niedziela, 4 marca 2012

Ko(s)miczna prawda o Eksperymencie Filadelfijskim

Niszczyciel eskortowy USS Eldridge (DE-173) bohater Eksperymentu Filadelfijskiego - 
albo Project Rainbow


Jedno jest absolutnie pewne – Niewidzialny Człowiek byłby ślepy!

J. Peterman – „Zajmująca fizyka”



Istnieją wydarzenia, które potrafią poderwać na nogi nawet najbardziej leniwego dziennikarza. Istnieją wydarzenia, które są otoczone mgłą tajemnicy, niedomówień i dezinformacji – wydarzenia, wokół których narastają powoli całe legendy. Wydarzenia, na temat których powstają reportaże, powieści i filmy. Wydarzenia, wokół których krzyżują się drogi służb specjalnych, ufologów, poszukiwaczy sensacji, badaczy osobliwości i wreszcie coraz częściej – uczonych.  Takim właśnie wydarzeniem jest Eksperyment Filadelfijski.

1

Eksperyment Filadelfijski (w ramach Project Rainbow projektu badawczego niewidzialnych samolotów i okrętów) miał odbyć się w październiku 1943 roku. Polegał on na wytworzeniu wokół okrętu silnego pola magnetycznego, które zapewniłoby mu całkowitą niewidzialność. I tak się ponoć stało – do zamontowanych na jego pokładzie generatorów magnetycznych podłączono prąd elektryczny o określonej częstotliwości i okręt otoczyła zielona, świetlista mgła – zjawisko jakże znane nam ze wszystkich akwenów Trójkąta Bermudzkiego!

Okręt wyprzejrzyściał i znikł, pozostawiając jeno na wodzie wgłębiony ślad swego kadłuba od kilu aż do linii wodnej. Okręt stał się niewidzialny! I wszystko byłoby OK., gdyby nie mały, ale wyjątkowo wredny drobiazg: okręt nie chciał powrócić do stanu widzialności, a kiedy powrócił, zaczął się przemieszczać w sposób zupełnie niekontrolowany – od Norfolku do Nowego Jorku i z powrotem.[1] Także jego załoga też dostała za swoje – jej członkowie materializowali się i dematerializowali w różnych punktach USA, kilku z nich zmarło, a niektórzy trwali w stanie „zamrożenia”, z którego to stanu można było ich wyrwać tylko poprzez nakładanie na nich rąk innych załogantów… Jednym słowem horror jak z powieści Lovecrafta czy Oszubskiego!

Lucjan Znicz-Sawicki w swej kobylastej biblii Ufologicznej „Goście z Kosmosu – NOL-e”[2] twierdzi, że z okrętem i załogą działy się jeszcze inne dziwne rzeczy, których tutaj z braku miejsca nie opiszę. A wszystko to było zrobione po to, by ośmieszyć ufologów i badaczy Trójkąta Bermudzkiego – konkluduje Mistrz i Nestor polskiej ufologii. Do tego jeszcze powrócę w tym materiale.

2

Jednakże Mistrz skupił się – jak i pozostali badacze – na fizycznej stronie Eksperymentu i jego rzekomych efektach z ich sensacyjnymi implikacjami. Nikt nie zainteresował się głównym bohaterem Eksperymentu Filadelfijskiego – niszczycielem eskortowym USS Eldridge – który stał się jego przedmiotem i ofiarą. Postaram się więc zapełnić lukę w naszej wiedzy.

USS Eldridge o numerze taktycznym DE-173 był okrętem klasy niszczyciel eskortowy, a nie niszczycielem, jak pisali to wszyscy autorzy zajmujący się tym tematem. Czy to sprawia jakąś różnicę? Tak, i to znaczącą, bowiem niszczyciele (oznaczenie DD) miały wyporność od 920 – typ Allen do 1620 BRT – typ Benson, i odpowiednio: prędkość od 29,5 do 37,5 kts, uzbrojenie od 4 dział kal. 102 mm do 5 dział kal. 127 mm, a do tego od 1 działa 76 mm i 2 działek 13 mm do 12 działek 13 mm, 4 działek 40 mm i 7 działek 20 mm.

Uzbrojenie torpedowe niszczycieli typu Allen to 12 wyrzutni torpedowych 533 mm, zaś typ Gridley miał aż 16 wyrzutni torpedowych, a typ Benson – 10, a do tego były one wyposażone w uzbrojenie ZOP: miotacze bomb głębinowych i wyrzutnie granatów głębinowych. Łącznie zbudowano ich dla US Navy 330 jednostek, które służyły na wszystkich morskich frontach II Wojny Światowej.

Poza nimi były jeszcze dwa typy niszczycieli przeciwlotniczych – DD – typu Fletcher i Allen M. Summer z silnym uzbrojeniem plot. i 10 wyrzutniami torpedowymi oraz miotaczami bomb i granatów głębinowych. Łącznie było ich 320 jednostek.

A teraz niszczyciele eskortowe – DE. Były ich cztery typy: Evarts – 71 jednostek, Buckley – 116 jednostek, Buckley/Cannon – 75 jednostek[3] oraz Buckley/Edsall – 200 jednostek.  Nas interesuje typ Buckley/Cannon, który miał 1240 ton wyporności, rozwijał prędkość 21 kts, jego uzbrojenie składało się z artylerii: 3 x 76 mm, 2 x 40 mm i 8 x 20 mm, a do tego 3 wyrzutnie torped 533 mm oraz 2 wyrzutnie bomb głębinowych, 8 miotaczy bomb głębinowych i 1 miotacz granatów głębinowych. Jak widać jego uzbrojenie ZOP było bardzo silne – równie silne jak niszczycieli DD, bowiem okręty te z założenia miały zapewniać ochronę konwojów przed okrętami podwodnymi.[4]

Z danych tu przytoczonych wynika niezbicie, że nasz USS Eldridge był okrętem eskortowym wyposażonym w doskonałe uzbrojenie plot. i ZOP, co znakomicie predestynowało go do wykonywania zadań w ochronie i obronie konwojów: niewielka prędkość ekonomiczna pozwalała na dozorowanie statków handlowych płynących z prędkością 8-10 kts, a jednocześnie pozwalała na dopadnięcie każdego U-boota i zatopienie go przy użyciu broni pokładowej ZOP lub po prostu taranem. Silne było także uzbrojenie plot., które było potrzebne do walki z niemieckimi samolotami torpedowymi i bombowcami nurkującymi, które nękały konwoje startując z norweskich baz. Bronią ofensywną były trzy wyrzutnie torpedowe – groźne nawet dla najcięższych okrętów (pancernik Bismarck został uszkodzony tylko jedną torpedą, co umożliwiło Brytyjczykom na dopadnięcie i zatopienie niemieckiego kolosa), ale przeznaczono je do walki w U-bootami i lżejszymi jednostkami.

Prędkość 21 kts nie dawała im Sans w starciu z niemieckimi niszczycielami typu Leberecht Mass czy Z… Ale niszczyciele niemieckie stanowiły asystę do ciężkich okrętów takich jak Printz Eugen czy Tirpitz albo pancerników kieszonkowych Graf von Spee, Gneisenau i Scharnhorst. Ten ostatni zresztą – podobnie jak Bismarck – słono zapłacił za brak osłony z niszczycieli w Bitwie koło Wyspy Niedźwiedziej, czyli bitwy konwojowej w obronie konwoju JW-51B i idącemu jemu naprzeciw konwoju RA-52A, w ostatnich dniach grudnia 1942 roku.

Nie wiem, skąd Mistrz Lucjan wytrzasnął wyporność USS Eldridge wynoszącą aż 1520 ton, chyba od kogoś, kto pomylił niszczyciele z niszczycielami eskortowymi. Te miały tylko 1240 ton wyporności – co plasuje je w kategorii lekkich niszczycieli, a nie niszczycieli – więc nie można powiedzieć o nim, że był to niszczyciel w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie był to także niszczyciel przeciwlotniczy, bo te miały wypór ponad 2000 ton i silne uzbrojenie plot. i torpedowe.

3

Kolejną obiekcją jest to, że ów eskortowiec zwodowano w dniu 25 czerwca 1943 roku.

Pomyśl na chwilę Czytelniku!

Nowiutki, pachnący jeszcze farbą i spawanym metalem okręt dowództwo US Navy oddaje do dyspozycji ONR, by dokonać na nim i jego załodze eksperymentu o wielce niepewnym wyniku! I to kiedy? W październiku 1943 roku, kiedy na Atlantyku trwa największa w historii bitwa z niemieckimi U-bootami! Jak można było oddać na zmarnowanie okręt, który idealnie przystosowano do walki z podwodnym wrogiem??? Nie było jakichś starych jednostek idących na złom? NB, okręt tego właśnie typu można było sobie obejrzeć na filmie Roberta Wise’a pt. „Podwodny wróg”. Po prostu trudno jest uwierzyć w to, by ktoś z dowództwa US Navy był na tyle głupi, by dać lekką ręką nowiutki okręt w czasie, kiedy liczyła się każda jednostka zdolna do obrony konwojów idących do Murmańska i Archangielska, Afryki, Anglii czy na Morze Śródziemne! Czegoś takiego nie zrobiłby żaden dowódca, tego jestem stuprocentowo pewien. Nie w sytuacji strategicznej na Atlantyku panującej w latach 1943-43!

4

Oczywiście, ktoś mógłby wysunąć obiekcję, że ten eskortowiec nadawał się idealnie jako przedmiot eksperymentu z niewidzialnością. Proszę, wyobraź sobie Czytelniku, że taki niewidzialny łowca zbliża się powoli do celu – leżącego spokojnie na długiej oceanicznej fali, ładującego akumulatory U-boota. Jego załoga ze zdumieniem dostrzega sunące w wodzie wgłębienie i naraz o kilka kabli od podwodnego pirata materializuje się dosłownie z powietrza eskortowiec, który zasypuje okręt lawiną pocisków!

Piękne, nieprawdaż? Piękne, ale od A do Zet nieprawdziwe. Rzecz w tym, że tak jak w motto do tego materiału, taki okręt byłby niewidzialny dla otoczenia i reszty świata, ale jego załoga byłaby także ślepa. Jego bowiem, niewidzialność polegała na tym, że promienie światła i inne fale elektromagnetyczne, w tym i radiowe oraz promienie radaru, uginałyby się na pęcherzu pola grawi-magnetycznego wytworzonego przez „degaussery”, a zatem nie dochodziłyby do oczu załogi. To samo byłoby z radarem i asdicem okrętu. Oczy załogi ten efekt odebrałyby jako niesamowitą ciemność, albo równomierną jasność, bo żaden promień światła nie byłby w stanie dotrzeć do okrętu i vice-versa.

Nie sądzę, by Albert Einstein – którego legenda Eksperymentu Filadelfijskiego zrobiła autorem tego pomysłu – był na tyle głupi, by nie mógł przewidzieć tego efektu. Nie mówiąc już o stronie etycznej tego projektu, bo on już wtedy przewidział to, co amerykańscy wojskowi i uczeniu zrobili z jego słynna formułą równoważności materii i energii:

E = mc²

- i czego później dokonali gen. Leslie Groves z dr Robertem Oppenheimerem w dniu 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte, NM.[5] 

5

I jeszcze jedna strona tegoż medalu. Zakładając, że do zakrzywienia przestrzeni i zarazem zmuszenia promieni światła do ominięcia USS Eldridge potrzebna jest energia elektryczna, musimy zatem przyjąć, że energię tą okręt i jego „degaussery” musiałyby przyjmować z siłowni okrętowej, a nie z lądu – boż trudno jest przypuścić, by okręt w rejs bojowy targał ze sobą jakiś potężny kabel dosyłający mu prąd elektryczny z naziemnych elektrowni. Napisałem „elektrowni” w liczbie mnogiej celowo, bo musiałoby tutaj zachodzić zakrzywienie przestrzeni spowodowane potężnym polem magnetycznym o niewyobrażalnej mocy, a co za tym idzie – pochłaniającego ogromne ilości energii elektrycznej.

Na Słońcu obserwuje się pola magnetyczne o wartości tysięcy oerstedów – pole magnetyczne Ziemi to tylko 1/3 Oe, a mimo to Słońce nie znika z naszych oczu. Indukcja pola magnetycznego Ziemi wynosi około ½ gaussa, zaś a Słońcu zmierzono pola magnetyczne o indukcji wynoszącej 2900 Gs[6], a zatem nie tędy droga…

6

Eksperyment Filadelfijski – jak to wynika z powyższego – był zatem POBOŻNYM ŻYCZENIEM tych, którzy zorganizowali tą całą szopkę na użytek… - no właśnie: kto był celem tej całej mistyfikacji?

Odpowiedź jest oczywiste – celem był niemiecki wywiad Kriegsmarine oraz na pewno agenci NKWD i Rozwiedupru (czyli GRU) uplasowani w USA. Dopiero potem Legenda posłużyła amerykańskim tajnym służbom m.in. do wyeliminowania z gry o tajemnice astronoma Morrisa K. Jessupa, który mógł być źródłem informacji – tzw. OZI – pracującym dla radzickich specsłużb. A stawka w tej grze było nie tyle powodzenie wygranej ju8z przez Aliantów Bitwy o Atlantyk, ale zmasowanej operacji desantowej w Afryce a potem w Europie. Była to typowa, dezinformacyjna zagrywka w wojnie psychologicznej z III Rzeszą i potencjalnie wrogim po wojnie – Związkiem Radzieckim.

7

Powróćmy jeszcze do pytania: jak osiągnąć niewidzialność jakiegokolwiek obiektu? Istnieje kilka wariantów odpowiedzi na nie:
v    Spowodować, by promienie świetlne (fale radaru) przechodziły przezeń bez strat własnych energii – innymi słowy mówiąc, obiekt musi się dla nich stać PRZEŹROCZYSTY;
v    Spowodować, by obiekt stał się dla nich ciałem CAŁKOWICIE CZARNYM, tzn. pochłaniającym 100% energii fali elektromagnetycznej w całym jej diapazonie częstotliwości;
v    Spowodować, by obiekt stał się niewidzialnym dla oka ludzkiego dzięki jego właściwościom optycznym i fizjologicznym;
v    Spowodować zwinięcie przestrzeni wokół obiektu tak, by doszło do ugięcia biegu promieni świetlnych – właśnie jak w Eksperymencie Filadelfijskim.

Przebieg promieni świetlnych przez ciało przeźroczyste gwarantuje mu niewidzialność wtedy i tylko wtedy, gdy współczynnik załamania światła w ośrodku jest dokładnie TAKI SAM, jak współczynnik załamania danego ciała. Z zasady tej korzystają niektóre zwierzęta wodne, jak np. raczki planktonowe Leodoptora, których jedynymi widzialnymi częściami ciała są oczy. Niektóre relacje z akwenów Trójkąta Bermudzkiego mówią o obserwacjach przeźroczystych NOL-i, które latały nad nimi. Także w Tatrach udało mi się zaobserwować niemal przeźroczystego NOL-a w dniu 8 sierpnia 1988 roku.[7]

Niewidzialność ciała doskonale czarnego jest problematyczna, bowiem ciało to całkowicie pochłaniałoby wszelkie promieniowanie elektromagnetyczne. W takim przypadku obserwator zarejestruje brak fali zwrotnej – odbitej od obiektu – co zinterpretują jako trójwymiarową czarną plamę o konturach idealnie odpowiadającej konturom obiektu, na jaki patrzyli. Opisał to dość dokładnie Adam Wiśniowski-Snerg w swej kultowej powieści „Robot”.

Jest jeszcze inna szkoła głosząca, że obiekt doskonale czarny będzie niewidzialny dla obserwatora póty, póki nie stanie on pomiędzy nim, a źródłem światła. Będzie on jedynie rzucał czarny cień, samemu nie będąc widzialnym…

Podejrzewam, że NOL-e osiągnęły niewidzialność dzięki swym właściwościom optycznym i fizjologicznym, ułomnościom ludzkiego oka. Wyobraźmy sobie, ze na pancerzu NOL-a dochodzi do procesu pochłaniania promieniowania widzialnego, a w zamian jest emitowane promieniowanie niewidzialne dla naszych oczu: UV czy/i IR.[8] To tłumaczyłoby, dlaczego niekiedy udaje się złapać NOL-a na klisze/matryce światłoczułe. Być może to właśnie takiego NOL-a sfilmował Marian Książek w okolicach Alwerni, w czerwcu 1999 roku. NOL-e takie są niewidzialne dla nas, ale widzą je zwierzęta takie jak psy i koty, a co staje się powodem ich niepokoju, agresji czy paniki.

I wreszcie zwinięcie przestrzeni wokół obiektu. Cos takiego właśnie zaproponował w swej powieści pt. „Astronauci” Stanisław Lem. Tamtejsi Wenusjanie używali transmutacji energii w masę, a raczej w anty-masę, i dzięki uzyskanemu w taki sposób polu antygrawitacyjnemu mogli wyrzucać w przestrzeń kosmiczną statki kosmiczne i to od razu z VII!!![9]  Towarzyszyły temu efekty zakrzywienia przestrzeni wokół Białej Kuli – ogromnemu synchrofazotronowi – który przyspieszał antycząstki do prędkości relatywistycznych:

v = 0,9999… c.

Gra pól grawitacyjnych i antygrawitacyjnych powodowała lokalną niewidzialność tego przyspieszacza cząstek, co było powodem niesłychanych przygód i perypetii bohaterów powieści, ziemskich astronautów badających urządzenia obronne Wenusjan. Rzecz jest możliwa, ale – jak już tu powiedziałem – ogromnych ilości energii, i wątpię, by moc wszystkich elektrowni Ziemi była wystarczająca do zagięcia przestrzeni w stopniu umożliwiającym odchylenie biegu promieni świetlnych choć o 1 stopień…

Podobnie rzecz się ma z polami magnetycznymi.

8

Osobiście nie sądzę, by Albert Einstein sformułował Unitarną Teorię Pola. Może nie tak – może chodzi o to, że on tęże UTP sformułował, ale przeraził się konsekwencji tego, co z niej można zrobić. Jaka straszliwą broń można by przy jej pomocy wyprodukować! Dlatego najprawdopodobniej Einstein zabrał ją do grobu.[10]

9

Eksperyment Filadelfijski był zatem NIEMOŻLIWY do przeprowadzenia, bowiem nie było takich ilości energii, która umożliwiałaby dokonania zakrzywienia metryki czasoprzestrzeni wywołanego wzrostem wartości pola magnetycznego i/albo grawitacyjnego wokół USS Eldridge. Powstaje zatem uzasadnione pytanie: kto za tym stoi?

Odpowiedź jest zaskakująco prosta: za tym humbugiem – bo to był humbug i nic więcej – stoją ludzie odpowiedzialni za genialny numer, który wycięli oni w cztery lata później, w 1947 roku, a który to numer nosi tytuł Incydent z Roswell. Dokładnie tak. Obie afery skomponowali mistrzowie kłamstwa i wirtuozi półprawdy, a przeprowadzono je według IDENTYCZNEGO scenariusza, a obu maskaradom przyświecał jeden, jedyny cel – utwierdzenie świata w przekonaniu, że Stany Zjednoczone posiadają najlepszą technikę, której źródłami są genialni uczeni i Kosmici – czyli obca cywilizacja…

Eksperyment Filadelfijski był potrzebny po to, by wypalił Incydent w Roswell i kilka innych bzdur, które zaśmiecają ufologiczne dossiers

I tak należałoby na to patrzeć.

10

Czy to wszystko – co napisałem powyżej – oznacza, że się wszyscy mylimy i ze sprawozdania o dziwnych wydarzeniach w Trójkącie bermudzkim, Morzu Diabelskim i innych zakazanych akwenach są li tylko bzdurą wyssana z palca, celowanym rykoszetem tajnych służb Stanów Zjednoczonych?  Ortodoksyjni uczeni oddaliby dusze diabłu, żeby tak właśnie było.

Ale nie, tak właśnie nie jest! Nie jest, bo rzeczywistość jest o całe niebo bardziej ciekawa, niż najbardziej nawet finezyjny humbug ONR, CIA czy jeszcze innej tajnej służby amerykańskiej!

Dla mnie przykład Eksperymentu Filadelfijskiego stanowi poważne ostrzeżenie przed siłami politycznymi, które pragnęłyby pogrążyć ufologię i wszystkie nauki „para” w niebycie, albo – co gorsze – wykorzystać je do swych niecnych celów, czemu już raz dałem wyraz w swych pracach.

Także w naszym kraju daje się coraz bardziej odczuć tarcia na linii ufologia – polityka, co objawia się wrogością w stosunku do ufologów ze strony m.in. Kościoła katolickiego, którego funkcjonariusze widzą w nas jeszcze jedną sektę (i mają po temu powody), którą trzeba mieć na oku, i w razie czego zwalczać wszystkimi sposobami, co już kiedyś odczuliśmy na własnej skórze.[11] Czyżby wracała średniowieczna ciemnota? Jaka szkoda!

Postscriptum

Słowa te napisałem w 2000 roku, kiedy jeszcze wierzyłem bezkrytycznie i  niemal bez zastrzeżeń we wszystko, co głosili wszyscy „papieże” polskiej i światowej ufologii. Jednakże rok ten stał się także rokiem przełomu, kiedy zrozumiałem, o co naprawdę chodzi w ufologii i że z jednej strony jest ona wygodna przykrywka dla różnych działań specsłużb, a z drugiej strony czysto komercyjnym przedsięwzięciem różnych dziennikarzy i pisarzy, którym do obiektywizmu są całe lata świetlne i którzy naginają i zaklinają rzeczywistość. Tak czy inaczej – nie sadziłem, ze jeszcze kiedys wrócę do Eksperymentu Filadelfijskiego.

Parę dni temu, Pani Zofia Piepiórka zwróciła moja uwagę na jedną z internetowych witryn, w której znalazłem taką oto informację:

W 1946 roku Rosjanie przeprowadzili na Bałtyku między Gdynią a Gdańskiem eksperymenty na wzór eksperymentu Filadelfia. Zdobyczny niszczyciel niemiecki z jeńcami na pokładzie miał zniknąć na 2-3 minuty po czym wyłonić się z oparów zielonej lub niebieskiej mgły. Technologia była przejęta przez Rosjan od Niemców, którzy prowadzili prace nad atramentyzacją rtęci. Niszczyciel zniknął. Co pozostało w Bałtyku?




Oczywiście jest to zbyt piękne, by było prawdziwe, choćby dlatego, że informacja o tym pojawiła się dopiero teraz? Pomijając już cały wątek o Jerzym Cerze i dokumentach, które raz są, raz nie ma… Znam Jerzego Cerę i wiem, że na pewno nie puściłby takiego fałszywca. Ta historia zalatuje mi humbugiem.  A jednak zakładając, że nie był to humbug, a wydarzenie realne można śmiało założyć, że Rosjanie powtórzyli Eksperyment Filadelfijski dlatego, że informacje o tym otrzymali od niemieckiego wywiadu, który z kolei śledził postępy amerykańskiej fizyki i... polskiej nauki. To by się nawet zgadzało.

Z drugiej strony Rosjanie na pewno mieli informacje o tym Eksperymencie, choćby dlatego że na terenie USA działało kilkuset agentów NKWD i GRU, w tym wielu w Programie Manhattan – najtajniejszym z tajnych programów badań nad atomem (i nie tylko)! A zatem być może Rosjanie przeprowadzili w Zatoce Gdańskiej taki sam eksperyment, o którym dowiedzieli się z dwóch źródeł i uznali, że dane są „pewne”. Pytanie tylko, czy ten eksperyment przeprowadzili naprawdę, czy tylko w czyjejś bujnej wyobraźni…? Dlaczego na Zatoce Gdańskiej, a nie gdzieś u siebie? – np. na Morzu Kaspijskim, które było (i nadal jest) poligonem morskim rosyjskiej floty? Nie zapominajmy, że była to sprawa ultratajna i jako taka nie powinna mieć świadków tych eksperymentów.

A tak by the way, czy ktoś może mi wyjaśnić, na czym polega atramentzacja rtęci? Zamianą rtęci w atrament? A może zamianą rtęci w czerwoną rtęć – RM-20/20? Niemcy niewątpliwie prowadzili tajne prace nad atomem i technologiami nuklearnymi, być może nad laserową bronią radiacyjną czy bronią cząstek wysokich energii – o których marzył Ronald Reagan dając zielone światło zbrojeniom w Kosmosie na początku lat 80. XX wieku. Być może Niemcy pracowali nad przemieszczaniem obiektów materialnych w przestrzeni i czasie, tego się nie da wykluczyć, ale to wszystko co osiągnęli, to było ładne na papierze, bo w praktyce nie byli w stanie już niczego zrobić. III Rzesza waliła się pod ciosami ofensywy z dwóch stron i jedyne, co Niemcy mogli zrobić, to ukryć lub wywieźć rezultaty swych obliczeń i badań. I z tym się zgodzę – na terenie Pomorza być może są ukryte jakieś archiwa je zawierające.  

I wreszcie po czwarte: gdyby to wszystko było prawdą, to konsekwencją tego byłoby, że okręty o konstrukcji stealth pojawiłyby się nie pod koniec lat 80., ale w połowie lat 50. XX wieku! Przypominam bowiem, że wszystko to działo się w okresie Zimnej Wojny, kiedy liczył się każdy punkt technologicznej przewagi nad przeciwnikami, co wyszło właśnie bardzo dokładnie w latach 1979-85, kiedy to zaostrzyła się rywalizacja naukowców obu supermocarstw w ramach planów gwiezdnych wojen. Od początku Zimnej Wojny było wiadomo, że kto panuje w kosmosie, panuje także na Ziemi – stąd zaciekły wyścig w zakresie lotów kosmicznych. Sam fakt, że 2/3 wszystkich aparatów kosmicznych ZSRR i USA to satelity wojskowe, mówi sam za siebie…   

A wracając do sprawy Eksperymentu Filadelfijskiego, to człowiek opanował – jak na razie – tylko jedno ekstremum reakcji nuklearnych – przemianę materii w energię, co ma miejsce w reaktorach czy bombach jądrowych. By spowodować efekt, o którym mowa w legendzie Eksperymentu Filadelfijskiego, musi dojść do procesu odwrotnego: przemiany energii w masę i tym samym spowodowanie pojawienia się pola grawitacyjnego zakrzywiającego przestrzeń, tego nie potrafimy – przynajmniej na razie…

A warto nad tym popracować, chociażby dlatego, że po opanowaniu tego procesu Wszechświat stanąłby przed nami otworem. Ale to już temat z innej ballady…

Jordanów, 2012-03-04  


[1] Legenda Eksperymentu Filadelfijskiego mówi, że w 1945 roku okręt poszedł „na żyletki”, bo nie można sobie z nim było dać rady. Ciekawe, dlaczego nie uciekł z pieca martenowskiego…?
[2] Dokładnie w tomie 2, Gdańsk 1986.
[3] Wybudowane i wodowane w latach 1943-44.
[4] J. Lipiński – „Druga wojna światowa na morzu”, Gdańsk 1976.
[5] Chodzi tutaj o pierwszy test urządzenia nuklearnego o kryptonimie Trinity.
[6] Rudolf Kippelhahn – „Na tropie tajemnic Słońca”, Warszawa 1998.
[7] Zob. R. Leśniakiewicz – „Projekt Tatry”, Kraków 2002.
[8] UV – ultrafiolet, IR – podczerwień.
[9] II prędkość kosmiczna, dla Ziemi wynosi ona 11,2 km/s.
[10] Fama głosi, że po śmierci mózg Alberta Einsteina został zabrany do badań i ewentualnego wyekstrahowania z niego wszelkich interesujących informacji, co jednak wydaje się być kolejną legendą Zimnej Wojny.
[11] Klinicznym przykładem ostracyzmu jest próba storpedowania imprezy ufologicznej zorganizowanej przez Małopolskie Centrum badań UFO i Zjawisk Anomalnych w Krakowie, w lipcu 1999 roku, kiedy to podpuszczeni przez oo. Dominikanów wierni zrywali lub zaklejali nasze afisze. Na szczęście dzięki wsparciu „Gazety Krakowskiej” nasza impreza się udała, mimo pobożnych życzeń oo. Dominikanów i ich owieczek…