niedziela, 23 października 2016

Polana śmierci w tajdze



Diabelskie Cmentarzysko z wysokości orbity

Michaił Gersztejn


Na zdjęciach satelitarnych w dolinie Kowy widnieje podejrzanie okrągła polana (N 57°41’46,08” – E 100°34’58,41”). Do dziś dnia nikt nie sprawdził, co to jest: zwyczajne bagno czy „Diabelskie Cmentarzysko”? 

Akta dotyczące wsi Kowy w Krasnojarskim Kraju, szefa Wydziału Biura Konstrukcyjnego pod Moskwą – dr Michaiła Panowa, które opublikowano w 1983 roku w czasopiśmie „Tiechnika Maładioży” wstrząsnęły całym Związkiem Radzieckim. Opowiadanie o śmiertelnie niebezpiecznej strefie w dorzeczu syberyjskiej rzeki Kowa spowodowało ruszenie w tajgę dziesiątek ekspedycji. Wiele z nich nie wróciło – być może dlatego, że oni znaleźli to, czego szukali…


Opowiadanie kołchoźnika


Michaił Panow oświadczył, że usłyszał tą historię od starego kołchoźnika z Kieżmieckiego Rejonu Krasnojarskiego Kraju w lecie 1938 roku. Korzystając z dobrej pogody przyszło im przegnać stado do Briańska przez las, a nie spławiać go na Angarze. Kołchoźnicy szli od wsi Kowa w dół rzeki o tejże nazwie. 

Kiedy pasterze już zabierali się do zawrócenia stada ku Angarze, nie potrafili się doliczyć dwóch krów. W poszukiwaniach zaginionych zwierząt, ujrzeli oni pozbawioną roślinności polanę o średnicy 200-250 m. Psy, które wybiegły na czarną ziemię z piskiem rzuciły się z powrotem, podkuliwszy ogony. W odległości 15-20 m od drzew leżały zwłoki obu krów. Duża polana tchnęła strachem. Na ziemi widać było kości i tusze zwierząt i ptaków. Zwisające nad polaną gałęzie drzew były czarne. 

Doświadczony myśliwy znający miejscową tajgę już słyszał o takim miejscu:
- Z całą pewnością to jest „Diabelski cmentarz”. Nie można podchodzić do gołej ziemi – tam śmierć… 

Starsi spieszyli się z odejściem z tego miejsca. Kołchoźnicy nie wyjaśnili dlaczego na polanie ginie wszystko, co żyje. Psy, które przebywały tam wszystkiego mniej niż minutę, wkrótce przestały jeść i padły. 

- Rozwiązanie zagadki na pewno przyniosłoby korzyść nauce pisał Panow. – Mam nadzieję, że moja informacja zainteresuje geologów i przyrodników.
 
Nie wiem, ilu przyrodników się tym zainteresowało, ale łowców przygód na pewno zainteresowało to na pewno. W rankingu ilości wysyłanych ekspedycji w różne rejony kraju, Kowa zajmowała trzecie miejsce w ZSRR za Wąwozem Siamy i M-skim Trójkątem.



Inne relacje


Członek Komisji ds. Meteorytów Syberyjskiego Oddziału AN ZSRR – dr Wiktor Żurawlew z Nowosybirska potwierdził, że opowiadanie Panowa nie jest jedynym na ten temat. Lekarz pracujący w 1941 roku na Angarze nieraz słyszał od miejscowych o „miejscu zguby”. Padłe na polanie zwierzęta myśliwi wyciągali z niej przy pomocy haków i lin. Ich niezwykle czerwone mięso było całkiem jadalne. Myśliwi obiecali pokazać mu polanę, ale zawaleni robotą lekarze nie mieli czasu na cuda Przyrody. 

Entuzjazm wzrósł, kiedy okazało się, kiedy wychodząca we wsi Kieżma gazeta „Kołchoźnik” jeszcze przed wojną podejmowała wielokrotnie temat „Diabelskiego Cmentarza”. W numerze z dnia 24.IV.1940 roku zostało opublikowane opowiadanie agronoma Walentina Saliagina. On nie tylko twierdzi, że miejsce takie naprawdę istnieje, ale nawet przeprowadził pewne doświadczenie. Na skraju polany pozostawił on sosnowe gałązki i niedawno ustrzelone jarząbki. Po pewnym czasie je wyciągnął i dokładnie obejrzał. 

Zielone gałązki pobladły, dosłownie jakby opalone ogniem. U mniejszej gałązki sosnowe igły odpadały. Jarząbki nie zmieniły się zewnętrznie, tylko ich wnętrzności miały dziwny czerwony odcień. Po pewnym czasie przebywania w pobliżu tego miejsca, Saliagin i jego pomocnik zapadli na nieznaną chorobę. Strzałka kompasu w sąsiedztwie polany bardzo silnie się kołysała, pokazując nieprawdziwy kierunek.


Komora gazowa czy…


Hipoteza o pułapce gazowej po raz pierwszy została wyrażona przez Wiktora Żurawlewa. Zwrócił on uwagę na to, że Dolina Kowy znajduje się w środku Tunguskiego Basenu Węglowego, co oznacza że pod nią mógłby rozpalić się podziemny pożar. 

[Czyli może dojść do takiej sytuacji, jak w amerykańskim mieście Centralia, PA, w którym pożar podziemnych pokładów węgla kamiennego trwa już od 1962 roku. Podobny fenomen opisuje radziecki pisarz Leonid Płatow w swej powieści sci-fi pt. „Kraina Siedmiu Traw”, w której taki właśnie podziemny pożar szaleje pod półwyspem Tajmyr… – uwaga tłum.] 

Pokłady węgla kamiennego pod ziemią w warunkach niedostatecznego dopływu tlenu powoli się żarzą, wydzielając tlenek węgla (CO) trujący gaz nie mający ani koloru ani zapachu. Uczony założył, że gaz ten mógł przebić się na powierzchnię tylko w tym jednym miejscu. 

Gaz węglowy (czad) jest trujący. Reaguje on z hemoglobiną krwi tworząc karboksyhemoglobinę, która blokuje dopływ tlenu do krwi, która staje się jasnoróżowa. 

[Dlatego ofiary zaczadzenia przybierają różowy kolor skóry ze względu na obecność karboksyhemoglobiny we krwi, co jest jedną z oznak śmierci przez zaczadzenie – uwaga tłum.]

Tlenek węgla łatwo łączy się z białkiem mięśni - mioglobiną – wskutek czego mięśnie stają się jaskrawoczerwone (przypomnij sobie Czytelniku opowieści o niezwykle czerwonym kolorze mięsa padłych tam zwierząt)! Przy wysokiej koncentracji karboksyhemoglobiny we krwi odczuwa się ból głowy, bóle mięśniowe, możliwa jest utrata świadomości. Przy stężeniu 80% we krwi następuje śmierć. Nawet przy niskim stężeniu zmienia się samopoczucie, wzrasta poczucie zagrożenia, niepokój i strach. 

Specjaliści analizujący zdjęcia Doliny Kowy w zakresie IR – podczerwieni, odkryli na nich szczególnie „gorące” plamy. To mogłyby być właśnie termiczne ślady podziemnych pożarów. Ale niestety nie jest to wszystko takie proste. Saliawin położył na czarną ziemię nie żywe, ale już zabite zwierzęta. One nie oddychały, ale ich wnętrzności poczerwieniały! 

Aleksandr Simonow z Taszkientu zakłada, że kolor wnętrzności ptaków zmienił nie gaz, ale silne pole magnetyczne. Jeżeli pole magnetyczne przekracza pewne natężenie, krew w organizmie krzepnie. Jeżeli ptaki były dostatecznie świeże, pole magnetyczne powinno zadziałać także na martwe ptaki. Ale w takim razie dlaczego Walentin Saliawin i jego pomocnik uszli stamtąd z życiem? Dlaczego kompas sam się naprawił? Przy natężeniu pola magnetycznego, które byłoby w stanie zabijać, kompas powinien się zepsuć na wieki wieków. 

[Przypominają mi się hipotezy dotyczące dziwnej śmierci ptaków krukowatych w Radziejowie Starym w dniu 28.XII.1983 roku. Tam także rozpatrywano możliwość porażenia ptaków przez bardzo silne, oscylujące pole magnetyczne emitowane przez UFO wiszące jakieś 30-50 m nad polem – zob. „Obcy interweniują w nasze środowisko (2)” - http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/obcy-interweniuja-w-nasze-srodowisko-2.html co opisał Jan Tretter w swym reportażu. Padłe w Radziejowie ptaki przejawiały takie same symptomy gwałtownej śmierci, jak zwierzęta z Syberii, więc mógł tam działać dokładnie ten sam czynnik. NB., Radziejów Stary leży niedaleko – 42 km w linii prostej - do pól Wylatowa, na których pojawiły się tajemnicze agroznaki… I jeszcze jedno – przypominają się niesamowite wydarzenia, które miały miejsce w sycylijskiej wiosce Canneto di Caronia – zob.: http://wszechocean.blogspot.com/2016/08/tajemnica-wioski-canneto-di-caronia.html, a które wiązane są z obecnością i działalnością Niewidzialnych NOL-i (IUFO) - uwaga tłum.]


W poszukiwaniach kłopotów


Zaraz po publikacji w czasopiśmie „Tiechnika Mołodioży” dziesiątki entuzjastów spakowało się do drogi. Wielu z nich nie wróciło do domu. Wg danych Aleksandra Rempela z Władywostoku, w trakcie poszukiwań Anomalnych Stref zginęło i/albo przepadło bez wieści 75 osób. Inni badacze uważają tą liczbę za przeszacowaną, zwłaszcza dlatego, że wliczono doń tych, którzy zginęli w czasie spływu Kową – rzeka bardzo niebezpieczną z porochami i wodospadami. Ale nie wszystko da się wyjaśnić niebezpieczeństwami syberyjskiej Przyrody. 

 Domniemana lokalizacja Diabelskiego Cmentarzyska i trasa jednej z wypraw do niego

W 1987 roku, zaginęła bez wieści ekspedycja z Tomska, w której byli także dwaj młodzieńcy z Nowosybirska. Zakładano, że na początku trasy, kiedy uczestnicy wyprawy wysiądą z pociągu, ci dwaj do nich się dołączyli. Młodzieńcy byli doświadczonymi turystami i nieraz chodzili po syberyjskiej tajdze, no i mieli broń palną. W Tomsku oni wsiedli do pociągu i według relacji obsługi, wszyscy szczęśliwie dojechali do punktu docelowego. A potem zaczęło być dziwnie. Miejscowi, którzy powinni byli udzielić im pomocy, powiedzieli że pociąg z Tomska spóźnia się trzy godziny i oni – by nie tracić czasu – poszli sobie do domu. Ale maszynista zmniejszył opóźnienie do dwóch godzin, i kiedy entuzjaści znów przyszli na stację – pociąg już odjechał. Przybyłych z Tomska chłopaków już nikt nie widział. Dyżurny ruchu powiedział, że jacyś młodzi ludzie wysiedli z pociągu, ale dokąd dalej poszli – nie wiadomo. Na wysłany do Tomska telegram przyszła odpowiedź: GRUPA WYJECHAŁA O PLANOWANYM CZASIE. 

Milicja poszukiwała ich przez trzy dni, kiedy świadkowie, którzy mogli ich widzieć już się rozjechali. Nikt zaginionych już nigdy nie widział. Odnosiło się wrażenie, że ekspedycja znikła zaraz po wyjściu z pociągu…

 Przeklęta chata

Leśne diabelstwa


Niektórym grupom przeszkadzała w pracy nie jakaś naturalna anomalia, a ktoś czy coś jeszcze. W czasie jednej z ekspedycji Aleksandra Simonowa do leśnej chaty wszedł jakiś człowiek i zabrał wszystkie papiery o „Diabelskim Cmentarzu”. Nikt nie przeszkodził nieznajomemu. Członkowie grupy siedzieli nieruchomo, dosłownie jak zahipnotyzowani.

[Może to po prostu był jakiś pracownik KGB czy GRU, któremu polecono dowiedzieć się czegoś na ten temat? Nie zapominajmy, że obydwie te instytucje zajmowały się sprawami, które mogły mieć wpływ na obronność i siłę uderzeniową Armii Radzieckiej, szczególnie w czasach Zimnej Wojny. Pod tym względem wypadek ten przypomina wydarzenia związane z zagładą tzw. Grupy Diatłowa na Północnym Uralu – uwaga tłum.]

Trzech stalkerów (ludzi wykradających artefakty z zakazanych czy anomalnych stref i handlujący nimi – przyp. tłum.) z Bracka zwiedziwszy Kowę w 2003 roku, spotkali się w tejże chacie z czymś niepojętym:
- Byliśmy zmęczeni, uznojeni i od razu położyliśmy się spać – opowiadał Andriej Własow. – Około północy obudziło mnie stukanie do drzwi. Takiego strachu w życiu nie przeżyłem. Dusza mi uciekła w pięty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nikogo nie zobaczyliśmy. Usłyszeliśmy dźwięk, jakby ktoś wyważał drzwi. Drzwi były tylko zamknięte na skobelek i nic nadto. Zacząłem budzić pozostałych. Zadziwiająca była reakcja moich przyjaciół. Na przykład Aleksiej w ogóle się nie obudził: chyba wpadł w stupor. Iwan zareagował jeszcze dziwniej i to mnie przestraszyło jeszcze bardziej: otworzył oczy, usiadł w poprzek legowiska po turecku poczym zaczął kołysać się na prawo i lewo patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie odezwał się ani słowem. I promień latarki tez jakoś dziwnie padał. Tak trwało to jakieś 20 minut. O spaniu już nie było mowy… 

Za drzwiami chatki też miało miejsce wiele niespodzianek

- W dwóch miejscach, w których – jak podejrzewaliśmy – mógł znajdować się „cmentarz” dozymetr pokazywał jakieś niepojęte rzeczy. Jak tylko wyszliśmy z lasu, to przyrząd pracował dokładnie. Pokazywał on – jeżeli można to tak nazwać – dopuszczalne wartości skażenia w granicach przyzwoitości. Jakby promieniowanie ktoś przytłumił z ogromną siłą.
I jeszcze jeden fakt, który graniczył z ryzykiem dla zdrowia. Jest taki gaz – ozon (O3) – pachnie nim powietrze po burzy. W rzeczywistości jest to utleniacz i gaz szkodliwy dla zdrowia. W jednym miejscu, w którym podejrzewaliśmy lokalizację „cmentarza” podchodząc do góry poczuliśmy tak silny zapach ozonu, że musieliśmy zakryć usta i biegiem stamtąd uciekać.
Miejscowi myśliwi mówią, że w tych miejscach nie można zastawić sideł – wszystkie metalowe rzeczy błyskawicznie się psują i się niszczą. Nie rdzewieją, ale niszczą się warstwa po warstwie. 

Ostatnimi czasy ludzie znów powrócili do Doliny Kowy. Zaczęli w niej wyręby leśne, tajgę przecięły przecinki i przesieki oraz leśne dukty. Kiedy drwale zbliżą się do strefy anomalnej, to znów usłyszymy o „Diabelskim Cmentarzu”.  

 Fotokopia jednego z artykułów o Diabelskim Cmentarzysku

[Na temat „Diabelskiego Cmentarza” pisał także A. I. Wojciechowskij w swej pracy „Co to było – tajemnica Podkamiennej Tunguski”, który to fragment zacytowałem w innym miejscu na tym blogu – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2016/06/kamczatka-dolina-smierci.html - autor wiąże ją z tajemnicą spadku Tunguskiego Ciała Kosmicznego - przyp. tłum.]


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 47/2015, ss. 34-35
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz