piątek, 28 stycznia 2022

Amerykański szpieg

 


Nikołaj W. Maksimienko

 

W swym życiu niejednokrotnie przyszło mi spotykać się z tradycjami i zwyczajami różnych narodów. Opowiem wam o jednym z takich zdarzeń.

 

„Chińscy Kazachowie”

 

W końcu 1962 roku, będący wtedy technikiem-hydrologiem Ałakulskiej Inspekcji Hydrograficznej, zostałem oddelegowany do odległego rejonu Obwodu Semipałatyńskiego w celu inspekcji pomiarowego posterunku wodnego na jednym z dopływów Urdżar. Moją podróż zacząłem pociągiem, następnie samolotem-kukuruźnikiem, dalej okazją do dyrekcji sowchozu, a wreszcie 12 km piechotą. Wcześniej tu nie byłem i dlatego musiałem się orientować w terenie wedle schematu, który zostawili moi poprzednicy.

Przed wyjściem z pociągu zmieniłem swoje ubranie na owczy półkożuszek i walonki, płaszcz i pantofle włożyłem do plecaka, w którym jeszcze miałem teodolit i śpiwór. Na dodatek do ogromnego plecaka niosłem jeszcze trójnóg do teodolitu i sondę.

Z sowchozu wyszedłem w po południu. Już się zmierzchało, kiedy doszedłem do głębokiego parowu, na drugim brzegu którego znajdowała się ogromna kopa siana, a za nimi widoczne były kibitki – niskie przenośne domki Kazachów. To był auł, którego większość mieszkańców stanowili „chińscy Kazachowie” – jak tu nazywano Kazachów-repatriantów z Chin. Po rosyjsku oni w ogóle nie mówili.

 

W gościnie u nauczyciela

 

Uprzedzając fakty powiem, że jak się okazało, że zszedłem ze szlaku i wyszedłem na auł położonego o 3 km od miejsca docelowego. Na stogu siana zobaczyłem człowieka z widłami, który zrzucał siano w dół, a jakiś drugi człowiek ładował je na konne sanie. Jeden z Kazachów zobaczył mnie i wskoczył na konia i podjechał naprzeciwko mnie. Nie dojechał do mnie i jakieś 50 m ode mnie naraz się zatrzymał i nie patrząc na moje okrzyki, pognał z powrotem.

Do stogu doszedłem kiedy już było zupełnie ciemno, ale tam już nikogo nie było. Bez względu na mój strach przed spuszczonymi psami, podszedłem do pierwszej lepszej kibitki, zastukałem do drzwi i wszedłem. Jej mieszkańcy w łamanej ruszczyźnie wyjaśnili mi, że są „chińskimi Kazachami” i po rosyjsku nie rozumieją, ale za to pokazali, gdzie mieszka „rosyjski (znaczy: miejscowy) Kazach” – nauczyciel szkoły podstawowej.

Nauczyciel – mężczyzna pełen werwy, lat około pięćdziesięciu – mieszkał z żoną, też nauczycielką, w wiejskim domu, jakie masowo budowano na tych ugorach. W pierwszym pomieszczeniu stała płyta kuchenna z kipiącym czajnikiem. Zaprowadzono mnie do drugiego pomieszczenia , w którym na dywanie stał niski stolik, wokół którego leżały pikowane poduszki, na których usiadłem z gospodarzem.

 

Sprawa honoru

 

Gospodyni przyniosła i postawiła na stoliku półmisek z boursakami (kawałkami drożdżowego ciasta przypominającego pączki smażone na oleju) wazę z cukrem i cukierkami, miejscowe domowe masło, a sama wyszła do drugiej izby. Należy powiedzieć, że przez cały dzień zjadłem tylko paczkę herbatników kupioną rano na lotnisku i byłem bardzo głodny. Tak więc rzuciłem się na jedzenie popijając je słodką kazachską herbatą. Gospodarz okazał się wspaniałym rozmówcą: był on na bieżąco ze wszystkimi ważnymi wydarzeniami w kraju i za granicą.

Po jakimś czasie do izby weszła gospodyni i śmiejąc się zaczęła o czymś opowiadać mężowi po kazachsku. On też się roześmiał, a kiedy kobieta wyszła, zwrócił się do mnie tymi słowami:

- Właśnie opowiedzieli mojej żonie, że w aule pojawił się jakiś dziwny człowiek: zapewne amerykański szpieg. Oni ciebie uważają za niego!

Najwidoczniej ten jeździec nie dojechawszy do mnie zauważył niesiony przeze mnie statyw i miarkę nie wiedział, co to jest i doszedł do wniosku, że takie wyposażenie może mieć tylko szpieg. Przestraszył się i uciekł.

Weszła znów gospodyni niosąca wielką tacę, na którym stał półmisek z dymiącym beszbarmakiem[1] i butelka wódki. A to wszystko wtedy, gdy mój żołądek był już pełen boursakami i herbatą!  Tak to zapoznałem się z kazachskim zwyczajem narodowym , związanym z przyjęciem gościa.

Nakarmiwszy gościa do oporu – to mentalny obowiązek każdego Kazacha. To jest sprawa honoru - nakarmić: już to zaproszonego przyjaciela, już to zwyczajnego podróżnego czy nieoczekiwanego gościa. A ja byłem kudajy konakiem – zwykłym wędrowcem.

 

Źródło – „Niewydumannyje istorii” nr 35/2021 s. 8-9

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   


[1] Potrawa z mięsa baraniego w ostrym sosie, popularna w Azji Środkowej.