czwartek, 15 listopada 2012

Piekielne katastrofy w głębinach (2)




K-219: Głasnost’ pod wodą Wszechoceanu...


Po utracie K-129 przez 18 lat Czerwona Flota była „zastraszona” możliwością straty rakietowego okrętu podwodnego. Wszystkie te przeszłe katastrofy, nawet jeżeli zakończyły się wieloma ofiarami w ludziach, to nie doprowadziły do utraty okrętu. Dobra passa zakończyła się w październiku 1986 roku, w pięć miesięcy po katastrofie w Czarnobylu. We wszystkich gazetach ZSRR pojawiła się krótka informacja podana przez TASS. [...] Wynikało z niej, że rankiem, dnia 3 października 1986 roku, na pokładzie radzieckiego SSBN znajdującego się w odległości około 1.000 km na NE od Bermudów (a zatem poza „tradycyjnym” Trójkątem Bermudzkim – uwaga tłum.) wybuchł pożar, w wyniku którego zginęło 3 załogantów. Poza tym stwierdzono, że nie ma zagrożenia wybuchem nuklearnym reaktorów trakcyjnych okrętu oraz jego uzbrojenia. Nie było także zagrożenia dla środowiska. Reaktory wyłączono, uzbrojenie zabezpieczono i okręt zatonął w dniu 6 października 1986 roku, o godzinie 11:03 CM, (źródła amerykańskie mówią o godzinie 22:30 czasu amerykańskiego, czyli 17:30 GMT albo 14:30 CM – przyp. tłum.) na dużej głębokości. Załoga została uratowana, poza tymi, którzy zginęli na samym początku katastrofy. I chociaż o zagładzie okrętu powiadomiono od razu – oto, czym jest głasnost’ – to o szczegółach dowiedzieliśmy się o wiele później.

A oto, co się stało. W jednej wyrzutni ICBM doszło do wycieku utleniacza i eksplozji. Następstwem tego był pożar w IV przedziale (rakietowym), którego nie udało się opanować. Pożar zaczął się rozprzestrzeniać po całym okręcie. Część załogi zatruła się oparami toksycznego paliwa i toksycznym dymem. Dowódca wydał rozkaz ewakuowania IV przedziału i przejścia jego obsługi do V przedziału. 3 marynarzy wyniesiono stamtąd w beznadziejnym stanie. Okręt wynurzono. Pożar w IV przedziale nie ustawał bez względu na podnoszenie się poziomu wody. Poza tym doszło do krótkiego spięcia w systemie elektrycznym prawoburtowego reaktora. Aparatura zasygnalizowała, że pręty sterujące reaktora nie doszły do dolnego położenia, co nie wygasiło reaktora...

Trzeba było zrobić to ręcznie, bo w przeciwnym razie reaktor przechodził na normalny tryb pracy, (co groziło stopieniem rdzenia reaktora i eksplozją nuklearną oraz wystrzeleniem 16 ICBM na amerykańskie miasta – przyp. tłum.). Ameryka została uratowana przez marynarza Siergieja Prieminina, któremu udało się wraz z drugim członkiem załogi opuścić pręty i wyłączyć reaktor, w nieludzkim upale +65ºC, toksycznych oparach i trującym dymie, z ostatnią butlą sprężonego powietrza... Zapłacił za to życiem. Odszedł jak bohater ratując innych. Dowódca okrętu pozostał wraz z 10 załogantami, by walczyć o utrzymanie okrętu na powierzchni, ale mu się to nie udało i K-219 powoli pogrążył się w pięciokilometrowej głębinie Atlantyku.

Oczywiście powołano specjalną komisję do zbadania przyczyn katastrofy, na czele której stanął członek Biura Politycznego KC KPZR – L. N. Zajkow. Doszła ona do wniosku, że bez względu na praprzyczynę katastrofy (zderzenie z amerykańskim SSN, co dokładnie pokazano w amerykańskim thrillerze pt.  „Niebezpieczne wody” z Martinem Sheenem w roli dowódcy amerykańskiego okrętu podwodnego śledzącego K-219 – uwaga tłum.) dowódca i załoga popełniła całą serię poważnych błędów, a przede wszystkim nie potrafili ugasić pożaru, dopuścili do jego rozszerzenia się i zatrucia okrętu toksycznymi produktami spalania. Taki wniosek znalazł się w końcowym protokole komisji.

K-278 Komsomolec – „Złota Ryba”

7 kwietnia 1989 roku zatonął następny radziecki SSBN – K-278 Komsomolec. W skład Floty Północnej wszedł on w 1984 roku. Jego uzbrojenie stanowiła 1 torpeda z głowicą jądrową (w nomenklaturze NATO typ HWT-65. Niektóre źródła NATO twierdzą, że Komsomolec miał na pokładzie 2 jednostki tej broni – przyp. aut.), kilka zwyczajnych torped (8 – przyp. tłum.) i uzbrojenie rakietowo-jądrowe. Poza tym do jego zadań należało badanie problemów technicznych i oceanograficznych. (Rozpoznanie hydroakustyczne zwiad radioelektroniczny na akwenach NATO – uwaga tłum.)

O tym jedynym w swej serii okręcie podwodnym (wg źródeł NATO, w ZSRR istniały dwie jednostki typu Mike, do którego należał Komsomolec – uwaga tłum.), krążyły mity i legendy – chociaż wiele z nich nie odpowiadało prawdzie. Jedna rzecz była absolutnie prawdziwa – ten SSBN potrafił zanurzyć się najgłębiej w świecie. Do niego właśnie należy absolutny rekord zanurzenia – 1.000 metrów! Eksperyment ten przeprowadzono w dniu 5 sierpnia 1984 roku. Jak wspominał o tym szturman (nawigator – przyp. tłum.) Komsomolca – kapitan III rangi (komandor podporucznik – przyp. tłum.) Aleksandr Borodin – obciążenie było takie, że koję wygięło mu w łuk. Hydroakustyk z nawodnego okrętu asysty, który słyszał jak K-278 pogrąża się on w toni wodnej, wspominał potem, że: Cud, że tam nie ogłuchłem... Słychać było takie skrzypienie i trzaski... Ale tytanowy kadłub wytrzymał, i wytrzymywał jeszcze przez pięć lat, póki nie nadszedł dlań sądny dzień...

Okręt wracał po samodzielnym pływaniu na niedużej głębokości. Na pokładzie była druga załoga pod dowództwem kapitana I rangi (komandor – przyp. tłum.) Jewgienija A. Wanina. Do rodzinnego brzegu było na wyciągnięcie ręki...

Pierwszy sygnał alarmu rozległ się o godzinie 11:03 CM, kiedy to na tablicy rozdzielczej dyżurnego mechanika zapalił się sygnał: TEMPERATURA W VII PRZEDZIALE WZROSŁA DO 70ºC! Natychmiast podniesiono alarm przeciwawaryjny. Zaczęło się gaszenie pożaru w „siódemce”.

W ciągu 11 minut od początku pożaru okręt wyszedł na powierzchnię i poniósł peryskop. Przez niego widać było, jak wali para z rejonu VII przedziału, a przeciwkawitacyjne pokrycie (pokrycie to dawało okrętowi wyciszenie szumów do stopnia niespotykanego w tego rodzaju konstrukcjach. Komsomolec był najcichszym SSBN w świecie! To właśnie ten okręt był pierwowzorem dla Czerwonego Października z powieści Toma Clancy’ego! – przyp. tłum.) tytanowego poszycia kadłuba lekkiego zaczyna się wypuczać i marszczyć od wysokiej temperatury.

Tymczasem ogień z „siódemki” przedostał się do VI przedziału, a to oznaczało, że pomiędzy nimi rozhermetyzowała się gródź. Poza tym, kiedy okręt wyszedł na powierzchnię, pojawił się ogień także i w V przedziale... Pożar powoli przesuwał się od rufy do dziobu, zmuszając ludzi do cofania się krok po kroku... O godzinie 13:00 CM, na okręcie pojawiły się pierwsze ofiary w ludziach – nie udało się uratować dwóch załogantów, lekarz pokładowy stwierdza zgon miczmana (polski odpowiednik: starszy bosman sztabowy – przyp. tłum.) S. Bondarii i mar. W. Kulipina z powodu zatrucia toksycznym dymem. Po trzech godzinach stało się jasne, że załoga powinna zostać z płonącego okrętu szybko ewakuowana.

Komcomolec miał na wyposażeniu specjalną boję ratunkową, którą można było opuścić go w zanurzeniu. Tą drogą uratowało się tylko 5 ludzi. A okręt zaczął powoli tonąć... Ci którzy wydostali się z okrętu zostali podniesieni na pokład okrętu-bazy Aleksiej Chłobystow. Przeżyło tylko 26 załogantów...

W tej katastrofie zginęło 42 ludzi, z czego 4 w czasie pożaru, zaś pozostali albo utonęli, albo zmarli z wychłodzenia organizmu.

Oczywiście wyznaczono komisję śledczą do sprawy tej katastrofy. Liczyła ona 15 osób. Jej prace skupiły się na czterech aspektach:
1.      wnioski do projektowania okrętów podwodnych;
2.    podwyższenie niezawodności techniki tych okrętów;
3.    lepsze przygotowanie załóg okrętów podwodnych w zakresie opanowania sytuacji kryzysowych;
4.    powołanie do życia służby poszukiwawczo-ratowniczej i pozyskanie środków technicznych niesienia pomocy w takich sytuacjach.

Zwracam uwagę Czytelnika na te cztery punkty w kontekście tego, co się stało w dniu 12 sierpnia 2000 roku, kiedy to doszło do kolejnej katastrofy. Ona tym razem zabrała aż 118 członków załogi okrętu podwodnego, z których wielu dałoby się uratować, gdyby zrealizowano chociaż ten ostatni aspekt!

K-141 Kursk – ofiara bałaganu...

Ta katastrofa na Morzu Barentsa zrobiła w swym czasie sporo hałasu w świecie. Przez kilkanaście dni śledził ją z zapartym oddechem cały świat. Do dnia dzisiejszego nie udało się w pełni i w sposób zadowalający wyjaśnić zagłady SSGN (okrętu podwodnego uzbrojonego w samosterowane pociski rakietowe – przyp. tłum.) K-141 Kursk z 24 skrzydlatymi rakietami na pokładzie. Podaję Czytelnikowi tą wersję, która mi najbardziej odpowiada do znanych faktów.

Tego dnia nawodne i podwodne okręty Floty Północnej znajdowały się na ćwiczeniach. Zadaniem Kurska było przeprowadzenie skrytego podejścia do okrętów „nieprzyjaciela” i ostrzelanie ich. Wszystko stało się wtedy, kiedy K-141 zajął już miejsce na pozycji i przygotowywał się do wystrzelenia torpedy. Jedna z torped okazała się wadliwa, i w momencie ładowania odpaliła jej głowica bojowa. Kadłub okrętu został poważnie uszkodzony i K-141 powoli osunął się w głębinę. W momencie uderzenia o dno, eksplodował cały zapas torped, a eksplozja zmięła w harmonijkę dwa pierwsze przedziały ze wszystkimi, którzy tam byli...

Katastrofa przebiegła szybko, i jak widzimy, opisanie jej zajęło tylko jeden akapit. Najwięcej czasu zajęło jej naświetlenie w mediach i wyjaśnienie jej przyczyn.

O katastrofie powiedziano oficjalnie dopiero po dwóch dniach, (w Rosji i WNP, bo w reszcie Europy i w Ameryce media podały tą informację jeszcze tego samego dnia – przyp. tłum.), przy czym dowództwo Floty Północnej usiłowało pomniejszyć skalę katastrofy. Mówiło się tylko o tym, że Kursk legł na dnie, że trwa akcja ratunkowa, że z załogą jest łączność, że do okrętu podaje się powietrze... A to wszystko naprawdę było kłamstwem!

O tym, że okręt poszedł na dno w sztabie Floty nie wiedziano przez kilka godzin. Dopiero, kiedy Kursk nie wypłynął w ustalonym czasie w celu nawiązania łączności, nieco się zaniepokojono, chociaż zagraniczne media podały informację o wybuchach, które zarejestrowano w basenie Morza Barentsa. To po pierwsze.

Po drugie – okręt był długo poszukiwany i znaleziono go dopiero po upływie doby.

Po trzecie – nawet po znalezieniu okrętu nie wykonano żadnych czynności ratowniczych. Po prostu dlatego, że nie było czym. Rosyjska flota nie dysponuje żadnymi urządzeniami do takich operacji. A jeżeli nawet coś było, to zostało sprzedane...

Po czwarte – nie było żadnej łączności z załogą. Hydroakustycy słyszeli jakieś dźwięki z wraka, ale nie było żadnej gwarancji, że one rozlegały się z pokładu, a nie z innego źródła.

Po piąte – nie podawano powietrza do wraka.

Mimo tego jeszcze przez kilka dni dowództwo wciskało ludziom ciemnotę, że podwodniacy żyją i podejmuje się wszelkie wysiłki, by ich uratować. A na koniec w tydzień po katastrofie wszystkich uznano za zmarłych.

Po roku okręt podniesiono i załogę pochowano... (Przy okazji wyszło na jaw, że co najmniej 20 załogantów żyło przez kilka dni we wraku i zmarli oni właśnie wskutek braku powietrza... – uwaga tłum.)

K-159 – ofiara niekompetencji?

Kursk nie jest ostatnim atomowym rakietowym okrętem podwodnym, który znalazł swój grób na dnie morza. W trzy lata później, w lecie 2003 roku, w basenie Morza Barentsa, przy transporcie na złomowisko doszło do katastrofy kolejnego SSBN – K-159. I chociaż na jego pokładzie nie było już rakiet, a reaktory były wyłączone, zaś załoga zredukowana do minimum – w tej katastrofie zginęło 10 marynarzy. Tylko jeden załogant uszedł z życiem...


---oooOooo---

Śmierć tych młodych ludzi kładzie się ponurym cieniem na historię floty ZSRR i dzisiejszej WNP. Oni zginęli w imię wielkomocarstwowych mrzonek swych przywódców, którym marzy się powrót do czasów, kiedy świat był podzielony na dwa obozy, co przynosiło władcom Kremla ogromne korzyści, których odmawiali oni tym, którzy za nich umierali w lodowatych głębinach Wszechoceanu. I tylko żal mi ich młodego życia...

I to na razie byłoby na tyle w temacie współczesnych katastrof okrętów podwodnych.

Przekład z j. rosyjskiego i przypisy –

Robert K. Leśniakiewicz ©