sobota, 25 czerwca 2011

O włos od śmierci



Kmdr ppor. Nikołaj Leontiew (Tallinn, Estonia)


W 1945 roku, kiedy nasza rodzina mieszkała w mieście Bugurusłanie (Orenburska Obłast’), ja i mój młodszy brat Władimir zapisaliśmy się do sekcji gimnastycznej. Po roku nasza drużyna pojechała na zawody do Orenburga. Jechaliśmy tam przez Kujbyszew (dziś Samara). Stąd pociąg do Orenburga odjeżdżał tylko wieczorem i dlatego zdecydowałem się pójść nad Wołgę by się wykąpać. Na plażę nie poszedłem – było daleko – poszedłem na pierwsze lepsze bezludne miejsce, rozebrałem się i wszedłem w wodę. Nie umiałem jeszcze wtedy dobrze pływać i dlatego nie odbiłem się daleko od brzegu – odpłynąłem kawałek i postanowiłem odpocząć. Patrzę, a tu w moja stronę zmierza parowiec. Poczekałem na niego, pomachałem ręką pasażerom i postanowiłem wracać na brzeg. Ale nie dało rady, bo za parowcem pojawiły się wysokie odkosy, a i prąd w Wołdze jest silny. Zaczęło mnie odbijać od brzegu na środek. Grzebię rękami, grzebię, sił już nie staje, brzeg coraz dalej, do dna nie sięgam. Czuję, że tracę przytomność… Ocknąłem się na brzegu, obok mnie nikogo nie ma!

Jadąc do Orenburga przez cały czas zastanawiałem się nad tym, co mi się przydarzyło. Usiłowałem sobie coś przypomnieć, ale bezskutecznie. Na zawodach wystąpiliśmy doskonale, a po zawodach poszedłem wraz z bratem wykąpać się w rzece Ural. Nie wiem czemu, ale strasznie mnie ciągnęło do wody. Ural to rzeka bystra, burzliwa z wodospadami i wirami. Kazałem bratu siedzieć na brzegu koło mostu, a sam odszedłem na jakiś kilometr od niego i skoczyłem w wodę wierząc w to, ze prąd przyniesie mnie z powrotem pod most. Silny prąd pochwycił mnie i zaczął nieść z ogromna prędkością. Mimo największego wysiłku, nie mogłem dopłynąć do brzegu. Przepłynąłem most i nawet miasto. Brat biegnie z moimi ciuchami wzdłuż brzegu i krzyczy…

Odzyskałem przytomność wtedy, kiedy poczułem, jak brat taszczy mnie z wody na brzeg. Okazało się, że prąd wyrzucił mnie na mieliznę, na której mnie znalazł, kiedy leżałem bez przytomności. Jakie siły dwukrotnie ocaliły mnie od śmierci???

I jeszcze jeden przypadek mojego cudownego ocalenia. Po zakończeniu nauki w Wyższej Szkoły Oficerskiej Marynarki Wojennej zostałem skierowany do służby w Bałtyckiej Flocie. W listopadzie 1955 roku nasz Dywizjon Kutrów Torpedowych otrzymał rozkaz przebazowania na nowe miejsce służby. Na morzu buszował sztorm, ale mimo to w dniu 5 grudnia, rankiem wyszliśmy z portu. A mnie w ten dzień coś nosiło. Pogoda – gorzej niż zła: zimny wiatr z północy, fale z białymi grzebieniami, jak rozszalałe zwierzęta, wokół szara mgła, a na dodatek śnieg. Ledwie co widać było w tej kaszy prowadzący kuter. I naraz widzę na wprost nas wypiętrza się ogromna fala. W mgnieniu oka zalała kabinę i pomost bojowy wraz z nami. Kiedy woda spłynęła, to widzę jak nad pomostem bojowym zawisły dwie ogromne drewniane kłody, które w każdej chwili mogły spaść na nasze głowy. Na szczęście dziób kutra się zagłębił w dolinie fali i kłody spadły na pokład. Okazało się, że fala rozwaliła ją na dwoje. Okazało się, ze dwie kłody, które zawisły nad nami pochodziły z jej konstrukcji…

I kolejne wydarzenie, kiedy śmierć ominęła mnie o włos. W sierpniu 1957 roku wezwał mnie do siebie dowódca dywizjonu i tak do mnie rzekł:
- Posterunek radiotechniczny namierzył niewybuch niemieckiej torpedy elektrycznej z czasów wojny. Szef sztabu wydał rozkaz zdjąć ją z mielizny i zaholować ją na awanport. Dowództwo chce wiedzieć, czym ona różni się od naszych torped.
- Towarzyszu dowódco, zgodnie z instrukcją nie wolno jej holować. Należy zdetonować na miejscu – zaprotestowałem – poza tym nie wiemy, w jakim jest stanie.
- To JEST zgodne z instrukcją. I wiesz dobrze, że wedle regulaminów rozkaz dowódcy jest prawem dla podwładnych.

Wróciłem na kuter, zebrałem załogę i zaznajomiłem ich z zadaniem. Po pół godziny wyszliśmy w morze. Pogoda była dobra: słoneczna, a na morzu sztil. Jakby sama przyroda wiedziała, ze przyjdzie nam holować 300 kg materiału wybuchowego, torpex’u, z dwoma aktywnymi zapalnikami. Wystarczy jedno dotknięcie któregokolwiek z nich, i…

Wpłynęliśmy w rejon, podpłynęliśmy do torpedy na mieliźnie. Obejrzałem ją wraz z torpedystą. Przednia jej część była odkryta, tylna – całkowicie zasypana piaskiem. Ostrożnie ją odkopaliśmy, przywiązaliśmy do stalówki i powolutku, na jednym silniku zaczęliśmy ją ściągać z mielizny. Ściągnęliśmy ją na głębinę – nie wybuchła! Ale holować ją po dnie nie wolno, podciągnęliśmy ją do rufy i daliśmy „małą naprzód”. Stojąc na górnym pokładzie kazałem wszystkim załogantom schować się w środku, choć wiedziałem, że w przypadku detonacji głowicy bojowej torpedy, z kutra nic nie zostanie. Do dziś dnia nie rozumiem, jak nam się udało przywieźć do portu ten niebezpieczny ładunek! 

Analizując swe życie doszedłem do wniosku, że istnieją jakieś siły, które w chwili niebezpieczeństwa ratują człowieka. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć rzeczy, które mi się przydarzyły…

* * *

A może ten człowiek po prostu miał bajeczne szczęście być ratowanym przez Wodnych Ludzi? Takich historii jest więcej i napływają ze wszystkich stron świata. Postaram się w miarę swych możliwości drążyć temat Ludzi Wszechoceanu w następnych postach.

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 13/2011, s. 11.  

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©