niedziela, 9 lutego 2014

Pod kołpakiem



Tatiana K. Grigorienko


Ta historia zdarzyła się 15 lat temu. Często latem i jesienią całą rodziną naszą Wołgą jeździliśmy z Mińska do lasu, na jagody i grzyby. Mieliśmy kilka naszych „grzybowych” miejsc: a to opieńkowe, borowikowe, kurkowe, itd. Jedno z naszych ulubionych miejsc znajdowało się niedaleko od Raubiczej (koło Mińska). Tam można było znaleźć wiele gatunków grzybków. Jeździliśmy tam bardzo często, przez jakieś 20 lat i ten masyw leśny był schodzony przez nas wzdłuż i w poprzek. Znaliśmy tam każdą ścieżkę, każdy dukt, nieledwie każdy pieniek. Nieopo0dal rozpościerał się poligon wojskowy i dlatego cały masyw leśny był poprzecinany rowami i transzejami, które dzieliły go na sektory i kwadraty. Tak więc orientowaliśmy się w nim łatwo tym bardziej, że obok niego przebiegała obwodnica, której szum słychać było w dużej odległości.

Tego dnia, wyszliśmy z samochodu i rozeszliśmy się pojedynczo: ja z mamą poszłam w jedną stronę od drogi – prawda: w różnych kierunkach, a ojciec w drugą stronę. Jednakże kiedy tylko weszłam do lasu, to stało się jasne, że grzybów tam praktycznie nie ma. Także muchomorów i innych „trujaków” tam nie było. Szybko przebiegłam przez pierwszy kwadrat, przeszłam drugi po przekątnej… I naraz dotarło do mnie – coś się zmieniło!  Z  początku nawet za bardzo nie wiedziałam, co. Niby wszystko jest tak jak zawsze, ale i nie tak. I naraz zrozumiałam: otaczała mnie zupełna, absolutnie martwa cisza! Szum od drogi wciąż słyszalny naraz znikł zmieniając się w dzwoniąca pustkę. To było tak, jakby na mnie nałożono jakiś niewidzialny acz dźwiękoszczelny kołpak.

Ale mnie to nie przestraszyło, dlatego że aż krzyknęłam z radości – wokół mnie gdzie tylko nie sięgnął wzrok, stały borowiki! Rosły one nie w grupach, ale pojedynczo, w odstępach jakichś 4 m jeden od drugiego: wyglądały jednakowo, jakby z inkubatora, krępe, dziesięciocentymetrowe, z niewielkimi ale regularnymi, brązowymi kapeluszami. Oczywiście zdumiało mnie to – wszak jeszcze minutę temu byłam przekonana, że dzień nie jest grzybowy. I wpadłszy w ekstazę zaczęłam zbierać te cuda. Miotałam się po kwadracie, błyskawicznie wypełniłam wiadro bałam się stracić swój „połów”. Wreszcie miałam pełne wiadro z czubem. Pozostałam tam, by odpocząć, zdjęłam wierzchnie wdzianko (żeby zapakować w nie jeszcze więcej grzybów), i poza tym zawołać mamę – wszak głupio mi było pozostawić taki urodzaj!

I naraz poczułam strach – silny i narastający. Rozejrzałam się dookoła -  nikogo w pobliżu! Ale pojawiło się u mnie silne poczucie tego, że jestem pilnie obserwowana, badawczo, namolnie! A do tego – jak mi się wydało – obserwowano mnie gdzieś z góry, z wysokości szczytów sosen. Spojrzałam w górę, ale tam nie było niczego niezwykłego. Strach literalnie mnie sparaliżował. Zaczęło mi się wydawać, że to coś niewidzialne, co mnie obserwowało, zbliża się do mnie

Znalazłam w sobie siły na wezwanie mamy. Ona się odezwała, czemu się bardzo zdziwiłam, wszak żadne dźwięki nie przebijały się przez „kopułę”. Okazało się, że mama tez znajdowała się w tym zagadkowym kwadracie. Mama podbiegła do mnie z wiadrem pełnym takich samych jak moje borowiczków. Na jej twarzy ujrzałam wyraz paniki – jak u mnie. Obie przylgnęłyśmy do siebie na przemian pytając: czy ty czujesz, że ktoś na nas patrzy???

A potem wraz z mamą zaczęłam uciekać z tego strasznego miejsca. I – o dziwo – jak tylko przeszłyśmy przez przesiekę, strach gdzieś przepadł, za to wróciły wszystkie dźwięki, w tym szum dobiegający od drogi (a do tego droga ta była znacznie dalej, niż w tym złowieszczym kwadracie). Nabrawszy odwagi, zdecydowałyśmy już to ze zwyczajnej ciekawości, ponownie wejść do tego kwadratu. I ponownie, kiedy przecięłyśmy przesiekę powrócił strach i znikły wszystkie głosy.

Zdecydowałyśmy więcej nie ryzykować i poszłyśmy do samochodu. Idąc znów zauważyłyśmy, że grzybów nie było. A i tata wrócił z drugiej strony drogi z jedynym zasuszonym gołąbkiem. Kiedy opowiedzieliśmy mu o naszej przygodzie, on początkowo śmiał się z nas, a potem sam zdecydował pójść tam i to sprawdzić. Ale go tam nie puściłyśmy, bo bałyśmy się o niego. Nam też tam wracać się nie chciało, i nie chciałyśmy puścić tam taty samego. Udało się nam go przekonać i wróciliśmy do domu.

Prawdę powiedziawszy, po powrocie do miasta chcieliśmy wyrzucić wszystkie grzyby zebrane w tym kwadracie. Kto wie, czy one nie były czymś zarażone czy skażone? Żal się zrobiło – były takie piękne. Jeden w drugiego! W Mińsku sprawdziliśmy je – wszystkie były w normie. Promieniowania też nie stwierdziliśmy.

W czasie następnego grzybobrania powróciliśmy na to miejsce. Wszyscy razem poszliśmy do tajemniczego kwadratu. Ale tym razem niczego niezwykłego tam nie zaszło. Dźwięki nie znikły, droga szumiała jak zawsze… Czyli z kwadratu zdjęto ten eksperymentalny kołpak. I nie było ani jednego grzyba!!!   



Moje 3 grosze

Takie opowieści słyszy się pomiędzy grzybiarzami, leśnikami, robotnikami leśnymi i w ogóle ludźmi lasów. Sam zresztą też kilkukrotnie przeżywałem w beskidzkich, śląskich i pomorskich lasach podobne zdarzenia: brak poczucia upływu czasu, brak orientacji w dobrze znanym terenie, wyłączenie wszelkich dźwięków, nietypowe odgłosy w absolutnej ciszy, dźwięki dezorientujące człowieka w sposób absolutny, itd. itp. To wszystko naprawdę się zdarza.

Ale czy jest jakieś wyjaśnienie? Zadałem to pytanie moim znajomym i oto, co mi przysłali:



Zofia Piepiórka (wizjonerka, badaczka UFO):
Ależ tak! Ja również kilka lat temu będąc na wsi w Małych Stawiskach wybrałam się na grzyby na rowerze do pobliskiego lasu, a potem w kierunku stacji Olpuch Wdzydze. Zbierałam niemki i nagle znalazłam się w miejscu o którym słyszałam do dziecka... Była cisza i po kilku minutach zdałam sobie sprawę że nie wiem gdzie jestem!! Wszystko jakby wyglądało inaczej! Straciłam orientację, czułam zawroty głowy i mdłości... Wpadłam w panikę, ale siłą woli opanowałam się i skupiłam się na sobie... Wyszłam, ale do domu wróciłam jak pijana... Opowiadałam to znajomemu we wsi, a on opowiedział jak jego żona wybrała sie tam również na grzyby i spotkało ją to samo. Tak głośno krzyczała z przerażenia, że on usłyszał ją we wsi i czym prędzej tam pojechał samochodem. Jego żona od tej pory nie chodzi na grzyby! A ja zaczęłam badać to miejsce... chyba 3 lata temu napisałam na ten temat NOTATKĘ na Faceboku! Poszukam i dołączę.


Rafał Kowalczyk (grzybiarz, ufolog):
Dobre! Miałem z taką ciszą do czynienia przy schodzeniu z Pilska od schroniska. Schodziliśmy z kumpelą szlakiem jak zaznaczyłem i to że nikogo nie spotkaliśmy to może mnie jeszcze nie dziwić choć była to sobota lub niedziela ale ta cisza była niesamowita, nic się nie poruszało, zero ptaków, zero jakichkolwiek odgłosów, dosłownie gdyby nic nie żyło. Takiej ciszy jak wtedy więcej nie doświadczyłem ale zapewne nie było to takie magiczne jak w opisanej historii...


Zenit (grzybiarz):
No ciekawe.
Choć przyznam że czasami wśród beznadziejnego pustego lasu czasami udawało mi się trafiać w miejsca gdzie grzyby masowo rosły ale nie miałem klapki na uszach ani nie odczuwałem strachu...


Wojciech Pasiecznik (ufolog):
Ktoś nas bada i skrzętnie notuje obserwacje naszych zachowań. Najpewniej odizolowana, częściowo dźwiękochłonna bariera, jakby klosz lub klatka laboratoryjna. Myślę, że to albo Obcy z naszego wszechświata lub też ich odpowiedniki z innych płaszczyzn (wymiarów, planów) rzeczywistości. Cel jeden: badać i obserwować.


Nathas (grzybiarz):
Jako racjonalista mam pewien pomysł - opisane 'zjawisko' to wyssane z palca brednie.


Elżbieta Kowalska (grzybiarz, leśnik, badaczka UFO):
Przeczytałam artykuł. Fakt, dziwne to wszystko. Mnie to wygląda na eksperymenty wojskowe. Strefy ciszy i strefy martwe zdarzają się w przyrodzie, owszem. Pisząc o eksperymentach wojskowych miałam na myśli infradźwięki. Pisałam kiedyś na ten temat prace semestralną, ale nie mogę jej znaleźć, chyba przepadła. Zagadnienie jest bardzo, ale to bardzo ciekawe. Nadal niepoznane. Wpływem na organizmy zajmuje się...wojsko! Już nie jest tajemnicą, że opracowano tzw. broń akustyczną. 15 lat temu to mogła być faza testowania, a jakże! Majstrują przy niej przede wszystkim... Rosjanie. Infradźwięki zostały odkryte stosunkowo niedawno. Z pola działania tej częstotliwości (poniżej 19 Hz) uciekają zwierzęta! Powodują właśnie zaburzenia orientacji w terenie. Człowiek zaś odczuwa niepokój, strach, oblewają go zimne poty (coś jak stan przedzawałowy), ma halucynacje, wpada w depresję, jest rozdrażniony. Infradźwięki wprowadzają komórki w takie drgania,  które w konsekwencji  rozrywają je, czyli zabijają. Stąd wszystkie te paraliżujące narządy  objawy. Zbliżanie się do progu 20 Hz już powoduje  niepokój,ucisk na niektóre organa, nawet fatamorganę, czyli zaburzenia widzenia. Może warto pokusić się o poszukanie obiektów wojskowych pod Mińskiem? Przecież Białorusini to partnerzy Rosjan.


Aga Draco (grzybiarz, zainteresowana UFO):
Ja dużo chodzę po lasach i bywałam w różnych miejscach ale z niczym podobnym się nie spotkałam.
Myślę że dużą rolę może odgrywać tu wyobraźnia która dopasowuje się do chwilowych odczuć i emocji.
Być może wyciszenie w tym miejscu mogła spowodować jakaś gęściejsza ściana drzew lub nierówność terenu (wiele zależy od tego od jakiej strony wejdzie się na dany obszar)
Poza tym teren trzeba byłoby sprawdzić pod kątem pomiarów np.natężenia pola elektromagnetycznego, czy nie występują tam jakieś anomalie lub odchylenia od normy, czasowe fluktuacje, zważywszy na dużą ilość borowików w tym miejscu w tamtym momencie oraz nietypowe odczucia u ludzi  -  strach, niepokój,  panika.
Tak czy owak nie byłam tam i nie widziałam tego miejsca, a sama nic podobnego nie pamiętam więc trudno mi wysnuwać jakieś jednoznaczne wnioski.


Tomasz Małecki (grzybiarz, zainteresowany UFO):
Czy nie przypomina Wam to czynnika Oz? Według Hyneka im wyższy poziom udziwnienia, tym wyższe prawdopodobieństwo realności danego zdarzenia związanego z NOL-ami. Notabene rzekoma wielowymiarowość NOL-i jest najpewniej skorelowana z czynnikiem Oz, ale nie tylko z nimi. Ponoć wiele zdarzeń spoza normy codzienności wykazuje się udziwnieniem otoczenia, więc przypuszczając, iż tak właśnie może być, należy się zastanowić, czy ta relacja jest autentyczna, czy raczej bazuje na relacjach innych.
Poza tym efekt strachu i obecności może być indukowany silnymi polami EM, co też może łączyć się z możliwością manipulacji czasoprzestrzenią za pomocą tych pól. A jeśli tak, to z kolei powstaje pytanie, czy sama natura rzeczywistości pozwala na samorzutne zmiany czasoprzestrzenne/międzywymiarowe, czy może to efekt działania podczas prac nad czymś ludzkiego autorstwa.
Jeszcze jedno mi się przypomniało. Napisałem o tym kiedyś, ale nie zawadzi powtórzyć dobrego przykładu.
Otóż pamiętam relację jakiejś osoby z kwartalnika „UFO”, która opowiadała o swoim wzięciu. Gdy zobaczyła NOL-a, nagle okazało się, że na uczęszczanej trasie nie było ani jednego samochodu, a wokół panowała cisza. Obiekt zbliżył się, i choć dalej nie pamiętam treści relacji, to pamiętam opis dialogu pomiędzy tą osobą a załogantem NOL-a.
Gdy wzięty/a zaczęła się zastanawiać nad tą ciszą i brakiem 'życia' na trasie, zadała o to pytanie ów jegomościowi, a ten odparł, że są w innym wymiarze. Gdy zapytała o to, ile jest w końcu wymiarów, odparł podobnym pytaniem: 'A ile chcesz, żeby ich było?'.
Jako nastolatek nie rozumiałem tego, co zostało przekazane, ale dopiero po ładnych paru latach nabrało prawdziwego sensu i chyba samo-uwierzytelniło się. Przynamniej w moim wlasnym, prywatnym świecie i pojęciu o tych sprawach.
P.S.
Przypomniałem sobie opis NOLa lecącego pośród drzew w lesie (!), co tłumaczono jako możliwe tylko dzięki przefazowaniu wymiarowemu lub jakiejś manipulacji materią na poziomie kwantowym (jak np. podczas wizyt i przechodzeniu/wychodzeniu ze ścian). Wtedy też występuje czynnik Oz.
P.P.S.
Jeśli wierzyć autorowi Koewolucji, hybryda udzieliła ciekawej odpowiedzi na temat natury atomów - w ich drganiach ukryte są całe światy. Kiedy indziej inna istota podała wyjaśnienie, że zabierają 'branego' do innego wymiaru dla wygody operacji wzięcia, ale i dla ich własnej wygody, bo łatwiej spotykać się pośrodku (ale tutaj już czuję, że mieszam wątki). Dochodzi też sprawa popularyzatorskich guru mechaniki kwantowej, którzy twierdzą, że autentycznie obok nas, w tej samej 'przestrzeni', istnieją niezliczone światy. Ciekawe, czy to wszystko się wiąże z powodu racji, czy konfabulacji...



Ile zdań, tyle różnych opinii. W końcu zjawiska były tak niezwykłe, że warto było o nich podyskutować.

A co ja na to? Część z tych fenomenów można wytłumaczyć, ale to, co opisała tutaj autorka – nie. Założywszy, że jej opowiadanie jest prawdziwe, to nie ma innego wyjaśnienia jak to, że znalazła się ona w polu działania jakichś nieznanych sił – być może znalazła się w polu widzenia i oddziaływania jakiegoś Niewidzialnego NOL-a - IUFO/NNOL-a, którego nie widać optycznie, ale oddziaływanie jego pól siłowych odczuwa się nawet w znacznej odległości. Takie wypadki światowa ufologia zna i zostały one opisane. Ale co tam IUFO!

Jest jeszcze jedna, paskudna przyznaję, możliwość, a mianowicie: być może autorka znalazła się w zasięgu rażenia jakiejś broni oddziaływania PSI, eksperymenty nad którą prowadzono na tym poligonie. Proszę przypomnij sobie Czytelniku incydent w Zatoce Gdańskiej, który miał miejsce w dniu 23.VIII.1979 roku, kiedy to załogi dwóch polskich kutrów rybackich HEL-125 i HEL-127 zostały zaatakowane przez czerwono świecący BOL, który spowodował u załogantów wystąpienie negatywnych efektów psychosomatycznych. Bronisław Rzepecki założył m.in. że było to działanie właśnie jakiejś broni PSI, którą Rosjanie wypróbowali na polskich rybakach.  

I tylko te grzyby… Czyżby to promieniowanie – o ile to było promieniowanie – aktywizowało grzybnię i uniformizowało owocniki? Jako grzybiarz mogę powiedzieć, że z czymś takim spotkałem się tylko raz – we wrześniu 1986 roku, gdzieś w lasach pomiędzy Świnoujściem a Międzyzdrojami. Na polance o powierzchni 20-30 m² znaleźliśmy kilkadziesiąt owocników podgrzybka brunatnego – Xerocomus badius – którymi wypełniliśmy dwa wiadra, dwie kurtki i inne części garderoby… Ale to było po katastrofie w Czarnobylu i być może na ta polanę spadł obłok radioaktywnych cząstek, który zaktywizował grzybnię i spowodował obfity wysyp…


Tak czy inaczej – fenomen istnieje i nie można obok niego przejść obojętnie. Będę śledził wszystkie doniesienia na ten temat, bo wydaje mi się, że jest to konkretne oddziaływanie Obcych na biosferę naszej planety. Bez względu na to, kim Oni są…



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 40/2013, s. 24
Przekład z j. rosyjskiego i ilustracje –
Robert K. Leśniakiewicz ©