San Juan do Miami (inne źródła mówią o Nowym Jorku) z wysokości 10.000 m, na pozycji N 19°54’ i W 066°47’. Był to wydymający się nad wodę „kalafior” o rozmiarach 800 m średnicy i wysokości niemal 400 m!

Oczywiście piloci powiadomili władze, które skojarzyły sobie to wydarzenie z zatonięciem dzień wcześniej, 10 kwietnia 1963 roku,  amerykańskiego okrętu podwodnego z napędem nuklearnym USS Thresher (SSN 593) w Zatoce Maine, w pobliżu punktu określonego współrzędnymi N 41°46’ i W 065°03’, około 220 mn na wschód od przylądka Cod... Jednakże oba te miejsca dzieli znaczny dystans - ponad 1.500 mn, a zatem nie mogło to mieć związku z zatonięciem tego okrętu. Przynajmniej nie w tym sensie, w jakim się to przyjmuje, o czym później. Także wybuch jądrowy czy termojądrowy (np. reaktora trakcyjnego czy głowic ICBM lub HWT) pod wodą daje zupełnie inny obraz zjawiska. USS Thresher zatonął na głębokości 2.500 m. 

Teraz, w świetle tej hipotezy metanowej, można śmiało założyć, że to była właśnie tego rodzaju wybuchowa ucieczka gazowego metanu z dna oceanu. Całe zjawisko trwało ponoć 5 minut i szybko się uspokoiło.

Nawiasem, naprzeciwko Trójkąta Bermudzkiego, u wybrzeży Japonii znajduje się Morze Diabelskie, w którego otchłaniach odnotowano takie same zjawiska świetlne i akustyczne, jak w Trójkącie. Morze Diabelskie, a w szczególności akwen zwany Trójkątem Smoka, cieszy się równie paskudną sławą, jak Trójkąt Bermudów. Tutaj także giną statki i samoloty, a diabły porwały nawet statek badawczy, którego zadaniem było wyjaśnienie losów kilku innych statków, które zaginęły tamże – w okolicach archipelagu Bonin i Izu-Shotō rozciągniętych wzdłuż rowu oceanicznego Izu-Ogasawara, którego głębokość wynosi maksymalnie 10.340 m. I tutaj na dnie odkłada się metan. I tutaj może podnosić się metan w postaci „białych wód”, a złoża klatratów metanowych poruszonych trzęsieniem ziemi mogły wyzwolić się z dna oceanu potęgując fale tsunamiTak najprawdopodobniej było pamiętnego dnia 11.III.2011 roku u wybrzeży Japonii! Wybuchowe uwolnienie się metanu mogło dać dodatkowego „dubla” głównej fali tsunami, lub spowodować jedną z kilku fal tsunami, które uderzyły w brzegi tego kraju. Nie pęknięcia osadów dennych, nie kumulacja czy soczewkowanie wstrząsów, ale właśnie eksplozja metanu…


Wygląda zatem na to, że istnieje jakaś inna przyczyna wybuchowego uwalniania się metanu z pokładów klatratów metanowych na dnie naszego morza. 

Ale jaka???

Tego właśnie nie wiemy.


czwartek, 21 września 2017

Wielki orkan czy Tsunami?


Choć większość geologów jest zdania, że na Morzu Bałtyckim tsunami nie może wystąpić, ponieważ nasze morze jest zbyt płytkie, to jednak stare kroniki opisują zdarzenie z szesnastego wieku, które wydaje się tej tezie przeczyć. Aby ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości geolodzy z uczelni w Gdańsku, Szczecinie i Poznaniu postanowili zbadać to, co naprawdę się wtedy zdarzyło. Nie ukrywali, że do badań przystąpili sądząc, że był to jedynie bardzo silny sztorm, być może rekordowy jaki kiedykolwiek obserwowano na polskim wybrzeżu i jaki opisano w kronikach.


Jednak już w pierwszym dniu wykopów, co miało miejsce we wrześniu 2012 roku, w okolicach Rogowa i Mrzeżyna, na głębokości kilkudziesięciu centymetrów, natrafiono na warstwę piasku z dna Bałtyku… Kopali więc dalej i dalej w głąb lądu. Najdalsze osady znaleźli nawet w odległości 1,5 kilometra od plaż! To nie mógł być skutek sztormu, bo nawet te najsilniejsze nie generują aż tak wysokich fal, aby wdzierały się one tak głęboko w ląd.


Geolodzy odkryli dwie warstwy żółtego piasku, który wyraźnie kontrastuje z ciemną barwą otaczających je torfów. Ta świeższa warstwa na całej długości ma około 10 centymetrów grubości i znajduje się pół metra pod powierzchnią gruntu. Na podstawie metody radiowęglowej wyznaczono jej utworzenie na drugą połowę osiemnastego wieku. Druga warstwa, znajdująca się poniżej niej, została naniesiona u kresu średniowiecza, około piętnastego wieku. Zgadza się to z opisami tajemniczego zjawiska, którego doszukano się na łamach historycznych kronik. Mówią one o niedźwiedziu morskim, który uderzał w wybrzeże powodując zniszczenia wielu domów. Kronikarze opisywali gigantyczną falę, która zmyła wszystko do morza. Stało się to 16 września 1497 roku w czasie nieobecności w Darłowie księcia Bogusława X. Kroniki pieczołowicie spisywane przez mnichów w klasztorze kartuskim w Darłowie wspominają o sztormie, który szalał przez cały dzień.


Sztorm zerwał się w piątek, ósmego dnia po narodzinach Maryi 1497 roku i trwał do późnego wieczora, wywołując powódź. W Darłówku zostało zniszczone całe nabrzeże portowe. Woda wyrzuciła na ląd 4 zacumowane w porcie statki. Prawie wszystkie domy zostały rozmyte i potonęło wszystko bydło. Ucierpiało również Darłowo: w spichlerzach było pełno wody i wiele towarów się zmarnowało, w kościele parafialnym spadła część dachu z wieży, runęło przedbramie bramy Wieprzańskiej, woda przewróciła wiatrak we wsi Krupy. W klasztorze woda stała do wysokości ołtarzy, sad mnichów został zniszczony, a ich piwo i wino było tak zepsute, że ich nie chciał nikt pić.


Ucierpiało wówczas całe miasto, a strach był tak wielki, że pleban z burmistrzem ślubowali, że każdego roku po uroczystym nabożeństwie, będzie przechodziła procesja pokutna wokół miasta.


W 1991 roku wznowiono tą tradycję i odtąd corocznie 16 września wierni urządzają procesje spod kościoła św. Getrudy i  modlą się, aby nie powtórzyła się tragedia powodzi.


Przyczyna tsunami nie jest wyjaśniona. Hipotez jest kilka, jedna mówi o podmorskim trzęsieniu ziemi, do którego mogło dojść u wybrzeży Skandynawii, gdzie wstrząsy tego typu zdarzają się na skutek wypiętrzania się południowej części półwyspu po ustąpieniu lądolodu. Sam wstrząs tsunami z pewnością nie wywołał, jednak mógł spowodować pęknięcie skorupy i uwolnienie się spod dna Bałtyku dużych ilości gazu. Ten silnie skoncentrowany eksplodował i wywołał olbrzymie tsunami, które popędziło w kierunku południowym. Co by było gdyby taka fala uderzyła w elektrownie atomowa, która chciano budować nad Bałtykiem.


Zebrał - Stanisław Bednarz

sobota, 30 lipca 2016

Tsunami: bicz boży



Tablica ostrzegająca przed tsunami


Wiaczesław Burmistrow

Grupa uczonych składająca się ze specjalistów z USA, Rosji i Japonii, przy pomocy komputerowego modelowania wyliczyła, że w 2030 roku Japonii grozi potężne tsunami, które spowoduje śmierć co najmniej 130 mln osób.
Jeżeli ludzkości przyjdzie zginąć wskutek nowego Potopu Powszechnego, to jego karzącym mieczem będzie tsunami – jak mówią Ajnowie na Sachalinie. Podobne proroctwa mają Koreańczycy i Japończycy. 

Ostały się przekazy u Aleutów i Indian alaskańskich, w których powiedziano: Kiedy pojawia się na ziemi ocean, rodzi się tsunami – krzyk śmierci. Fale śmierci rodzą się wskutek erupcji podwodnych wulkanów czy przemieszczania się wielkich płaszczyzn morskiego lub oceanicznego dna.


Wysokość fali tsunami w zatoce Lituva w porównaniu z najwyższymi budowlami świata


Straszna statystyka


Po raz pierwszy o tsunami wspominają pisane świadectwa z 479 r. p.n.e. W czasie ostatnich 2500 lat odnotowano ponad 3000 tsunami, przy czym osobliwie lubi się ono pojawiać na Oceanie Spokojnym: na nim zdarzyło się 75% wszystkich przypadków tsunami. 12% morderczych fal zaobserwowano na Morzu Śródziemnym, 10% - na Atlantyku, 3% na Oceanie Indyjskim. Pozostałe morza wolne są od tej plagi. 

Najbardziej ucierpiała od morderczych fal, które tam nazywa się kamienną ścianą morza, Japonia. Nierzadko fale atakują wybrzeża Kurylskich i Hawajskich wysp, Kamczatki, Alaski i Chile. 

Przed tsunami nie ma ratunku. Tylko cud może uratować człowieka pozostającego na brzegu, kiedy morze zrodziło śmiercionośną falę – wszak tsunami może przemieszczać się z prędkością 790 km/h i sięgnąć wysokości 500 m! Prawda, takie monstrum pokazało się na świecie tylko jeden raz – w dniu 9.VII.1958 roku na Alasce – a wywołała go lawina w górach. Tym razem tsunami przeleciało po zatoce Lituya z prędkością 16 km/h. 

W ciągu dwóch milleniów, tsunami zabiło ponad 15.000.000 ludzi – i jest to tylko liczba przybliżona – bowiem dokładne obserwacje, liczenie strat i statystyki prowadzi się zaledwie przez ostatnie parę stuleci, a przedtem tylko ograniczano się do epitetów i ogólnych ilości ofiar. 

Jedna z najstraszniejszych tragedii miała miejsce w 1883 roku w Indonezji: tym razem tsunami spowodowane przez erupcję wulkanu Krakatau (siła wybuchu 6°VEI, a energia wybuchu wynosiła 200 Mt TNT – przyp. tłum.) zabiło 36.000 ludzi. 

Nie mniejsze żniwo śmierci zebrała mordercza fala w 1896 roku w Japonii: na jej brzegi runęło jedna za drugą 7 fal o wysokości 36 m, zabijając 27.000 ludzi. Ci, którym udało się uratować opowiadali, że poza hukiem rozszalałego morza słyszeli oni straszliwe dźwięki: one paraliżowały wolę, wywoływały ból w tyle głowy, karku i kręgosłupie. Zagadka tego dziwnego zjawiska pozostała nierozwiązaną… We wrześniu 1923 roku, Japonia znów poniosła straty w związku z atakiem ekstra-fal: gigantyczna fala nakryła Tokio i Jokohamę, a milion ludzi poniosło śmierć!

Jesienią 1737 roku, 60-metrowa fala przykryła Wyspy Komandorskie: jej głównymi ofiarami stały się wieloryby – po tym, jak morze się uspokoiło, ich szczątki znajdowano w odległości 3-5 km od brzegu Wyspy Beringa!

Następnym razem śmiercionośna fala runęła na Komandory w maju 1960 roku: poprzedziło ją potwornej siły podwodne trzęsienie ziemi u brzegów Chile. I znów największe szkody były na Wyspie Beringa: na początku ocean cofnął się na 50 m od wybrzeża, a po paru minutach usłyszano straszliwy huk – i na wyspę runęła ściana wody. 

Niewiele mniej niż Komandorom dostaje się Kurylom. I tak w listopadzie 1952 roku, o godzinie 04:00 SAKT/18:00 GMT-UTC mieszkańcy północnych Wysp Kurylskich obudzili się z powodu potężnego, podziemnego huku – wydawało się, że dochodzi on samego jądra Ziemi. Potem zadygotały ściany, coraz to silniej, wiele budynków po prostu się rozsypało jak domki z kart.

…I oto od strony horyzontu usłyszano potężny, wciąż rosnący ryk. Mało kto widział, jak nadchodziło w ciemnościach to gromowe „coś”, a jeszcze mniej z tych, co to przeżyli, by o tym opowiedzieć.
Jednym wydawało się, że poruszało się całe pływające pole lodowe, które kruszyło się i łamało na przybrzeżnych skałach… Inni mówili, że jasno widzieli przemieszczające się ściany wody. Ich spienione, grzmiące grzebienie świeciły fosforycznie.
Ściana wody o wysokości trzykondygnacyjnego domu napłynęła na brzeg z prędkością ok. 500 km/h.
Pierwsza fala zerwała domy z ich fundamentów, a odpłynąwszy jakby „wypiła” cała wodę – obnażywszy dno morskie na szerokość 200-300 m w głąb oceanu…
Od morza znów rozległ się straszliwy hałas, to grzmiały „grzywacze” z drugiej fali, która powoli napływała na brzeg… - tak opisuje to tsunami badacz Dalekiego Wschodu prof. Jurij Jefriemow.  

Podwodne trzęsienie ziemi zrodziło tsunami w 1952 roku doniosło się echem nawet do … Moskwy: w stolicy odnotowano przemieszczenie się gruntu na 2 mm. Niby niewiele, ale weźcie pod uwagę odległość Kuryli od Moskwy! 


Fale tsunami sunące przez rejon Sendai...


…nie ma przed tym ochrony…


Oczywiście, najważniejsze: nauczyć się wcześniej przewidywać tsunami. – a to szczególnie okazało się być trudnym zadaniem! Nawet dzisiaj, przy użyciu całej naszej współczesnej aparatury, uczeni mogą jedynie wyznaczyć okresy możliwego pojawienia się gigantycznej fali, ale dokładnej prognozy podać nie mogą. 

A oto w dawnej Japonii istniał specjalny zakon – Sanin (z sekty Shugendō – przyp. tłum.) – zbliżony do ninja, członkowie którego z dość dużą dokładnością potrafili przewidzieć powstanie tsunami: i miejsce i czas. Zakon wysyłał swych członków w miejsce, gdzie groził atak zabójczej fali, żeby zawczasu powiadomić ludzi, pomóc się im ratować i zabrać ze sobą najcenniejsze przedmioty. 

Zakon był założony w szczególnym miejscu, w miejscu siły – na górze Daisen w dzisiejszej prefekturze Tottori (N 35°22’16” – E 133°42’37”, 1729 m n.p.m. – przyp. tłum.) Mówi się, że także w naszych czasach można tam spotkać wojowników sanin. Ale czy zwykły człowiek jest w stanie odróżnić członka zakonu od szeregowego obywatela: wojownik w niczym się nie odróżnia od zwyczajnego mieszkańca tych okolic… 

Oni potrafią cicho i niezauważenie poruszać się. Oni potrafią precyzyjnie wymierzać ciosy. Uderzać tak, by powalić przeciwnika – i nie ma przed nimi ochrony. Oni ześrodkowują w sobie moc i wiedzę o tsunami.

Tak właśnie w Średniowieczu scharakteryzowano tych wojowników z tego tajemniczego zakonu. Słowo „sanin” w przekładzie oznacza „strona cienia”, „zacieniona strona”. 

Członkowie zakonu potrafią doskonale się maskować, zmieniać wygląd, ukrywać uczucia. Oni nie noszą jakiejś specjalnej odzieży i nie noszą przy sobie broni. Oni sami są śmiercionośna siłą, jak tsunami, których fale oni opanowali poświęciwszy tej technice całe lata nauki. 

W legendach mówi się o tym, że wodzowie i nauczyciele zakonu potrafili przewidywać, w jakim miejscu i kiedy w Pacyfiku pojawi się tsunami i udawali się tam ze swymi uczniami. Uprzedziwszy ludzi o grożącym im niebezpieczeństwie, oni pomagali im znajdować bezpieczne schronienie, a sami pozostawali tam w oczekiwaniu na Wielką Falę.


...i efekty Wielkiej Fali w Kamaishi

Głos fali


Wspomnę o tym, że ocaleni z katastrofalnego tsunami, które uderzyło w Japonię w 1896 roku, słyszeli nie tylko narastający łomot śmiercionośnej fali, ale także dziwny huk, który wprawił ich w oszołomienie i spowodował ból głowy. Współcześnie uczeni uważają, że tsunami wywołuje szczególny infradźwięk, który charakteryzuje się małą częstotliwością. Do tego ów infradźwięk powstaje o wiele wcześniej, niż woda wytworzy falę tsunami.

(Istnieje możliwość, że wtedy doszło do powstania fal infradźwięków o częstotliwości <20 Hz, które wywarły negatywny wpływ na ludzi, i przy odpowiedniej częstotliwości – 7 Hz – mogły nawet spowodować śmierć, jednakże fale tsunami powstają wskutek ruchów skorupy ziemskiej i infradźwięki powinny powstawać za każdym razem, kiedy dochodzi do trzęsienia ziemi na dnie oceanu, a tego nie zaobserwowano. Być może fale infradźwiękowe są odpowiedzialne za dziwne wypadki i incydenty na akwenach Trójkąta Bermudzkiego i Morza Diabelskiego w Trójkącie Smoka… - uwaga tłum.) 

Wedle innej teorii, wojownicy sanin wiedzieli o zjawisku generacji infradźwięku przez fale tsunami i potrafili – po pierwsze: wcześniej przewidzieć tsunami, a po drugie: przerobić straszliwego wroga w swego sojusznika. 

Członkowie zakonu nie uciekali od tsunami, a wręcz odwrotnie – biegli mega-falom naprzeciw. Dzięki odpowiednim treningom, przeprowadzanym przez wprawionych nauczycieli, oni mieli umiejętność wchodzenia na grzbiet fali, by potem cali i zdrowi znaleźć się w bezpiecznym miejscu.

A „oswojone” tsunami odpływało do oceanu… 




O wojownikach Sanin


Zapytałem naszego japońskiego korespondenta Pana Kiyoshi’ego Amamiya o wojowników Sanin, a oto jego odpowiedź:
Aktualnie organizacja sekty Shugendo jest przedmiotem badań. W Japonii mamy wiele gór, a Shugendo są ludźmi, którzy trenują się właśnie w górach.

Jej założyciel jest zwany En-No-Ozunu (En-no-Gyoja). On umiał przepowiadać pogodę i potrafił latać w powietrzu. Około roku 700 przystąpił on do akcji skoncentrowanej w Nara-ken. Poniżej podaje wypis z Wikipedii:

En no Ozunu, znany także jako En no Ozuno, Otsuno (役小角?) (ur. 634, in Katsuragi; zm. 700–707) był japońskim ascetą i myślicielem, tradycyjnie uważanym za twórcę i założyciela sekty Shugendō, ścieżki ascetycznego sposobu życia uprawianego przez gyōja albo yamabushi.
Nazywany także En-no-Gyoja albo En-no-Ozunu, był on urodzony w Yamato-no-Kuni (dziś prefektura Nara) w czasach panowania cesarza Jomei. Już w dzieciństwie osiągnął mądrość poszukując z klasycznych ksiąg, doktryny i wiedzę Sanpou (Prawo Buddy, prawa i kapłani). Później praktykował on ascezę na górze Ikoma w Yamato (dzisiaj Nara) i na górze Kumano w Kii (dzisiaj prefektura Wakayama), wspinał się na górę Katruragi i uświęcił Kujaku Myoo oraz uprawiał praktyki ascetyczne, co uczyniło go słynnym.
Został on oskarżony o czary i zesłany do Izu. Powrócił do Kioto po uwolnieniu i tam stał się założycielem Shugen-do (górskiego ascetyzmu). Później pokazał się on w Buzen Kyushuu (dzisiaj Ooita). Potem wszelki ślad po nim zaginął.jego uczniowie zwani są Zenki i Goki. Otrzymał on tytuł Shinpen Daibosatsu w 1799 roku.(Kiyoshi Amamiya)   
     








Praktyki wojowników Sanin


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr42/2015, ss. 18-19
Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz