Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turcja. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2023

Powtórka z Izmitu

 


W poniedziałek, dnia 6 lutego, ranem 0 godzinie 04:17 TRT (02:17 CET) południowo-wschodnią Turcję i północną Syrię (zob. mapka) nawiedziło trzęsienie ziemi o M7,8 i M7,5. Od tamtej pory regularnie pojawiają się wstrząsy wtórne. Ponad 8,5 tys. osób zginęło w Turcji i ponad 2,5 tys. w Syrii. Prezydent Turcji podjął decyzję o wprowadzeniu stanu wyjątkowego na trzy miesiące w 10 miastach na południu kraju.

Po obu stronach granicy ratownicy i mieszkańcy nieustannie poszukują ludzi uwięzionych w gruzach. Obszar dotknięty kataklizmem rozciąga się na ponad 330 km — od syryjskiego miasta Hama do tureckiego Diyarbakir. Instytucje pomocowe ze szczególnym zaniepokojeniem patrzą na północno-zachodnią Syrię, gdzie życie ponad 4 mln ludzi już wcześniej opierało się na pomocy humanitarnej — informuje CNN. Mroźne warunki pogodowe dodatkowo zagrażają ocalałym i komplikują działania ratownicze. W regionie wystąpiło ponad 100 wstrząsów wtórnych. Rzecznik MSZ przekazał, że nie ma informacji, by Polacy ucierpieli podczas trzęsienia ziemi w Turcji i Syrii.

Najgorsze jest to, że burze śnieżne i zamiecie, które tak dały nam do wiwatu w ubiegły weekend przeniosły się nad Turcję i Armenię. Na szczęście nie sięgnęły obszaru trzęsienia ziemi. Tym niemniej w okolicach Kahmanmanaras gdzie znajdowało się epicentrum drugiego wstrząsu, temperatura spadła do -6°C i jednak zapowiadają się opady śniegu…

Wieczorem 6.II udała się do Turcji ekipa PSP HUZAR w celu niesienia pomocy ofiarom kataklizmu. Dotarli tam 7-go o godzinie 02:29. Aktualnie polscy strażacy wyciągają żywych ludzi spod ruin domów. Cały czas trwa walka o życie ofiar trzęsienia ziemi. Liczba ofiar śmiertelnych trzęsienia ziemi, które nawiedziło w poniedziałek południowo-wschodnią Turcję i północno-zachodnią Syrię przekroczyła 8,7 tys. W Turcji zginęły 6 234 osoby, a w Syrii - co najmniej  2530.

Szczególną podłością popisał się syryjski zbrodniarz Baszar al-Asad. Siły reżimu Baszara el-Asada zbombardowały miasto, będące w rękach antyrządowych syryjskich rebeliantów, natychmiast po wystąpieniu trzęsienia ziemi — poinformował rząd Wielkiej Brytanii. Jakim trzeba być skurwysynem, by tak postępować?

Według sejsmologów i meteorologów pogranicze Turcji i Syrii to jeden z najbardziej aktywnych sejsmicznie obszarów na całym świecie. Jednak większość odnotowywanych tam drgań nie jest aż tak potężna. Ostatni raz do podobnej tragedii doszło w 1939 roku. W tamtej katastrofie liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła około 16-17 tysięcy osób.



A mnie to przypomina podobną tragedię w innym miejscu w Turcji – miasto Izmit w 1999 roku, które zabiło 18.000 osób, co było najgorszym kataklizmem od wielu lat. Było to trzęsienie ziemi o sile M7,6, które miało miejsce 17.VIII.1999 r. i trwało 37 sekund. Nawiedziło północno-zachodni obszar kraju, a jego epicentrum miało miejsce w Gölcük, niedaleko Izmitu. W wyniku trzęsienia ziemi zginęło ponad 18 tysięcy osób, co czyni kataklizm największą katastrofą jaka miała miejsce w Turcji od zakończenia II wojny światowej. Jak podaje Wikipedia - silne trzęsienie ziemi spowodowało, że zawaliło się wiele gecekondular. Według oficjalnych danych zginęło ponad 17 tysięcy osób. Rannych zostały 43 tysiące osób, 214 tysięcy budynków mieszkalnych i 30 tysięcy budynków handlowych zostało uszkodzonych, z czego 20 tysięcy się zawaliło. Niemal 10 tysięcy ofiar zginęło w samym mieście Gölcük oraz jego najbliższych okolicach.

Najgorsze jest to, że mimo tego, że Turcja jest w miarę nowoczesnym państwem, to nie ma wyspecjalizowanych służb ostrzegawczych i ratowniczych. Dlatego trzęsienia ziemi są tak dewastujące. A przecież wystarczyłoby posłuchać tylko obserwatorów przyrody, którzy ostrzegali przez kataklizmem obserwując zachowanie gadów i ptaków, które opuszczały swe miejsca szukając schronienia gdzieś indziej. Ale z tym jest jak zwykle – kto rozsądny słucha ostrzeżeń jakichś tam przyrodników?

A może to wszystko jest za przyczyną pokazania się zielonej komety C/2022 E3 (ZTF). Aktualnie pomyka gdzieś na tle konstelacji Woźnicy. Ze względu na kolor przypomina mi zielone meteoryty z książki Johna Wyndhama, które zaktywizowały tryfidy. Komety zawsze były sygnałem i przyczyną nieszczęść, a zatem…

Miejmy nadzieję, że nas to ominie.

środa, 13 stycznia 2016

Potwór z jeziora Van

Jezioro Van - widok z orbity (NASA)


Paweł Bukin


W 1990 roku, międzynarodowa ekspedycja wzięła próbki z dna jeziora Wan/Van. Okazało się, że 17.000 lat temu jezioro wyschło – mówią o tym solne kryształy na jego dnia – a potem, nie wiedzieć dlaczego znów się nawodniło.

Ostatnimi laty o potworach z jeziora mówi się coraz to częściej. Jeżeli kilkadziesiąt lat temu informacje o czymś podobnym przychodziły już to z brzegów słynnego szkockiego jeziora Loch Ness, to teraz wyjaśniło się, że słodkowodne monstra podobne do ichtiozaurów i plezjozaurów żyją w Kanadzie i w Norwegii, w Rosji i Chinach. Napływają także informacje z Turcji.




Widoki z jeziora Van


Sodowe jezioro


Jezioro Wan znajduje się na wschodzie Turcji – na N 38°36’32” – E 042°56’24” – w pobliżu irańskiej granicy. Jest ono tak duże, że miejscowi nazywają je Wanskim Morzem. Rzeczywiście, pośród jezior Bliskiego Wschodu rozmiarami ustępuje ono irańskiemu jezioru Urmia, ale jest ono największym w świecie słonym jeziorem. Szerokość jeziora Wan wynosi 119 km, powierzchnia – 3754 km², zaś wysokość wynosi 1548 m n.p.m. Na dodatek – w odróżnieniu od Urmii – jest głębokie, bowiem średnia głębokość wynosi 160-170 m, natomiast maksymalna wynosi aż 451 m.

[Dla porównania średnia głębokość Bałtyku wynosi 50 m, zaś największa głębia -  Jama Landsort - wynosi 459 m – uwaga tłum.]

W niedzielę miejscowa ludność urządza w jeziorze pranie bez użycia mydła czy jakichś proszków. Woda tutaj jest sześciokrotnie bardziej słona niż woda morska, ale zawiera ona najwięcej sody – N2CO3 · 10H2O czyli natronu. Wykąpiesz się – będziesz czystym jakbyś posłużył się najlepszym mydłem. Dlatego też miejscowi fabrykanci środków piorących uzyskują je drogą odparowania soli z wód jeziora. Sole te dzięki swemu składowi chemicznemu czymś przypominają uzdrowicielskie sole z Morza Martwego. Wodą z jeziora Wan także można się leczyć. Miejscowi staruszkowie z powodzeniem stosują ją do leczenia artretyzmu i reumatyzmu. Do tego koncentracja soli nie jest aż tak wielka. Chociaż wody z Wan nie można pić, to jest ona unikalna, bo nigdzie w świecie nie spotyka się ryba – endemiczny cefal perłowy – Chalcarburnus tarichi.

Jezioro jest otoczone górami, w tym znajdują się tam dwa wulkany – Nemrut Dağı i Süphan Dağı. Góry chronią jezioro przed chłodnymi wiatrami, zaś z kolei jego wody łagodzą klimat i pozwalają na wzrost na jego brzegach pięknym kwiatom i owocom o niezwykłym smaku. Na dodatek na brzegach jeziora nie ma ani jednego pastwiska, bowiem woda do picia dla zwierząt kopytnych też się nie nadaje.

Natomiast w jeziorze żyją niecodzienne koty, które nie dość że doskonale pływają, to jeszcze potrafią łowić ryby. Są to tureckie koty Van – tak je tam nazywają. Jeżeli ktoś ma szczęście, to może wczesnym rankiem obserwować, jak kiciusie robią sobie najautentyczniejsze zawody pływackie. Każdy taki kot jest bardzo cennymi jest prawnie chroniona, ich wywóz z Turcji jest możliwy tylko po uzyskaniu specjalnego zezwolenia. Uważa się, że koty te są błogosławionym darem od Allacha. Mówią o tym specyficzne prążki na mordce – od nosa do końcówki ucha i różnokolorowe oczy: jedno zielone a drugie niebieskie. Tak więc nie trzeba się dziwić, że przy wjeździe do miasta Wan przybysza witają dwa ogromne pomniki kotów tej rasy.


Kot znad jeziora Van


Przerażające wiszapy


Jednakże ostatnimi czasy okazuje się, że jezioro stało się sławne a to za sprawą jakiegoś potwora przypominającego dość dokładnie osławioną Nessie. Istnieją dawne ormiańskie podania mówiące o tym, że w jeziorze mieszka „potwór z jeziora Wan”. Jeszcze ormiańscy kronikarze Mowses Horenaci i Anania Szirakaci pisali o zamieszkujących jezioro wiszapach. Te potwory były tak wielkie, że mogłyby śmiało połknąć cały zamieszkały świat. Jednakże przez cały XX wiek z powodów politycznych nikogo nie interesowały te potwory, i nikt nie interesował się tym zbiornikiem wodnym. Potwory rzadko pokazywały się na oczy miejscowym i dopiero w latach 90., o dziwnych stworzeniach zaczęto mówić o wiele częściej.

Wczesnym rankiem staliśmy na pokładzie promu i czekaliśmy na koniec załadunku. Naraz na powierzchni wody ukazał się szybko poruszający się przedmiot ciemnego koloru. Pracuję na tym promie ponad 20  lat i wiele razy słyszałem o tym potworze zamieszkującym głębiny jeziora, ale nie wierzyłem w jego istnienie. A tego dnia przed moimi oczami pokazało się coś strasznego…

Takie właśnie opowiadania zaczęły się coraz częściej pojawiać się na łamach prasy tureckiej. Naoczni świadkowie – jakby się zmówili – mówią o stworzeniu brudnoszarego koloru, o długości 20 m, z głową pokrytą sierścią i szeregiem grzebieni na grzbiecie. Wypływa ono rankiem na powierzchnię wody i po kilku minutach ponownie skrywa się pod jej lustrem. Mieszkańcy sąsiednich wsi opowiadają, że stworzenie to przejawia ciekawość: od czasu do czasu unosi łeb na długiej szyi nad wodną powierzchnię i obraca nim jakby obserwował okolicę.

Uczeni są nastawieni do tego sceptycznie.  I tak doktor biologii Uniwersytetu Ankarskiego Erkut Kiwaçi w wywiadzie dla gazety „Hürriyet” oświadczył, że:
- W jeziorze, w którym woda odznacza się wysoką zawartością sody i praktycznie nie ma wodorostów i ryb, duże zwierzęta nie mogą istnieć. Poważne badania można przeprowadzić tylko i wyłącznie wykonując serie w miarę ostrych zdjęć.

Jednakże niektórzy specjaliści od kryptozoologii trzymają się innego poglądu. Potworem z jeziora Wan zainteresował się w swoim czasie sam Jacques Yves Cousteau – słynny badacz Wszechoceanu, który nie był skłonny uwierzyć w różne cuda. Niestety, w końcu czerwca 1997 roku, śmierć przeszkodziła mu w zorganizowaniu ekspedycji nad jezioro.


Czy monstrum z jeziora Van to mozazaur?


Monstrum na taśmie video


W dniu 12.VI.1997 roku, potwór z jeziora Wan został po raz pierwszy uchwycony na taśmę video. Tego to właśnie dnia udało się tego dokonać wykładowcy miejscowego uniwersytetu dr Unalowi Kozakowi. Ujęcie z jeziorowym potworem trwało wszystkiego kilka sekund. Na video można było ujrzeć czarno-brązowy obiekt z garbem, z boku którego widać było coś w rodzaju oka. Dr Kozak twierdzi, że stworzenie to było długie na co najmniej 20 metrów! Młody badacz był trzykrotnie świadkiem pojawienia się potwora i zebrał on ponad 1000 zeznań naocznych świadków. Zbadawszy zdjęcia wykonane przez Kozaka (zob. film na YT - https://www.youtube.com/watch?v=KbJ789UgIb0 – przyp. tłum.) uczeni potwierdzili ich autentyczność. W Uniwersytecie Miejskim w Van przez pewien czas pracował operatywny sztab zbierający relacje o spotkaniach z potworem i jego poszukiwaniami. Na jeziorze pływali japońscy filmowcy. Teraz pracuje tam grupa tureckich specjalistów, którzy maja odpowiednią aparaturę. Poza tym ma tam zamiar przybyć ekipa kryptozoologów z Wielkiej Brytanii. Czyż można nie mówić o miłośnikach z foto- i wideokamerami, którzy rozbijają na brzegach jeziora namioty w nadziei, że się im uda sfotografować tajemniczą istotę? Miejscowi i przyjezdni turyści jak na razie wzbraniają się od uzdrawiającej kąpieli w wodach jeziora.

Tymczasem tureckie media podały informację o jeszcze jednym cudzie Przyrody, zamieszkującym jezioro Gol. (Niestety nie udało mi się znaleźć tego jeziora, bowiem tureckie słowo „göl” znaczy dokładnie tyle, co „jezioro” – przyp. tłum.)  Wedle słów tych, którzy widzieli potwora, jest on po prostu straszny. Ten włochaty, okrutny stwór przyciągnął uwagę nawet deputowanych do tureckiego parlamentu. Wedle mediów, doszło do tego po tym, jak wynurzonego potwora zobaczył gubernator prowincji, który odpoczywał wraz z rodzina na brzegu jeziora Gol. Do tego nikt nie zwracał uwagi na oświadczenia miejscowych mieszkańców, którzy niejednokrotnie widzieli to monstrum. Obecnie „potworem z Gol” zajmuje się specjalna komisja. No i być może jezioro to, podobnie jak Wan stanie się miejscem spotkań miłośników sensacji z całego świata!  


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 25/2015, ss.30-31 i Internet
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©          
     

   

czwartek, 16 sierpnia 2012

SPRAWA NR 020/H – KAPADOCKIE ŚWIATY PODZIEMNE


Krajobraz Kapadocji

Wiktoria Leśniakiewicz, Robert K. Leśniakiewicz        


Nasz stary przyjaciel dr Miloš Jesenský w swej pracy „Bogowie atomowych wojen“ (Ústi nad Labem 1998)[1] pisze o straszliwym konflikcie zbrojnym, który miał miejsce kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Niektórzy autorzy, jak np. sir Brinsley le Poer-Trench - Lord of Clancarty – szacują ten okres czasu na 12-50 tyś. lat temu.[2] Inni na równie zamierzchłe czasy, ale i w tych przypadkach cezurą jest tutaj magiczna liczba 12.000 lat temu, czyli przełom zodiakalnej Epoki Panny i Lwa – szczyt potęgi Imperium Atlantydzkiego w basenie Morza Śródziemnego, który zarazem stał się początkiem jego upadku...[3] Pozostałością po tych wstrząsających wydarzeniach stały się dziwne artefakty, budowle megalityczne, podania i legendy oraz właśnie te nieprawdopodobne fakty, wobec których kapituluje ortodoksyjna nauka, bowiem nie mieszczą się one w jej ciasnych ramach. Z łańcuchem właśnie takich dziwnych faktów spotkaliśmy się w Turcji latem 2002 roku.

Kapadocja, to kraina geograficzna położona w górach Taurus, na południu Turcji. Jej krajobraz przypomina krajobraz z innej planety, NB to właśnie tutaj kręcono niektóre epizody z lucasowskich „Wojen gwiezdnych”, który powstał około 60 mln lat temu, we wczesnym Kenozoiku, krótko po impakcie asteroidy, który zabił dinozaury. Kraina ta należąca wtedy do lądu Tetydy została pokryta bardzo grubą warstwą jasnego tufu wulkanicznego – wyprodukowanego przez trzy pobliskie wulkany: Erciyeş Dag (3.917 m n.p.m.), Hasan Dag (3.263 m) i Gölü Dag (2.143 m) - który potem spękał tworząc niesamowicie wyglądające formacje terenowe: pinakle, stożki, grzyby skalne, groty, wąwozy czy kaniony wyżłobione przez wodę deszczową – vide zdjęcia. Niesamowita i zarazem piękna to kraina.






Nieco później, bo 1.800 lat p.n.e. tereny te zamieszkiwał lud Hatti – czyli Hetyci, którzy stworzyli swoje własne imperium. Ludy, które tam się osiedliły wybudowały potem miasta w tufowej skale. Rzecz w tym, że były to miasta nie na powierzchni Ziemi, ale w jej głębi... I to właśnie one nas zainteresowały, a szczególnie Derinkuyu, które zwiedzałam w sierpniu 2002 roku. Przewodniki mówią o Kapadocji i jej podziemnych miastach, że są one unikatem na skalę światową. Faktycznie – nigdzie indziej nie ma czegoś podobnego – a przynajmniej jeszcze nie znaleziono.

W tym regionie znajduje się 36 podziemnych miast i wszystko wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec, i że największe i najciekawsze odkrycia są jeszcze daleko przed nami. Któż może wiedzieć, ile czasu pochłonęła budowa tych podziemnych kompleksów, ile tysięcy ludzi pracowało nad ich budową, jakich technik budowlanych oni używali, i co najciekawsze: jak wydobywali tysiące metrów sześciennych skały i ziemi, jak transportowali urobek na powierzchnię i jak się ich pozbyli, by nie zwrócić uwagi swych wrogów na trwające prace podziemne? W rzeczy samej, wszystko było dziełem ludzkiej pracy i przemyślności, jakkolwiek nie było to łatwe do wykonania przy ówczesnym poziomie techniki.

Najbardziej logiczną metodą budowy podziemnych kompleksów – która wyjaśnia wiele – było wywiercanie przede wszystkim szybów wentylacyjnych (patrz schemat), które wbijano w skałę dopóki, dopóty nie natrafiono na wodę, to jest do głębokości 70-85 m; a potem rozbudowywano poziomy podziemnego miasta od szybów wentylacyjnych w głąb skał we wszystkich kierunkach. Szyby wentylacyjne były zawsze otwarte, by podziemni konstruktorzy i budowniczowie mieli świeże powietrze. Dzięki temu powstało to wspaniałe dzieło sztuki i zmysłu konstrukcyjnego ludzi tamtej epoki. Jak to robiono? Prawdopodobnie kamiennymi dłutami i siekierkami w miękkim tufie. Nie znaleziono wprawdzie śladów obróbki tufów przy ich pomocy, ale w 1910 roku angielski archeolog R. Campbell Thomson znalazł takie narzędzia w jednej z komór podziemi.

To pytanie rodzi się natychmiast i dotyczy zagadnienia drążenia podziemnych konstrukcji, a mianowicie: jak wydobywano urobek spod ziemi i co z nim robiono? Oczywiście, że tym, co wybrano spod ziemi – a była to gleba i skała wydobywana z głębokości 70-85 m w pewnych miejscach i to wszystko robiono na obszarze nawet 4 km2 (!!!) – usypano by w wielki pagórek czy też kopiec. Zastanawiające jest to, czy te miasta zostały wybudowane w czasach Paleolitu? Tego nadal nie wie nikt, bowiem badania i wykopaliska prowadzone są w ograniczonym zakresie. Istnieją dowody na to, że mieszkali tam Rzymianie i Bizantyjczycy, i znajduje się tam kościół w kształcie krzyża, gdzie później powołano także szkołę misjonarską.




Wentylacja podziemnych miast stała na bardzo wysokim poziomie. Czyste powietrze dochodzi aż do najniższego poziomu poprzez system tuneli i szybów wentylacyjnych. Szokującym jest to, że powietrze jest tak czyste, jakby filtrowane. Dym z papierosa jest usuwany nieprawdopodobnie szybko przez szyby wentylacyjne na każdej z siedmiu kondygnacji Derinkuyu! Na poszczególnych piętrach temperatura w sąsiedztwie szybów wentylacyjnych wynosi od +7 st. C do +8 st. C i jest stała niezależnie od panującej pory roku. W partiach odległych od szybów jest ona wyższa i zawiera się pomiędzy +13 st. C a +15 st.C. Powietrze płynie systemem otworów o średnicy 10 cm i długości 3-4 m, wywierconych przy pomocy drewnianych świdrów z metalowymi zakończeniami, z poziomu na poziom.

Jak dotychczas niewielka część podziemi została udostępniona zwiedzającym. Nie mamy wielu informacji dotyczących historii tych miast. Z tego powodu ciągle stajemy w obliczu coraz to nowych pytań. I tak np. wciąż nie za bardzo wiemy, jak ludzie mogli żyć w tak zatłoczonych podziemiach? Obliczono bowiem, że podobno zamieszkiwało tam jednorazowo 200.000 mieszkańców! To bardzo dużo, jak na owe czasy!

Na udostępnionym do zwiedzania szlaku w Derinkuyu spotykamy niewiele kuchni. Wyglądałoby zatem na to, że tam były kuchnie dla jednej, lub co najwięcej dwóch rodzin. W tej chwili panuje pogląd, że wiele rodzin używało wspólnie jedną kuchnię – jak w byłym ZSRR... Miało to jeszcze znaczenie strategiczno-obronne – dym z wielu kuchni mógł nieprzyjaciołom zdradzić lokalizację podziemnych miast z wiadomym efektem. Dlatego też ludzie używali tylko kilku palenisk kuchennych, które obsługiwały całą populację.

Następna sprawa, to sprawa tamtejszych WC. W podziemnych miastach Tatlarin i Gelveri toalety zrobiono niezwykle starannie i mogą być używane nawet dzisiaj! Są tam nawet podziemne szamba. W innych miastach nieczystości składowano do glinianych i zamykanych naczyń, które potem wynoszono z podziemi do wiosek, które maskowały wejścia do podziemnych miast, a dzięki czemu zapobiegano fetorowi i możliwości zakażenia salmonellozą lub innymi chorobami tego typu.

Nie ma śladów odzieży, którą nosili ludzie zamieszkujący te podziemia – przynajmniej nie znaleziono ich w komorach i korytarzach na szlaku turystycznym. Na pewno używano grubszej odzieży ze względu na niższą temperaturę panującą w podziemiach. Korytarze wszystkich miast podziemnych mają 160-170 cm wysokości od spągu do stropu i nie bardzo wiadomo, czy ludzie je zamieszkujący byli takiego właśnie wzrostu?







Na pewno wiadomo, że znajdowały się tam zwierzęta gospodarskie i wytwórnie win, bowiem wskazują na to stajnie, obory i winiarnie umieszczone na wszystkich poziomach miast. Tymczasem wieśniacy uprawiali ziemię na równinach. Ziemia była powulkaniczna, a zatem bardzo żyzna. Wypada tutaj postawić kolejne pytanie: jak ci ludzie byli w stanie komunikować się ze sobą, kiedy zaatakowali ich wrogowie?

W Kapadocji są wzgórza i góry takie, jak : Erdaş, Karadağ, Çağnı i Kahveci – na szczytach których znajdowały się posterunki wartownicze, które przekazywały sobie informacje o zagrożeniach przy pomocy błysków światła i innych umówionych sygnałów. Zazwyczaj w takich przypadkach i w takim terenie porozumiewano się przy pomocy sygnałów dymnych.

Podziemne miasta miały swe znaczenie także w czasie szerzenia się chrześcijaństwa. W czasie prac wykopaliskowych i porządkowych wydobyto stare monety, naczynia na kruszec i olej do lamp, jednakże podziemne miasta nie są zamieszkiwane już od VIII w n.e.

Przez te 1.200 lat stały one otworem i przenikał do nich deszcz i śnieg, kurz, kamienie i ziemia poprzez otwarte drzwi i szyby wentylacyjne. Tymczasem ludzie mieszkali nadal we wsiach nad nimi, nie zdając sobie sprawy z tego, co znajduje się pod ich stopami...

Największe zainteresowanie współczesnych budzą niezwykłe drzwi, które zrobiono z okrągłych, gładko ociosanych kamieni o grubości 55-65 cm, wysokości 170-175 cm i wadze od 300 do 500 kg! Są one o wiele twardsze, niż skały tufowe tworzące podziemne miasto. Ociosano je i obrobiono na powierzchni ziemi, a następnie przetransportowano w dół, gdzie osadzono je na stałe.



Generalnie, wszystkie miasta – te udostępnione dla turystów i te niedostępne dla publiczności – położone są na wschodnich, południowych i zachodnich zboczach wzgórz. Na północnej stronie nie budowało się ich, a to ze względu na ostre zimy i dużą ilość śniegów, które w czasie nich spadały.

Jak dotąd, to   n i k t   nie odpowiedział na zasadnicze pytania: kto pierwszy zbudował te podziemne miasta, w którym wieku i jakie plemiona tego dokonały oraz – co najważniejsze -  d l a c z e g o   je wybudowały???

I byłoby tyle mądrości objawionej z przewodników i mądrych ksiąg.

Nasz przewodnik, o jakimś niezmiernie skomplikowanym tureckim imieniu, które spolszczyliśmy do polskiego Jacka, opowiedział nam jeszcze o tym, że dwa z tych podziemnych miast są połączone tunelem o długości 40 km wybitym w skamieniałym tufie i obsydianie. Brzmiało to niewiarygodnie, ale... Przypomniały nam się opowieści z polskiego i słowackiego Spisza, w których mówi się o tajemniczym tunelu łączącym Zamek Dunajec w Niedzicy z domniemanym Zamkiem Karpaty (z powieści Juliusza Verne’a pt. „Zamek w Karpatach”) w Spišskim Podhradiu k./Prešova na Słowacji, a który też miałby mieć długość prawie 40 km i przebiegać w wapiennych skałach Pienin i Spišsko – Šarišskiego Medzihoria.[4] Pięknie.

Są jednak rzeczy, które budzą nasze wątpliwości, a mianowicie: na którym poziomie trzymano zwierzęta? Na 1 czy na 7? Na pierwszym byłoby nie bardzo bezpiecznie, bo ryk bydła słychać byłoby nawet spod ziemi – szczególnie w nocy. Na ostatnim też nie, bo fekalia ściekając i przeciekając przez porowate skały skaziłyby wodę... Ten fakt staje się niebagatelnym problemem!

Mówi się, że okoliczna ludność chowała się w tych miastach przed Persami. Oczywiście pochód Persów zaczynał się na wiosnę i kończył późną jesienią, a wszystko było uzależnione od spyży. Bez tego ani rusz. Bez tego nawet najlepsza armia świata staje się zbieraniną hałastry. Z Persji – dzisiaj Iran – do Kapadocji jest prawie 2.000 km w linii prostej. W praktyce o wiele więcej, bowiem nie idzie się tam przez równiny, tylko góry i to wysokie. Zakładając, że armia perska poruszała się z prędkością do 20 km dziennie – co jest szacunkiem zawyżonym – te dwa tysiące kilometrów przeszłaby w ciągu 100 dni, czyli trzech miesięcy. A potem trzeba było wracać na Wyżynę Irańską też 3 miesiące... - pozostała zatem okupacja tych terenów. I tutaj kolejna wątpliwość – skoro Persowie okupowali te tereny w latach 546-333 p.n.e., to musieli wiedzieć o tych miastach. Nie jest możliwe, by ukryć fakt ich istnienia na czas dłuższy, niż wyczerpią się zapasy zgromadzone w podziemiach... Były przecież pola, które trzeba było uprawiać: orać, siać, kosić i zbierać, zwierzęta, które trzeba było karmić, itd. itp. – a tego nie dało się ukryć przed najeźdźcami. Takich cudów nie było, nie ma i nie będzie. Takie pożal się Boże „wyjaśnienie” zadowala mieszczucha, ale nie kogoś, kto jest związany z pracą na roli!

Przed Hetytami, czyli 1.800 lat temu tereny te zamieszkiwały ludy azjanickie, ale to nie one zbudowały te podziemne miasta. Powstały one w epoce wczesnego Paleolitu – czyli około 1 mln – 100.000  lat temu! Pytanie brzmi – komu i do czego były potrzebne takie miasta? Jak dotąd oficjalna nauka nie znalazła na nie odpowiedzi, a tymczasem odpowiedź jest prosta, gdy spojrzymy na problem z punktu widzenia hipotezy o zamierzchłej Pracywilizacji na Ziemi – cywilizacji, która poprzedza naszą własną, a której upadek zakończyła zagłada Atlantydy 12.000 lat temu.

Wspomniany już tutaj dr Jesenský w swej pracy twierdzi, że nasza cywilizacja wyrosła na gruzach i popiołach poprzedniej cywilizacji Atlantydów, która pozostawiła po sobie gigantyczne artefakty w postaci kamiennego sanktuarium w Marcahuasi, piramid w Gizie i innych miejscach, kamiennych kul w Meksyku i na Słowacji, obserwatorium w Stonehenge, kurhanów w Małopolsce, itd. itp., które spędzają sen z powiek archeologom i poszukiwaczom Nieznanego.

Cywilizacja ta spłonęła w ogniu termonuklearnej wojny, który przekształcił w pustynie tętniące życiem obszary Afryki, obu Ameryk, Azji i Australii. Być może to ludzie zostali zaatakowani przez Obcych z Kosmosu, którym Ziemia nadawała do osiedlenia się i kolonizacji? Tego się już chyba nie dowiemy... Pozostały po tej zawierusze obszary stosunkowo nietknięte przez wojenny kataklizm i jednym z nich jest właśnie Kapadocja. To właśnie tutaj schowali się ludzie ocaleli z Wielkiego Konfliktu i tutaj przetrwali najgorszy okres zmian klimatycznych po skończeniu się IV Zlodowacenia (u nas zwanego Zlodowaceniem Północnopolskim). Niewykluczone, że miasta te zbudowano jeszcze wcześniej – 1,8 mln lat temu, kiedy zaczęło się I lub II Zlodowacenie (w Polsce: Przasnyskie i Południowopolskie [Krakowskie]) – najgorsze ze wszystkich – które objęły pół Europy i zaostrzyły znacznie klimat nad Morzem Śródziemnym. Tak czy inaczej – budowa tych miast ma ścisły związek ze zmianami klimatycznymi na Ziemi. A tylko wojna nuklearna spowodowałaby tak katakliktyczne zmiany klimatu porównywalne jedynie z efektami impaktu asteroidy!

Ciekawa rzecz, bo patrząc na te wszystkie budowle, przypomniała się nam relacja dr Ludmiły Szaposznikowej o tajemniczej krainie Szambalii – Szanszun-go czy też Krainie d’Bus[5], (którą James Hilton nazwał Shangri-la w swej powieści „Zaginiony horyzont”), a w której mędrcy mieszkali w wydrążonych iglicach skalnych nad świętym jeziorem Nam-co-to-rin. Zgadzało się prawie wszystko, nie było tylko świętego jeziora Nam-che...[6]

I jeszcze jeden, naszym zdaniem tajemniczy fakt, o którym opowiedział nam nasz przewodnik, a mianowicie: dłuższe przebywanie w korytarzach podziemnych miast powoduje napromieniowanie ciała człowieka słabymi dawkami promieniowania jonizującego, co stwierdził na samym sobie w trakcie lekarskich badań okresowych w Ankarze. To naturalne – tufy, obsydiany i inne skały wulkaniczne zawsze promieniują silniej, niż normalne radioaktywne tło Ziemi, co można stwierdzić np. w Tatrach Wysokich, których granity wypromieniowywują 21-30 μSv/h i więcej. W przypadku Kapadocji, dawki są silniejsze i dłuższa ekspozycja na nie grozi konsekwencjami dla zdrowia człowieka i zwierząt. Czyżby to były namacalne ślady Wielkiego Konfliktu?

Tak czy owak – wychodzi na to, że te podziemne miasta były po prostu   s c h r o n a m i   przed opadami radioaktywnymi, które od czasu do czasu nawiedzały to miejsce – wszak niedaleko od Kapadocji znajdują się pustynie Arabii Saudyjskiej, Radżastanu (Thar) i Sahara, które – jeżeli mamy wierzyć starym tekstom świętych ksiąg hinduskich i legendom ludów Afryki – były celem uderzeń broni masowego rażenia w Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów przed 120 wiekami. A zatem podziemne budowle Kapadocji stanowią kolejne ogniwo w długim łańcuchu dowodów na to, że nie jesteśmy pierwsi na tej planecie...


[1] Przekład R. K. Leśniakiewicz – dostępny w Internecie na stronie „Xięgi niewydane” - http://hyboriana.blogspot.com
[2] Brinsley le Poer-Trench – „Operacja Ziemia”, Londyn 1978 – przekład R. K. Leśniakiewicz.
[3] Brinsley le Poer-Trench – „Men Among Mankind”, Londyn 1978 – przekład R. K. Leśniakiewicz; Ludwik Zajdler – „Atlantyda”, wydanie IV, Warszawa 1980.
[4] Zob. Robert K. Leśniakiewicz – „Projekt Tatry”, Kraków 2002.
[5] Czytaj Ui lub Üi.
[6] Zob. także F. A. Ossendowski – „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, Poznań 1930.

czwartek, 8 września 2011

Atlantyda i Agharta (21)


TURECKA AGHARTA: 

KAPADOCKIE ŚWIATY PODZIEMNE


Wiktoria Leśniakiewicz, Robert K. Leśniakiewicz

Nasz stary przyjaciel dr Miloš Jesenský w swej pracy „Bogowie atomowych wojen“ (Ústi nad Labem 1998)[1] pisze o straszliwym konflikcie zbrojnym, który miał miejsce kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Niektórzy autorzy, jak np. sir Brinsley le Poer-Trench - Lord of Clancarty – szacują ten okres czasu na 12-50 tyś. lat temu.[2] Inni na równie zamierzchłe czasy, ale i w tych przypadkach cezurą jest tutaj magiczna liczba 12.000 lat temu, czyli przełom zodiakalnej Epoki Panny i Lwa – szczyt potęgi Imperium Atlantydzkiego w basenie Morza Śródziemnego, który zarazem stał się początkiem jego upadku...[3] Pozostałością po tych wstrząsających wydarzeniach stały się dziwne artefakty, budowle megalityczne, podania i legendy oraz właśnie te nieprawdopodobne fakty, wobec których kapituluje ortodoksyjna nauka, bowiem nie mieszczą się one w jej ciasnych ramach. Z łańcuchem właśnie takich dziwnych faktów spotkaliśmy się w Turcji latem 2002 roku

Kapadocja, to kraina geograficzna położona w górach Taurus, na południu Turcji. Jej krajobraz przypomina krajobraz z innej planety, NB to właśnie tutaj kręcono niektóre epizody z lucasowskich „Wojen gwiezdnych”, który powstał około 60 mln lat temu, we wczesnym Kenozoiku, krótko po impakcie asteroidy, który zabił dinozaury. Kraina ta należąca wtedy do lądu Tetydy została pokryta bardzo grubą warstwą jasnego tufu wulkanicznego – wyprodukowanego przez trzy pobliskie wulkany: Erciyeş Dag (3.917 m n.p.m.), Hasan Dag (3.263 m) i Gölü Dag (2.143 m) - który potem spękał tworząc niesamowicie wyglądające formacje terenowe: pinakle, stożki, grzyby skalne, groty, wąwozy czy kaniony wyżłobione przez wodę deszczową – vide zdjęcia. Niesamowita i zarazem piękna to kraina.

Nieco później, bo 1.800 lat p.n.e. tereny te zamieszkiwał lud Hatti – czyli Hetyci, którzy stworzyli swoje własne imperium. Ludy, które tam się osiedliły wybudowały potem miasta w tufowej skale. Rzecz w tym, że były to miasta nie na powierzchni Ziemi, ale w jej głębi... I to właśnie one nas zainteresowały, a szczególnie Derinkuyu, które zwiedzałam w sierpniu 2002 roku. Przewodniki mówią o Kapadocji i jej podziemnych miastach, że są one unikatem na skalę światową. Faktycznie – nigdzie indziej nie ma czegoś podobnego – a przynajmniej jeszcze nie znaleziono.

W tym regionie znajduje się 36 podziemnych miast i wszystko wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec, i że największe i najciekawsze odkrycia są jeszcze daleko przed nami. Któż może wiedzieć, ile czasu pochłonęła budowa tych podziemnych kompleksów, ile tysięcy ludzi pracowało nad ich budową, jakich technik budowlanych oni używali, i co najciekawsze: jak wydobywali tysiące metrów sześciennych skały i ziemi, jak transportowali urobek na powierzchnię i jak się ich pozbyli, by nie zwrócić uwagi swych wrogów na trwające prace podziemne? W rzeczy samej, wszystko było dziełem ludzkiej pracy i przemyślności, jakkolwiek nie było to łatwe do wykonania przy ówczesnym poziomie techniki.

Najbardziej logiczną metodą budowy podziemnych kompleksów – która wyjaśnia wiele – było wywiercanie przede wszystkim szybów wentylacyjnych (patrz schemat), które wbijano w skałę dopóki, dopóty nie natrafiono na wodę, to jest do głębokości 70-85 m; a potem rozbudowywano poziomy podziemnego miasta od szybów wentylacyjnych w głąb skał we wszystkich kierunkach. Szyby wentylacyjne były zawsze otwarte, by podziemni konstruktorzy i budowniczowie mieli świeże powietrze. Dzięki temu powstało to wspaniałe dzieło sztuki i zmysłu konstrukcyjnego ludzi tamtej epoki. Jak to robiono? Prawdopodobnie kamiennymi dłutami i siekierkami w miękkim tufie. Nie znaleziono wprawdzie śladów obróbki tufów przy ich pomocy, ale w 1910 roku angielski archeolog R. Campbell Thomson znalazł takie narzędzia w jednej z komór podziemi.

To pytanie rodzi się natychmiast i dotyczy zagadnienia drążenia podziemnych konstrukcji, a mianowicie: jak wydobywano urobek spod ziemi i co z nim robiono? Oczywiście, że tym, co wybrano spod ziemi – a była to gleba i skała wydobywana z głębokości 70-85 m w pewnych miejscach i to wszystko robiono na obszarze nawet 4 km2 (!!!) – usypano by w wielki pagórek czy też kopiec. Zastanawiające jest to, czy te miasta zostały wybudowane w czasach Paleolitu? Tego nadal nie wie nikt, bowiem badania i wykopaliska prowadzone są w ograniczonym zakresie. Istnieją dowody na to, że mieszkali tam Rzymianie i Bizantyjczycy, i znajduje się tam kościół w kształcie krzyża, gdzie później powołano także szkołę misjonarską.

Wentylacja podziemnych miast stała na bardzo wysokim poziomie. Czyste powietrze dochodzi aż do najniższego poziomu poprzez system tuneli i szybów wentylacyjnych. Szokującym jest to, że powietrze jest tak czyste, jakby filtrowane. Dym z papierosa jest usuwany nieprawdopodobnie szybko przez szyby wentylacyjne na każdej z siedmiu kondygnacji Derinkuyu! Na poszczególnych piętrach temperatura w sąsiedztwie szybów wentylacyjnych wynosi od +7˚C do +8˚C i jest stała niezależnie od panującej pory roku. W partiach odległych od szybów jest ona wyższa i zawiera się pomiędzy +13˚C a +15˚C. Powietrze płynie systemem otworów o średnicy 10 cm i długości 3-4 m, wywierconych przy pomocy drewnianych świdrów z metalowymi zakończeniami, z poziomu na poziom.

Jak dotychczas niewielka część podziemi została udostępniona zwiedzającym. Nie mamy wielu informacji dotyczących historii tych miast. Z tego powodu ciągle stajemy w obliczu coraz to nowych pytań. I tak np. wciąż nie za bardzo wiemy, jak ludzie mogli żyć w tak zatłoczonych podziemiach? Obliczono bowiem, że podobno zamieszkiwało tam jednorazowo 200.000 mieszkańców! To bardzo dużo, jak na owe czasy!

Na udostępnionym do zwiedzania szlaku w Derinkuyu spotykamy niewiele kuchni. Wyglądałoby zatem na to, że tam były kuchnie dla jednej, lub co najwięcej dwóch rodzin. W tej chwili panuje pogląd, że wiele rodzin używało wspólnie jedną kuchnię – jak w byłym ZSRR... Miało to jeszcze znaczenie strategiczno-obronne – dym z wielu kuchni mógł nieprzyjaciołom zdradzić lokalizację podziemnych miast z wiadomym efektem. Dlatego też ludzie używali tylko kilku palenisk kuchennych, które obsługiwały całą populację.

Następna sprawa, to sprawa tamtejszych WC. W podziemnych miastach Tatlarin i Gelveri toalety zrobiono niezwykle starannie i mogą być używane nawet dzisiaj! Są tam nawet podziemne szamba. W innych miastach nieczystości składowano do glinianych i zamykanych naczyń, które potem wynoszono z podziemi do wiosek, które maskowały wejścia do podziemnych miast, a dzięki czemu zapobiegano fetorowi i możliwości zakażenia salmonellozą lub innymi chorobami tego typu.

Nie ma śladów odzieży, którą nosili ludzie zamieszkujący te podziemia – przynajmniej nie znaleziono ich w komorach i korytarzach na szlaku turystycznym. Na pewno używano grubszej odzieży ze względu na niższą temperaturę panującą w podziemiach. Korytarze wszystkich miast podziemnych mają 160-170 cm wysokości od spągu do stropu i nie bardzo wiadomo, czy ludzie je zamieszkujący byli takiego właśnie wzrostu?

Na pewno wiadomo, że znajdowały się tam zwierzęta gospodarskie i wytwórnie win, bowiem wskazują na to stajnie, obory i winiarnie umieszczone na wszystkich poziomach miast. Tymczasem wieśniacy uprawiali ziemię na równinach. Ziemia była powulkaniczna, a zatem bardzo żyzna. Wypada tutaj postawić kolejne pytanie: jak ci ludzie byli w stanie komunikować się ze sobą, kiedy zaatakowali ich wrogowie?

W Kapadocji są wzgórza i góry takie, jak : Erdaş, Karadağ, Çağnı i Kahveci – na szczytach których znajdowały się posterunki wartownicze, które przekazywały sobie informacje o zagrożeniach przy pomocy błysków światła i innych umówionych sygnałów. Zazwyczaj w takich przypadkach i w takim terenie porozumiewano się przy pomocy sygnałów dymnych.

Podziemne miasta miały swe znaczenie także w czasie szerzenia się chrześcijaństwa. W czasie prac wykopaliskowych i porządkowych wydobyto stare monety, naczynia na kruszec i olej do lamp, jednakże podziemne miasta nie są zamieszkiwane już od VIII w n.e.

Przez te 1.200 lat stały one otworem i przenikał do nich deszcz i śnieg, kurz, kamienie i ziemia poprzez otwarte drzwi i szyby wentylacyjne. Tymczasem ludzie mieszkali nadal we wsiach nad nimi, nie zdając sobie sprawy z tego, co znajduje się pod ich stopami...

Największe zainteresowanie współczesnych budzą niezwykłe drzwi, które zrobiono z okrągłych, gładko ociosanych kamieni o grubości 55-65 cm, wysokości 170-175 cm i wadze od 300 do 500 kg! Są one o wiele twardsze, niż skały tufowe tworzące podziemne miasto. Ociosano je i obrobiono na powierzchni ziemi, a następnie przetransportowano w dół, gdzie osadzono je na stałe.

Generalnie, wszystkie miasta – te udostępnione dla turystów i te niedostępne dla publiczności – położone są na wschodnich, południowych i zachodnich zboczach wzgórz. Na północnej stronie nie budowało się ich, a to ze względu na ostre zimy i dużą ilość śniegów, które w czasie nich spadały.

Jak dotąd, to   n i k t   nie odpowiedział na zasadnicze pytania: kto pierwszy zbudował te podziemne miasta, w którym wieku i jakie plemiona tego dokonały oraz – co najważniejsze -  d l a c z e g o   je wybudowały???

I byłoby tyle mądrości objawionej z przewodników i mądrych ksiąg.

Nasz przewodnik, o jakimś niezmiernie skomplikowanym tureckim imieniu, które spolszczyliśmy do polskiego Jacka, opowiedział nam jeszcze o tym, że dwa z tych podziemnych miast są połączone tunelem o długości 40 km wybitym w skamieniałym tufie i obsydianie. Brzmiało to niewiarygodnie, ale... Przypomniały nam się opowieści z polskiego i słowackiego Spisza, w których mówi się o tajemniczym tunelu łączącym Zamek Dunajec w Niedzicy z domniemanym Zamkiem Karpaty (z powieści Juliusza Verne’a pt. „Zamek w Karpatach”) w Spišskim Podhradiu k./Prešova na Słowacji, a który też miałby mieć długość prawie 40 km i przebiegać w wapiennych skałach Pienin i Spišsko – Šarišskiego Medzihoria.[4] Pięknie.

Są jednak rzeczy, które budzą nasze wątpliwości, a mianowicie: na którym poziomie trzymano zwierzęta? Na 1 czy na 7? Na pierwszym byłoby nie bardzo bezpiecznie, bo ryk bydła słychać byłoby nawet spod ziemi – szczególnie w nocy. Na ostatnim też nie, bo fekalia ściekając i przeciekając przez porowate skały skaziłyby wodę... Ten fakt staje się niebagatelnym problemem!

Mówi się, że okoliczna ludność chowała się w tych miastach przed Persami. Oczywiście pochód Persów zaczynał się na wiosnę i kończył późną jesienią, a wszystko było uzależnione od spyży. Bez tego ani rusz. Bez tego nawet najlepsza armia świata staje się zbieraniną hałastry. Z Persji – dzisiaj Iran – do Kapadocji jest prawie 2.000 km w linii prostej. W praktyce o wiele więcej, bowiem nie idzie się tam przez równiny, tylko góry i to wysokie. Zakładając, że armia perska poruszała się z prędkością do 20 km dziennie – co jest szacunkiem zawyżonym – te dwa tysiące kilometrów przeszłaby w ciągu 100 dni, czyli trzech miesięcy. A potem trzeba było wracać na Wyżynę Irańską też 3 miesiące... - pozostała zatem okupacja tych terenów. I tutaj kolejna wątpliwość – skoro Persowie okupowali te tereny w latach 546-333 p.n.e., to musieli wiedzieć o tych miastach. Nie jest możliwe, by ukryć fakt ich istnienia na czas dłuższy, niż wyczerpią się zapasy zgromadzone w podziemiach... Były przecież pola, które trzeba było uprawiać: orać, siać, kosić i zbierać, zwierzęta, które trzeba było karmić, itd. itp. – a tego nie dało się ukryć przed najeźdźcami. Takich cudów nie było, nie ma i nie będzie. Takie pożal się Boże „wyjaśnienie” zadowala mieszczucha, ale nie kogoś, kto jest związany z pracą na roli.

Przed Hetytami, czyli 1.800 lat temu tereny te zamieszkiwały ludy azjanickie, ale to nie one zbudowały te podziemne miasta. Powstały one w epoce wczesnego Paleolitu – czyli około 1 mln – 100.000  lat temu! Pytanie brzmi – komu i do czego były potrzebne takie miasta? Jak dotąd oficjalna nauka nie znalazła na nie odpowiedzi, a tymczasem odpowiedź jest prosta, gdy spojrzymy na problem z punktu widzenia hipotezy o zamierzchłej Pracywilizacji na Ziemi – cywilizacji, która poprzedza naszą własną, a której upadek zakończyła zagłada Atlantydy 12.000 lat temu.

Wspomniany już tutaj dr Jesenský w swej pracy twierdzi, że nasza cywilizacja wyrosła na gruzach i popiołach poprzedniej cywilizacji Atlantydów, która pozostawiła po sobie gigantyczne artefakty w postaci kamiennego sanktuarium w Marcahuasi, piramid w Gizie i innych miejscach, kamiennych kul w Meksyku i na Słowacji, obserwatorium w Stonehenge, kurhanów w Małopolsce, itd. itp., które spędzają sen z powiek archeologom i poszukiwaczom Nieznanego.

Cywilizacja ta spłonęła w ogniu termonuklearnej wojny, który przekształcił w pustynie tętniące życiem obszary Afryki, obu Ameryk, Azji i Australii. Być może to ludzie zostali zaatakowani przez Obcych z Kosmosu, którym Ziemia nadawała do osiedlenia się i kolonizacji? Tego się już chyba nie dowiemy... Pozostały po tej zawierusze obszary stosunkowo nietknięte przez wojenny kataklizm i jednym z nich jest właśnie Kapadocja. To właśnie tutaj schowali się ludzie ocaleli z Wielkiego Konfliktu i tutaj przetrwali najgorszy okres zmian klimatycznych po skończeniu się IV Zlodowacenia (u nas zwanego Zlodowaceniem Północnopolskim). Niewykluczone, że miasta te zbudowano jeszcze wcześniej – 1,8 mln lat temu, kiedy zaczęło się I lub II Zlodowacenie (w Polsce: Przasnyskie i Południowopolskie [Krakowskie]) – najgorsze ze wszystkich – które objęły pół Europy i zaostrzyły znacznie klimat nad Morzem Śródziemnym. Tak czy inaczej – budowa tych miast ma ścisły związek ze zmianami klimatycznymi na Ziemi. A tylko wojna nuklearna spowodowałaby tak katakliktyczne zmiany klimatu porównywalne jedynie z efektami impaktu asteroidy!

Ciekawa rzecz, bo patrząc na te wszystkie budowle, przypomniała się nam relacja dr Ludmiły Szaposznikowej o tajemniczej krainie Szambalii – Szanszun-go czy też Krainie d’Bus[5], (którą James Hilton nazwał Shangri-la w swej powieści „Zaginiony horyzont”), a w której mędrcy mieszkali w wydrążonych iglicach skalnych nad świętym jeziorem Nam-co-to-rin. Zgadzało się prawie wszystko, nie było tylko świętego jeziora Nam-che...[6]

I jeszcze jeden, naszym zdaniem tajemniczy fakt, o którym opowiedział nam nasz przewodnik, a mianowicie: dłuższe przebywanie w korytarzach podziemnych miast powoduje napromieniowanie ciała człowieka słabymi dawkami promieniowania jonizującego, co stwierdził na samym sobie w trakcie lekarskich badań okresowych w Ankarze. To naturalne – tufy, obsydiany i inne skały wulkaniczne zawsze promieniują silniej, niż normalne radioaktywne tło Ziemi, co można stwierdzić np. w Tatrach Wysokich, których granity wypromieniowywują 21-30 μSv/h i więcej. W przypadku Kapadocji, dawki są silniejsze i dłuższa ekspozycja na nie grozi konsekwencjami dla zdrowia człowieka i zwierząt. Czyżby to były namacalne ślady Wielkiego Konfliktu?

Tak czy owak – wychodzi na to, że te podziemne miasta były po prostu   s c h r o n a m i   przed opadami radioaktywnymi, które od czasu do czasu nawiedzały to miejsce – wszak niedaleko od Kapadocji znajdują się pustynie Arabii Saudyjskiej, Radżastanu (Thar) i Sahara, które – jeżeli mamy wierzyć starym tekstom świętych ksiąg hinduskich i legendom ludów Afryki – były celem uderzeń broni masowego rażenia w Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów przed 120 wiekami. A zatem podziemne budowle Kapadocji stanowią kolejne ogniwo w długim łańcuchu dowodów na to, że nie jesteśmy pierwsi na tej planecie...


[1] Przekład R. K. Leśniakiewicz.
[2] Brinsley le Poer-Trench – „Operacja Ziemia”, Londyn 1978 – przekład R. K. Leśniakiewicz.
[3] Brinsley le Poer-Trench – „Men Among Mankind”, Londyn 1978 – przekład R. K. Leśniakiewicz; Ludwik Zajdler – „Atlantyda”, wydanie IV, Warszawa 1980.
[4] Zob. Robert K. Leśniakiewicz – „Projekt Tatry”, Kraków 2002.
[5] Czytaj Ui lub Üi.
[6] Zob. także F. A. Ossendowski – „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, Poznań 1923.