Powered By Blogger

niedziela, 25 grudnia 2011

Co spada nam ma głowy?



Ostatnie dni tego roku są gorące, a to ze względu na informacje o obiektach kosmicznych spadających nam nieomalże na głowy. Na początek informacja z dalekiej Namibii:

Metalowa kula z Kosmosu znaleziona w regionie Omusati: kosmiczny złom?

Nico Smit

Ten kulisty obiekt znalazł farmer z regionu Omusati w Namibii. Wydaje się on być pusty w środku.

AN: ten nieznany kulisty obiekt został znaleziony w regionie Omusati w Namibii w ostatnim miesiącu, ale pracownicy z National Forensic Science Institute w dalszym ciągu nie wiedzą, skąd się to wzięło i do czego to służyło. Dyrektor NFSI – dr Paul Ludik szybko uciął spekulacje co to tego, że obiekt ów jest pozaziemskiego pochodzenia twierdząc, że jest on sporządzony ze stopu metali znanego ludziom.

Kula ta o wadze 6 kg oraz 110 cm średnicy spadła w okolicach miejscowości Onamatunga pomiędzy 15 a 20 października 2011 roku.

Zgodnie z relacjami świadków zamieszkujących na tym terenie, słychać było głośne eksplozje na krótko przed znalezieniem tej kuli przez farmera, który zawiadomił o tym policję.

Ludik powiedział, że policjanci znaleźli sferoidę w odległości 18 m od krateru impaktowego, który został wybity przez obiekt, i co więcej – nie znaleziono żadnego podobnego obiektu w pobliżu, mimo intensywnych poszukiwań. Poza tym stwierdził on, że nie znaleziono żadnych dowodów na to, że była tam jakakolwiek konwencjonalna eksplozja zwyczajnego materiału wybuchowego, ani w kraterze, ani w jego pobliżu. Ludik stwierdził także, że odgłosy eksplozji zostały spowodowane przez tzw. grzmot naddźwiękowy (sonic boom), kiedy obiekt przekroczył barierę dźwięku (1 Ma) wracając na Ziemię.

Innym wyjaśnieniem powstania tych dźwięków może być to, że huk ten mógł być spowodowany przez uderzenie obiektu w ziemię. Kula ta jest w dalszym ciągu w posiadaniu policji, która ja bada. Wedle Ludika, kula ta nie ma żadnych oznakowań, które pozwoliłyby na zidentyfikowanie pochodzenia obiektu kosmicznego, którego ona była częścią.
- Kilkanaście prób wykazało, że obiekt ten jest pusty w środku. Wciąż jesteśmy zajęci badaniem tego artefaktu.
Zgodnie z oświadczeniem Ludika, obiekt ten jest wykonany ze „stopu metali używanych w statkach kosmicznych”, ale odrzucił on sugestię, że rzecz ta jest częścią Nieznanego Obiektu Latającego – UFO. Stwierdził on przy trym, że nie zdziwiłby się, gdyby się okazało, że jest to część zwykłego samolotu.

Według jego słów, rzecz ta nie stanowi jakiegokolwiek niebezpieczeństwa eksplozji, nie wykazuje radioaktywności czy jakiegokolwiek ryzyka biologicznego – a zatem zagrożenie z jego strony wynosi zero.
- Jesteśmy w kontakcie z zainteresowanymi osobami i jesteśmy w stanie skontaktować się z innymi – powiedział Ludik, kiedy zapytano go o to, czy skontaktował się z takimi agencjami kosmicznymi jak NASA.
Powiedział on także, że agencja kosmiczne nieczęsto potwierdzają katastrofy czy spadek satelitów lub ich fragmentów na Ziemię, dodając że żadna z nich nie jest właścicielem tej sferoidy.

Ludik stwierdził także, by publiczność nie martwiła się tym incydentem, bowiem mamy wiele doniesień o podobnych incydentach z Południowej Afryki, Południowej Ameryki i Australii.[1]

Sporo kosmicznych śmieci padało z nieba w tym roku. We wrześniu, na przykład należący do NASA satelita UARS, 6,5 tonowy pojazd badawczy do monitorowane klimatu i zaledwie miesiąc później, ważący 2,7 tony niemiecki satelita Roentgen Satellite (ROSAT), który spadł na Ziemię nad Oceanem Indyjskim.

Jeszcze większy pojazd wkrótce upadnie na Ziemię, rosyjski Phobos-Grunt sonda marsjańska, która utknęła na orbicie Ziemi wkrótce po wyniesieniu. Większość ekspertów przewiduje, że 14,5 tonowy statek runie w połowie stycznia.[2]

* * *

Takie informacje podała jedna z namibijskich stron internetowych w dniu 22.XII. w dzień później, 23.XII na  Onet.pl pojawiła się informacja o rosyjskim satelicie, który rozbił się na Syberii:

Rosyjski satelita rozbił się na Syberii

KDP / PAP - Rosyjski wojskowy satelita telekomunikacyjny Meridian rozbił się na Syberii po nieudanej próbie wyniesienia go na orbitę przez rakietę nośną - poinformowały rosyjskie agencje.

- Według pierwszych dostępnych informacji do awarii doszło w trakcie pracy trzeciego stopnia rakiety Sojuz. Biorąc ten fakt pod uwagę można powiedzieć, że satelita spadł na terytorium Syberii - podała agencja Interfax.

Z kolei agencja RIA Nowosti, powołująca się na źródła wojskowe, uściśliła, że satelita spadł w pobliżu Tiumenia w zachodniej części Syberii.

Satelita Meridian, mający ułatwić łączność pomiędzy statkami i samolotami w Arktyce, został wystrzelony w piątek z kosmodromu Plesieck.

A zatem jak widać, złomu w Kosmosie jest dostatecznie dużo i wciąż go przybywa…


Przekład z j. angielskiego -
Robert K. Leśniakiewicz © 


[1] Przekład mój – R. K. Leśniakiewicz.

piątek, 23 grudnia 2011

SPRAWA NR 007/H - TAJEMNICE POLSKICH ALCHEMIKÓW (1)

Referat na XIV Festiwal Ezoteryczny, 

Bratysława 10.10.2004


Szesnaste i siedemnaste stulecia, to czasy genialnych alchemików i równie genialnych hochsztaplerów. To wieki tworzenia się i krzepnięcia struktur wielu tajnych stowarzyszeń, w tym Masonerii i Różokrzyżowców. To wieki prześladowań religijnych, płonących stosów i zarazem wiek pierwocin naukowych poszukiwań, które zaczęły dawać rezultaty w XIX wieku, kiedy to zaczęła tworzyć się cywilizacja maszyn, pary i elektryczności, a w końcu rozbitego atomu, statków kosmicznych i komputerów...
Po całej Europie krążyli rozmaici ludzie, którzy parali się alchemią. Alchemia, to – według encyklopedii – pseudonauka, której celem było dokonanie Wielkiego Dzieła – transmutacji jednych pierwiastków i substancji w drugie. Konkretnie chodziło o wyprodukowanie złota z każdego innego dowolnego pierwiastka chemicznego – mówiąc językiem współczesnego chemika.

COSMOPOLITA POLONUS i Wielkie Dzieło...


Jako się rzekło, alchemików było w owym czasie wielu. Ale niewielu mogło osiągnąć najwyższe zaszczyty i dostąpić zaszczytu otrzymania Korony Adeptów – to taki szesnastowieczny odpowiednik dzisiejszej Nagrody Nobla. Jednym z najznamienitszych był polski alchemik, filozof i dyplomata – baron Michał Sędziwój zwany także Sendivogius Polonus czy Polnus, posługujący się także zlatynizowanym pseudonimem Cosmopolita (1566-1636). Jego inne pseudonimy, to: Sendivog, Sensophax, Helicantharus, Borentius, Borealis  oraz zanagramowane Divi Leschi genius amo i Angelus doce mihi ius.  Był synem Jakuba Sędzimir-Sędziwoja i Katarzyny Pielsz-Rogowskiej, pieczętował się herbem Ostoja. Dr Roman Bugaj w swej pracy pt. „Nauki tajemne w dawnej Polsce. Mistrz Twardowski” (Warszawa 1986, op. cit. ss. 88-129) twierdzi że początkowo studiował w Krakowie, potem w Lipsku, Wiedniu, Altdorfie (Szwajcaria), Cambridge, Ingolsztadt, Rostocku i Wittenberdze. Podróżował wiele po ówczesnym świecie i był w Rosji, Szwecji, Anglii, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Czechach i innych krajach. Po ukończeniu studiów pracował na dworze cesarza Rudolfa II Habsburga (1552-1612) w Pradze Czeskiej. Nie zapominajmy, że szesnastowieczna Praga w której skupiły się najwybitniejsze umysły ówczesnych czasów była tym, czym dla nas jest dzisiaj Silicon Valley – Dolina Krzemowa! W roku 1559 powrócił do Polski i dostał się na dwór króla Zygmunta III Wazy (1566-1632), który wyprawiał go z poselstwami do cesarza i książąt Rzeszy Niemieckiej, co nie przeszkadzało mu prowadzić prace badawcze w podkrakowskich Krzepicach. Po odejściu ze służby królewskiej, Sędziwój powrócił do prac alchemicznych na dworach cesarzy Macieja (1557-1619) i Ferdynanda II Habsburgów (1578-1637), gdzie napisał swe bardzo poczytne i popularne traktaty alchemiczne „[Cosmopolitani] novum lumen chymicum” (1604, wyd. polskie w 1971), które przetłumaczono na wiele języków i „Tractatus de lapide philosophorum” (1604) znane jako „De lapide philosophorum tractatus duodecim”. W 1607 roku ukazało się jego kolejne dzieło pt. „Dialogus Mercurii, Alchymistae et Naturae”, zaś w 1613 roku wydał on „Tractatus de Sulphure”. Sędziwój pisał także po polsku i już w 1586 roku ukazał się jego traktat „Operatiae Elixiris Philosophici tak starydz iako y teraznieyszych philosophow” znany z odpisów Hieronima Pinocciego, zaś w roku 1598 ukazał się jego „Traktat o soli”, który w przekładzie na niemiecki wydano we Frankfurcie n/M. w roku 1682.
Współczesna nauka zrobiła z Sędziwoja szarlatana i zręcznego hochsztaplera, który przy pomocy intryg i oszukańczych machinacji dorobił się tytułu barona von Sereskau i ogromnego majątku. Gmin widział w nim czaromistrza, podobnie jak w Twardowskim czy Fauście, i przypisywał mu posiadanie nadprzyrodzonych mocy, co upamiętniają legendy i podania o Czarodzieju z Polski w Niemczech i oczywiście w Polsce, a konkretnie na Śląsku, gdzie najczęściej można go było spotkać. (W tym czasie Śląsk obejmował także część dzisiejszej Republiki Czeskiej i Słowacji.) Sam cesarz zachwycony transmutacją, którą dokonał na jego oczach, upamiętnił jego wyczyn tablicą, na której widnieje napis:

Faciat hoc quispiam alius
quod fecit Sendivogius Polonus

Co w przekładzie oznacza: Niech ktokolwiek inny uczyni to, co uczynił Sędziwój Polak. Czy był rzeczywiście oszustem? Na pewno dokonywał różnych – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – przekrętów wobec głupich i chciwych złota władców, którzy wykładali ogromne sumy na jego badania. A przecież gdyby nie tacy alchemicy, to nie byłoby nowoczesnej chemii, tak jak bez astrologii nie byłoby współczesnej astronomii. Dlatego bezkrytyczne opluwanie alchemii i astrologii oraz innych para-nauk przez współczesnych racjonalistów wydaje mi się czymś niegodnym uczonego. Uważam, że tacy uczeni, jak Sędziwój czy Twardowski zasługują na swe pomniki, a to dlatego, że oni byli prekursorami. Mieli odwagę postawić pytania i szukać na nie odpowiedzi. A że różnymi sposobami wyciągali pieniądze na swe badania? – no cóż, a jakie mieli wyjście? Tylko poprzez wykorzystywanie naiwności i chciwości tych, którzy mieli pieniądze i byli na tyle głupi, że dali się oszukać... NB, sytuacja zmieniła się niewiele od czasów Sędziwoja i jest czymś haniebnym, że polska nauka nie ma pieniędzy na podstawowe badania, a polscy uczeni muszą szukać dobrych warunków do pracy i odnoszą sukcesy głównie za granicą!
Sędziwój nie działał w próżni, bo obok niego działały takie znakomitości świata alchemicznego, jak Aleksander Seton-Kosmopolita, od którego przejął w dramatycznych okolicznościach kilka uncji kamienia filozoficznego w postaci czerwonego, krystalicznego proszku, przy pomocy którego dokonywał Wielkiej Przemiany... Dzięki innej znajomości z Ludwikiem Koralkiem z Cieszyna udało mu się wkręcić na dwór cesarski i dzięki temu odbyć kilka podróży na Wschód – rzekomo w celu poszukiwań alchemicznych. W rzeczywistości były to misje ściśle szpiegowskie.
Na pewno w Pradze zetknął się z rabbim Löve (Jehudi) Ben-Bezalelem (1525-1609) – twórcą glinianego potwora – a w gruncie rzeczy pierwszego androida – Golema. Później został on Naczelnym Rabinem Polski w Poznaniu, które to stanowisko objął w 1592 roku. (Zob. Zdzisław Zwoźniak – „Alchemia”, Warszawa 1978, op. cit. ss. 92-104) Poza tym musiał się on tamże zetknąć z tajemnicą praskiego Orloja – zagadkowego zegara astronomicznego i astrologicznego, o którym mówią, że odlicza czas do przyjścia Antychrysta... (Zob. Miloš Jesenský – „Tajemnica praskiego Orloja” – referat na XII Festiwal Ezoteryczny, Bratysława 2002.)
Jeszcze w czasie pobytu w kraju spotka się z dwoma Anglikami: dr Johnem Dee (1527-1608) zwanego Merlinem Królowej Elżbiety i Edwardem Kelley’em. Był on pod silnym wpływem prac Philippusa Aureolusa Teophrastusa Bombastusa von Hochenheima alias Paracelsusa (1493-1541) z którym najprawdopodobniej spotkał się także w Bratysławie lub w Bańskiej Szczawnicy (w tym czasie Schemnitz) na Słowacji, gdzie ten ostatni prowadził prace alchemiczne nad produkcją złota z tamtejszych rud miedzi. NB, w 1520 roku Paracelsus przebywał w Krakowie oraz Gdańsku i Wilnie. Niestety, nie upamiętnia tego żadna tablica pamiątkowa w Polsce, a szkoda – czyżby Polacy tak bardzo wstydzili się swej historii tajemnej?... W Krakowie miał on wielu przyjaciół w tym dworzanina królewskiego Jana Bonera. Z terenami Moraw Sędziwój związał się, kiedy otrzymał od Rudolfa II dobra: dom w Ołomuńcu oraz majątki ziemskie w Chlebicach, Koutach i Zlamanym Ujezdie.

Wielkie Dzieło w Polsce i Europie Środkowej.

Jeszcze za czasów krakowskich zapewne spotkał się niejednokrotnie z Georgem Joachimem von Lauchenem vel Retykiem (1514-1574), który podobnie jak Sędziwój był pod wpływem prac Paracelsusa i doktryny jatrochemicznej. Prowadził on intensywną wymianę korespondencji z dr Tadeášem Hájkiem zwanym Hagecius(z)em, który był nadwornym medykiem Rudolfa II. Musiał się spotkać także z Janem Wawrzyńcem Twardowskim (NB, „Encyklopedia Millenium Edycja 2001” podaje lata jego życia: 1515-1573), który był najsłynniejszym z polskich alchemików i lekarzy tego okresu...
Wszyscy ci ludzie są związani ze sobą już to poprzez kontakty osobiste, już to poprzez prace, które piszą i wydają. To normalne. Wiąże ich także tajemnica Wielkiego Dzieła. A w pojęciach alchemicznych owo Wielkie Dzieło zawierało się w zasadniczych celach, które chcieli oni osiągnąć:

1.      Uzyskanie  alkathestu, – czyli uniwersalnego rozpuszczalnika;
2.    Rafinacja tzw. spiritus mundi, – czyli substancji nasyconej wszelkimi planetarnymi wpływami;
3.    Uzyskanie quinta essentia – substancji ekstrahowanej ze wszystkich minerałów, ciał roślinnych i zwierzęcych, która miała być pomocna do życia człowieka;
4.    Uzyskanie aurum potabile – płynnego złota, leku, który miałby uodparniać człowieka przeciw wszystkim chorobom;
5.     Uzyskanie eliksiru wiecznej młodości i wiecznego życia;
6.    Uzyskanie arcanum, – czyli cudownego składnika wszystkich leków, czegoś w rodzaju katalizatora;
7.     Opracowanie metody paligenezy – czyli zregenerowania lub zrekonstruowania żywych organizmów z popiołu – à la Feniks;
8.    Uzyskanie homunculusa, – czyli wytworzenie nienaturalnymi metodami żywej istoty lub człowieka.

O ile mi wiadomo, podobny program mieli Różokrzyżowcy i niektóre odłamy masonerii, ale zredukowali oni swą problematykę badawczą do czterech punktów:

1.                          Uzyskanie lapis philosophum – kamienia filozoficznego do transmutacji metali w złoto;
2.                        Uzyskanie panaceum, – czyli leku na wszystkie możliwe choroby;
3.                        Uzyskanie metody paligenezy i;
4.                        Wyprodukowanie homunculusa.

Wielkie Dzieło można było osiągnąć poprzez odpowiednie operacje magiczne i procesy chemiczne. Idea zupełnie poroniona, ale...
Nie zapominajmy jeszcze o innym drobiazgu, a mianowicie o tym, że w dwa wieki potem na terenach południowej Polski i Słowacji powstają loże masońskie i ansamblee (ansamblea jest różokrzyżowskim odpowiednikiem loży wolnomularskiej) różokrzyżowe: w Krakowie (loża B’nei Brith – wolnomularstwo żydowskie), Bielsku-Białej (loża B’nei Brith i kółko wolnomularskie), Lwowie (loża B’nei Brith i kółko wolnomularskie założone dopiero w XIX wieku), Bratysławie, Preszowie (loża polskiego wolnomularstwa założona przez emigrantów politycznych z Polski loża aux vertueux Voyageur. i ansamblea Różokrzyżowców. Zob. Ludwik Hass – „Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej w XVIII i XIX wieku”, Wrocław 1982, s. 119), Bańskiej Szczawnicy, Bańskiej Bystrzycy i Koszycach. To wszystko na Słowacji odbywa się w latach 1744-1777, zaś w latach późniejszych dochodzą jeszcze loże wolnomularskie w Spiskiej Nowej Wsi, Luczeńcu i Żylinie. W Bańskiej Szczawnicy uprawia się intensywnie alchemię – wszak jest tam wyższa szkoła górnicza i tutaj działał Paracelsus! (L. Hass - ibidem s. 74) I zapewne także i Sędziwój... Ten ostatni miał dom w Ołomuńcu i tamże powstaje pierwsza loża masońska na Morawach w roku 1743, zaledwie w dwa lata po powstaniu pierwszej loży w Pradze Czeskiej. Czy to przypadek? Nie, nie ma takich przypadków – Wolnomularze i Różokrzyżowcy   m u s i e l i   założyć swe placówki tam, gdzie krzyżowały się drogi Wielkich Wtajemniczonych! (L. Hass – ibidem, ss. 72-74, 504-505)

Alchemicy w Rzeczpospolitej Szlacheckiej i ich wpływ na historię.

Innym Wielkim Wtajemniczonym w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim – czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów był wspomniany tutaj już mistrz Twardowski, o którym mówiłem na tym forum dwa lata temu. (Zob. Robert K. Leśniakiewicz – „Tajemnica Mistrza Twardowskiego” – referat na XII Festiwal Ezoteryki, Bratysława 2002.)
Wielce tajemniczą postacią jest śląski uczony Witelo zwany z łaciny Vitello czy Witelionem (1230-1280), który był przyrodnikiem, matematykiem, filozofem i oczywiście alchemikiem. Miał on staranne wykształcenie – studiował bowiem w Paryżu i Padwie, gdzie wykładał na katedrze nauk wyzwolonych. Ważki wpływ nań mieli m.in. Euklides, Klaudiusz Ptolemeusz, Arystoteles, al-Hazena, Awicenna, Grosseteste i Bacon. Nie muszę przypominać, że wszyscy ci filozofowie parali się także alchemią... (Tu i dalej: Z. Zwoźniak – op. cit. ss. 74-104.)
Witelo napisał 10-tomowy traktat o świetle i jego właściwościach pt. „Perspectiva” (1270-1273) znane później pod tytułem „Optyka” i wydane w 1535 roku, w którym ustanowił kanon tej nauki, a który obowiązywał aż do XVII wieku! Jego filozoficzne zainteresowania skupiały się wokół pojęcia demonów i naukowej – racjonalnej próbie ich interpretacji, za co został wyklęty przez Kościół rzymskokatolicki, jak każdy niezależny umysł tej epoki... Dziś znalazł swe należne mu miejsce w panteonie uczonych i jego imieniem nazwano jeden z księżycowych kraterów.
Także w XIII wieku działał niejaki Mikołaj z Polski, dominikanin, o którym niewiele wiadomo. Podobnie jak Witelo przebywał 20 lat w Montpellier (Francja), gdzie zdobył zawód lekarza i wymieniał doświadczenia ze słynnym już wtedy Arnaldo de Villanovą (1235-1311), zaś w roku 1278 pojawił się na dworze księcia małopolskiego Leszka Czarnego (1240-1288) jako nadworny medyk. Jego dalsze losy nie są znane.
Kolejnym alchemikiem polskim był Wincenty Kowski vel Vincent Koffski (?-1488), dominikanin, działający w Gdańsku. Jest on autorem traktatu alchemicznego pt. „Tractatus de prima materia veterum lapidis philosophorum” wydanego w roku 1608. Badania niektórych historyków wykazują jednak, że Wincenty Kowski nigdy nie istniał, a jest to jedynie pseudonim grupy autorów hermetycznych związanych z gdańską ansambleą Różokrzyżowców, i został napisany na krótko przed jego wydaniem. Tajemnica ta nie została nigdy rozwikłana i potrzeba tutaj przenikliwości Pana Samochodzika z powieści Zbigniewa Nienackiego, który byłby w stanie dojść prawdy o powstaniu tego dzieła i tożsamości o. Wincentego...
W roku 1491, niejaki bakałarz Kacper z kościoła p.w. Marii Magdaleny w Poznaniu został skazany przez sąd grodzki za „palenie złota” po 15-letnim procesie na całkowity zakaz zajmowania się „królewską sztuką”. Wyrok ten zapadł w roku Pańskim 1506! Jak wskazują na to dokumenty procesowe, był on wcale biegły w alchemicznej sztuce rozpuszczania złota w wodzie królewskiej i pozłacania metalowych przedmiotów.
Jednym z najchciwszych polskich alchemików był krakowski lekarz i adept „czarnej sztuki” Baliński z Balina zwany Setnikiem, który podawał się za Greka z rodu Laskarisów. Alchemią ponoć zajmował się potajemnie. Zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach ścigany przez wierzycieli i posądzony o otrucie króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego Aleksandra Jagiellończyka (1461-1506). NB, dalsze panowanie tego króla mogłoby doprowadzić Rzeczpospolitą do szybkiego upadku, wskutek błędnych i nieprzemyślanych decyzji tego władcy...
Jak pisze Zdzisław Zwoźniak – w XV wieku alchemię nie wykładano na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, ale wielu profesorów tej uczelni ją uprawiało. Byli to m.in. Piotr Gaszowiec, Andrzej Grzymała, Adam z Bochynia i Maciej z Miechowa – Miechowita.
Wiek XVI, to Renesans także i w Polsce. Alchemii nie wykładano nadal oficjalnie – była ona ars prohibita, ale jej elementy pojawiały się na wydziale lekarskim Akademii Krakowskiej – Alma Mater Jagiellonica. To właśnie w Krakowie przebywał słynny niemiecki alchemik dr Johannes Faust(us) (1480-1540). W roku 1520 przebywał w Krakowie, Gdańsku i Wilnie słynny Paracelsus. Miał on tutaj przyjaciół: wspomnianego już tutaj Jana Bonera, Wojciecha Bazę i Dawida Meyera. W drugiej połowie XVI wieku w Krakowie powstał krąg literacko-naukowy, do którego należeli m.in. Andrzej Dudycz i znany nam z historii czaromistrza Jana Twardowskiego i mistrza Mikołaja Kopernika – Jerzy Joachim von Lauchen vel Retyk - Rhaeticus! NB, ten ostatni był gorącym zwolennikiem doktryny jatrochemicznej i pozostawił po sobie 7 traktatów alchemicznych. Niestety, nie ukazały się drukiem i znikły bez śladu...
Potężnym przyjacielem tych alchemików i aktywnym alchemikiem był Olbracht Łaski (1536-1603) – magnat i wojewoda sandomierski. Swe prace alchemiczne prowadził w swym zamku w Kieżmarku na Słowacji, gdzie znajdowały się jego dobra. Nawiasem mówiąc z Łaskimi wiąże się pewien doniosły epizod z historii eksploracji Tatr, a mianowicie – pierwszą kobietą, która wybrała się w Tatry turystycznie – była Beata Kościelecka-Łaska, co stało się 11 czerwca 1565 roku, co podaje Jacek Kolbuszewski w książce „Skarby króla Gregoriusa” (Katowice 1972, ss.29-30). Była to pierwsza turystka w Tatrach w ogóle! Czy w Tatry pognała ją li tylko ciekawość? – tego nie dowiemy się już nigdy. Olbrachtowi Łaskiemu zawdzięczamy przełożenie z niemieckiego na łacinę przez Adama Schröttera z Nysy dzieł Paracelsusa: „De praeparationiubus” oraz „Archidoxae libri X”, z których korzystali alchemicy wymienieni w poprzednim akapicie. Łaski był też potężnym protektorem angielskiego maga dr Johna Dee. Nawiasem mówiąc, Devius i Kelley najprawdopodobniej zrobili z niego swego agenta wpływu na dworze polskim, co pomogło im m.in. uzyskać dla Elżbiety I Tudor wspaniałe perły Barbary Radziwiłłównej i zamordowanie króla Stefana Batorego, o czym jeszcze tu będzie mówione... 
W 1517 roku została powołana do życia przez króla Zygmunta I Starego (1467-1548) Komora Górnicza i związana z nią Camera Separatoria, w której oddzielano złoto od srebra. Było to pierwsze państwowe laboratorium chemiczne (i oczywiście alchemiczne – sic!), w którym produkowano kwas azotowy – HNO3, kwas siarkowy– H2SO4 i wodę królewską – HCl + HNO3­ w stosunku 3 : 1. Oczyszczano także siarkę, rtęć, antymon, glejtę (tlenek ołowiu – PbO) i ołów. Rudę do przerobu dostarczano z kopalni w Rabsztynie i Tarnowskich Górach oraz Olkusza. Dyrektorem Camera Separatoria w Mogile był krakowski mieszczanin Kasper Ber, który studiował we Florencji i Wenecji, gdzie znajdowały się szkoły metalurgiczne i probiercze oraz... alchemiczne.
Jego syn Marcin Berowicz alias Martin Kasperberovič wstąpił do klasztoru Kartuzów i zamieszkał w Czerwonym Klasztorze w słowackich Pieninach (!!!) – złota nie wyprodukował, ale pozostawił po sobie „Alchemiczny testament” na kartach traktatu alchemicznego z 1535 roku. Dowodzi on, że Berowicz znał się doskonale na alchemii i wykonał on wiele ciekawych doświadczeń. Inne źródła twierdzą, że uciekał on z Ołomuńca przed prześladowaniami protestantów w 1563, skąd zabrał swe całe laboratorium alchemiczne. (Zob. M. Jesenský – „Prawda i legenda brata Cypriana” na łamach „Nieznanego Świata”) NB, w klasztorze tym niemal dwa wieki potem zamieszkał słynny brat Cyprian, którego unieśmiertelniły pierwsze eksperymenty z lotnią i eksperymenty medyczno-alchemiczne, które pomogły mu wyleczyć wielu ludzi...
W tym samym czasie w Krakowie działają dr Kasper Skarbimir – filozof i medyk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – autor zaginionych, niestety, „Listów alchemicznych”. Alchemikami byli także Jan Polak – autor wykładu o ekstraktach z ziół i kwiatów oraz dr Mikołaj Husman – alchemik i profesor Jagiellonki.
Oczywiście najsłynniejszym był Jan Wawrzyniec Twardowski zwany także pod zlatynizowanym imieniem Lorenzo Dhur alias Duran, Durranus vel  Laurentius Durranovius...
Alchemią interesowali się także królowie: Zygmunt II August (1520-1572), Stefan Batory (1533-1586) i Zygmunt III Waza (1566-1632). Poza nimi magnaci: Mikołaj Wolski (1553-1630), wspomniany tutaj Olbracht Łaski, bp. Franciszek Krasiński (był ponoć przyjacielem Twardowskiego!!!) oraz Mikołaj i Jerzy Mniszchowie.
Szczególnie na dworze Zygmunta Augusta – gdzie bywał Twardowski, który został odsunięty odeń po aferze z duchem Barbary Radziwiłłównej (1520-1551) – znajdowała się również druga osobliwa postać, której poświęcę nieco czasu. Jest nią Stanisław Dewojna vel Dewojno (?-1566) – lekarz, alchemik, mag i astrolog. Nie lubiany przez dworzan, którzy nazywali go borsukiem – stał się Dewojna dla historyków „tajemniczym”, „kontrowersyjnym” czy „osobliwszym wzorem dworaka” – dworaka – nie dworzanina, co ma zawsze zabarwienie ujemne. Z królem wiązały go jakieś osobliwe więzy – Zdzisław Zwoźniak twierdzi, że to właśnie on uczył króla alchemii i astrologii, zaś Tadeusz Rojek w swej książce pt. „XIII tajemnic historii” (Warszawa 1989, op. cit. ss. 83-94 ) twierdzi, że poza tym był on jednym z największych zaufanych zauszników króla – jego szarą eminencją – i pośrednikiem pomiędzy nim, a rodem Radziwiłłów oraz faktycznym „konstruktorem” jego małżeństwa z Barbarą Radziwiłłówną. Postać ta jest dowodem na to, jak wielki wpływ na politykę mocarstwa, jakim była Polska w epoce Renesansu, mieli m.in. alchemicy.
Historia Dewojny powtórzyła się w sto lat później, kiedy to na dworze Zygmunta III Wazy pojawiła się królewska ochmistrzyni – niejaka Urszula Meierin vel Gienger, Gänger czy może Giengerin (?-1635). Nikt nie znał jej prawdziwego nazwiska, a podane tutaj są jeno domysłami uczonych. Słowo „meierin” znaczy tyle, co „ochmistrzyni” i zastąpiło jej prawdziwe nazwisko... Nie zachował się żaden portret tej damy, zaś jedyny obraz, na którym uwieczniono ją w otoczeniu rodziny królewskiej znikł w niewyjaśnionych okolicznościach. Jej przeszłość otacza nieprzenikniona tajemnica i nie wiadomo właściwie nawet tego, skąd pochodzi i kim byli jej rodzice. A wpływ na króla i jego otoczenie miała potężny, dość wspomnieć, że jej pogrzeb w Warszawie (w kościele Karmelitanek Bosych lub oo. Jezuitów) odbył się z pompą godną samego króla... Być może była ona agentką właśnie Towarzystwa Jezusowego i stanowiła element strategii Kościoła katolickiego walczącego o swe wpływy w Europie, co jest o tyle prawdopodobne, że była niezmiernie pobożną panną do końca swego życia i swój testament poświęciła właśnie oo. Jezuitom. Byłaby z niej doskonała agentka wpływu – miała dojścia, koneksje i... pieniądze. Ogromne pieniądze. I chyba de facto była agentką wpływu, bowiem żadna ważna decyzja państwowa nie miała prawa zapaść bez jej akceptacji... (T. Rojek – op. cit. ss. 139-152.)
Wracając jeszcze do Zygmunta Augusta, to trzecim jego magiem i alchemikiem był dr Baltazar Smosarski vel Wawrzyszewski. Współpracował on w tym zakresie z Mikołajem Wolskim. Podejrzewano go o otrucie dwóch ostatnich książąt mazowieckich – Stanisława i Janusza, ponoć na polecenie wojewodzianki i ich ... narzeczonej Katarzyny Radziejowskiej.
Król Stefan Batory także interesował się magią i alchemią. Miał on na dworze alchemika i lekarza dr Ruperta Fincka i swego spowiednika – też alchemika – prof. Hannibala Roselli’ego! Kto wie, czy tajemnicza śmierć tego władcy Polski, która nastąpiła po krótkiej, bo zaledwie pięciodniowej chorobie w dniu 12 grudnia 1586 roku, nie była spowodowana przez podanie trucizny przez któregoś z zaufanych lekarzy-alchemików: dr Simona Simoniusa i dr Niccolo Brucellego. Zamach ten zmienił losy Europy, bowiem Stefan Batory zamierzał zlikwidować trzy nie-katolickie państwa europejskie: protestancką Anglię, prawosławną Rosję i muzułmańską Turcję poprzez stworzenie ligi państw katolickich. Marzyła mu się V Krucjata, którą gorąco popierał papież Sykstus V. Pierwszym jej celem byłaby Moskwa, a potem Turcja. Anglia i zapewne Niemcy byłyby na deser. Kto wie, czy Batoremu nie marzył się tron Cesarstwa Europejskiej Unii Katolickiej - takiej Zjednoczonej Katolickiej Europy??? Zatem być może został on zamordowany przez innego lekarza i alchemika – Leonarda Thurneissera (1530-1595), do którego zwrócił się on z prośbą o jakąś odtrutkę. Król panicznie obawiał się trucizny po zamachu innego  alchemika – niejakiego Wawrzyńca Gradowskiego z Gradowa, który w 1578 roku usiłował otruć Batorego. Czyżby miał jakieś dane po temu, by się obawiać nowego tego rodzaju zamachu na swe życie? Czy ze strony Anglików? – to jest bardzo możliwe. Nie zapominajmy, że Devius i Kelley przebywali w Polsce od 5 lutego do sierpnia 1584 roku w Łasku i Krakowie, skąd udali się do Pragi. Tam potraktowano ich niemal wrogo i 12 kwietnia 1585 roku powrócili oni do Krakowa.  Devius uzyskał audiencję na zamku królewskim w dniu 17 kwietnia 1585 roku. Batory – już poważnie chory (o czym wiedzieli tylko jego zaufani ludzie) przyjął Łaskiego, Dee i Kelleya jeszcze raz 23 maja tegoż roku. 28 maja nastąpiło zerwanie serdecznej przyjaźni, kiedy Dee w czasie „akcji” zasugerował królowi stworzenie ligi anty-francuskiej i anty-tureckiej, która miałaby zaszachować ligę francusko-turecką, zaś bezpośrednia korzyść przypadłaby Rzeszy Niemieckiej i Anglii. Batory przejrzał grę – gdyż miał swoje plany – i odprawił magów z 800 florenami w ręce. W półtora roku później zamordowano go. Elżbieta I nie pozwoliłaby sobie na zmontowanie ligi katolickiej wymierzonej w jej imperium i zapewne usunęłaby bez skrupułów każde zagrożenie z tej strony, a była piekielnie konsekwentna w swych poczynaniach. Dowodem na to, że był to jednak zamach jest chociażby to, że królewskie archiwum zostało dokładnie wyczyszczone z wielu kluczowych dokumentów. Olbracht Łaski miał wszelkie możliwości, by to zrobić – wszak sprzeciwiał się elekcji Batorego i chciał zostać królem Polski! Czy mógł posunąć się aż tak daleko? Bardzo możliwe – wszak miał motyw, możliwości i środki, a poza tym poparcie (a raczej naciski – wszak poczynił w Anglii ogromne długi!!!) ze strony Anglików, którzy potrafili grać na chorych i wybujałych ambicjach swych przyjaciół i wrogów. To też jedna z trzynastu tajemnic polskiej historii.
Na temat Zygmunta III Wazy i jego dworu Zdzisław Zwoźniak pisze, że interesował się alchemią bardzo poważnie, ale z pozycji amatora. Sam wykonywał w Krakowie i Warszawie doświadczenia alchemiczne. Znajdował się pod wpływem Mikołaja Wolskiego, który alchemią zajmował się bardzo poważnie i traktował ją na całkowicie serio. Król interesował się żywo farmacją i włączył ją do cechu złotników. Wtedy też powstał termin „alchemista” odpowiadający dzisiejszemu „farmaceuta”. Królewska apteka była kierowana przez dwóch alchemistów: Mikołaja Marianiego (?-1609) oraz prof. Bartłomieja Morkowica. Ich obowiązkami było m.in. dostarczaniem królowi specyfików do doświadczeń alchemicznych, które król traktował bardziej jako rozrywkę, niż naukę, boż był już pod znacznym wpływem jezuitów, którzy zajadle atakowali alchemików w swych wystąpieniach – szczególnie ks. Stanisław z Gór Poklatecki SJ i ks. Fabian Birkowski SJ, podobnie jak i całe duchowieństwo, bowiem alchemia w szesnasto- i siedemnastowiecznej Polsce była niezmiernie popularna, co powodowało wzrost ilości fałszerstw złota, monet i innych walorów pieniężnych, na czym poważnie cierpiał Kościół i państwo.

Wiek XVIII stanowi oświeceniowy przełom, w czasie którego alchemia stopniowo traci na znaczeniu i jest wypierana przez chemię i farmację. Jest ona uprawiana jedynie w lożach masońskich i ansambleach różokrzyżowskich, w których pojawili się pseudo-alchemicy pracujący nad transmutacją do dziś dnia – szczególnie w USA i niektórych krajach Europy. Rzeczpospolita Szlachecka rozdarta pomiędzy trzy mocarstwa miała inne zmartwienia, niż bezpłodne rozważania nad produkcją złota. II Rzeczpospolita zajęta obroną swych granic także nie zajmowała się paranaukami, a badania alchemiczne zeszły na margines i uprawiana była tylko w lożach tajnych stowarzyszeń. Pewien renesans przeżyła ona w III Rzeszy, gdzie w latach 1933-1945 zajmowano się nią w celu m.in. wynalezienia „cudownej broni”. Nie pomogła ona jednak hitlerowskim ludobójcom i została zepchnięta ponownie na margines paranauk.                         

Wiedza z głębi Czasu?
    
Czy dojdziemy kiedykolwiek do prawdy o przeklętym albo świętym głodzie złota i jego produkcji?
Popatrzmy na to ze strony człowieka XXI wieku. Fizyka jądrowa twierdzi, że możliwe jest wyprodukowanie złota w reaktorze jądrowym. Jak? – zainteresowanych odsyłamy do książki Klausa Hoffmanna pt. „Sztuczne złoto” (Warszawa 1985), w którym autor zawarł wyczerpujący opis robienia sztucznego złota z innych pierwiastków, a którą Czytelnikowi polecamy. NB, opisy te zrodziły w nas paskudne podejrzenia, że hitlerowcy pracowali nad uzyskaniem sztucznego złota w tajnych laboratoriach III Rzeszy na terenach Dolnego Śląska w latach 1933-45, aż do zajęcia tych terenów przez Rosjan... (Zob. M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz – „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”, Warszawa 2001.)
Alkathest i panaceum, to odwieczne marzenia Ludzkości. Jak na razie zupełnie nieosiągalne... Były one pochodnymi kamienia filozoficznego, stacjami do osiągnięcia tego właśnie celu.
Homunculus – o! – to było coś! Wyprodukowanie sztucznego człowieka jest niczym innym, jak po prostu współczesnym klonowaniem!
I tutaj rodzi się kolejne pytanie – kto i jak wpadł na pomysł stworzenia całej gałęzi wiedzy nakierowanej na przemiany pierwiastków i tworzenie klonów?
Alchemia pochodzi ze Wschodu – konkretnie z Egiptu, o czym mówi jej nazwa wywodząca się ze słów al-khemeja – z Khem. A krajem Khem był starożytny Egipt... Egipt, który wedle tradycji przejął dziedzictwo i spuściznę Atlantydy.
Idea transmutacji pierwiastków jest zatem stara jak świat, a przynajmniej starsza od cywilizacji europejskiej. Skąd Starożytni wiedzieli o tym, że możliwa jest przemiana jednych pierwiastków w drugie? Przemiana taka odbywa się nieprzerwanie od co najmniej 6 mld lat nad naszymi głowami – w jądrze Słońca i innych gwiazd, gdzie pod straszliwym ciśnieniem i w niewyobrażalnych temperaturach jądra wodoru łączą się w jądra helu, te zaś dalej łączą się w jądra węgla, tlenu i cięższych pierwiastków, aż do uranu o liczbie protonów w jądrze równej 92. Ludzie potrafią zsyntetyzować chociaż w minimalnych ilościach pierwiastki o liczbie protonów w jądrze wynoszącej 118 i ogólnej liczbie nukleonów 293 (proponowana nazwa ununoctium – Uuo – dane z października 2002 roku, pierwiastek ununoctium zsyntetyzowano w Berkley /USA/), zaś ostatnio zsyntetyzowali hiperciężki wodór – H-5 (5H*) z pięcioma nukleonami w jądrze! Kto im powiedział, że coś takiego jest możliwe, i że przemiany te zachodzą tylko w ogniu? Oczywiście nie chodziło o zwyczajny ogień, ale ogień jądrowych i termojądrowych przemian zachodzących w środku gwiazd. Skąd Starożytni to wiedzieli nie znając budowy materii?
Skąd Starożytni wiedzieli, że można sklonować żywy organizm nie wiedząc niczego o genach, chromosomach, itp. niuansach budowy komórek. Ba! – nie mieli pojęcia o komórkach jako takich, a co dopiero o ich budowie wewnętrznej. Zatem ponawiam pytanie – kto im to powiedział?

I znowu – próba udzielenia odpowiedzi na te pytania prowadzi do poprzedzającej nas Supercywilizacji Atlantydy, która runęła w gruzy, ale odpryski jej mądrości pozostały na ocalałych lądach dając inspirację ludziom do poznania Prawdy o otaczającym ich Wszechświecie. Alchemia, astrologia, geomancja, kartomancja, krystalomancja i inne nauki hermetyczne są w świetle tej hipotezy niczym innym, jak wykoślawionymi, wykrzywionymi i wypaczonymi teoriami naukowymi, które dawno, dawno temu były obowiązującymi na Ziemi, które niemal zapomniano, a teraz odkrywa się na nowo. Po których pozostały niepokojące artefakty i legendy, które trzeba będzie na nowo odczytać i zinterpretować. Traktują o tym prace napisane przez dr Miloša Jesenský’ego – „Bogowie atomowych wojen”, nasza wspólna – „Tajemnica Księżycowej Jaskini” i mój „Projekt Tatry”, w których przedstawiliśmy niektóre aspekty tej hipotezy.


CDN.

czwartek, 22 grudnia 2011

Plama oleju czy odrzańska Nessie?



To zdjęcie zostało wykonane w dniu 22 grudnia 2011 roku, o godzinie 11:02.12 CET w Gryfinie przez mojego kolegę. Przedstawia ono fragment tamtejszego nabrzeża Odry, płynącą rzekę, a w rzece…?

No właśnie – w rzece znajdujące się coś, co przypomina grzbiet jakiegoś wodnego stworzenia albo… płynącą w dół Odry plamę oleju napędowego czy innego paskudztwa, którą gra wiatru i prądu upodobniła do czegoś niezwykłego i znajdującego się tuż pod powierzchnią wody. W innych warunkach świetlnych mogłoby to ujść za jakiegoś wodnego potwora, a przynajmniej jakiegoś dużego suma czy inną mega-rybę!

Nie wiem, co to jest – ale tak czy inaczej wygląda to bardzo atrakcyjnie i przy znacznej dozie wyobraźni może ujść za coś, co zainteresuje i zaintryguje niejednego kryptozoologa…  

Foto. Kazimierz Wakuluk

środa, 21 grudnia 2011

UFO w mitologii chrześcijańskiej


Kiyoshi Amamiya

Obserwacje UFO miały zapewne miejsce w czasach biblijnych i ślady po nich prezentuje nam Biblia. A oto niektóre sceny znane z tej świętej księgi, które sugerują iż ówcześni ludzie mieli kontakty z UFO i ich pasażerami. Przedstawione tu obrazy namalowała Yuka Amamiya:















wtorek, 20 grudnia 2011

Sprawa 006/X - Przybysz z oceanu czasu – TCK?


Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz

Człowieku! To była największa zadyma z wymiarami od czasu Meteorytu Tunguskiego!!!

Ivan Reitman – „The Ghostbusters”


Od razu wyjaśniamy – TCK, to Tunguskie Ciało Kosmiczne, znane szeroko pod wielce mylącym mianem Meteorytu Tunguskiego - MT. „Meteoryt” ten znany jest także jako Tunguski Fenomen – TF.

W „Kanonie hipotez o pochodzeniu Meteorytu Tunguskiego” sformułowanym jeszcze na początku lat 60. XX wieku przez P. I. Priwałowa znajduje się około 80 hipotez i teorii na temat tego, czym był i skąd pochodził Tunguski Fenomen, który w dniu 30 czerwca 1908 roku, o godzinie 07:17.11 czasu miejscowego, czyli 00:17.11 GMT, potworną eksplozją o mocy szacowanej od 13 do 130 Mt TNT spustoszył obszar tajgi o powierzchni równej powierzchni Belgii. Jedną z tych hipotez, oznaczoną jako A-12 jest oryginalna hipoteza kosmolotu-kontromota sformułowana przez dwóch radzieckich pisarzy-fantastów Arkadego i Borysa Strugackich w powieści pt. „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, na podstawie, której nakręcono w Związku Radzieckim film pt. „Czarodzieje”, NB w stylu najlepszych radzieckich komedii Leonida Gajdaja...

Nie wdając się w szczegóły – bo zainteresowanych odsyłamy do lektury tej bardzo ciekawej powieści – powiemy tylko tyle, że według tu powołanych autorów w dniu 1 lipca 1908 roku, w pobliże Ziemi zawitał kosmolot pilotowany przez Istoty-kontromoty, dla których czas płynął odwrotnie w stosunku do naszego – tak, że nasze jutro było Ich dniem wczorajszym, zaś nasze wczoraj było Ich jutrem...

W czasie próby lądowania na powierzchni naszej planety doszło do katastrofy. Efekty znamy. W okolicach punku na kuli ziemskiej, opisanego współrzędnymi 60o55’N i 101o57’E, fale uderzeniowe i pożary zniszczyły 80.000.000 drzew. Zginęło też wielu ludzi – głównie wędrownych Ewenków (Tunguzów) i niepoliczona ilość zwierząt, w tym hodowanych przez nich reniferów.

Do dziś dnia nie znaleziono żadnych szczątków kosmicznego „gościa”. No, może nie całkiem tak, bo znaleziono kilka dziwnych lejów wypełnionych brunatną wodą i ogromne Bagno Południowe o średnicy 7 x 10 km, które to formacje znajdowały się w pobliżu epicentrum wybuchu. Roboczo założono, że znajdują się w nich odłamki meteorytu i  zaczęto ich szukać. Nie znaleziono niczego. Zakładając, że Bagno Południowe jest astroblemem po impakcie ogromnego meteorytu poszukano i tam. Bezskutecznie. Podejrzewamy więc, że ten brak szczątków Tunguskiego Ciała Kosmicznego stanowi klucz do zrozumienia tajemnicy tej katastrofy, i kilku innych – równie niewyjaśnionych – też.

Co się stało ze szczątkami dziwnego „gościa”? Oczywiście wyparowały od udaru termicznego eksplozji – odpowie sceptyk i na tym zakończy dyskusję. Jest dlań oczywiste, że skoro temperatura eksplozji osiągnęła 100.000 – 1 mln K, to tak musiało się stać. Oczywiście, tylko że nie zapominajmy o małym, ale znaczącym drobiazgu, a mianowicie – ów TF poruszał się ze znaczną prędkością, która wynosiła około 20 km/s w atmosferze. A zatem masywne odłamy TF zanim wyparowały od promienistego uderzenia wybuchu, musiały przelecieć co najmniej kilka kilometrów – i najprawdopodobniej wbiły się w ziemię – a raczej w wieczną zmarzlinę tunguskiej tajgi, która nie pozwoliła im wyparować, gwałtownie odbierając im ciepło i tając – stąd powstał astroblem Bagna Południowego i leje poimpaktowe. A zatem odłamy te powinny tam tkwić in saecula seculorum. Amen. A jednak nie tkwią. Nawet gdyby doszło do ich rozłożenia chemicznego czy sproszkowania wskutek wtórnych eksplozji pary wodnej, to ślad chemiczny po tym TCK pozostałby i znaleziono by go w trakcie analiz mikrochemicznych i fizycznych. Nie znaleziono niczego. Wprawdzie niektórzy uczeni podają, że znaleziono jakieś anomalie chemiczne, ale wyniki mieściły się w granicy błędu, co może znaczyć albo nic, albo bardzo wiele.

Tak zatem narodziła się hipoteza nie tyle kosmolotu-kontromota, ale czasolotu (NB, każdy kosmolot jest ex definitio także i czasolotem, ale tutaj chodzi o pojazd mogący poruszać się swobodnie w czterowymiarowej czasoprzestrzeni). Czasolot ten poruszał się w przestrzeni i czasie – dzięki czemu świadkowie tego wydarzenia mogli go widzieć. Awaria jakichś urządzeń spowodowała, że spadł on w okolicach Podkamiennej Tunguskiej i tam uległ awarii. I teraz stało się najciekawsze – otóż odłamki czasolotu dosięgły Ziemi, wybiły w niej astroblemy – które możemy widzieć – ale same poruszając się nadal w czasie – znikły z naszego continuum czasoprzestrzennego. Znikły dla nas, bo one wciąż tam są – w Przyszłości lub Przeszłości w poślizgu czasowym wynoszącym – dajmy na to -  tylko 1 as. As to attosekunda czyli 10-18 sekundy. Dla nas jednak jest to przepaść – jak na razie – nie do przebycia. Zawsze jesteśmy obok tych odłamków, chodzimy być może po nich, ale zawsze o 1 attosekundę za wcześnie lub za późno!!!...

Inny wariant tej hipotezy zakłada, że TCK eksplodując z mocą 130 Mt TNT spowodowało energią tej eksplozji „wepchnięcie” odłamków albo w równoległy do naszego świat innych wymiarów, albo w inny czas. Jak dotąd na Ziemi zdetonowaliśmy tylko 58...68 Mt TNT (Rosjanie odpalili ją na poligonie Cziornaja Guba na Nowej Ziemi w latach 60. XX wieku – była to tzw. „superbomba”) i nie zauważono żadnych zawichrowań czasoprzestrzeni – z drugiej jednak strony chodzi tutaj o eksplozję o mocy dwukrotnie większej i najprawdopodobniej termojądrowej, wywołanej sztucznie! No i nikt nie badał metryki przestrzeni w momencie wybuchu atomowego czy wodorowego w punkcie zero, bo uczonych i wojskowych interesował tylko i wyłącznie efekt niszczący tych eksplozji.

Wszechświat zna jeszcze potężniejsze eksplozje – ot chociażby gwiazd Nowych czy Supernowych. To prawda, ale te wybuchy są naturalnymi procesami w toku ewolucji gwiazd, zaś ziemskie wybuchy nuklearne są sztuczne. Każdy wybuch nuklearny nie-naturalnego pochodzenia stanowi naruszenie równowagi pomiędzy wymiarami i dlatego być może – to już jest kolejny wariant tej hipotezy – jakaś równoległa do naszej Cywilizacja Naukowo Techniczna – dalej CNT – owego fatalnego dla Syberii dnia 30 czerwca 1908 roku, dokonała próby z jakimś urządzeniem jądrowym na „ichniej” pustyni Gobi, czy też Takla-Makan... Eksperyment wymknął się spod kontroli z wiadomymi skutkami. Nie musiała to być od razu bomba, ale kosmolot czy czasolot z napędem jądrowym, który wskutek awarii wpadł do naszej Rzeczywistości i tutaj dokonał swego żywota w fantastycznym fajerwerku, który zmiótł z powierzchni Ziemi parę milionów drzew...

Wiecie, co nas najbardziej dziwi w tej niesłychanie skomplikowanej sprawie? To, że do czasów zainteresowania się tym wydarzeniem Leonida Kulika   n i k t   nie przywiązał żadnej wagi do tego fenomenu!!! To jest największa zagadka TF! Czy może była to robota „zaciemniaczy” z   t a m t e j   CNT, którzy po prostu trzymali ludzi z daleka od tego miejsca, a sami cichcem, boczkiem, drobnym kroczkiem udali się w tajgę i posprzątali po sobie. To, co pozostało po Ich statku czy eksperymencie zabrali i wywieźli ciupasem do siebie – do swego wymiaru, zaś potem zaczęli akcję dezinformującą i zaciemniającą sprawę, w wyniku której badacze zainteresowali się tajemnicą tajgi dopiero po niemal dwudziestu latach! Ekspedycje szły w tajgę, rozkopywano leje i bagna, wiercono w wiecznej zmarzlinie, przebywano setki kilometrów z magnetometrami niczego nie znajdując, zaś Oni śmiali się z nas w kułak, po kryjomu, a złośliwie i dolewali oliwy do ognia dyskusji. Musieli mieć niezły ubaw, kiedy czytali artykuły pisane przez luminarzy matematyki, fizyki, aerodynamiki, geologii, astronomii, meteorytyki i innych nauk, w których udowadniano, że TF to był meteoryt albo kometa.

Alternatywna hipoteza, co do natury TCK narodziła się, kiedy Robert robił przekład książki dr Miloša Jesenský’ego pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi nad Labem 1998, która zostanie udostępniona Czytelnikom na tym blogu) w której autor udowadniał, że dawno temu miał na Ziemi miejsce straszliwy konflikt zbrojny wewnątrzcywilizacyjny, bądź pomiędzy cywilizacją Ziemian a Kosmitów, wskutek którego cywilizacja została cofnięta w rozwoju do epoki kamienia jeszcze nie rozłupanego...

Rzecz polega na tym, że TCK był de facto jakąś wielogłowicową rakietą – takim OMIRV czy ONM – którego zadaniem było uderzenie w okolice Podkamiennej Tunguski i spowodowanie tam wybuchu wulkanu! Brzmi to fantastycznie, ale...

W Dolnym Triasie – czyli około 210-220 mln lat temu – całe Tunguskie Plateau było ogromną krainą wulkanów – o czym wiemy dzięki istniejącym tam trapom bazaltowym - z centrum położonym w rejonie punktu opisanego współrzędnymi 70oN i 90oE. Być może w Triasie były to antypody w stosunku do miejsca impaktu asteroidy, który to impakt wywołał Drugi Epizod Wielkiego Wymierania w dziejach Ziemi. Dzisiaj jest to Dolna Tunguska. Kto wie, czy w czasach Wielkiego Konfliktu Bogów-astronautów 12.000 lat temu, ktoś chciał obudzić te wulkany i uaktywnić leżący pod nimi „pióropusz gorąca” czyli „gorący punkt”. Wyobrażamy to sobie tak: w omawiany teren z orbity wstrzeliwuje się serię 3-5 pocisków termojądrowych o mocy 25-30 Mt TNT każdy. Pierwszy uderza w Ziemię i tworzy krater, a następne padając w to samo miejsce pogłębiają go aż do magmy „gorącego punktu”. Następstwem jest straszliwa erupcja wulkaniczna,  przy której wybuchy Krakatau (1883), Mt. Katmai (1906) czy Mt. St. Helens (1981), to śmieszne fajerwerki!...

Oficjalnie nauka nie znalazła „plamy gorąca” pod Tunguskim Plateau, ale czy ktoś jej tam szukał? Jak nam wiadomo, to nikt... Tak czy inaczej, hipoteza ta jest dobra, jak każda inna. Hipotezy temporyczne – że tak je nazwiemy – mają to do siebie, że będzie można je zweryfikować, kiedy Ludzkość będzie mogła podróżować w czasie i nie wcześniej. Hipoteza wulkaniczna jest do zweryfikowania już dzisiaj, i to przy pomocy sztucznych satelitów – tylko trzeba wiedzieć, czego szukać.

Hipoteza Wielkiej Wojny Bogów-astronautów ma to do siebie, że tłumaczy dokładnie wszelkie anomalie historyczne bez uciekania się do hipotez temporycznych – chronomocji czy kontromocji... Osobiście stawiamy ją na drugim miejscu po hipotezie statku kosmicznego. Zainteresowanych odsyłamy do zbiorku esejów i artykułów polskich, rosyjskich i słowackich autorów pt. „Bolid Syberyjski” (Jordanów 2002 – na prawach rękopisu) oraz książki Petera Krassy pt. „Największa zagadka stulecia” (Berlin-Frankfurt n./Menem 1995) – obie są dostępne na internetowej stronie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych. Wprawdzie książka Krassy się nieco zdezaktualizowała, to jednak stanowi ona doskonały przyczynek natury historycznej omawianego problemu i pominięcie jej w rozważaniach na ten temat jest poważnym błędem.