niedziela, 23 stycznia 2022

Thule/Qaanaaq, 21.I.1968 r.

 


Stanisław Bednarz

 

Pogubione bomby wodorowe, jedna się nie znalazła, Duńczykom nie powiedzieli.

54 lata temu USA  musiało  się zmierzyć z jednym z najpoważniejszych wypadków z udziałem broni jądrowej. Na Grenlandii rozbił się bombowiec B-52G z czterema bombami termojądrowymi. Jednej z nich, rozbitej na drobne fragmenty, nie udało się odnaleźć. Spoczywa do dzisiaj pod lodami Grenlandii.

Katastrofa bombowca miała miejsce kilkanaście kilometrów od bazy lotniczej Thule dziś Qaanaaq. Postawione tam w latach 50. stacje radarowe odgrywały bardzo ważną rolę w systemie ostrzegania. Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (SAC) zarządzające flotą ciężkich bombowców z bronią jądrową wpadło na pomysł częstego monitorowania bazy. Miały to robić bombowce wracające z patroli nad Arktyką. Były przy tym w pełni uzbrojone w broń jądrową, bowiem ich zadaniem była ciągła gotowość do uderzenia na ZSRR.

Jak wiadomo, samoloty psują się i ulegają wypadkom, uznawano jednak, że ważniejsze jest odstraszanie ZSRR. W połowie lat 60. masowo pojawiły się jednak rakiety międzykontynentalne i politycy oraz Pentagon zaczęli dążyć do ograniczenia ryzykownych patroli bombowców SAC. Proces ten znacząco przyśpieszyła seria wypadków zwłaszcza tego nad hiszpańskim Palomares, w 1966 roku… Pomimo tego SAC, które w latach 50. było niezwykle potężne i wręcz zdominowało siły zbrojne USA, nie chciało tracić swojego znaczenia na rzecz rakiet.

Upór SAC zemścił się 21 stycznia 1968 roku. Wszystko przez kilka zwykłych poduszek. Samolot, który rozbił się obok bazy Thule, był nowoczesnym jak na tamte czasy bombowcem strategicznym B-52G. Maszyna wystartowała 21 stycznia nad ranem z Platsburgh w stanie Nowy Jork. Na pokładzie była załoga licząca pięć osób plus dodatkowy pilot i nawigator, niezbędni z uwagi na bardzo długi lot.










Do zguby bombowca doprowadził nieświadomie ów dodatkowy pilot, major Alfred D’Mario. Przed startem schował nad jednym z grzejników w kabinie trzy dodatkowe poduszki piankowe. Przez sześć godzin lot przebiegał normalnie. Zasiadający za sterami D’Mario uruchomił więc dodatkowy dopływ ciepłego powietrza z silników. Nastąpiła jednak drobna awaria systemu ogrzewania - powietrze z silników nie było schładzane tak jak powinno i trafiało do kabinowych grzejników gorące. Załoga szybko zaczęła się pocić, a po chwili poczuła swąd spalenizny. To zapaliły się poduszki leżące na gorącym grzejniku. Lotnicy starali się ugasić pożar, ale kabinę zaczął wypełniać dym, a płomienie przepalać kable elektryczne.. W ciągu kilku minut dym w kabinie stał się tak gęsty, że nie było widać przyrządów i nic na zewnątrz. Płomienie przepaliły wszystkie kluczowe kable i samolot stracił zasilanie.

Załodze nie pozostało nic innego jak skakać. Szóstka ewakuowała się przy pomocy katapult i wyszła z katastrofy prawie bez szwanku. Mniej szczęścia miał drugi pilot, Leonard Svitenko próbował wyskoczyć ze spadochronem przez luk w dnie kadłuba, ale nieszczęśliwie uderzył głową w część maszyny i zginął na miejscu. Pozbawiony załogi B-52 dalej opadał, powoli wykonał zakręt o 180 stopni i spadł na pokrytą lodem Zatokę Gwiazdy Północnej, około 12 kilometrów od bazy w Thule.

Uderzenie spowodowało eksplozję materiałów wybuchowych w czterech bombach termojądrowych Mk-28 (w bombach termojądrowych tą właściwą wielką eksplozję inicjuje wybuch kilkudziesięciu kilogramów normalnych materiałów wybuchowych). Na szczęście zadziałały systemy bezpieczeństwa i nie doszło do reakcji łańcuchowej. Siła uderzenia w lód, a następnie eksplozja ładunków i trwający kilka godzin pożar paliwa doprowadził jednak do rozrzucenia radioaktywnych substancji po okolicy.

Szczątki bombowca spoczęły na obszarze długim na pięć, a szerokim na 1,5 kilometra… Równocześnie wysłano wiadomość do USA, gdzie natychmiast ogłoszono alarm Broken Arrow. Do Thule szybko wyruszyły specjalne zespoły SAC mające za zadanie jak najszybciej zlokalizować bomby i ocenić skalę ewentualnego skażenia. Szybko okazało się, że nie będzie to zadanie łatwe. Był środek arktycznej zimy i temperatury oscylowały wokół –40°C. Szybko ustalono, że bomby nie są w całości, bowiem zawarty w nich materiał radioaktywny był rozrzucony po okolicy.

Skalę problemu powiększało to, że katastrofa miała miejsce na terytorium Danii… Duńczycy zażądali, aby wojsko USA zebrało cały śnieg i lód, który miał kontakt z szczątkami samolotu i materiałami radioaktywnymi. Operacja przyniosła umiarkowany sukces. Odnaleziono części i materiały rozszczepialne odpowiadające trzem bombom. Reszta radioaktywnych substancji, z których można by złożyć czwartą bombę, najprawdopodobniej przedostała się przez lód (i spoczęła na dnie morza...) Sprawa została zamknięta. O pozostawieniu resztek bomb na Grenlandii nie poinformowano jednak Duńczyków. Sprawa wyszła na jaw dopiero po zakończeniu Zimnej Wojny, kiedy odtajniono dokumenty. Wywołało to potężny skandal określany przez Duńczyków jako Thulegate… Powietrznych dyżurów bombowców strategicznych zaprzestano niedługo później.

 

Moje 3 grosze

 

A to ciekawe, bowiem o tym, że były tam 4 bomby i że jedna z nich zatonęła w lodowatych wodach Oceanu Arktycznego było wiadomo jeszcze w latach 60. Trąbiła o tym komunistyczna propaganda i wygląda na to, że chłopcy z GRU a za nimi z naszego GZP WP mieli doskonałe rozeznanie sytuacji. Oczywiście Amerykanie zostali przyłapani ze spuszczonymi portkami i musieli jakoś wyjść z tego z twarzą…

Piszemy o tym wypadku w naszej książce właśnie na temat katastrof nuklearnych - cywilnych i wojskowych instalacji. Katastrofa w Thule (dziś Qaanaaq). NB, Grenlandia miała być niezatapialnym lotniskowcem i zarazem bazą ICBM. Planowano rozmieszczenie tam wyrzutni dla 600 ICBM z głowicami jądrowymi w ramach planu Ice Worm. W latach 50. i 60. zbudowano tam bazę o nazwie Camp Century, która miała za zadanie szpiegować ZSRR i kraje UW oraz stację radiolokacyjną obejmującą Arktykę. Na szczęście dla świata obie te inwestycje nie wypaliły wskutek nieprzerwanego ruchu lodowego pancerza Grenlandii – dzisiaj baza ta jest udostępniona turystom zwiedzającym Grenlandię.