Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 listopada 2020

Człowiek z Santiago

 


W okolicach Santiago de Chile archeolodzy znaleźli ludzkie szczątki.

W czasie wykopalisk archeologicznych w okolicach miasta Santiago de Chile odkryto ludzkie kości. Badania wykazały, że liczą one sobie 13.000 lat. Wykopaliska były prowadzone w ramach archeologicznego projektu.

Wcześniejsze źródła szacowały, że nieopodal Chile znajdowały się dawne siedziby najpierwotniejszych ludzi, i dzięki znalezisku archeologów dane te się potwierdziły. 

Źródła te twierdzą także, że na tych terenach była wielka bioróżnorodność zwierząt, dzięki czemu mogły one być dobrym siedliskiem dla ludzi przez kilka tysięcy lat.

Archeolodzy uważają, że po przeprowadzeniu eksperymentów i doświadczeń na terenach sąsiadujących z Santiago, uczeni mogą dowiedzieć się więcej o Przeszłości tych terenów, wyjaśnić teraźniejszą sytuację i odchylić kurtynę w Przyszłość.

 

Moje 3 grosze

 

Od dawien dawna w archeologii istnieje dogmat mówiący, że pierwsi mieszkańcy Ameryk przybyli tam z Azji, korzystając z lodowca i lądowego „mostu” w Cieśninie Beringa, i że stało się to 5-10 tys. lat temu. Odkrycie z okolic Santiago de Chile potwierdzałoby dwie rzeczy, a mianowicie:

1.     Ludzie zasiedlili Amerykę znacznie wcześniej, niż to się przypuszcza.

2.    Ludzie przybyli do Ameryki Południowej z innego kierunku, niż północny (od Cieśniny Beringa).

 

Kolonie Atlantydy


Co z tego wynika? Ano to, że jedyną możliwością było zasiedlenie jej z kierunku wschodniego – z Atlantydy, lub zachodniego – z Mu/Pacyfidy.

Na załączonej mapce widzimy pierwotną lokalizację Atlantydy – wedle Platona i podaną nam przez Athanasiusa Kirchera. Zaś w dziele „Atlantis – The Antediluvian World” Ignatiusa Donnelly’ego widzimy inną projekcję wyglądu Atlantydy sporządzona w oparciu o wyniki sondowań dna Atlantyku. Należy pamiętać, że jest to stan wiedzy z końca XIX wieku. Wtedy jeszcze nikomu się nie śniło o Atlantyckim Grzbiecie Śródoceanicznym i tektonice płyt kontynentalnych. Wyróżniłem na niej trzy punkty: miejsce znalezienia szkieletu Człowieka z Santiago oraz dwóch miejsc na polskim wybrzeżu: Vinety alias Jomsborga i Thruso/Truso nad Zalewem Wiślanym. Wedle atlantologów tam także znajdowały się kolonie atlantydzkie, ale… 13.000 lat temu był tam teren polodowcowy, więc trudno sobie wyobrazić, by ludzie mogli tam żyć. Nie zapominajmy, że sam Bałtyk jako morze liczy sobie dopiero 6000 lat. Wcześniej, czyli 13-14 tys. lat temu były tam tylko słodkowodne jeziora powstałe ze stopionego lodowca. W każdym razie sprawa jest problematyczna, ale nie niemożliwa.

Na drugiej mapce z dzieła Donnelly’ego widzimy zasięg Imperium Atlantydzkiego. Wynika z niej, że w rejonie Santiago de Chile znajdowała się kolonia atlantydzka, która musiała prosperować tam przed i po zagładzie atlantydzkiej metropolii, czyli właśnie owe 12.000 lat temu. Uważam, że ten szkielet – i zapewne o wiele więcej – znaleziony w okolicach Santiago de Chile stanowi kolejny z długiego łańcucha dowodów świadczących za tym, że dawno, dawno temu istniało Imperium Słońca opisane przez Aristoklesa Ateńczyka.    

  

Źródło - https://planet-today.ru/novosti/nauka/item/128513-vblizi-santyago-arkheologi-nashli-chelovecheskie-ostanki

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 25 lutego 2013

OBIEKT 211 – przeciwatomowa Vineta


Widok na Obiekt 221


Konstantin Fiedorow

W podziemnych dokach bazy, umieszczonej we wnętrzu Góry Miszeń, może ukryć się do 14 okrętów podwodnych, cały kompleks był w stanie wytrzymać bezpośrednie trafienie głowicy jądrowej o mocy do 100 kt.

Ta niezwykle tajna budowla miała wiele nazw: Obiekt 221, Obiekt Nora, Ałsu, Czirka, Wysota (Kota) 495. Ale żołnierze, dla których przeznaczono te podziemne, supertajne labirynty podobała się stara nazwa góry na której, a właściwie w której, znajdował się Obiekt 221Niszan-Kaja, co tłumaczy się z języka irańskiego jako Góra Miszeń (słowo miszeń w języku rosyjskim oznacza celtarczę strzelniczą – przyp. tłum.)


Trzypoziomowa „zapaska”


Ten czarny żołnierski humor jest całkiem zrozumiały. „Tarcza strzelnicza” – idealna nazwa dla zapasowego stanowiska dowodzenia (ZSD) Floty Czarnomorskiej ZSRR, mogącego służyć jako schron dla towarzyszy partyjnych odpowiednio wysokiej rangi, którzy odpoczywali akurat w „Dniu X” na krymskich plażach. No i ci towarzysze mogliby, w przypadku wojny jądrowej, rozmieścić się wygodnie w Obiekcie 221, gdyby udało się im doń dotrzeć – marynarzyki by się trochę ścisnęli. Przecież całkowita długość tuneli zabezpieczonych przed skutkiem ataku atomowego wynosiła ponad 10 km, a całkowita powierzchnia podziemnych pomieszczeń, według różnych danych wynosiła od 13,5 do 17,5 tys. metrów kwadratowych! Ale po kolei.

W 1977 roku specjalny BIB Floty Czarnomorskiej (morskoj strojbat) po spotkaniu z wyselekcjonowanymi ideologicznie i politycznie pewnymi pracownikami Donieckszachtprochodki  i Charkowmetrostroja  (w sumie 400 osób) na rozkaz ówczesnego dowódcy Radzieckiej Floty S. G. Gorszkowa zaczęli oni budować nieopodal wsi Morozowka… żwirownię!

Oczywiście stalowe konstrukcje fabryki były spawane i rosły w górę po to, by odciągnąć oczy nachalnych szpiegów. A tak naprawdę, pod przykryciem pokojowej budowy, górę Niszan-Kaja u podnóża której składowano wydobyty żwir, rozkopywali od środka górnicy i budowniczowie metro.

Ocalały pancerny właz w Obiekcie 221


Żelbetowe kostki


Roboty było dużo. Od początku trzeba było rąbać litą skałę. Potem z płatów blachy spawano sześciany, które wypełniano armaturą o średnicy 5 cm, poczym wszystko zalewano spec betonem. Po otrzymaniu takiej „kostki” dospawano na górze jeszcze jedną stalową blachę i z takich „kostek” konstruktorzy robili wykładzinę wewnętrznych przestrzeni. „Kostki” następnie zespawano ze sobą, ale spaw musiał być hermetyczny, co sprawdzano specjalnymi aparatami rentgenowskimi. Zgodnie z założeniami projektu, wysokość sufitu wewnętrznych pomieszczeń wynosiła 180 m. Górę przeszywają pionowo dwa szyby o średnicy 4,5 m każdy – patrz schemat – dla wentylacji i wyprowadzenia kabli antenowych. Samo ZSD ma trzy poziomy + poziom zerowy czy podpoziom, połączonych ze sobą długimi galeriami, którymi swobodnie mogą jeździć ciężarówki.

Nieopodal Koty 495 mieścił się czteropiętrowy hotel dla robotników, a potem dzięki działalności złodziei i różnych meneli zamienił się w nieużyteczny, betonowy „szkieletor”. Aktualnie zamierzają tam zorganizować centrum rehabilitacyjne dla alkoholików i narkomanów. A przy samym podnóżu góry stoi piętrowy betonowy barak. Okna ma ciemne, jeden wjazd, jeden podjazd. Tylko z bliska można stwierdzić, że ów barak, to czystej wody lipa z narysowanymi na betonowych płytach oknami (!) a naprawdę jest to wjazd (wejście) do ZSD. Takich portali do niego są dwa – wschodni i zachodni.

Tymi korytarzami mogą swobodnie przejeżdżać ciężarówki...


A w środku cisza…


Po wejściu do środka to pierwsze co poraża, to ogrom tej budowli. Świątynia Trzeciej Wojny Światowej – inaczej tego nie sposób nazwać. Ogromny tunel wchodzi w głąb skały, cisza tam taka, że dzwoni w uszach – wiadomo, jeżeli gdzieś nie robią jakiegoś filmu, nie brodzą rozmaici „stalkerzy” (poszukiwacze artefaktów – przyp. tłum.) czy po prostu złomiarze. Powietrze jest czyste, chłodne. Czuje się lekki przeciąg. Trzeba bardzo uważnie patrzeć pod nogi, na podłodze pozostały metrowe jamy po rurach drenażu, które wyrabowali złomiarze. Na bok odchodzą niewielkie tunele – odprowadzające falę uderzeniową wybuchu. W wielu miejscach stoi woda.

Najpierw tunel prowadzi nas do Bloku A, w którym znajduje się wiele sal , pokoi i pokoików. Ze schematu widać, że ZSD składa się z dwóch Bloków: A i B i cztery poziomy, od góry do dołu: komunikacyjny, dowódczo-kierowniczy, mieszkalny i maszynowy. Trzy poziomy są połączone z powierzchnią ziemi pionowymi szybami. Poza kompleksem znajduje się studnia, w której powinien znajdować się reaktor jądrowy, który wytwarzał energię dla całego kompleksu.

Plan podziemi Obiektu 221


Niewyczerpalne źródło złomu


Obiekt Ałsu budowano przez 15 lat (!!!), ale go nie dokończyli. A do tego powstał casus. W 1991 roku Ukraina uzyskała niepodległość i pieniądze z rosyjskiego budżetu, które były założone na jego utrzymane przedłużyły budowę do 1992 roku. Potem ZSD został zakonserwowany. Nowe władze zaplanowały utworzenie w środku przedsiębiorstwo - rozlewnię wód mineralnych, leżakownie win i inne rzeczy. Ale przede wszystkim zorientowali się w jego wartości miejscowi mieszkańcy. Już w pierwszym roku wywieziono z obiektu wszystkie metale kolorowe. Końcówki tkwiących w ścianach miedzianych kabli zostały po prostu wyrwane przy pomocy traktora. Wydobycie złomu trwa tam już 20 lat i trwa do dziś dnia. Chłopi z palnikami acetylenowymi wjeżdżają samochodami do środka, w nocy rozbierają ten monumentalny pomnik po niedokonanej wojnie atomowej.

Wkrótce z Góry Miszeń niczego nie zostanie. I może tak będzie lepiej…


Moje 3 grosze


Nazwałem ten obiekt „atomową Vinetą”, bo przypomina to, co opisał swego czasu znany pisarz radziecki Leonid Płatow w swej powieści sensacyjnej „Tajemniczy okręt podwodny” (Warszawa 1973), gdzie niemieckie U-booty kryły się właśnie w takich bazach pod szkierami Bałtyku. Kraje byłego Związku Radzieckiego kryją niejedną taką tajemnicę, i długo jeszcze tak będzie. Za kilkaset lat te wszystkie sztolnie i szyby zamienią się w naturalne pieczary i jaskinie. Pisałem już o tym na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2011/05/krymskie-piramidy-mity-i-fakty.html, w którym ustosunkowałem się do mitów na temat podziemnych piramid, które najpewniej nie są niczym innym, jak właśnie takimi umocnieniami przygotowanymi na wypadek III Wojny Światowej. Nie tylko Rosjanie budowali takie schrony – Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy i inni, więc nie ma ich co potępiać – tak robili wszyscy, a obłąkańcze budowle – te swoiste świątynie Trzeciej Wojny – pochłaniały znaczne części PKB… I teraz te budowle pozostaną, bo zbudowano je tak solidnie, że przetrwają one niejedno.

A teraz odwróćmy to rozumowanie. Czy te wszystkie tajemnicze pieczary, tunele, ba! – całe podziemne krainy (Szamballa, Agharta) nie są pozostałościami po dawnych wojnach toczonych w łonie poprzednich Supercywilizacji: Atlantydy, Atlantyki, Mu, Lemurii, Lanki…

Ostatnia z tych superwojen mogła mieć miejsce 12-13 tys. lat temu. Co po niej pozostało? Tylko właśnie takie „dziury w ziemi”, kiedyś obiekty takie jak opisany powyżej, dzisiaj duże, rozległe systemy jaskiniowe. Część z nich zapadła się pod uderzeniami pocisków jądrowych. Część pozostała jako swoiste memento. Beton zamienił się w kalcyt, margiel i inne skały wapienne. Metale skorodowały, a ich tlenki i sole zostały wypłukane przez wody podziemne, których cyrkulacja da radę nawet najlepszym zbrojeniom i drenażowi. Ślady radioaktywności spłukały deszcze i starły śniegi. Z cyklopowych konstrukcji ostały się jeno podziemne sale i korytarze, które teraz urzekają nas pięknem swej szaty naciekowej. A jak szybko ona narasta? Wystarczy przejechać się do Gierłoży k./Kętrzyna, by zobaczyć, jak tworzą się stalaktyty w ruinach kwatery Hitlera… A przecież od ich powstania minęło zaledwie 69 lat!


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 42/2012, ss.24-25
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  

wtorek, 17 lipca 2012

Potomkowie Atlantydów znajdują siebie nawzajem…

 Położenie zaginionych lądów i...
...mapa Lemurii - kontynentu, który rozpościerał się gdzieś na morzach południowych...


Igor Kołomiec



W 1926 roku James Churchward – pułkownik bengalskich kawalerzystów – twierdził, że pewien indyjski mnich pokazał mu pradawne teksty, w których wspomina się o jakimś zaginionym kontynencie – Lemurii.



Pewnego razu zadzwoniła do mnie nieznana mi dziewczyna z Krasnodarskiego Kraju – przedstawiła się jako Alena i zadała mi dziwne pytanie:

- Proszę mi powiedzieć, czy wie pan coś o ostatnich dniach Atlantydy?

I Alena opowiedziała mi, że od wielu lat śnią się jej sny o zatopionym kontynencie, które ona zapisuje w specjalnym zeszycie. Kilka dni temu spotkaliśmy się u mnie w Rostowie n./Donem i ja poznałem jej niezwykła historię…



Tajemniczy doradcy



Do 17. roku w życiu Aleny niczego osobliwego się nie działo. Prawdę powiedziawszy, ojciec Aleny nie był tak zupełnie zwyczajnym człowiekiem – on zajmował się healingiem. Niezwykłe właściwości objawiły się u niego w 1988 roku po niezwykłym wydarzeniu. Pewnego razu nad jego domem pojawiła się czarna kulka wielkości piłki tenisowej. Ów tajemniczy obiekt zawisł nad domem na około 20 minut, poczym wzniósł się w górę i znikł.



Od tego czasu ojciec Aleny zaczął śnić dziwne sny. W widzeniach sennych przychodzili do niego jacyś dziwni ludzie i prowadzili z nim długie rozmowy. Oni zaproponowali mu zajmowanie się medycyną tybetańską i healingiem, a ojciec posłuchał Ich rady…



Alena wspominała, jak ojciec sadzał ją na kolanach i opowiadał bajki. Ale to nie były zwykłe bajki, ale historie wzięte z jego snów. I tak np. opowiadał jej o jakimś kontynencie, który znajdował się gdzieś tam na morzach południowych i nazywał się Mu. Po jednej nocy okropnej, kiedy wody oceanu zalały kontynent, ludzie na czele z odważnym księciem Adamem popłynęli szukać nowego świata, który zwano Edenem albo Nową Ziemią…



Miasto z Przeszłości



Ojciec Aleny zmarł na raka wątroby. Wkrótce potem Alena zaczęła też mieć kłopoty wątrobą. Dziewczyna przeszła złożoną operację, w czasie której przeżyła śmierć kliniczną. I w tedy właśnie miała pierwszą wizję Atlantydy.

- Wpadłam i przemieszczałam się w złocistym długim tunelu – opowiadała Alena – a obok mnie pojawiła się jakaś Istota wysokiego wzrostu, wielka. Ona wyciągnęła do mnie rękę i ukazała mi moje przeszłe życie. A potem razem polecieliśmy w głąb tunelu. Mój przewodnik  pociągnął mnie w stronę miasta, które rozpościerało się u podnóża potężnego wulkanu. Miasto było rzeczywiście ogromne i w czymś przypominał współczesne megapolis. W jego centrum znajdowała się gigantyczna piramida podobna do piramid Majów, ale cała ze złota. Wokół niej znajdowały się stożkowate budowle.



Jak wyglądały fortyfikacje, Alena opisała w swoim zeszycie, który przekazała mnie. Wedle jej słów, miasto miało kolistą formę. Centralną piramidę okrążały pomniejsze piramidy. Z kolei je okrążała fosa, a za nią stała zabudowa miejska. Patrząc na to miasto z lotu ptaka, to było ono wybudowane na planie swastyki.



Więcej szczegółów Alenie nie udało się zobaczyć, bo Istota znów ujęła ją za rękę i powiedziała, że trzeba wracać. Na pytanie o to, co właściwie widziała, przewodnik odrzekł:

- To miasto z twojej przeszłości.



Przyjaciółki w nieszczęściu



Alena otworzyła oczy w szpitalnej sali. Lekarze nie mogli uwierzyć, że dziewczyna wróciła do siebie. Wkrótce okazało się, że oni stwierdzili u niej śmierć!



Ona zapomniała swoje widzenie, póki w szpitalu nie poznała dziewczynę nieco starszą od siebie o imieniu Olga z Połtawy. Ona opowiedziała Alenie, że też przeżyła coś podobnego.



Olga także posiadała niezwykłe umiejętności. I tak np. w pracy była w stanie czytać myśli swych kolegów i szefa. A w jednym z centrów badawczych fenomenów psychotronicznych powiedziano jej, że jest ona jedną z potomkiń Atlantów i to od nich otrzymała swój dar.



A wszystko zaczęło się od choroby wątroby. Na pewnej imprezie dziewczynie zrobiło się niedobrze i zabrało ją pogotowie. Dalej była śmierć kliniczna, w czasie której Olga – podobnie jak Alena – zobaczyła świetlistą Istotę oznajmującą jej, że w poprzednim życiu mieszkała na Atlantydzie, w mieście Posejdonis i wkrótce ujrzała tam jedną dziewczynę, która była jedną z tamecznych kapłanek.



W parę tygodni po swych odwiedzinach, Alena przyjechała ponownie do mnie, ale tym razem z Olgą – obie dziewczyny były do siebie podobne jak siostry!



Krwawa ofiara dla boga Słońca



Olga opowiedziała, że w jednym ze swych widzeń obserwowała tajemniczy rytuał związany ze składaniem ofiary z ludzi. Rytuał ten był przeprowadzany na wierzchołku wielkiej piramidy przez jakiś tajny zakon składający się z 11 kapłanek i kapłana mężczyzny. Kapłanki były odziane w złociste stroje. Mężczyzna nosił skórzany strój. Punktem szczytowym obrzędu było złożenie ofiary z człowieka bogu Słońca. Kapłanka przy pomocy rytualnego noża wycinała ofierze wątrobę, a ciało zrzucano z piramidy.



Usłyszawszy to opowiadanie od razu przypomniałem sobie surowe, okrutne rytuały Majów. Ale ci z kolei nie ofiarowali wątrobę, tylko serce!



Według słów Olgi, świecący przewodnik wyjaśnił jej: Atlantydzi na początku nie praktykowali składania ofiar z ludzi. Jednakże pewnego razu miał miejsce jakiś kataklizm, który cofnął Atlantydów w rozwoju na całe wieki do tyłu.  Potomkowie niegdyś panującej rasy ze strachu przed przyszłością zaczęli składać ludzkie ofiary by przebłagać bogów.



„Księga Losów”



Ale powróćmy do Aleny. Już po wypisaniu jej ze szpitala okazało się, że poprzez sny ona może manipulować wydarzeniami i ludźmi w rzeczywistości! Na przykład, jak widziała, że ktoś z jej bliskich zaczyna chorować, to ona mentalnie we śnie pomagała choremu i ten szybko wracał do zdrowia.



Tak więc przypominają mi się tajemnicze możliwości leczenia Majów i Azteków, którzy potrafili wchodzić w czyjś sen i w ten sposób manipulować człowiekiem. Alena twierdziła, że nie zna tej techniki, ale doskonale się orientowała, w jaki sposób to działa.



Po śmierci ojca dziewczynie zaczęły śnić się sny, w których widziała go obok tej samej piramidy, którą widziała w czasie swej śmierci klinicznej. Pewnego razu ojciec dał jej do ręki księgę. Alena zapamiętała jedynie jej tytuł „Księga Losów”.  I jeszcze zasugerował jej czytanie wszelkiej literatury o Atlantydzie, jaką tylko będzie w stanie dostać.



Przeszło kilka lat. Alena wyszła za mąż. Początkowo młodej kobiecie wydawało się, że kocha swego męża. Ale w snach widziała ona innego mężczyznę, z którym porozumiewała się myślami, bez słów, telepatycznie. Wydawało się jej, że tego mężczyznę ona znała od zawsze. Pewnego razu przyśniło się jej miasto u podnóża wulkanu. Widziała tam samą siebie z długimi, czarnymi włosami w których lśnił grzebień wysadzany kamieniami szlachetnymi, a obok niej tenże mężczyzna dający jej jakiś złoty przedmiot i trzymający ją za rękę.



Wkrótce Alena rozstała się z mężem. I została za to nagrodzona – pewnego razu spotkała mężczyznę ze swych snów! Okazało się, ze jej wybrany miał podobne sny: piękne miasta na morskim wybrzeżu i dziewczynę w ubiorze z dawnej epoki… - tak więc spełniło się ich szczęście i miłość już w rzeczywistości! Może to być zew z przeszłego życia, który pomaga ludziom STAMTĄD znaleźć siebie w realiach tego świata?

 Lemuryjka...
...i jej ojczyzna pod wodą - wizja artysty

Bajki z przeszłości?



Ktoś powie – bujdy na resorach, nieracjonalne, antynaukowe… Jakie to wszystko romantyczne i sentymentalne, a na dodatek z happy-endem! Ale na ile możliwe?



A jednak coś w nich jest i osobiście jestem zdania, póki nie da się ich ująć w ramki wzorów matematycznych lub udowodnić ich nieprawdziwość, to nie wolno, NIE MAMY PRAWA ich lekceważyć – przede wszystkim trzeba je traktować serio, a nie jako dobrą zabawę kilkunastu pięknoduchów, i zabrać się za nie na serio – z całym oprzyrządowaniem i aparatem poznawczym współczesnej nauki. Niestety, najczęściej współczesnej nauce zależy na tym, by takie fakty zanegować, ośmieszyć i w rezultacie pogrzebać z kretesem. Z drugiej strony całe sztaby specjalistów, w największym sekrecie, pracują nad tym, by zjawiska te wykorzystać przeciwko innym ludziom.



To nie jest ta droga…



Te bajki z przeszłości mają swój sens, bo za wiele rzeczy składa się na obraz cywilizacji, która niegdyś istniała i upadła, a na gruzach której powstała nasza własna. Pisze o tym wielu autorów. Od siebie dodam jednakże, że szukamy tych śladów nie tam, gdzie one się znajdują. Spójrzmy na załączone mapy – istnienie trzech dużych wysp: Atlantydy, Lemurii – Mu i Lanki musiało w sposób znaczący zmienić linie brzegowe pozostałych lądów! Poziom Wszechoceanu musiałby się znacząco PODNIEŚĆ, ergo linie brzegowe przesunęły się znacznie w głąb masywów lądowych, nawet jeżeli nadmiar wody został wchłonięty przez lodowce Arktyki i Antarktyki. A zatem ślady kolonizacji Atlantydy powinny znajdować się gdzieś w głębi masywów lądowych Afryki i obu Ameryk. I co? – no i tak właśnie jest. Np. słynne jezioro Titicaca i Tiahuanaco leżące na wysokości 3812 m n.p.m. w Andach było ongi portem i to portem morskim! Sama zaś wyżyna Altiplano była początkowo zatoką morską, a potem śródlądowym morzem zwanym Lago Ballivian. Kiedy to było? – a w Miocenie, czyli najstarszym piętrze Neogenu – czyli co najmniej 5.332.000 lat temu… Interesujące, nieprawdaż?



Dlatego też idea poszukiwania śladów Atlantydów, Lemurejczyków i Lankijczyków w interiorze kontynentów ma sens – szczególnie jeżeli przewidzieli oni kataklizmy, które zmiotły ich wyspy z powierzchni Wszechoceanu i zdążyli się ewakuować, tworząc kultury zamieszkujące nasze dzisiejsze kontynenty. O tym będzie traktowała praca, nad którą teraz siedzę i mam nadzieję ją wydać w przyszłym roku.  



Ani Atlantyda, ani Mu czy Lanka NIE BYŁY  żadnymi kontynentami. Były to wyniesione ponad powierzchnię Wszechoceanu fragmenty dna morskiego, które były z kolei wypychane przez znajdujące się pod nimi pióropusze magmy z wnętrza Ziemi. Tak jak to teraz ma miejsce w przypadku Islandii, Hawajów czy Azorów albo Galapagos. Gdyby pióropusze gorąca – owe hot spots znikły, to wyspy te pogrążyłyby się w wodach Wszechoceanu na głębokość 5-6 km… To jest pewnik – proces tego rodzaju widać najdobitniej na przykładzie Hawajów, których zachodnie wyspy powoli pogrążają się w wodach Pacyfiku tworząc w końcu łańcuch Gór Cesarskich. I wydaje mi się, że słynny Edgar Cayce miał rację mówiąc, że Atlantyda wynurzy się z odmętów Atlantyku, kiedy znów uaktywni się jakiś hot spot, który ponownie wypchnie ją na powierzchnię…



Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 14/2012, ss.36-37



Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –

Robert K. Leśniakiewicz ©

sobota, 14 lipca 2012

Nan-Madol: HAARP z czasów Atlantydy?








Andriej Czinajew



Nan-Madol uważa się za jedną z najdziwniejszych miejscowości świata. Na budowę tego kamiennego miasta bez okien i drzwi zużyto na tej okrągłej, pacyficznej wyspie Ponape (także Pohnpei – nie mylić z Pompejami! – uwaga tłum.) około 250.000.000 ton bazaltu, którego objętość jest porównywalną do Wielkiej Piramidy w Egipcie. Niektóre bazaltowe bloki swymi rozmiarami i masą przewyższają każdy z dwóch milionów bloków Piramidy Cheopsa. Nan-Madol od dawna jest porzucone, jego ściany pokrywają gęste mangrowe zarośla, wywierają wciąż przerażające wrażenie na ludziach, którzy zamieszkują w ich pobliżu.



Pacyficzna Wenecja



W czasach wielkich odkryć geograficznych, żeglarze z Hiszpanii, Portugalii, Holandii i Anglii wracając z dalekich rejsów opowiadali wiele niewiarygodnych historii o cudach pacyficznych wysp. A ludzie uczeni – jak zwykle – nazywali te opowieści morskimi bajkami. I tak też było w przypadku relacji hiszpańskiego kapitana Alvaro Saavedra, który w 1529 roku opowiadał o zadziwiającej wyspie Ponape, która znajdowała się pomiędzy Hawajami a Filipinami. (Dokładniej na 6˚50’31”N – 158˚19’56”E – przyp. tłum.) Saavedra przekonywał: na wyspie są ruiny świątyń, pałaców, ogromnej twierdzy i kamienne nabrzeże. Według jego słów zapomniane miasto przypominało mu Wenecję. (Wg Wikipedii był to Pedro Fernandez de Quiros na statku San Geronimo w 1595 roku – uwaga tłum.)



Przez trzy stulecia geografowie uważali Ponape za jeszcze jedną legendę, póki wyspa nie została odwiedzona w czasie rejsu dookoła świata w latach 1826-1829 przez załogę rosyjskiego statku Sieniawin, którego kapitanem był Fiodor Pietrowicz Litke. To właśnie on narysował pierwsze mapy tych wysp, opisał tajemnicze ruiny i naniósł na mapy sąsiadujące atole. Oglądając ruiny Litke dochodzi do wniosku: mieszkańcy dawno opuścili miasto i tylko na przeciwległej stronie wyspy w nędznych warunkach bytowała garstka tubylców. Niestety, wszystkie notatki na temat Ponape spisane przez Litkego zaginęły w archiwach Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i nikt ich nigdy nie opublikował.



W 1857 roku ruiny Nan-Madol oglądał Amerykanin, niejaki Ghyulick (???), a nieco później Polak – Jan Stanisław Kubary, który osiedlił się na wyspie i tam sporządził pierwszy dokładny plan tych dziwnych ruin. U samego końca XIX wieku na Ponape dostał się angielski rabuś grobów i awanturnik niejaki Christian, który dorwał się do ruin Nan-Madol i je ograbił, przy czym o mało co nie zginął z rąk krajowców, którzy chcieli go zabić za zbezczeszczenie pradawnych grobów ich przodków.



Bogini Nanunsunsan



Pierwsze poważne badania ruin Nan-Madol przeprowadził niemiecki uczony Paul Hambruch, który stwierdził, że wszystkie wysepki w lagunie mają sztuczne pochodzenie. Naniósł on na mapę 92 takie sztuczne wysepki, kanały pomiędzy nimi dosłownie kipią od elektrycznych ryb. W 1914 roku Hambruch i inni badacze ustalili, że w Nan-Madol znajduje się około 800 kamiennych konstrukcji, wliczając w to umocnione ściany i konstrukcje portowe. Główna świątynia była zbudowana z megalitycznych bloków. Wokół wszystkich budynków nieznani budowniczowie wznieśli pięciometrowy mur z cyklopowych głazów – zob. plan.



Ze słów miejscowych wynikało, że ongi wyspą rządził kacyk Sau Deleur, (albo Mvehin Sau Deleur – przyp. tłum.) który stał się założycielem dynastii Nahnmvarki złożonej z 15 władców, którym przypisano zasługę wzniesienia tych budowli. Zapisał on także legendę o bóstwie opiekuńczym Nan-Madol – bogini morza żółwicy Nanunsunsan. Dla niej właśnie wybudowano pałac z basenem i samą boginię też bogato zdobiono macicą perłową. W dni świąteczne obwożono ją w łodzi po kanałach i wykrzykiwano jej imię. Potem boginię piekli i zjadali w rytualnej uczcie. Amerykanie w 1958 roku na dnie zbiornika wodnego w świątyni znaleźli tysiące pancerzy takich „bogiń”.



Od tego czasu odkrycia archeologiczne na Ponape wywołały lawinę najfantastyczniejszych hipotez. Jeden z badaczy twierdził, że na Ponape znajdują się pozostałości legendarnej Atlantydy. Inni widzieli w tych budowlach ślady działalności Inków-kolonizatorów, którzy jakoby dostali się na wyspę z Peru. Pojawiła się także hipoteza, że Ponape była forpocztą egipskich faraonów na Oceanie Spokojnym. Z czasem popularyzatorzy nauki doszli do wniosku, że budowle na Ponape wznieśli Kosmici.



Platynowe sarkofagi



Trzeba powiedzieć, że w 1946 roku Ponape stał się protektoratem USA, po czym te wyspy zostały objęte zakazaną strefą – na sąsiednich wyspach planowano testy z bronią jądrową. W czasie II Wojny Światowej wyspa znajdowała się pod okupacją japońską. Ale po 1958 roku, kiedy amerykańskim archeologom pozwolono na rozpoczęcie badań Nan-Madol, dzięki opowiadaniom tubylców stało się jasne, że w czasie okupacji Japończycy prowadzili wykopaliska w wielu miejscach na wyspie, coś tam znaleźli i wywieźli.



Wyspiarze opowiedzieli im o jakichś metalowych przedmiotach, rzeźbach i sarkofagach. Amerykanie wysłali oficjalne zapytanie do Tokio, ale japońskie władze odpowiedziały, że nic im na ten temat nie wiadomo. (Co wcale nie dziwi, bowiem do 1952 roku Japonia znajdowała się pod amerykańską okupacją, a potem ściśle współpracowała wojskowo z USA na mocy układu o bezpieczeństwie gwarantujący istnienie baz wojskowych USA na terytorium tego państwa, więc zapytanie zostało skierowane przede wszystkim do kogoś z dowództwa wojsk amerykańskich w Japonii – przyp. tłum.) Później udało się ustalić, że Japończykom udało się znaleźć w ziemi pomiędzy ścianami dużą ilość sarkofagów, wykonanych z czystej platyny. Według jednych były one puste w środku, według innych – zawierały one ciała niezwykle wysokich ludzi.



Z wielkim rozmachem prace archeologiczne Amerykanów trwały do 1986 roku, w tym czasie dokonano wiele odkryć archeologicznych. Na 58 wysepkach wewnątrz laguny znaleźli oni groby plemiennych wodzów. Badając wieżę nazwaną Nan-Duvas uczonych czekała niespodzianka: wielki tunel wybity w koralowej skale biegnący pod wodami laguny. Okazało się przy tym, że wszystkie sztuczne wyspy w lagunie są połączone siecią takich właśnie tuneli i pieczar. (Dr Miloš Jesenský porównuje to do… schronu przeciwatomowego chroniącego przed atakiem z powietrza czy nawet z kosmosu – zob. M. Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” – przyp. tłum.)



Na głębokości 85 ft/28,4 m i około 100 ft/33 m w pobliżu wyspy zostały znalezione przewrócone na dno kamienne kolumny i inne kamienne konstrukcje. Konstrukcji nabrzeży, otaczającego Nan-Madol miasta, tyle że… 12.000 lat temu!



Potem australijski badacz David Childress i jego ekipa znalazła na podwodnych grzbietach w pobliżu Ponape także jakieś kamienne krzyże i kwadraty, które sfotografowali japońscy akwanauci u wybrzeża znanej wyspy Ionaguni…



A u końca lat 80. pewien badacz interesujący się badaniami magnetyzmu ziemskiego w bazaltowych blokach Nan-Madol przyłożył kieszonkowy kompas do jednej ze ścian – a „strzałka wirowała cały czas bez zatrzymania” – wspomina Childress.



Tam, gdzie rodzą się tajfuny



Ma dziwne zjawiska elektromagnetyczne mające związek z ruinami Nan-Madol zwrócili uwagę jeszcze pierwsi koloniści z Europy. W nocy widać było niejednokrotnie przebiegające po ścianach wyładowania elektryczne, pioruny kuliste i jakieś dziwne poświaty. Krajowcy uważali te ruiny za siedzibę złych duchów, i pośród nich funkcjonowało ścisłe tabu dotyczące odwiedzin ruin Nan-Madol w czasie nocy.



Kiedy w 1907 roku niemiecki gubernator Wysp Marshalla o nazwisku Berg odwiedził Ponape, to pośmiał się z tutejszych wierzeń. Chcąc rozproszyć głupie przesądy, udał się na nocleg pośród ruin. Na drugi dzień znaleziono go martwego. Lekarzom nie udało się ustalić przyczyny śmierci, ale najwidoczniej była ona spowodowana przez te elektryczne anomalie, czy elektromagnetyczne - EM.



Żeby było ciekawiej, w odległości 340 nmi/ok. 630 km na południowy-wschód od Ponape znajduje się wyspa Kosrae (5˚19’N – 162˚59’E – przyp. tłum.), na której znajdują się bardzo podobne ruiny budowli wzniesionych z bloków bazaltu zwane Insaru. Te cyklopowe konstrukcje też stoją na brzegach kanałów i zbudowano je z ogromnych, bazaltowych  głazów. Różnica polega na tym, że ruiny Insaru europejscy kolonizatorzy obrócili w kamieniołomy i tym samym przynieśli im uszczerbek nie do naprawienia. Tym niemniej amerykańskiemu badaczowi Frankowi Josephowi nie przeszkodziło to zwrócić uwagę na fakt, iż i Ponape i Kosrae znajdują się niemal w tym samym rejonie Oceanu Spokojnego, w którym rodzą się najpotężniejsze tajfuny.



Dzisiaj współczesna nauka wiąże powstawanie tajfunów nie tylko ze zmianami temperatury, ale i ze zjawiskami EM. Joseph założył, że od niepamiętnych czasów Nan-Madol i Insaru wpływały na górne warstwy atmosfery, podobnie jak dzisiejsza amerykańska instalacja HAARP czy rosyjska SURA. Oni po prostu likwidowali w zarodku powstające tajfuny i chronili w ten sposób przed morderczymi deszczami i wiatrami swoją metropolię – Atlantydę. (Raczej krainę Mu [Moo] lub Lemurię – uwaga tłum.) W tej niezmiernie oddalonej od nas epoce był to bardziej złożony, niż dzisiaj kompleks, z którego do dziś dnia pozostały jedynie kamienie. Z analizy radiowęglowej wynika, że w XIII wieku na Ponape znów pojawili się ludzie. Ale to byli nie znający nawet ceramiki ludzie pierwotni.



System regulacji pogody czy kosmodrom?



Czy wszystkie megalityczne budowle tego świata nie tworzyły kiedyś – za czasów istnienia Atlantydy, Mu, Lanki czy Lemurii – zintegrowanego systemu regulacji pogody na całym globie? A czemużby nie? Skoro były to cywilizacje będące w stanie kolonizować odległe planety – a ślady ich możemy znaleźć na Księżycu i Marsie, które są pierwszymi celami ziemskich wypraw kosmicznych – to dlaczego nie byli w stanie regulować także pogodą?



Sprawa druga – platynowe sarkofagi. Platyna jest wyjątkowo rzadkim metalem szlachetnym – jej zawartość w skorupie ziemskiej wynosi 4 ppb i jest odpornym na czynniki chemiczne. Jej temperatura topnienia wynosi 1768˚C, więc jej rafinacja z tego względu jest utrudniona. Trudno sobie wyobrazić topienie i rafinację platyny w kamiennych piecach polinezyjskich czy nawet w dymarkach. A jednak pierwotni mieszkańcy Nan-Madol potrafili sobie dać z tym radę, chyba że…



Chyba że te platynowe sarkofagi, które wcale nie musiały być sarkofagami, tylko jakimiś kontenerami na np. aparaturę elektroniczną – zostały przywiezione skądinąd – np. z Mu, gdzie istniała zaawansowana technologia wydobywania, wzbogacania, topienia i obróbki platyny, a sarkofagami stały się DOPIERO po upadku cywilizacji, która je wytworzyła!



Sprawa trzecia – te wyspy znajdują się w strefie ekwatorialnej planety. Co to znaczy? A znaczy dokładnie to, że mogły tam się znajdować kosmodromy właśnie… Nie ma bowiem lepszego miejsca do wystrzeliwania rakiet kosmicznych i umieszczania satelitów i stacji orbitalnych na orbitach wokółziemskich, niż właśnie strefa równikowa. Proszę sobie przypomnieć, co pisałem o Marcahuasi na marginesie filmu Romana Warszewskiego i artykułów Marka Rymuszko? Ano właśnie to, że wyniesiony na 4200 m n.p.m., położony mniej więcej na 10°S płaskowyż Marcahuasi z tegoż właśnie względu jest idealnym kosmodromem! A takich miejsc jest więcej na Ziemi.



Jaki z tego wypływa wniosek? Ano tylko jeden możliwy, a mianowicie: ruiny Nan-Madol i Insaru pozostawiła po sobie pradawna cywilizacja, która wskutek katastrofy naturalnej – np. wzmożonego wulkanizmu i/lub wojny z użyciem BMR – została wymazana z powierzchni Ziemi (i innych planet). Jej istnienie niezależnie od siebie potwierdzają fakty istnienia jednego pisma i jednego języka na całej Ziemi – że wspomnę prace prof. Benona Zbigniewa Szałka, w których dogłębnie zanalizował on ten problem, czy chociażby biblijne podanie z księgi Genezis o wieży Babel i losie tych, którzy ją budowali:



Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: "Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu". A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: "Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi". A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: "Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!" W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi. (Rdz 11,1-9).



Biblijny przekaz jest jasny – ludzi poniosła wygórowana ambicja, która mogła zagrozić bogom zazdrosnym o władzę nad światem, stąd właśnie ich akcja skierowana przeciwko ludziom, aby nie stali się takimi jak oni sami. A może właśnie chodziło o uratowanie ludzi przed losem, jaki był udziałem bogów-astronautów? Oni już raz przez to przeszli i nie chcieli, by stał się on naszym udziałem ponownie…? Takiej opcji nie rozważał jak dotąd nikt.     



To bardzo pesymistyczne, zważywszy, że nawet wysoki poziom techniczny tej cywilizacji nie uchronił ją przed katastrofą naturalną, wojną i zagładą. To grozi także naszej cywilizacji, w której istnieją bardzo głębokie podziały pomiędzy tworzącymi je grupami ludzi. Niestety – także i w tym przypadku historia powtarza się tyle razy ile tylko może – a raczej tyle razy, na ile się jej na to pozwoli.



Kiedyś już napisałem i powtórzę to po raz wtóry – materialne siły Wszechświata mogą nas zniszczyć w każdej chwili, i żeby przetrwać, ludzie muszą działać razem. Nie ma innego sposobu i innej drogi. Im szybciej to zrozumiemy, tym efektywniej będziemy działali, bo w przeciwnym przypadku Natura znów zwycięży Rozum.



I nas samych.           



Źródło: „Tajny XX wieka” nr 12/2012, ss. 16-17



Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©

środa, 9 maja 2012

Bermudzkie piramidy (4)





No i na zakończenie chciałbym przytoczyć opinię interesującego się paleokontaktami i astroarcheologią Pana Marcina Kołodzieja, który mówi tak:



Motyw cywilizacji, którą zmiótł z historii kataklizm to nie tylko przypadki Atlantydy, Lemurii/Mu. Prawda jest taka, że na temat tajemnic, jakie skrywają głębiny Wszechoceanu, wiemy naprawdę niewiele. Jednakże z czasem - a to dzięki rozwojowi techniki - dowiadujemy się coraz więcej na temat odkrywanych struktur, mogących być pozostałościami po pradawnych cywilizacjach, pochłoniętych przez wody. Podam dwa przykłady:



1) od lat 60 tych XX wieku w okolicach Bimini natrafiano na formacje, mogące być sztucznego pochodzenia. Uderzająco przypominają wielkie bloki poukładane w sposób przywodzący na myśl drogi, platformy, przystanie czy zawalone mury. Badania przeprowadzone metodą węgla radioaktywnego ustaliły ich wiek na około 12 tysięcy lat. Na podobne podwodne twory natrafiono w okolicach Kuby, Haiti i Santo Domingo;



2) niemałą sensację wzbudziły podwodne monumenty u wybrzeży japońskich wysp Yonaguni, Aguni i Kerama, leżących wokół Okinawy, odkryte przypadkowo w połowie lat 90-tych przez japońskich płetwonurków. Spoczywająca na głębokości 10 - 25 metrów pod wodą struktura zachowała się w bardzo dobrym stanie: nie ma śladów erozji ani odprysków czy pęknięć, pomimo faktu, że region ten jest aktywnie sejsmiczny. Wiek tej formacji skalnej ustalono na 4 - 10 tysięcy lat. Za sztucznym pochodzeniem "miasta" opowiada się japoński geolog, prof. Kimura z Uniwersytetu w Okinawie . Przeciwnikiem tej koncepcji jest natomiast dr Robert Schoch, geolog, który osobiście zbadał na miejscu pobrane próbki. Zdaniem Schocha, mamy do czynienia w tym przypadku z naturalną formacją podłoża skalnego ukształtowaną przez naturalne procesy. Niedawno świat obiegła informacja o nowym rekordzie zanurzenia dokonanym przez Jamesa Camerona. Rekord ów wynosi 10.989 metrów. Nie muszę chyba mówić, że Wszechocean jest jeszcze głębszy. I z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można stwierdzić, że póki co, skrywa on  cuda, o jakich nam się nie śniło.



Od siebie do wypowiedzi Pana Marcina Kołodzieja dodam tylko jeszcze zaginioną wyspę/archipelag Lanka na Oceanie Indyjskim, który rozciągał się pomiędzy Madagaskarem a Indiami i Śri Lanką. Na temat Yonaguni też już pisałem na tym blogu, więc się nie będę powtarzał.



Pragnę także przypomnieć ostatnie odkrycie tajemniczych prostopadłych do siebie linii, które odkryto na dnie Atlantyku w okolicach Madery, o czym też już pisałem na tym blogu, a które dają kolejny asumpt przypuszczeniom, że pod pięciokilometrową warstwą wody znajdują się jakieś ruiny cywilizacji atlantydzkiej…



Dawno temu, na łamach „Nieznanego Świata” wyraziłem swe przypuszczenie, że wyspa Atlantyda (podobnie jak Lanka, Mu, Lemuria) zapadła się pod wodę po prostu wskutek tego, że znikł – lub się przesunął gdzie indziej – pióropusz magmy z wnętrza Ziemi. Podobnie jak Islandia, wyspy te były wulkanicznymi fragmentami płyt oceanicznych poniesionych przez ciśnienie magmy ponad poziom morza! W momencie ustania parcia magmy na spód płyty – wracała ona w swe pierwotne położenie – kilka tysięcy metrów pod powierzchnię Wszechoceanu. Wydaje mi się, że procesy geologiczne są odpowiedzialne za wszystkie te katastrofy i nie trzeba żadnych Kosmitów czy innych nieziemskich przyczyn zagłady tych cywilizacji.



Cywilizacje te istniały na pewno, czego dowodzą badania prof. dr hab. Benona Zbigniewa Szałka ze Szczecina, który dowiódł, że w zamierzchłej Przeszłości naszej cywilizacji na Ziemi istniał jeden język i jedno pismo, którym posługiwali się wszyscy mieszkańcy naszej planety. A to z kolei pasuje do przekazów biblijnych o czasach, w których ludzie posługiwali się jednym językiem, przed budową wieży Babel. Prof. Szałek ocenia wiek tego najstarszego języka na ok. 10-20 tys. lat, co doskonale pasuje do złotego wieku Imperium Atlantydzkiego. Zainteresowanych odsyłam do jego prac, które opublikowano w naszym kraju – jak zwykle, kiedy chodzi o te najwartościowsze prace z naukowego „pogranicza” - w znikomym, wręcz śladowym nakładzie, co uważam za skandal!



Podsumowując stwierdzam, że – jeżeli te piramidy, o których mowa – faktycznie istnieją, to stanowiłyby one kolejne ogniwo w długim łańcuchu dowodów na to, że w zamierzchłej przeszłości istniało i doskonale prosperowało Imperium Słońca, które rozciągało swe wpływy na obie strony Atlantyku, samemu żyjąc – dosłownie i w przenośni – na wulkanie! – i którego koniec został spowodowany właśnie przez wulkany, a może nawet superwulkany, które grożą także i naszej cywilizacji, a których erupcje mogłyby się stać końcem naszego świata, jaki znamy.



Ale to już temat z innej ballady.



Jordanów, 2012-05-09       

sobota, 1 października 2011

Yonaguin-jima – ostatni skrawek Lemurii?



Andriej Czinajew

W roku 1968, w rejonie wysp Bahama kapitan Robert Brush lecąc nad północnym wybrzeżem wyspy Andros ujrzał pod wodą dziwne mury o regularnej formie. Była to legendarna Droga Bimini – Bimini Road.

Wielu ludziom wydane się, że najważniejsze znaleziska archeologiczne w naszym świecie już zostały dokonane. Jednakże w świecie archeologii wciąż zdarzają się sensacje. Jedną z takich sensacji stało się odkrycie wielkich, cyklopich murów na morskim dnie, w okolicy małej wysepki Yonaguin-jima, znajdującej się nieopodal japońskiej wyspy Okinawa. Rozmowy o tych budowlach, w których badacze widzą resztki legendarnej Lemurii nie milkną już jak milkły półtora dziesięciolecia temu.

Nieoczekiwane odkrycie

Odkrywcą tych podwodnych megalitów jeszcze w 1985 roku stał się japoński nurek Kihachiro Aratake, który zabłądził przekroczywszy strefę standardu bezpiecznego nurkowania u południowych brzegów Okinawy. Akwanauta zanurzył się w błękitnych i przejrzystych wodach oceanu, i na głębokości 10-15 metrów natknął się na ogromną budowlę z monolitycznych bloków kamiennych. Była ona czarna i mroczna, a jej konstrukcja wyglądała bardzo dziwnie, być może dlatego, że przez całe lata pod wodą obrosła koralami, wodorostami i ukwiałami. Okrążywszy kilka razy niepojętą budowlę, płetwonurek wynurzył się na powierzchnię, ustalił prawidłowy kierunek i udało mu się dotrzeć do brzegów wyspy.

Fotografie jego dziwnego znaleziska znalazły się na czołowych stronach wszystkich gazet w Japonii. Megalityczna budowla od razu wywołała burzliwe spory i dyskusje, które potem przywiodły doń całe ekipy archeologów i badaczy podwodnych oraz dziennikarzy i ciekawskich. I nikt nie był w stanie podać jakiegokolwiek wyjaśnienia, czemu na dnie oceanicznym wyrosła ta niezwykła konstrukcja. Dyskutanci nie byli nawet w stanie stwierdzić, czy jest to działo rąk człowieka czy dzieło sił Natury, nie mówiąc już nawet o wieku znaleziska. Ktoś założył, że są to po prostu ruiny jakiegoś umocnionego obiektu wybudowanego w czasie II Wojny Światowej. Ktoś inny stwierdził, ze budowla ta powstała w dawnej przeszłości. Mówiono też o zatopionym kontynencie Lemuria (Mu), który został zalany wodą daleko przed „początkiem czasów”. No i znaleźli się także stronnicy hipotezy o naturalnym pochodzeniu tego megalitu.

Coraz więcej znalezisk

Latem następnego (1986) roku z brzegów Okinawy przyszła następna sensacja. Kolejny akwanauta widział pod wodą gigantyczną konstrukcję nazwaną „arką”, z ogromnych kamiennych bloków, ustawionych z niesłychaną precyzją ustawionych jeden przy drugim. Jest to charakterystyczne dla prehistorycznych budowli megalitycznych, znalezionych po drugiej stronie Pacyfiku – w Peru i Boliwii, gdzie dawno temu istniało Imperium Inków. Na szczęście ta „arka” nie obrosła koralami, bo w tym miejscu przechodził silny podwodny prąd. W przeźroczystej wodzie można ją było sobie obejrzeć z dystansu ponad 30 metrów. „Arkę” zbudowali ludzie i to bardzo dawno.

To nie była jedyna sensacja. Uskrzydleni możliwością znalezienia nowych zatopionych budowli, całe drużyny płetwonurków ruszały na morze z południowego brzegu Okinawy i kierowały się na zachód. Wkrótce wysiłki entuzjastów zostały nagrodzone – jeszcze zanim nadeszła jesień, na różnych głębokościach odkryto jeszcze pięć stanowisk archeologicznych w pobliżu trzech wysepek: Yonaguni, Kerama i Aguni, przy czym wszystkie te budowle charakteryzowała architektoniczna jednolitość. Pod wodą, na dystansie 560 km znaleziono ulice wyłożone kamiennymi flizami i bite gościńce, ogromne ołtarze i ogromne schody wiodące do szerokiego placu, a także drogi religijnych procesji, ozdobione wysokimi pylonami.

Potężną budowlę znaleziono na dnie, koło wschodniego brzegu Yonaguni, na głębokości ponad 30 m. Długość jej wynosiła około 80 m, szerokość 30 m, zaś wysokość – 15 m. Uczeni twierdzą, że jest ona podobna do Zamku Nakagusuku na Okinawie, który zbudowano w celach ceremonialnych na początku I tysiąclecia p.n.e. przez przedstawicieli nieznanej kultury. Ogrodzony teren wokół Nakagusuku wciąż budzi wśród mieszkańców Okinawy nabożny strach.

Poza tym w wodach oceanu zostały znalezione megality, podobne do prostokątnych bloków wokół zamieszkałego punktu Noro na Pacyfiku. Amerykański badacz Frank Joseph zwraca uwagę na to, że mieszkańcy tego najbardziej na południe wysuniętego skrawka Japonii, nazywają te bałwany skalne „moai” – dokładnie tak, jak mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej nazywają swe słynne posągi.

Jeszcze o podobieństwach

Frank Joseph widzi podobieństwo niektórych zatopionych obiektów z hawajskimi „heiau” – długimi wałami, wiodącymi do ogromnych schodów z szerokimi placami na wierzchu. Tam Hawajczycy rozmieszczali drewniane rzeźby swoich idoli. Wiele „heiau” istnieje do dnia dzisiejszego i nadal pozostaje świętym miejscem dla Hawajczyków. Jednakże okinawskie budowle megalityczne zbudowane są z ogromnych bloków skalnych, zaś „heiau” z ogromnej ilości małych kamieni o wiele mniejszych rozmiarów. Zgodnie z tamtejszymi legendami, „heiau” zbudowali Menehunowie – rasa rudowłosych kamieniarzy i budowniczych, którzy pojawili się na Hawajach o wiele wcześniej od Polinezyjczyków i którzy zginęli w straszliwej powodzi.

W dawnej hawajskiej pieśni „Kamulipo” znanej im od stuleci, mówi się o straszliwym potopie, który w dawnej przeszłości zniszczył cały świat. I tak:

Razem z ryczącymi, nadbiegającymi i odchodzącymi falami pojawił się grzmiący dźwięk. Zaczęło się trzęsienie ziemi. Morze wystąpiło z brzegów i runęło na zamieszkałe miejsca zalewając całą ziemię. Zakończył się ród pierwszego wodza z mglistej przeszłości, przebywającego w zimnych i górskich krainach. Śmiercionośnym był potok wypływający z wnętrza Ziemi. To była fala wszystkich fal. Wielu z tych, którzy nie przeżyli, zmarło tamtej nocy.

Budowle podobne do tych z Okinawy można znaleźć w Peru, w Pachacamaca, mieście i religijnym centrum położonym na południe od dzisiejszej Limy. Kwitło ono jeszcze za czasów Inków do czasów przybycia hiszpańskich konkwistadorów, jednakże założono je w niezgłębionej Przeszłości, w mglistej głębinie tysiącleci. W czasach inkaskich była tutaj rezydencja jednego z największych dostojników Imperium, i tu zbiegały się wszystkie drogi. Miejskie ruiny z glinianych cegieł wysuszonych przez słońce, szerokie schody wiodące ku dużym placom mają sporo wspólnego z zatopionymi kompleksami budynków wokół Okinawy.

Igraszka sił Natury?

Czyż nie jest to dziwne, że przez pierwsze 10 lat od odkrycia megalitów na dnie Pacyfiku świat naukowy solidarnie ignorował to odkrycie? Pisanie po raz drugi historii świata de novo & ab ovo nikomu się nie chciało: wszak okinawskie budowle mają wiek ponad 10.000 lat i mógł je zatopić podnoszący się poziom Wszechoceanu, spowodowany przez tajanie lodowców.[1] Dlatego też źródła podają, że znalezisko to jest jedynie igraszką sił Natury. Dokonać wyłomu w tym rozumowaniu udało się dopiero profesorowi Uniwersytetu Riu-kiu, specjaliście w dziedzinie morskiej geologii i sejsmologii dr Masaaki Kimura. Badał on kompleks budowli koło Yonaguni przez 10 lat i dokonał kilkuset zanurzeń. Postawił on wbrew wszystkim tym źródłom swe poglądy kładąc na jedną kartę swoją reputację twierdząc, że kompleks budowli koło wyspy Yonaguni jest sztucznego pochodzenia.

Naukowy kompromis

W 1997 roku, dr Kimurze udało się przeciągnąć na swoją stronę profesora Uniwersytetu Bostońskiego dr n. geologiczno-geofizycznych Roberta M. Shocha, zajmującego się problematyką atlantologii. Dr Shoch twierdzi, że Natura nierzadko tworzy formy tarasoidalne i formacje schodkowe, ale Kimura pokazał mu zdjęcia na których widać było elementy architektoniczne różnych typów. Były to ostre granie i okrągłe otwory, schodkowe zejście i idealnie wykrojona w kamieniu transzeja. Bloki także oddzielone od „skały” – oddzielone od niej na dużą odległość, albo zebrane w jednym miejscu i ułożone w określonym porządku. I właśnie to jest dowodem na to, że nad tymi regularnymi, symetrycznymi formacjami nie pracowała Przyroda. Dowodzi to, że te megality wzniósł człowiek. Podyskutowawszy przez pewien czas, uczeni doszli do kompromisu: ludzie dobudowali i dopracowali istniejące wcześniej dzieło Natury. Podobne, jak to się nazywa, terraformowania nie były rzadkością w świecie Przeszłości.

Aktualnie w Japonii nauka akademicka albo podtrzymuje ten kompromisowy punkt widzenia, albo twierdzi wprost, że podwodne budowle w okolicach Yonaguni są dziełem rąk ludzkich.

Źródło: „Tajny XX wieka” nr 34/2011, ss. 18-19.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©       



[1] A także przede wszystkim podnosząca się temperatura wód Wszechoceanu, bowiem największy wzrost poziomu wody bierze się z jej rozszerzalności termicznej.