poniedziałek, 19 września 2016

Tajemnica śmierci hitlerowskich jegrów



Elbrus


Witalij Karjukow

Kiedy Sarajewo w latach 90. było w stanie oblężenia, dziury i leje po wybuchach w asfalcie, w miejscach gdzie zginęli ludzie, były zalewane czerwona smołą. Te „sarajewskie róże” – jak je zwą – można widzieć do dziś dnia. 

W „Tajnach XX wieka” nr 28/2015, był opublikowany artykuł Marka Altszulera pt. „Zagadkowy świat Kaukazu”, w którym pisało się o zagadkowej śmierci na jednym ze stoków Wąwozu Baksańskiego niemieckich jegrów czyli strzelców górskich. (Zob. http://wszechocean.blogspot.com/2016/01/zagadkowy-swiat-kaukazu.html - przyp. tłum.) Najprawdopodobniej hitlerowscy jegrzy zginęli pod spadłą lawiną. Hipoteza ta okazała się być prawdziwą, kiedy wyjaśniło się, że lawina rzeczywiście spadła, ale spowodował ja pilot bombowca Wasilij Łukin, który zrzucając bomby oberwał lawinę, która przygniotła górskich strzelców. Porozmawialiśmy z synem Wasilija Iwanowicza – Jewgienijem Wasiliewiczem Łukinem.


Loty w górach


Pytanie: - Jewgieniju Wasiliewiczu, pański ojciec był w czasie wojny nie tylko lotnikiem?
Odpowiedź: - Tak, jesienią 1942 roku, kiedy to wszystko się stało, ojciec dowodził 6. pułkiem lotnictwa bombowego dalekiego zasięgu (6. plbdz), 132. Dywizji Lotniczej.

- Czy to były jego pierwsze doświadczenia w górskich lotach?
- Nie, ojciec miał już takie doświadczenie jeszcze przed Bitwą o Kaukaz: w sierpniu 1941 roku zaliczył on cztery loty bojowe do bombardowania celów w Iranie. Trzeba było przelatywać przez góry, gdzie z 10 samolotów pułku, 8 rozbiło się w górach z braku doświadczenia w lotach w takich warunkach. Loty w górach kryją w sobie ogromne ryzyko: na stokach i szczytach mogą znajdować się wojska nieprzyjaciela. Samolot może być zestrzelony nawet z broni strzeleckiej (czyli o kalibrze <20 mm – przyp. tłum.) ze względu na niewielką wysokość lotu. Wypełniając zadanie lotu na dalekie cele należało znać lokalizację wojsk nieprzyjaciela, ich strefy PLOT i oblatywać z daleka co większe niemieckie obiekty. Tak więc trasa takiej wyprawy bombowej była dalece odbiegająca od linii prostej.

- Jakie jeszcze niebezpieczeństwa czyhają na lotników w górach?
- W górach bardzo pomagały lotnikom doświadczenia zdobyte na Wojnie Fińskiej (tzw. Wojna Zimowa, wojna z Finlandią w latach 1939-40 – przyp. tłum.) On zawsze powtarzał, że nie wolno wracać z powrotem do bazy drogą, którą już raz przebył lecąc na cel. I tak 6. pldbz w czasie wojny z Finlandią omal nie stracił połowy swego składu w czasie tylko jednej misji bombowej tylko dlatego, że samoloty wracały do bazy w Kriczewicy k./Nowgorodu nad terytorium nieprzyjaciela tą samą drogą, którą leciały nad cele. A Finowie już na nie czekali…
Poza tym było potrzebne bardzo dobre przygotowanie nawigatorów. Tak w czasie bojowego lotu z lotniska w Kutaisi na bombardowanie węzła kolejowego w Salsku, u pilota starszego lejtnanta[1] Iwanowa był za nawigatora… szef łączności pułku kpt. Moszkow! Czy to u łącznościowca zabrakło wiedzy o nawigacji, czy to z innej przyczyny samolot literalnie wbił się w Elbrus! Na pewno dlatego, że szefa łączności zrobili nawigatorem. Po prostu dlatego, że nawigatorów nie mieliśmy. Wszak w czasie działań bojowych na Krymie i na Kaukazie zmieniła się dwukrotnie cały stan osobowy pułku – takie były straty! Tylko w 1997 roku, na stoku Elbrusu na Lodowcu Kjukjurtlju/Kukurtli znaleziono samolot Iwanowa i zwłoki lotników. 

- Wspominał pan Salsk. Jakie odniesienie do naszej historii z niemieckimi jegrami ma ta miejscowość?
- Jak najbardziej oczywiste. Ojciec niejednokrotnie latał bombardować ten węzeł kolejowy. 6. plbdz w tych czasach bazował w Kutaisi. A teraz niech pan weźmie linijkę i zmierzy odległość pomiędzy Salskiem a Kutaisi. Rozumie pan? Linia prowadzi dokładnie przez Elbrus. A to jest zupełnie niedaleko do miejsca, w którym zginęli strzelcy górscy. Tym bardziej, że Elbrus tak czy owak lepiej było oblecieć bokiem. Mówię tak dokładnie o tym, żeby pan zrozumiał w jaki sposób mój ojciec znalazł się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.


Bombardowanie z wysoka


- A zatem jak zginęli ci jegrzy?
- No tutaj są już hipotezy – i to nie jedna. W tym artykule z „Tajny XX wieka” mówi się, że według tego, co mówią miejscowi zguba jegrów przyszła od zwykłego zejścia lawiny. W rzeczy samej, w tym miejscu Baksańskiego Wąwozu (a dokładnie tam, gdzie to zaszło) niebezpieczeństwo zejścia lawiny jest bardzo wysokie. Tam nie poleca się nawet głośno rozmawiać.
Sam zaś autor – sądząc ze wszystkiego – wierzy w tą wersję wydarzeń, przytaczając nie całkiem dokładne dane z pola walki. Ja mam bardziej dokładne i pełne informacje i to z pierwszej ręki, tak więc całkowicie zgadzam się z poszukiwaczem i krajoznawcą Wiktorem Kotjarowym, który od dawna zajmuje się tym „cmentarzem” i bywał tam niejednokrotnie. Opowiada on, że zabici leżeli w niezwyczajnych grupach - po 5-6 ludzi rozrzuconymi jedna od drugiej na stoku co jakieś 150-200 m jedna od drugiej. Można tutaj powiedzieć o bombardowaniu jegrów z powietrza. 

- Jak więc wyglądało to bombardowanie?
- Bomba była zrzucona z pokładu samolotu Ił-4 (BD-3F), który pilotował mój ojciec. Wybuch spowodował lawinę, która przykryła pododdział niemieckich strzelców górskich. Ojciec nie lubił opowiadać o wojnie, czasami wspominał jakiś epizod. O takim epizodzie bombardowania Baksańskiego Wąwozu opowiedział mi, kiedy miałem 13 lat. dlatego ta opowieść tak dokładnie wryła mi się w pamięć. Mam dokumenty, które potwierdzają opowiadanie mojego ojca, że to jego akcja stała się przyczyną zguby kolumny faszystowskich żołnierzy. To jest jego książka lotów i kartka z księgi lotów bojowych. Z nich oczywiście wynika, gdzie i kiedy latał Wasilij Łukin. Tam także wymieniono nazwę celu – Salsk. 

- Czy może pan oznaczyć tamto miejsce?
- Póki co – niestety nie. Na prośbę Wiktora Nikołajewicza Kotljarowa tego nie wolno teraz zrobić. No bo jak tylko podane zostanie miejsce tego wydarzenia, to od razu na nie rzucą się całe czeredy hien cmentarnych zdolnych do rozgrabienia miejsca pochówków. Są oni pochowani pod półtorametrową warstwą lodu i niech tak zostanie. Są tam m.in. broń i oporządzenie jegrów oraz wiele innych przedmiotów o wartości kolekcjonerskiej. No a poza tym sama ekshumacja ciał wmarzniętych w lód przedstawia duży stopień trudności i powinna być przeprowadzona przez specjalistów przy współudziale przedstawicieli strony niemieckiej. I nie można dopuścić do tego, by to wszystko zostało rozkradzione.


Ciemne sylwetki na bieli śniegu


- Ale jak pański ojciec zobaczył kolumnę hitlerowców w górach, i to jeszcze w nocy?
- Zupełnie zwyczajnie – i ojciec sam mi o tym opowiadał. To wydarzyło się właśnie w nocy. Dzienne loty przynosiły straty w ludziach i sprzęcie, i dlatego na bombardowanie celów latało się w nocy. Ojciec opowiadał, że w czasie tego lotu, w jasnym księżycowym świetle widział doskonale wąwóz i stoki gór, i dojrzał tam ten pododdział. Wiedział, że w tym rejonie naszych wojsk nie było. A że wzrok miał bystry, więc doskonale widział czarne figury Niemców na bieli śniegu, a którzy świecili sobie latarkami. I zdecydował się zbombardować wroga. Ojciec wspominał, że sam widział, jak lawina poszła w dół i nakryła nieprzyjaciela. 

I jeszcze jedna rzecz, o której wspominał ojciec w swym opowiadaniu: „powitanie” okupantom on posłał, kiedy leciał na główne zadanie i komory bombowe były jeszcze pełne. Gdyby to nieoczekiwane spotkanie miało miejsce w drodze powrotnej, to do niczego by nie doszło – piloci mieli rozkaz lądowania na swoim lotnisku na pusto ze względu na bezpieczeństwo. Dlatego samoloty wracały z misji z pustymi lukami bombowymi. 

- O ile mi wiadomo, Wasilij Iwanowicz nie stał się Bohaterem…
- Ojca przedstawiono do tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, ale dostał tylko Order Lenina. Przyczyna nie leżała w jego wyczynach bojowych i dowodzeniu pułkiem. Jego służbowe charakterystyki, opinie i atestacje zawsze były wysokie. Druga sprawa. Otóż w latach 50., ojciec był dowódcą 45. Homelskiej Dywizji Ciężkich Bombowców Strategicznych, której samoloty były wektorami broni jądrowej. W tych czasach dowódcami takich dywizji byli generałowie-porucznicy[2] a dowódcami ich pułków – generałowie-majorzy[3]. Ojciec nie został awansowany na generała z tej przyczyny, że w czasie wojny nie uzyskał tytułu Bohatera ZSRR, bowiem jego żoną a moją matką była Maria Karłowna Walter (to jej panieńskie nazwisko) z pochodzenia Niemka. Powiedziano ojcu: „rozwiedziesz się z żoną- i jutro będziesz Bohaterem Związku Radzieckiego i generałem.” Odmówił kategorycznie. Ale Ojczyzna wysoko oceniła jego bojowy trud: dwa Ordery Lenina, trzy Ordery Bojowe Czerwonego Sztandaru, Order Czerwonej Gwiazdy, Order Aleksandra Newskiego, medal „Za Zasługi Bojowe” i inne odznaczenia w tym medal „Za Obronę Kaukazu”, które mówią same za siebie.


Tekst – „Tajny XX wieka” nr 45/2016, ss. 20-21
Ilustracja - Internet
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz      
 



[1] Starszy porucznik, stopień pośredni pomiędzy porucznikiem a kapitanem, w Wojsku Polskim nie ma odpowiednika.
[2] Polski odpowiednik – generał dywizji.
[3] Polski odpowiednik – generał brygady.