Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 października 2017

Nowa wersja początku życia na Ziemi?

Suchy i wilgotny cykl powstawania RNA we wczesnych okresach geologicznych na Ziemi

Dowody sugerują, że życie na Ziemi zaczęło się od upadku meteorytów do małych, ciepłych kałuż wody… Rysunek pokazuje nam różne czynniki działające na związki chemiczne w ciepłych małych kałużach wodnych w czasie suchej i mokrej fazy cyklu.

Życie na Ziemi zaczęło się gdzieś pomiędzy 3,7 a 4,5 mld lat temu (a zatem w okresach zwanych Hadeikiem i Archaikiem – przyp. tłum.), po tym jak spadły meteoryty i dodały ważnych pierwiastków do małych i ciepłych zbiorników wodnych – orzekli naukowcy z McMaster University w Kanadzie i Instytutu Maxa Plancka w Niemczech. Ich obliczenia sugerują, że suche i mokre cykle związały podstawowe związki chemiczne, stanowiące bogaty nawóz dla samopowielających się łańcuchów RNA, które utworzyły pierwociny pierwszego kodu genetycznego życia na naszej planecie.

Badacze oparli swe wnioski na wyczerpujących badaniach i obliczeniach opartych na aspektach astrofizycznych, geologicznych, chemicznych, biologicznych i innych dyscyplin naukowych. Chociaż koncepcja „małych, ciepłych kałuż” była w obiegu od czasu Darwina, badacze muszą udowodnić jej możliwość poprzez liczne obliczenia.

Wiodący autorzy: Ben K.D. Pearce i Ralph Pudritz – obaj z Instytutu Pochodzenia McMastersa i jego Katedry Fizyki i Astronomii – mówią, że niewątpliwe dowody sugerują, że życie rozpoczęło się kiedy Ziemia jeszcze wciąż formowała swój kształt, z kontynentami wyłaniającymi się z oceanów, meteoryty bombardowały planetę (Wielkie Bombardowanie – przyp. tłum.) – w tym także te niosące w sobie cząstki budulca życia – i nie było ozonosfery chroniącej przed promieniowaniem UV ze Słońca.
- Nikt nie prowadzał takich obliczeń wcześniej – powiada Pearce. – To jest naprawdę piękny początek. To jest naprawdę ekscytujące!
- Jako że mamy tutaj wiele wejść z tak wielu różnych obszarów wiedzy, i to jest zdumiewające, że wszystkie zebrały się tu razem – mówi Pudritz – każdy krok prowadzi do następnego. A wszystkie razem prowadzą do jasnego i klarownego, prawdziwego dla nas obrazu.

Ich praca – przy współpracy Dimitrija Siemionowa i Thomasa Henninga z Instytutu Astronomii im. Maxa Plancka – została opublikowana w „Proceedings of the National Academy of Science”.
- Aby zrozumieć pochodzenie życia, potrzebujemy zrozumienia Ziemi jaka ona była miliardy lat temu. Jak pokazują nasze badania, astronomia dostarcza nam żywotną część odpowiedzi. Szczegóły tego, jak formował się nasz Układ Słoneczny ma ścisłe konsekwencje dla pochodzenia życia na Ziemi – mówi Thomas Henning z Instytutu Astronomii Maxa Plancka i drugi współautor.


Dowody sugerują, że życie na Ziemi zaczęło się po tym, jak meteoryty wpadły do jej ciepłych niedużych zbiorników wodnych. Na zdjęciu widzimy taki właśnie zbiornik na szlaku Bumpass Hell w Wulkanicznym Parku Narodowym Lassen, CA (wg Ben K.D. Pearce z McMaster University)

Iskierki życia – jak mówią autorzy – stworzyły polimery RNA: esencjonalne komponenty nukleotydów, dostarczone przez meteoryty, osiągające potrzebne stężenie w wodach takich akwenów i sklejające się ze sobą jak wody opadały i wznosiły się w czasie cykli wytrącania, odparowywania i osuszania. Kombinacja wilgotnych i suchych warunków była niezbędna do ich syntezy – mówi ich artykuł.

W pewnych przypadkach, jak sądzą uczeni, sprzyjające warunki spowodowały łączenie się tych łańcuchów i nabycia zdolności do replikowania się poprzez przyciąganie innych nukleotydów ze swego środowiska, wypełniając jeden z warunków z definicji życia. Polimery te acz jeszcze niedoskonałe, były w stanie przystosować się po darwinowsku do odmiennych warunków życia.
- To jest ten Święty Graal eksperymentalnego pochodzenia chemii życia – mówi Pearce.

Ta rudymentarna forma życia mogłaby ewoluować do naturalnego powstania DNA, genetycznej matrycy wyższych form życia, które wyewoluowałyby o wiele później. Świat mógłby być zamieszkały tylko przez życie oparte na RNA, póki nie powstałoby DNA.
- DNA jest zbyt skomplikowane, by być pierwszym elementem życia, które się pojawiło – mówi Pudritz tak więc ono musiało zacząć się z czegoś innego, a tym było RNA.

Kalkulacje naukowców wykazały, że sprzyjające po temu warunki istniały w tysiącach stawów i kluczowe kombinacje do formowania się życia były tam o wiele bardziej korzystne, niż u wylotów hydrotermalnych źródeł – gdzie wedle konkurencyjnej teorii życie mogło powstać w szczelinach dna oceanicznego, w których pierwiastki życia zostały zebrane w trakcie erupcji gorącej zmineralizowanej wody. Autorzy powiedzieli, że te warunki nie były sprzyjające powstaniu życia, odkąd formowanie się łańcuchów RNA wymagało suchego i wilgotnego naprzemiennego cyklu.

Kalkulacje także ukazują eliminowanie pyłu kosmicznego jako źródła życiodajnych nukleotydów. Jednakże chociaż ten pył niósł ze sobą potrzebne materiały, to nie były one skoncentrowane do tego stopnia, by wygenerować życie – jak określili to badacze. W tym czasie, we wczesnym okresie istnienia Układu Słonecznego, meteorytów było o wiele, wiele więcej i mogły one lądować w tysiącach małych akwenów niosąc ze sobą podstawowe cegiełki życia, które łączyły się ze sobą w bloki. Pearce i Pudritz planują przedstawienie nowej teorii w przyszłym roku, kiedy Uniwersytet McMastera otworzy Laboratorium Pochodzenia Życia, w którym odtworzone będą warunki środowiskowe sprzed powstania życia.
- Drżymy na myśl, że możemy połączyć wszystkie teoretyczne artykuły, połączyć te wszystkie te kombinacje i uzyskać je w laboratorium – mówi Pudritz.


Opinie z KKK

OK., tylko od razu rodzi się pytanie: gdzie narodziło się to życie, które przyleciało do nas na meteorytach? P.S. Infantylna hipoteza na temat p. Boga mnie nie interesuje. (Daniel Laskowski)

Dobre pytanie i podstawowe. To, że przyleciało z zewnątrz to wg mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości. Kiedy i gdzie powstało, to inna para kaloszy - i tego chyba nigdy się nie dowiemy, gdyby nawet okazało się, że z innego wymiaru - ale jak powstał ten inny wymiar... itd. Trop dobry, ale przedstawiona idea wcale mnie nie przekonuje - absolutnie! Życie musiało przybyć na Ziemię tym "środkiem lokomocji", ale w formie już żywego kompletnego organizmu, reprodukującego się, i mającego zapisany w kodzie genetycznym dalszy scenariusz rozwoju, którego rozgałęziające się etapy uruchamiały się w zależności od zmiany warunków środowiskowych. Za takiego posłańca wystarczyła bakteria... (Avicenna)

W sumie prosta i bardzo przemawiająca do takiego jak ja dyletanta hipoteza. Jedno bardzo mnie zainteresowało. Ile takich planet dużo starszych od Ziemi istnieje? Pewnie niezliczona ilość i co z tego wynika. Tam takie lub podobne życie musiało powstać o tyle wcześniej o ile te planety są starsze od naszej Ziemi. Na zdrowy rozum, jeżeli uda się powtórzyć pewne najprymitywniejsze  procesy powstawania życia w laboratorium, to jesteśmy w "DOMU"!? Jeżeli się nie uda to zawsze pozostaje Stwórca kim by on nie był 😀 😃 😜 (K A ZE K)


A może po prostu życie powstaje w przestrzeni kosmicznej a potem opada na Ziemię w postaci cząsteczek łańcucha RNA i DNA, które potem łączą się już w całość? Taka jakaś Anabis jak z opowiadania A.E. Van Vogta? (Platon)

Więcej na ten temat – Ben K.D. Pearce – „Origin of the RNA: The fate of nucleobases in warm little ponds”, PNAS 2017 – zob. www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.1710339114    oraz  https://phys.org/news/2017-10-evidence-life-earth-meteorites-splashed.html#jCp         


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      

sobota, 2 września 2017

Jak powstało życie?



Dawniej Ziemia nie krążyła wokół Słońca sama, lecz miała siostrę. Miliardy lat temu zderzyła się z nią z prędkością 40 tysięcy kilometrów na godzinę. Astronomowie odkryli, że gdyby nie ta megakolizja, to życie na naszej planecie prawdopodobnie nigdy by nie powstało.


Kosmiczna kraksa sprzed 4,5 miliarda lat


Odkrycie zespołu badaczy pod kierownictwem Paula Warrena, Edwarda Younga oraz Issaku Kohla (na zdjęciu) zbliża nas do odkrycia tajemnicy, jak powstało życie na Ziemi? Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles porównali próbki skał przywiezionych z Księżyca z minerałami ziemskimi. Wyniki ich zaskoczyły. Okazało się, że zawartość izotopów tlenu w skałach jest niemal identyczna. A tym samym dowiedziono, że Ziemia i Księżyc składają się z tego samego materiału.  Oznacza to, że Teja musiała stopić się z naszą planetą, a nie jak zakładano wcześniej, tylko otrzeć się zostając satelitą.

To Ziemia staranowała Teję z niewyobrażalną prędkością. Dawniej nie krążyła wokół Słońca sama. Podczas gwałtownego zderzenia oderwały się odłamki skalne i fragmenty płaszcza ziemskiego. Z nich z czasem uformuje się Księżyc. Wówczas znajdował się tak blisko, że wydawał się 20 razy większy niż dziś. Teja stała się częścią Ziemi zwiększając obwód planety, która bez tego nie miałaby wystarczającej masy i grawitacji, aby wytworzyć atmosferę.

Jak doszło do kolizji? Teja była mniejszą siostrą Ziemi, tzw. planetą trojańską i umieściła się wygodnie na orbicie naszej planety w punkcie libracyjnym (lub Lagrange'a). Zresztą nie tylko ona, ale również miliardy ton gruzu, który gromadziła, zwiększając masę i zmniejszając prędkość, a tym samym wchodząc na kurs kolizyjny.

Edward Young za pomocą złożonych symulacji komputerowych zbadał matematycznie, jak mogłoby wyglądać zderzenie planet. Jest przy tym przekonany, że kosmiczna kraksa mogła stworzyć warunki do zaistnienia życia na Ziemi. Bowiem powiększone jądro z żelaza zawdzięcza właśnie siostrze, a te wytwarza pole magnetyczne, chroniąc nas przed niebezpiecznym wiatrem słonecznym.

Marcin Szerenos
Warszawa, 1 lipca 2016 r.


Ramka:
Planeta trojańska – hipotetyczna planeta pozasłoneczna, krążąca wokół gwiazdy po tej samej (lub bardzo zbliżonej) orbicie co inne, masywniejsze ciało w pobliżu punktu libracyjnego. W początkowych etapach tworzenia się Układu Słonecznego mogło istnieć kilka takich planet.


Na podstawie: „Czy Ziemia składa się z dwóch planet?”, Świat Wiedzy 8/2016.
Konsultacja naukowa: dr Tomasz Mrozek, Instytut Astronomiczny Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Zakład Fizyki Słońca Centrum Badań Kosmicznych PAN.


Przykładowa ilustracja:
Naukowcy:
Planeta trojańska:


poniedziałek, 18 maja 2015

Czarne obłoki

Czy stworzyliśmy nową formę życia?


Oleg Fajg


Polski pisarz-fantasta Stanisław Lem napisał zbiór opowiadań pt. „Absolutna próżnia” (w polskim wydaniu „Wielkość urojona”, 1973 – przyp. tłum.). Wszystkie opowiadania mają jeden punkt wspólny, są one recenzjami nieistniejących książek, które zostały napisane przez wymyślonych autorów.

Od momentu wynalezienia radia przez A. S. Popowa naszą planetę okrywają potężne kłęby elektromagnetycznego smogu, który rozprasza się we wszystkie strony z prędkością światła. Dzisiaj jest trudno powiedzieć, kto i kiedy przejmie urywki tych audycji radiowych. Być może tą informację przejmą jacyś przedstawiciele wysoko rozwiniętego Rozumu – np. coś w rodzaju rozumnego, kosmicznego obłoku – zrodzonego z fantazji Freda Hoyle’a.


Żyjący gaz


W 1964 roku, ten wybitny angielski uczony i popularyzator nauki w swej kolejnej powieści sci-fi „Czarna chmura” opisał dziwny obiekt kosmiczny – zorganizowany kłąb „żyjącego” czarnego gazu. W toku akcji ten kosmiczny przybysz wleciał do Układu Słonecznego i zbliżył się do Słońca przynosząc Ziemianom niemałe kłopoty. Na szczęście w czas zrozumiał, że na powierzchni Trzeciej Planety są rozumni mieszkańcy i pośpiesznie odleciał w kosmiczne dale…

Czarna Chmura Hoyle’a miała bardzo dziwną strukturę: z cząstek pyłu i molekuł organicznych występujących w roli biologicznych komórek. Ten niewiarygodny organizm żywił się potokami promieniowania EM i dlatego cały czas podróżował od gwiazdy do gwiazdy. Była to forma życia krzemoorganicznego. Czarny Obłok był zanurzony w kosmicznym promieniowaniu, superniskich temperaturach i produktach gwiazdowych reakcji termojądrowych. W zasadzie taka quasi-biologiczna konstrukcja powinna być właściwie nieśmiertelna, ale trudno sobie wyobrazić jej rozumność nawet w powieści sci-fi.

[Jeszcze dalej poszedł A. E. Van Vogt, który w jednym z opowiadań ze zbioru „Misja międzyplanetarna” (1950 – wydanie polskie 1972) poszedł jeszcze dalej i opisał taką pyłowo-mgławicową istotę Anabis, która zamieszkiwała przestrzeń kosmiczną galaktyki M-31 w Andromedzie, gdzie sztucznie utrzymywała na jej planetach zwierzęta przypominające dinozaury, które zabijając się dostarczały jej energii życiowej – uwaga tłum.]

Odnotowując półwiekowy jubileusz opublikowania powieści Hoyle’a, uczeni z Laboratorium Fizyki Plazmy przy Uniwersytecie Princeton przeprowadzili badania ukazujące, że przy odpowiednich warunkach takie żyjące Czarne Obłoki mogłyby podróżować po Metagalaktyce. U podstaw tej hipotezy znajduje się teoria o życiu opartym na organicznym krzemie, w którym najważniejszym pierwiastkiem jest krzem.

Należy odnotować, że jeszcze na kilka lat przed Hoylem o zasadach stworzenia krzemoorganicznego życia pisał znany radziecki pisarz-fantasta Anatolij Dnieprov alias A. P. Mickiewicz. Będąc z wykształcenia fizykiem i redaktorem naukowym magazynu „Tiechnika Mołodioży” on bardzo interesująco i przekonująco pokazał w swej powieści pt. „Gliniany bóg” jakby mogły być przeprowadzane takie badania biochemiczne.

[Temat życia krzemoorganicznego jest bardzo wdzięcznym w literaturze sci-fi, że wspomnę dwa najciekawsze utwory: nowelę Iwana Jefriemowa – „Gwiezdne okręty” (1949), w której dwaj radzieccy uczeni odkrywają szczątki krzemowego Kosmity sprzed 70 mln lat i polską space-operę „Kosmiczni bracia” Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki (1956), gdzie Ziemia zostaje zaatakowana i niemal doszczętnie zniszczona przez rozumnych krzemowców – Silihomidów. NB, powieść ta stanowi trzecią część cyklu opowiadającego o pierwszej wyprawie do Alfy Centaura, a w rzeczywistości jest traktatem o kontaktach pomiędzy różnymi typami cywilizacji, z uwzględnieniem ich stopnia zaawansowania technicznego oraz rozwoju fizycznego i duchowego. Pomimo pewnych archaizmów, bardzo ten cykl Czytelnikowi polecam, bo pomaga on zrozumieć wiele zawiłości ufozjawiska – uwaga tłum.]

Współczesne prace nad różnymi mieszaninami nieorganicznych materiałów w plazmie odkryły, że w pewnych warunkach cząstki pyłu mogą tworzyć jakieś quasi-spiralne struktury. Przeprowadzone modelowania komputerowe zachowania się pyłu w potokach plazmy wykazały, że mikroskopowe cząstki mogą samoorganizować się a sama plazma się polaryzuje dopełniająco.
W pewien sposób te quasi-spiralne agregaty cząstek pyłu przypominają spirale DNA, one także mogą się dzielić, tak że z jednej spirali otrzymujemy dwie identyczne kopie. Niektórzy biofizycy wskazują wprost na to, że takie samoorganizujące się plazmowe struktury stwarzają podstawy do istnienia życia nieorganicznego.

[Wspomniany tu Stanisław Lem w jednym ze swych opowiadań pt. „Prawda” (1964) opisał uczonych, którym udało się stworzyć właśnie taką istotę z „gorącej” plazmy, która istniała tak długo, jak długo mogła pobierać energię z przewodów wysokiego napięcia – uwaga tłum.]

Egzobiolodzy dokładnie śledzą tego rodzaje prace fizyków plazmy mając nadzieję, że odkryte „plazmowe DNA” mogą swobodnie spotykać się w dyskach protoplanetarnych w pobliżu nowopowstałych gwiazd. Zasadniczo są tak właśnie takie warunki – zjonizowany gaz, drobny pył i silne promieniowanie młodej gwiazdy. Pośród wielu wypracowanych hipotez o powstaniu i egzystencji takich samoorganizujących się potoków plazmy, szczególnie wybija się hipoteza, która każe radykalnie spojrzeć na mapę Wszechświata. Zgodnie z nią, plazmatyczne DNA jest bardzo rozpowszechnione w Kosmosie, niż jakiekolwiek typy materii organicznej, a to oznaczałoby, że życie podobne do ziemskiego jest bardzo rzadkim zjawiskiem.


Fantastyczny świat Solaris


A może będzie to jakiś rozumny Wszechocean, podobny do tego, który pokrywał planetę Solaris w powieści Stanisława Lema?

[Do tego można dodać jeszcze rozumny wszechocean Alyx z opowiadania „Samotna planeta” Murraya Leinstera (1950) ze zbiorku „Rakietowe szlaki” t. 1 (1978), czy radioocean z powieści Bogdana Peteckiego – „Kogga z czarnego słońca” (1978), zaś echa tej idei znajdujemy także w powieści Franka Schatziga pt. „Odwet oceanu” (2010) – uwaga tłum.]

Ten myślący ocean staje przed nami jako rezultat dialektycznego rozwoju – od roztworu słabo reagujących ze sobą związków chemicznych, aż do końcowego stadium „homeostatycznego wszechoceanu”. Tak więc tym sposobem pod wpływem warunków zewnętrznych, grożących jego istnieniu, ocean Solaris pominął wszystkie stadia powstawania jedno- i wielokomórkowych organizmów, cała ewolucje flory i fauny. Innymi słowy mówiąc, on nie musiał ewoluować setek milionów lat do powstania w nim rozumu, a niejako ab ovo stał się panem swej planety od samego swego powstania i już na zawsze.

Jednakże nie patrząc na oryginalne hipotezy klasyków fantastyki naukowej, należy przyznać iż najprędzej żywe organizmy uwiezione w przestrzeni są oddzielone od otaczającego je środowiska pewnego rodzaju błonką. I jakże chciałoby się wierzyć znanemu pisarzowi i naukowcowi prof. Iwanowi Jefriemowi, który kategorycznie uważał, że nasz świat powinien być napełniony pięknymi, proporcjonalnie zbudowanymi humanoidami, przepięknymi we wszystkich możliwych aspektach. Przypomnij sobie Czytelniku wspaniałą powieść autora „Serca żmii”.

[Chodzi o utopijną i bardzo niepokojącą wizję świata Ery Wielkiego Pierścienia mającą swój czas teraźniejszy około 3600 roku, zawartą w powieści „Mgławica Andromedy” (1957), w której mówi się wprost o m.in. fizycznej likwidacji gatunków roślin i zwierząt szkodliwych dla człowieka, co stanowiłoby ogromne i bardzo niebezpieczne naruszenie kruchej równowagi w środowisku naturalnym naszej planety – uwaga tłum.]

No a niemniej egzotyczne rzeczy? Powiedzmy, czy nie jest możliwe istnienie niebiałkowego życia w cieniu gigantycznej tarczy burzowych obłoków otaczających gazowego giganta typu Jowisza? Być może kiedyś posłańcy Ludzkości napotkają niezwykłe stworzenia podobne do tych, które tak udatnie skonstruował Carl Sagan: sinkery, które zaraz po narodzinach są w stanie wzlecieć w górne, chłodniejsze warstwy tutejszej atmosfery; wodorowe balony floaterów potrafiące wyrzucać z siebie hel i inne cięższe gazy, i myśliwi – huntery – pożerające te istoty…

Jowiszowy świat „pseudożycia” Carla Sagana rozwija i dopełnia wspaniała panorama jowiszowych łańcuchów życiowych, błyskotliwie opisanych w powieściach sir Arthura C. Clarka – „Odyseja kosmiczna 2010” i „Odyseja kosmiczna 2061”:
Pomiędzy nimi unosiły się inne stworzenia – tak małe, że ledwie można je było utrzymać wzrokiem w polu widzenia. Niektóre z nich do złudzenia przypominały ziemskie samoloty, tak w kształcie, jak  i rozmiarami. Ale one były żywe – może być były to drapieżniki, może być to były pasożyty, a być może nawet i pastuchy… - i odrzutowe torpedy podobne do głowonogich mięczaków z ziemskich oceanów, polujące na gazowe woreczki i pożerające je. Ale gigantyczne kule nie były bezbronne; one broniły się okrągłymi mackami o długości kilometra  i wyładowaniami elektrycznymi.


Żyjące kryształy


Wszyscy z niecierpliwością czekamy na rezultaty poszukiwań życia w Kosmosie, które są przeprowadzane przez kilka różnych misji kosmicznych, jednakże na dzień dzisiejszy organicznych sporów w Kosmosie nie znaleziono. Literalny każdy dzień przynosi nam coraz to nowe odkrycia z coraz dalszego Kosmosu, ale w tej niewątpliwie wielkiej beczce astronomicznego miodu znajduje się łyżka dziegciu – jak dotąd nie udało się znaleźć nawet śladu LGM – „małych zielonych ludzików”. Ponadto nawet nie potrafimy znaleźć planety, choć zewnętrznie przypominającą Ziemię – z tlenową atmosferą, wodą i mniej-więcej znośnym klimatem. Wiara w istnienie rozumnych sąsiadów powoli opuszcza swoje pozycje: bezpowietrzny Księżyc, martwe piaski Marsa, rozpalone, zasiarczone piekło Wenus, lodowe światy księżyców gazowych olbrzymów…

Aktualnie uczeni z ogromnymi oporami dopuszczają istnienie najprostszych organizmów wewnątrz globu Marsa czy gdzieś-tam pod lodowymi zwałami na księżycach gazowych gigantów.

[Owszem to prawda, ale nie zapominajmy, że zaawansowane ewolucyjnie życie (nawet rozumne) mogło się ukryć we wnętrzu tych planet i księżyców, i twierdzenie iż są one martwe jest co najmniej nieuprawnione. Jedno jest pewne, że nawet tak spalony słońcem Merkury w swym wnętrzu może kryć prawdziwy „wodny świat”, podobnie być może jest z Księżycem. Enceladus i Europa kryją pod lodami prawdziwe wodne oceany, zaś na Tytanie są prawdziwe lądy i morza – tylko że ze skroplonego metanu, co nie wyklucza istnienia tam życia – zob. Issac Asimov – „Nauka z lotu ptaka” (1967) – uwaga tłum.]

Ale czy my do końca wiemy, czym jest życie?

Czym jest żywy organizm z punktu widzenia współczesnej nauki? Nie patrząc na scholastyczny charakter tego pytania, to ma ono znaczenie przy rozpatrywaniu powstania pierwszych komórek na naszej planecie, należy dobrze zrozumieć, co powstało w tym termostacie – coś żywego czy nieżywego? To pytanie ma szczególne znaczenie dla paleontologów, którzy badają dawne skały w poszukiwaniu skamielin, no i oczywiście egzobiologów poszukujących śladów pozaziemskiego życia.

Podanie uniwersalnej definicji życia nie jest takie proste. Próbowało tego wielu myślicieli. Wystarczy wspomnieć fizyka z ubiegłego wieku Erwina Schrödingera, autora znanego dzieła „Czym jest życie?” W nim jeden z ojców współczesnej nauki wskazał drogę do rozgraniczenia na żywe i nieżywe obiekty.

A mnie przypomina się mój nauczyciel, wybitny krystalofizyk – J. J. Geguzin. Wykłady Jakowa Jewgieniejewicza w Uniwersytecie Charkowskim cieszyły się wielkim zainteresowaniem (słuchali ich inni profesorowie, pracownicy naukowi i studenci z innych fakultetów i kursów), a na ich podstawie powstała unikalna praca pt. „Żywy kryształ”. A zatem co cechuje żywy organizm? Czy może to być zbiór cech szczególnych? Coś miękkiego, co się porusza i wydaje dźwięki. Do tego prymitywnego schematu nie pasują rośliny, grzyby, mikroby i inne organizmy dlatego, że one milczą i się nie poruszają. Życie można rozpatrzeć z chemicznego punktu widzenia jako materię złożoną z cząstek związków organicznych: aminokwasów, białek i tłuszczów. Ale i nawet prostą mieszaninę tych związków chemicznych nie można nazwać żywą. A zatem to, co rośnie i się rozwija? No, kryształy też rosną. A zatem czym jest życie?

[Wielokrotnie wspominany tu Stanisław Lem rzucił ciekawą propozycję co do życia krystalicznego, a mianowicie ewolucja maszyn rozumnych przebiega podobnie jak ewolucja istot żywych, tylko szybciej. Pierwszą tego rodzaju myśl rzucił już w powieści „Obłok Magellana” (1953) w której pisał on o produktach nekroewolucji na jednej z planet Tolimana A, potem rozwinął w „Niezwyciężonym” (1964), gdzie Ziemianie starli się z krystalicznymi produktami nekroewolucji w postaci nomen-omen Czarnych Chmur na pustynnej planecie Regis III, i doprowadził do przewrotnej doskonałości w „Cyberiadzie” i „Bajkach robotów”, w których przedstawił nawet bajki opowiadane robotom przez inne roboty… Z drugiej strony kilka lat temu rzuciłem propozycję, że nawiedzający nas Obcy z UFO mogą być już to automatami eksplorującymi Kosmos i należącymi do innej cywilizacji, albo mogą to być właśnie takie wyewoluowane automaty pochodzące od cywilizacji, które zamieszkiwały Ziemię przed nami – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2011/11/obcy-z-kosmosu-zywi-czy-martwi.html - uwaga tłum.]

Znany na całym świecie fizyk-teoretyk Steven Hawking uważa, że człowiekowi udało się stworzyć obce mu życie i tych elektronicznych Przybyszów on zasiał w postaci wirusów w Internecie i systemach telefonii cyfrowej. Półżartem-półserio jeden z tych najbardziej oryginalnych uczonych naszych czasów uważa, że „cywilizacja wirusów komputerowych” ma wszelkie przesłanki do dalszej ewolucji z nieprzewidywalnym rezultatem.
Tak więc kosmiczna samotność – z tego punktu widzenia – człowiekowi nie grozi i byłoby lepiej, gdyby zaczął się zastanawiać nad tym, by ten wzbudzony przezeń Obcy Rozum nie obrócił się przeciwko swemu Twórcy…

[I znów kłania się Stanisław Lem i jego opowiadania „Test”, „Odruch warunkowy”, „Polowanie” i inne, w których opisuje on bunt robotów przeciwko ludziom, który jednak wynika wskutek błędu człowieka, a nie ich złej woli - „…bo tylko człowiek może być draniem…” - uwaga tłum.]


Opinie z KKK


O wynikach badań zmierzających do odkrycia życia na innych planetach już kiedyś pisałem, zatem pominę ten temat tym razem. Do samego życia, nadal jest możliwe, że na samej Ziemi istnieje drugie Drzewo Życia - oparte wszak na DNA, ale o innej strukturze, niekompatybilnej z naszą. Podejrzewa się istnienie takowego drzewa i szuka jego reprezentantów, a najlepszym celem jest obecnie bakteria cyjankowa, która żyje w prawie czystym cyjanku w pewnym jeziorze.

Życie oparte nawet na tych samych zasadach może mieć inną formę klucza rozbudowy, np. proto-DNA, RNA, X-NA (hipotetyczny i nieznany kod, którego dopiero się poszukuje, lub chce stworzyć sztucznie). Być może istnieją warunki, które umożliwiają istnienie czystej inteligencji, bez formy fizycznej, ale trudno powiedzieć więcej bez szczególnej teorii inteligencji.

Wracając do głównego wątku - jeśli obcy potrafią łączyć swoje DNA z ichnimi, a oba są inne, to jest to niezwykłe, że tacy ludzie, tacy My, nadal żyjemy na tej samej planecie... a może Oni to jakaś forma Nas, ewentualnie dzięki panspermii? Tworzenie hybryd, jeśli prawdziwe, może być gwoździem trumiennym do paru teorii o obcych. Inaczej sprawa wygląda po założeniu, że Człowiek ma niejedną odsłonę i ewolucja zachodzi pospołu z kreacją wg myśli kreacjonistów.

A teraz jeszcze bardziej zwariowane pomysły - gdyby taka nieforemna inteligencja stworzyła coś namacalnego (materię i jej środowisko, multiversum), a wszystko to, co stworzyła, podlegało myśli założycielskiej - tworzeniu życia - to tak naprawdę jesteśmy stworzonymi twórcami, także ci, którzy podobno nas stworzyli - ten łańcuch jest nieskończony. Co więcej, kryształy, struktury potencjalnie informatyczne (nawet woda), posiadałyby pierwotne elementy składowe, które przy pewnym spiętrzeniu dawałyby inteligencję, a więc życie. Inteligencje - ale to przecież dwa terminy.

Jest inteligencja wynikająca z praw przyrody - oddziaływania mechaniczne, których sami dopiero się uczymy i zadziwiają nas swoimi rezultatami, np. krystalizacja, aglomeracja, dualność korpuskularno-falowa, itp., oraz te, które intuicyjnie bierzemy za życie, choć nie potrafimy go zdefiniować. Osobiście jednak uważam, choć to tylko takie skokowe myślenie, że nie ma takiego podziału - nasze życie i nasza inteligencja to dwie strony medalu. Najmniejsze 'piksele' inteligencji to same cząstki elementarne, które pewne rzeczy 'wiedzą'. Robiąc, co mają zrobić, podążają w górę skali, a ponieważ spektrum to jest ciągłe, nie ma granicy między żywym/nie żywym. Życie wynika z inteligencji materii, której zbiorową inteligencją jest życie.

Teraz uwaga - jeśli faktycznie istnieje filozof-eksperymentator typu Solaris, ale będący kreatorem wszystkiego, co widzimy, nawet nas, to nie stworzył nas z niczego - miał przynajmniej 'coś', czym mógł eksperymentować - siebie. Każda jego cząstka, atomy czy cokolwiek innego, musi być siłą rzeczy inteligentna, a wiec żywa w ramach potencjału swojej własnej ekspresji.

Póki co rozmyślam właśnie nad tym - jeśli coś jest inteligentne, oznacza to formę życia, a problem postrzegania powinien zostać rozstrzygnięty, ponieważ zaburza obraz całości - granica miedzy życiem a nie życiem może być błędem postrzegania i efektem niedoskonałości myślenia. Lovelock mógł mieć rację. Najbardziej szalona w tym temacie myśl może być najbliższa prawdy, ale tego nie dowiemy się empirycznie - musimy wyskoczyć w arystoklejskie okolice idei nieprzejawionych i sami dla siebie ukuć coś, co nam aktualnie zagra w duszy. Amen (tudzież Amon Ra). (Smok Ogniotrwały)

A ja zadam pytanie: co kryje wnętrze naszej Ziemi? Czy mogą istnieć istoty, które – jak Pięciorniakowie z jednego z opowiadań Lema – mogłyby istnieć tylko w temperaturach wiśniowego żaru i wyższych? A co o Kryonidach zamieszkujących Plutona? Przecież one mogłyby istnieć w temperaturach niewiele wyższych od 0 K. Powiem tak – Kosmos najprawdopodobniej kipi życiem, tylko że my tego (jeszcze) nie dostrzegamy. O ile mnie pamięć nie zawodzi, to Creighton napisał, że „życie zawsze znajdzie sposób, by obejść zakazy…”, a zatem tak będzie także i w tym przypadku. Taką mam nadzieję… (Daniel Laskowski)


Tekst i ilustracja – „Tajny XX wieka” nr 45/2014, ss. 4-5 

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©