Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USAF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USAF. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

CE0/CE5 w Pordenone, Włochy

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Pordenone, prowincja Pordenone, Włochy

Data: 1995

Czas: 02:30 CET

Opis incydentu:

Świadek, pan C.P., stacjonował w tym czasie w koszarach Mittica (dawniej Mario Fiore) i pewnego dnia podczas nocnego patrolu (który rozpoczął się o 2 w nocy i zakończył o 4 w nocy) około 2:30 w nocy nagle poczuł intensywne brzęczenie, które przykuło jego uwagę, poczuł się tak, jakby był teraz całkowicie „kontrolowany” przez jakąś siłę zewnętrzną. Jego wzrok natychmiast utkwiony był w drzwiach wejściowych na parterze, prowadzących na piętro baraku, w którym pełnił służbę. W ciągu tych kilku chwil przeżył doświadczenie, które radykalnie zmieniło jego sposób widzenia rzeczywistości, jaką nam się powszechnie wydaje.

Istota o wysokości około 1,20 metra nagle zmaterializowała się, zawieszona kilka centymetrów nad ziemią. C. P. potwierdził jego całkowitą nieszkodliwość, jakby zapewnił go telepatycznie. Obracał się od lewej do prawej i odwrotnie kilka razy na przestrzeni kilku metrów (szacowana szerokość drzwi), a następnie zniknął w powietrzu. Wydawało się, że stworzenie zostało zanurzone w polu elektromagnetycznym, które zamazało jego rysy; wierzy, że miało to wzbudzić wątpliwości w jego pamięci. Istota przypominała Kosmitę należącego do rasy tzw. Szaraków. Ze względu na późną porę i zmęczenie po godzinach dziennego treningu świadek wielokrotnie chciał usprawiedliwić się przed sobą, że to, czego przeżył, było wytworem jego wyobraźni, lecz pomimo wielokrotnych prób wmówienia sobie, że od razu zwrócił na siebie uwagę tego, jak wszystko było realne.

Kilka razy wpatrywał się w podłogę, pocierając ją i identyfikując inne możliwe „szczegóły”. Wtedy jego serce zaczęło bić szybko i poczuł lekkie omdlenie, udało mu się jednak zapanować nad swoim nastrojem. Szedł korytarzem akademika, aby udać się do toalety i przemył twarz zimną wodą, próbując ochłonąć po szoku. Niedługo później wrócił do obszaru obserwacji i przez co najmniej dziesięć minut nie spuszczał wzroku z drzwi. Pamięta, że ​​tuż przed zakończeniem zmiany przełożony zapytał go pytającym, a nie uprzejmym tonem: Wszystko w porządku? C. P. odpowiedział twierdząco, zauważył jednak w swojej odpowiedzi pewne zakłopotanie, jakby ktoś kazał mu milczeć. O czwartej nad ranem zastąpił go jeden z towarzyszy, którego poprosił, aby był na tyle miły, aby dać mu znać następnego dnia, jeśli zauważył coś dziwnego. Dlatego następnego ranka, po zakończeniu porannego obchodu, poprosił swojego kolegę (wspomnianego już) o aktualizację, a ten odpowiedział: „Wszystko było w porządku”. C. P. celowo zachował niejasność, chcąc rozwiać wątpliwości i uniknąć niepotrzebnej szyderstwa (typowa reakcja w niektórych sytuacjach). W tym momencie, nie wdając się w szczegóły, zwierzył się porucznikowi, że podczas swojej nocnej zmiany doznał dziwnego „uczucia”. Porucznik natychmiast, zgodnie z oczekiwaniami, odprawił go, pytając, czy chce złożyć raport o tym, co się wydarzyło, skoro pozwalały na to przepisy. Postanowił jednak milczeć, bojąc się, że mu nie uwierzą i w konsekwencji zostanie wyśmiany.

Nie był w stanie zgłosić rodzinie zdarzenia, w które był zamieszany, podejrzewając, że rozmowa była monitorowana (co zostało mu później potwierdzone). Jednak od tej nocy jego przeżycia z dnia na dzień nasilały się. Podczas popołudniowej przerwy C. P. chodził do domu gier w Pordenone, gdzie często spotykał się z żołnierzami amerykańskimi z pobliskiej bazy USAF w Aviano i czasami poruszał temat „słynnej” Strefy 51 w obecności żołnierzy amerykańskich i zauważyli dwuznaczną postawę tego ostatniego, który wyraźnie namawiał ich do zmiany tematu. W ciągu następnych nocy C. P. miał niespokojne sny i doświadczenia przebywania poza ciałem, które pochłonęły go do tego stopnia, że ​​spowodowały burzliwe przebudzenia z intensywnym poceniem się i krwawieniem z nosa na skutek zmian ciśnienia krwi, co spowodowało jego dwudniową hospitalizację w ambulatorium. Miał także mgliste wspomnienia podróży podziemnymi tunelami”, z których jednak ma jedynie mgliste wspomnienia, szczególnie o charakterze węchowym, które nie były szczególnie przyjemne.

Po zakończeniu szkolenia w koszarach Mittica został przeniesiony do dawnego obozu „S. Zappala” w Aviano, które miały stać się jego stałą placówką służbową. Według świadka, zwykle w całym Piemoncie, w pobliżu Aviano, przez cały czas słyszalne były gromy dźwiękowe, powodujące wibracje szkła i gruntu wewnątrz konstrukcji. Wszystkie pozostałe jego doświadczenia miały tam miejsce. Często w godzinach wieczornych wyłączano prąd; porucznik przypisał to nadmiernemu zużyciu energii przez sąsiednią bazę USAF, która w tym czasie również brała udział w misjach bojowych w Bośni.

Jednak pewnego wieczoru podczas jego snu wydarzyło się coś szczególnego i okna zaczęły się trząść w wyniku startu i lądowania samolotu transportowego lub myśliwca C-130 Hercules lub F-16, po czym w jego koszarach nagle zabrakło prądu. Obudził się nagle, czując dziwny dyskomfort; wstał z piętrowego łóżka i skierował się w stronę okna, które z głównego korytarza wychodziło na plac i którego ¾ umożliwiało widok na pas startowy bazy USAF. Przez nią zauważył niezwykłe ruchy ludzi i ciężkiego sprzętu; instynktownie podnosząc wzrok ku niebu, dostrzegł w powietrzu nigdy wcześniej nie obserwowane światła, które zarysowały geometryczny kształt statku w kształcie dysku o średnicy około dwudziestu metrów, który unosił się nieruchomo na wysokości stu metrów. Nie słyszał wydobywającego się z niego żadnego hałasu, być może z powodu hałasu powodowanego przez ruch na lotnisku. Co więcej, na miejscu pasa startowego było widać swego rodzaju „spowolnienie”, jego zdaniem najprawdopodobniej spowodowane oddziaływaniem elektromagnetycznym. Wydawało się, że personel wojskowy porusza się spowolnionymi ruchami, jakby był zanurzony w „płynie”.

Dodatek HC

Źródło: Antonio Chiumiento, “UFOs ed Enigmatiche Presenze”  

Typ: E & X

 

Moje 3 grosze

 

Cała rzecz brzmi niezwykle, ale z drugiej strony nie zapominajmy, że bazy wojskowe – a w szczególności bazy w których składowana jest broń masowego rażenia – w szczególności broń A i H – znajdują się pod szczególną obserwacją Obcych.

Ciekawe jest spostrzeżenie świadka odnośnie spowolnionego ruchu na amerykańskim lotnisku. Potwierdza to hipotezę, że UFO potrafią spowalniać upływ czasu co daje im ogromną przewagę nad nami. Poza tym wskazuje to na to iż UAP tak naprawdę poruszają się w Czasie tak dobrze, jak my w czasoprzestrzeni i są chronolotami – pojazdami poruszającymi się przede wszystkim, w Czasie, a nie tylko w czasoprzestrzeni. Stąd właśnie te wszystkie turbulencje czasowe zaobserwowane w czasie bliskich CE.

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

wtorek, 8 listopada 2022

Katastrofy NOL-i

 


Elżbieta Boroń vel Bronisław Rzepecki

 

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw związanych z NOL-ami są ich katastrofy, dość sceptycznie przyjmowane zarówno przez naukowców jak i ufologów. Brak bowiem konkretnych dowodów, a dane na ten temat ograniczają się przeważnie do raportów świadków, którzy nie chcą podać swoich nazwisk obawiając się… No właśnie, czego się obawiają…?

 

Czołowym badaczem zajmującym się katastrofami UFO jest Leonard H. Stringfield, który ufologią zajmuje się z górą 30 lat. Stringfield uważa, że od 1947 roku wydarzyło się kilkadziesiąt katastrof UFO w różnych rejonach świata, a szczątki spodków kosmicznych i martwych humanoidów przetrzymują służby specjalne, które dążą do zgłębienia tajemnicy UFO.

Świadek, który teraz jest biznesmenem, osobą szanowaną w swoim środowisku i dlatego nie podaje swego nazwiska, w 1947 roku miał 19 lat. Nie pamięta już nazwiska swego towarzysza ani właściciela farmy. Na przyległym polu wraz z innym robotnikiem rolnym kosił od rana trawę, kiedy właściciel farmy zaciekawił ich opowiadaniem o niezwykłej „rzeczy” znajdującej się w pobliżu. W trójkę ostrożnie podchodzili do obiektu. Opowiadającego o tym wydarzeniu poniosły nerwy, podszedł blisko do tej „rzeczy” i kopnął ją – nie spowodowało to żadnej reakcji. W chwilę potem przybyła ekipa lotnictwa i błyskawicznie otoczyła teren. Poinstruowano trzech świadków by się stamtąd „zmyli” przestrzegając jednocześnie przed szepnięciem choćby słówka o tym, co widzieli.

Z pewnej odległości widzieli, jak oddział zmagał się z ogromnym przedmiotem i władował go na platformę z plandeką. Po załadowaniu oddział odjechał, zaś świadek nigdy więcej nie słyszał o tym obiekcie.

W 1980 roku, w USA ukazała się książka Charlesa Berlitza i W. Moore’a „Incydent w Roswell”, która dotyczy domniemanej katastrofy UFO w Nowym Meksyku (USA) w lipcu 1947 roku. A oto w skrócie fakty, które udało się ustalić autorom książki (…).[1]

Opierając się na zebranych raportach, Berlitz i Moore twierdzą iż zdarzenie miało następujący przebieg. Dnia 2.VII.1947 roku, pomiędzy g. 21:45 a 21:50 MDT, nad Roswell przeleciał z wielką prędkością spodek. Na północ od Roswell wpadł w burzę i został uderzony piorunem, w wyniku czego uległ poważnemu uszkodzeniu. Spora jego część spadła na ziemię, lecz mimo to spodek utrzymywał się w powietrzu jeszcze jakiś czas, rozbijając się ok. 200 km dalej, na zachód od Soccoro, NM. Części, które oderwały się od spodka znalazł W. Brazel, natomiast wrak i ciała humanoidów widział Benett rankiem 3 lipca.  

Nie o wszystkich przypuszczalnych katastrofach UFO posiadamy aż tyle wiadomości. Np. dopiero w 1977 roku z nieujawnionych źródeł wojskowych otrzymano wiadomość, że w 1948 roku rozbił się jakiś latający spodek na pustynnym terenie w okolicach Laredo, TX. Dwaj niezależni od siebie informatorzy zeznali, że ich radary wykryły metaliczny dysk skręcający nagle pod kątem 90° ku ziemi. Pilot, obecnie emerytowany pułkownik USAF, pilotujący F-94 zobaczył w powietrzu nieznany obiekt, który uległ wypadkowi. Po powrocie do bazy dowiedział się, że ów obiekt leciał z prędkością 3704 km/h. Wraz z kolegą podążył na miejsce katastrofy, ale teren otaczał już kordon wojska, a spodek przykryty był czymś w rodzaju namiotu…

Kolejne fragmenty uzupełniające obraz prowadzą do oficera trzymającego straż wokół rozbitego obiektu. Oficer zeznał, że widział tam martwego humanoida, wzrost którego oszacował na ok. 1,4 m. Istota była całkiem bezwłosa, a jej dłonie nie posiadały kciuków. Trop „rozbity spodek” wiódł dalej do technika lotnictwa zatrudnionego w Ft. Worth AFB, TX. Wraz z oddziałem wojska brał on udział w ukrywaniu rozbitego obiektu i oszacował jego średnicę na 30 m. Powierzchnia spodka przypominała błyszczący metal.

 

Katastrofę z 1952 roku również wykryły radary. Specjalista z Edwards AFB, CA, zobaczył obiekt spadający z wielką prędkością na ziemię. Katastrofę potwierdzono w bazie, lecz ku jego zdumieniu, w chwilkę po otrzymaniu informacji podszedł doń oficer wywiadu i ostro powiedział: Pamiętaj, że niczego nie widziałeś.

Później doszły do niego wieści, że obiekt miał 20 m średnicy, wzdłuż pojazdu ciągnął się rząd okienek, a jego powierzchnia była spalona na czarno. W pojeździe znajdowała się nieokreślona liczba ciał humanoidów o wzroście ok. 150 cm.

Interesujący przypadek pochodzi z roku 1953. Zaczęło się wszystko od pewnego filmu, który oglądał specjalista od radarów pan T.  wraz z grupą kolegów w Ft. Monmouth NAS, NJ. Bez uprzedzenia i komentarza włączono projektor. Na ekranie pojawiły się najpierw smugi i zadrapania wskazujące, że film nakręcił ktoś niespodziewanie i z ukrytej kamery lub amator. Pierwsze ujęcia pokazywały pustynię i zaryty w piachu spodek, którego szczyt zdobiła kopuła, a w dolnej części znajdowały się otwarte drzwi czy coś w rodzaju luku. Dysk mierzył ok. 6-7 m średnicy, otwarte drzwi miały 90 cm wysokości i ok. 70-75 cm szerokości. Kolejna scena obejmowała kilkunastu żołnierzy bez dystynkcji, stojących wokół obiektu, a dalej wnętrze pojazdu. Niezbyt wyraźnie widać było jakieś panele i dźwigienki. Dokładniej widać było po chwili stoły w namiocie. Na jednym z nich leżały dwa martwe ciała, na następnym jedno, ubrane w ciasno przylegające kombinezony pastelowego koloru. Istoty te w porównaniu z człowiekiem odznaczały się niskim wzrostem i nieproporcjonalnie dużymi głowami. Rysy twarzy nosiły cechy mongoloidalne. Pan T. widział małe noski, nie zauważył uszu i włosów. Odcień skóry tych postaci miał kolor szary.

Po skończonej projekcji oficer służbowy podszedł doń i powiedział: Pomyśl o tym, co zobaczyłeś, ale nie mów nikomu. Wiele lat później po pamiętnej projekcji kolega z wojska powiedział mu, że również widział ten film i jemu także nakazano milczenie.

 

To tylko niektóre z relacji na temat przypuszczalnych ufokatastrof. Dossiers na ten temat są o wiele obszerniejsze. Znamienny zarówno u Stringfielda jak i innych badaczy katastrof NOL-i jest fakt, że nie podają oni danych informatorów. Sprawia to wrażenie braku wiarygodności relacji i stwarza okazję do postawienia zarzutu, że opowieści te są wyssane z palca. Informatorzy jednak bardzo rzadko zgadzają się na ujawnienie swoich nazwisk.

 

Pewien urzędnik cywilny z Wright Patterson AFB, OH zdołał zdobyć w 1966 roku fotografię ciała małej istoty humanoidalnej o nieproporcjonalnie dużej głowie.

 

Opowiedział też, że patrol wojskowy natknął się na dysk, który wylądował niedaleko od bazy. Jedna z istot podróżujących w dysku rozpoczęła walkę z żołnierzami, by osłonic odwrót swych towarzyszy. Schwytana przez żołnierzy istota została zabita przez podanie jej środka uśmierzającego i odwieziona do bazy.

 

Również i Polska ma swój wkład w sprawę ufokatastrof. Jak głosi niepotwierdzona dotychczas informacja, na początku 1959 roku na plaży w Gdyni strażnicy portowi znaleźli mężczyznę w stanie skrajnego wyczerpania, który został zabrany do szpitala. Wieść głosi, że miał on inną niż gatunek ludzki liczbę palców. Był ubrany w jednoczęściowy strój, którego obsługa szpitala nie mogła zdjąć. ostatecznie zdjęto go przy użyciu nożyc do cięcia metalu, ponieważ wykonany był z wyjątkowo twardego materiału. Zdjęto też z nadgarstka tej osoby bransoletkę – zaraz potem osoba ta zmarła. Sekcja zwłok ujawniła znaczne różnice w rozmieszczeniu zarówno organów wewnętrznych jak i systemu krążenia, który został opisany jako spirala dookoła ciała…

Wojsko i wywiad zabezpieczają się wszelkimi sposobami od przecieku informacji, m.in. taką regułką: Proszę podnieść prawą rękę i powtarzać za mną słowa przysięgi… Do opinii publicznej docierają jedynie okruchy.

 

Moje 3 grosze

 

Temat ufokatastrof  ma to do siebie, że dzięki swej tajemniczości przyciąga uwagę różnych badaczy jak i zwykłych świrów i oszołomów, nie mówiąc już o takich, którzy chcą na tymże temacie zarobić – że wspomnę tylko niesławnej pamięci Raya Santilliego, który bez żenady kasował od 30 do 50 GB£ za kasety z filmem o sekcji zwłok Kosmitki z Roswell, który to film był kompletną fałszywką, ale jakże działającą na wyobraźnię!

Włoski ufolog Roberto Pinotti swego czasu obliczył, że na terytorium USA w latach 40. i 50. XX wieku doszło do co najmniej 20 ufokatastrof. I co ciekawe, to okazało się, że rocznie miasto Roswell ma przychód w ilości 8 mln US$ z samej turystyki ufologicznej. Mam pytanie: kto w imię prawdy wyrzecze się takiej kasy? Chyba tylko pensjonariusze Tworek czy Kulparkowa...

Na temat Incydentu Gdyńskiego ’59 pisało wielu specjalistów. Moje wyjaśnienie odmitologizuje to wydarzenie, ale… stawia na to miejsce inną zagadkę – a mianowicie: czy w 1959 roku Rosjanie mieli możliwość zestrzelenia satelity z orbity wokółziemskiej? Otóż jak się okazuje - mieli. I w tym kontekście wydarzenia z Gdyni nabierają innego sensu, o czym pisałem w książce „UFO i Kosmos”. Bo wydarzenie to jest autentyczne, czego dowiódł Bronisław Rzepecki i Kenzo Ogawa z Kanału 8 NHK Tokio.   

 

Źródło – „Sfinks” nr 3/1991, ss. 20-21



[1] W związku z tym, że sprawa Roswell jest powszechnie znana opuściłem te partie tekstu, które mówią o niej.

wtorek, 1 marca 2022

UFO vs. ICBM: Tajemniczy przypadek ataku UFO na bazę USAF

 

Loring AFB - miejsce wielu obserwacji UFO nad składami bomb atomowych i wodorowych

Brent Swancer

 

Od dawna pojawiają się bardzo niepokojące doniesienia o niezidentyfikowanych zjawiskach powietrznych zachodzących wokół obiektów jądrowych, w tym elektrowni jądrowych i tych, w których znajdują się rakiety balistyczne, a niektóre z nich są bardziej niepokojące niż inne. W latach 1947-1994 baza lotnicza Loring była instalacją Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych zlokalizowaną w północno-wschodnim Maine, niedaleko Limestone i Caribou w hrabstwie Aroostook. Przez dziesięciolecia służby była jedną z największych baz Dowództwa Strategicznego Sił Powietrznych USA, a podczas Zimnej Wojny, która trwała od 1947 do 1991 roku, jej lokalizacja była niezwykle ważna, ponieważ była najbliżej położonym punktem w kontynentalnej części USA. do Europy. Z tego powodu stał się w tym czasie niezbędnym elementem krajowego systemu ostrzegania nuklearnego, który był w stanie szybko reagować na nadchodzące zagrożenie ze strony Związku Radzieckiego i odpowiadać za pomocą dwóch eskadr latających tankowców KC-135 i eskadry bombowców B-52 z bronią nuklearną, w której ona mieściła się. W czasach Zimnej Wojny, która trwała większość jej istnienia, była to niezwykle ważna i wrażliwa instalacja o niezwykle dużej wartości strategicznej. Z tego powodu dziwna seria wydarzeń i niezidentyfikowanych obiektów na niebie wokół bazy w najciemniejszych dniach Zimnej Wojny budziła natychmiastowy i krytyczny niepokój.

 

Wieczór 27.X.1975 roku rozpoczął się jak zwykle dla pracowników ochrony w bazie i wszystko przebiegało spokojnie do około godziny 20:00 EST, kiedy to bardzo szybko zrobiło się dość dziwnie. Na północnym obwodzie bazy lotnik patrolujący składowisko broni Loring AFB zauważył na niebie niezidentyfikowany samolot z czerwonym światłem nawigacyjnym i białym światłem stroboskopowym powoli zbliżający się do obwodu bazy na wysokości od 150-300 ft/50-100 m. Tenże dziwny obiekt nie był wyraźnie widoczny, ale unosił się wokół obwodu w sposób bardzo podobny do helikoptera, podskakując i kołysząc się, i wydawał się wykazywać szczególnie intensywne zainteresowanie obszarem przechowywania broni jądrowej, bardzo bezpiecznym i wrażliwym obszarem,  nad którym absolutnie niemile widziano niezidentyfikowane statki powietrzne jakiegokolwiek rodzaju. W odpowiedzi na nagłe wtargnięcie wysłano helikoptery wojskowe w celu zbadania i próby nawiązania kontaktu z intruzem, ale wszelkie próby nawiązania kontaktu radiowego spotykały się z ciszą, a dokładnej natury tajemniczego samolotu nie można było ustalić, jedynie miał bardzo jasny stroboskop i mógł unosić się w powietrzu.

 

Baza została postawiona w stan najwyższej gotowości, a już przestraszony personel wychwycił sygnał radarowy innego podobnego niezidentyfikowanego obiektu około 10-13 mi/~16-21 km na wschód od ich pozycji. Próbowano nawiązać kontakt z tym samolotem, zarówno na kanałach cywilnych, jak i wojskowych, ale on również nie reagował. Dziwni goście najwyraźniej krążyli wokół swoich niezbadanych spraw przez pełne 40 minut, a potem ten w pobliżu bazy odleciał w kierunku Kanady, a drugi nagle zniknął z radaru, pozostawiając bazę w stanie wysokiej gotowości i chaosu. Biorąc pod uwagę, że w Loring AFB mieściła się broń nuklearna i samoloty do dostarczania tej broni, a także jego strategiczne znaczenie, uznano to za szokujące i śmiałe wtargnięcie, uderzenie w twarz, więc baza tętniła teraz aktywnością jak sprowokowany ul pszczół, a jej szefostwo zastanawiało się, co dalej. Nawet gdy szukali odpowiedzi i zrobili wszystko, co w ich mocy, aby zabezpieczyć bazę i nie dopuścić, aby historia trafiła do mediów, okazało się, że to nie koniec dziwnych wydarzeń.

 


Następnego wieczoru, 28 października, nad bazą pojawił się inny dziwny obiekt. Po raz pierwszy zaobserwowano go o godzinie 19:45 EST. Ten także unosił się nad terenem, poruszając się nad pasem startowym i w pobliżu magazynu broni jądrowej, w którym zgasił światła. Po raz kolejny wysłano helikoptery na rozpoznanie, ale nie były w stanie nawiązać kontaktu ani zidentyfikować, jaki to typ statku powietrznego. Co jeszcze dziwniejsze, świadkowie na ziemi, którzy widzieli tajemniczy statek, opisali go jako pomarańczowo-czerwony obiekt w kształcie wydłużonej piłki nożnej, bez okien i widocznych drzwi, a także bez widocznych śmigieł lub innego układu napędowego i całkowicie cichy. Co ciekawe, wysłane helikoptery nie mogły wykryć dziwnego intruza i często znikał on z radaru. W tamtym czasie obiekt wydawał się pojawiać i znikać z pola widzenia, zwykle z pewnej odległości i opisywany jako zachowujący się bardzo podobnie do helikoptera, ale jedną z bardziej spektakularnych relacji o obiekcie dokonali dwaj świadkowie na ziemi, którzy widzieli go z bliska i podali relację, w której wcale nie przypomina on helikoptera. Relacja ta jest opowiedziana w książce badaczy UFO Barry'ego Greenwooda i Lawrence'a Fawcetta, zatytułowanej „Clear Intent: The Government Coverup of the UFO Experience”, w której podana jest relacja:

Świadkowie sierż. Steven Eichner, szef załogi bombowca B-52, wraz z sierż. R. Jonesem i inni członkowie załogi. Jones zauważył czerwono-pomarańczowy obiekt nad linią lotu. Wydawało się, że znajduje się po drugiej stronie linii lotu, gdzie znajdował się magazyn broni. Dla Eichnera i Jonesa obiekt wyglądał jak rozciągnięta piłka nożna. Unosił się w powietrzu, gdy wszyscy członkowie załogi patrzyli z podziwem. Na ich oczach obiekt zgasił światła i zniknął, ale wkrótce pojawił się ponownie nad północnym krańcem pasa startowego, poruszając się nierównymi ruchami. Zatrzymał się i zawisł. Eichner i reszta załogi wskoczyli do ciężarówki i zaczęli jechać w kierunku obiektu. Jadąc wzdłuż Oklahoma Avenue (graniczącej z pasem startowym), skręcili w lewo na drogę prowadzącą do magazynu broni. Gdy wykonali skręt, zauważyli obiekt około 300 stóp przed sobą. Wydawało się, że znajduje się około pięciu stóp nad ziemią i unosi się bez ruchu i hałasu. Obiekt miał czerwono-pomarańczowy kolor i miał około czterech długości samochodu. Eichner opisał to, co zobaczył dalej:

- Obiekt wyglądał, jakby wszystkie kolory zlewały się ze sobą, jakbyś patrzył na scenę z pustyni. Widzisz fale ciepła unoszące się z powierzchni pustyni. Oto, co widziałem. Były te fale przed obiektem i wszystkie kolory zlewały się ze sobą. Obiekt był solidny i nie słyszeliśmy z niego żadnego hałasu.

Nie widzieli żadnych drzwi ani okien na obiekcie, ani żadnych śmigieł ani silników, które utrzymywałyby obiekt w powietrzu. Nagle baza ożyła. Syreny zaczęły wyć. Eichner widział liczne niebieskie światła na pojazdach MP schodzących z dużą prędkością wzdłuż linii lotu i pasa startowego w kierunku magazynu broni. Jones odwrócił się i powiedział do załogi: Lepiej stąd się wynośmy! Natychmiast to zrobili. Żandarmeria nie próbowała ich zatrzymać. Interesowali się obiektem nad składowiskiem, a nie ciężarówką, która znajdowała się na obszarze zastrzeżonym. Załoga odwiozła ciężarówkę z powrotem na jej pierwotne miejsce i stamtąd obserwowała. Scena w obszarze przechowywania broni była chaotyczna, z niebieskimi światłami wirującymi wokół, a promienie reflektorów pojazdów świecące we wszystkich kierunkach. Obiekt wyłączył światła i zniknął, i tej nocy już nie można go było zobaczyć.

 


UFO pojawiał się tylko sporadycznie na radarze, gdy okrążał obszar nuklearny przez prawie godzinę, zanim odleciał w noc. Wysłano alert, że nieznany samolot spenetrował przestrzeń powietrzną bazy i obszar składowania nuklearnego, ale pełne przeszukanie obszaru nie ujawniło żadnych dowodów na to, czym był lub gdzie się udał. Incydenty te trwały przez kilka następnych nocy i chociaż Siły Powietrzne nalegały, aby oficjalnie nazywać je „niezidentyfikowanymi helikopterami”, niektórzy świadkowie nie byli tego tacy pewni. Chociaż niektórzy świadkowie sprawiali wrażenie, jakby wierzyli, że widzieli helikopter, inne opisy wydawały się przeczyć temu wyjaśnieniu. Niektórzy świadkowie opisali świecący obiekt w kształcie cygara, który potrafił wykonywać ostre skręty, nagłe pionowe spadki i wzniesienia, nagłe gwałtowne przyspieszenie i akrobacje w powietrzu przekraczające możliwości helikoptera, a fakt, że bardzo często opisywano go jako całkowicie cichy, nie wydawał się pasować do teorii helikoptera. Stało się również coraz bardziej oczywiste, że prawdopodobnie istnieje więcej niż jedna z tych rzeczy i że zgłoszone różnice w wyglądzie wskazywały, że mogły to być różne rodzaje statków. Pomimo nalegań rządu, że były to prawdopodobne helikoptery, personel bazy powszechnie nazywał je UFO, z których wielu twierdziło, że obiekty te dokonywały na niebie niemożliwych wyczynów. Podczas tych upiornych wtargnięć operatorzy radarów wykrywali te obiekty tylko po to, by je ponownie zgubić, a kilka razy podrywano myśliwce tylko po to, by przybywać na miejsce i nic nie widzieć, nawet gdy personel naziemny mówił, że są tuż nad nimi. Przez większość czasu wydawało się, że obiektów nie można „pomalować” tak, aby radar mógł je namierzyć, pozostawiając pilotom polowanie na nie w oparciu o słowne wskazówki dotyczące lokalizacji i nigdy niczego nie widząc. Ta pozorna niezdolność pilotów do uzyskania wizualnego potwierdzenia ich istnienia jest naprawdę dziwna, ponieważ wszystkie te misje okazują się być pościgami za dzikimi gęsiami, a pewien starszy chorąży sztabowy Bernard Poulin ze 112. kompanii medycznej Gwardii Narodowej Armii Maine powiedział o tym tak:

Cóż, w każdym razie polowaliśmy na nie i nic nie widzieliśmy. Znowu dzwonili i mówili, że słyszą to w jakimś miejscu, a my tam pojechaliśmy, ale nie mogliśmy tego zobaczyć. Następnie zamykaliśmy się i czekaliśmy na następny telefon. I to trwało przez kilka nocy. To znowu był wczesny wieczór lub wczesny ranek. Pamiętam, że drugiej nocy naszego czuwania radar zasygnalizował coś, ale okazało się, że był to tankowiec KC-135 powracający zza oceanu. Mogliśmy zejść naprawdę nisko tam, gdzie mówili, że jest UFO i włączyć nasze światło poszukiwawcze i omiatać obszar światłem, ale nigdy nie widzieliśmy obiektu. Po zakończeniu omówiliśmy naszą akcję. Szefostwo USAF było bardzo zaniepokojone tym, co się dzieje i tym, że nie byliśmy w stanie cokolwiek zobaczyć. Utrzymywali się tam przez cały czas, wiesz, to są dość wrażliwe miejsca i muszą wiedzieć, co się do cholery dzieje. Kiedy przybyli do bazy, system bezpieczeństwa był tak szczelnie zamknięty, że ​​obaj piloci mogli zadzwonić do swoich żon tylko raz, aby powiedzieć, że są na misji. Podczas spotkania z Chapmanem, Poulin przypomniał dowódcy, mówiąc:

- Musimy ukrywać fakt, że ktoś był w stanie przeniknąć do składu bomb i wokół niego, a my nie wiemy, co się dzieje. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje i zapobiec ponownemu wydarzeniu.

 

Pojawią się inne doniesienia o tej atmosferze tajemnicy i o rządzie, który chce wszystko ukrywać. Personel zgłaszał się na przesłuchanie po obserwacjach, i w sposób jednoznaczny powiedziano im, aby nie rozmawiali z nikim o tym, co widzieli, lub rozpowszechniali historii, że są to helikoptery zza kanadyjskiej granicy, które ich terroryzują. Podjęto wielkie wysiłki, aby wszystko to nie znalazło się w prasie, ale i tak zaczęło to trafiać do wiadomości w wielkim stylu. Przez cały czas Siły Powietrzne upierały się, że to wszystko jest dziełem helikopterów, chociaż niechętnie przyznali, że nie wiedzą na pewno i oficjalnie uznano to za „nieznane”. Pełne śledztwo przeprowadzone przez USAF nie mogło znaleźć konkretnej przyczyny obserwacji, a kiedy zjawiska nagle ustały 31 października, byli bardziej niż szczęśliwi, mogąc spróbować zamieść to wszystko pod dywan i odwrócić uwagę od incydentu. Co ciekawe, w tym samym przedziale czasowym kilka innych nuklearnych instalacji wojskowych w Stanach Zjednoczonych doświadczyło podobnych dziwacznych incydentów z udziałem niezidentyfikowanych obiektów latających nadlatujących na ich przestrzeń powietrzną, co pokazuje, że zjawisko to wykracza poza samo Loring AFB.[1]

 


Chociaż Siły Powietrzne próbowały zdystansować się od incydentu w Loring i innych podobnych incydentów w innych bazach, setki świadków, którzy widzieli to zjawisko na własne oczy, oraz liczni badacze UFO, którzy to śledzili, nie zapomnieli o tym. Co tu się działo? Wydaje się oczywiste, że coś nieznanego robiło wypady do naszego obiektu i wykazywało zainteresowanie miejscem przechowywania broni jądrowej, w tym procesie wstrząsając Siłami Powietrznymi aż do najwyższych poziomów struktury dowodzenia wojska USA, ale co to było? Czy to były helikoptery, jak wydaje się, że wojsko chce, abyśmy w to wierzyli? Czy był to może jakiś eksperymentalny samolot, albo od rządu USA testującego naszą reakcję na te wtargnięcia, albo od jakiegoś obcego mocarstwa, być może nawet Sowietów? A może było to coś innego, być może goście z innego świata? We wszystkich przypadkach musimy się zastanawiać, czego chcieli, dlaczego zagrozili temu obiektowi i dokąd poszli. Stało się to bardzo dobrze udokumentowanym i intensywnym przypadkiem, ale pomimo dokładnych badań nad tym wszystkim, niewiele wiadomo na pewno poza tym, że coś bardzo dziwnego wydarzyło się w Loring AFB w tym tygodniu w 1975 roku.[2]

 

Źródło - https://mysteriousuniverse.org/2021/11/a-mysterious-case-of-a-cold-war-ufo-invasion-at-a-nuclear-weapons-facility/?fbclid=IwAR0-f7yHz-KUpZkF6Cscl8bM2jiygV7XwIFbgZlwZRe_rpL80pg1AcL4xSM

Ilustracje – Steve Baxter

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas-Leśniakiewicz

wtorek, 12 maja 2020

Kolejna tajemnicza misja X-37B



US Space Forces przygotowują start zagadkowego, bezpilotowego rakietoplanu.

US Space Forces oznajmiły we środę (6 maja), że przygotowują swoją drugą z kolei misję. Miałaby się ona rozpocząć w dniu 16.V.2020 roku, a kluczową rolę będzie pełnił w niej bezpilotowy wahadłowiec Boeing X-37B. To ten sam, którego wystrzelono w kosmos w dniu 7.IX.2017 roku i przebywał na orbicie przez rekordowych 780 dni. Informacje o tym, co tam przez ten czas robił są ściśle tajne, która to okoliczność spowodowała powstanie wielu różnych teorii spiskowych.

Ale teraz jest inna sytuacja. Wedle portalu CNET, X-37B miałby dostarczyć na orbitę naukowego satelitę FalconSat-8, który jednak będzie prowadzić badania dla US Navy i NASA. Konkretnie chodzi o te dwa projekty badanie wpływu promieniowania kosmicznego na nasiona roślin – to dla NASA, i test narzędzi służących do przemiany promieniowania słonecznego na mikrofale – to dla Naval Research Laboratory.
- Będzie to pierwsza misja X-37B, w czasie której moduł serwisowy będzie służył do eksperymentów – powiedział Randy Walden, dyrektor Air Force Rapid Capabilities Office w czasie konferencji prasowej.

Tyle Czesi, a co o tym Amerykanie?

Wydział Air Force Rapid Capabilities Office we współpracy z Siłami Kosmicznymi USA jest gotowy do wysłania szóstej misji próbnego pojazdu orbitalnego (OTV-6) X-37B w dniu 16 maja, z kosmodromu na Cape Canaveral, FL. Departament Sił Powietrznych nadal przesuwa budowę tarczy aerodynamicznej dla X-37B i będzie się opierał na współpracy z partnerami do tego eksperymentu w czasie szóstej misji.
- W dzisiejszych czasach elektroniki systemy kosmiczne śledzą burze, lokalizują unieruchomionych kierowców, transakcje kartami kredytowymi ze znacznikiem czasu i monitorują przestrzeganie traktatów - powiedziała sekretarz sił powietrznych Barbara Barrett. - Demonstrując innowacyjność działu, ta misja X-37B obejmie więcej eksperymentów niż jakiekolwiek wcześniejsze misje. Ta premiera pokazuje także współpracę działu, która przesuwa granice dla systemów kosmicznych wielokrotnego użytku.  

Możliwość przetestowania nowych systemów w kosmosie i ściągnięcie ich na Ziemię jest unikalna dla programu X-37B i pozwala USA rozwinąć bardziej skuteczne i efektywne możliwości w kosmosie niezbędne do osiągnięcia przewagi w dominacji przestrzeni kosmicznej.
- Zespół X-37B nadal stanowi przykład takiego rodzaju wąskiego, elastycznego i przyszłościowego rozwoju technologii, którego potrzebujemy jako naród w dziedzinie opanowania przestrzeni kosmicznej - powiedział szef operacji kosmicznych US Space Forces, gen. John „Jay” Raymond. - Każdy start stanowi kamień milowy i postęp w zakresie tego, jak budujemy, testujemy i wdrażamy możliwości kosmiczne w szybki i elastyczny sposób.

Boeing X-37B pozostaje zasobem Departamentu Sił Powietrznych; jednak amerykańskie Siły Kosmiczne są odpowiedzialne za start, operacje na orbicie i lądowanie.
- Ten lot jest doskonałym przykładem zintegrowanych operacji między USAF, Siłami Kosmicznymi i partnerami rządowymi i przemysłowymi - powiedział szef sztabu sił powietrznych gen. David Goldfein. - X-37B nadal przełamuje bariery w rozwoju technologii pojazdów kosmicznych wielokrotnego użytku i jest znaczącą inwestycją w rozwój przyszłych zdolności kosmicznych.

Będzie to pierwsza misja X-37B, w której użyje się modułu serwisowego do wykonywania w nim eksperymentów. Moduł serwisowy jest przystawką na rufie pojazdu, która umożliwia przeniesienie dodatkowego eksperymentalnego ładunku na orbitę.
- Ta szósta misja jest wielkim krokiem programu X-37B – powiedział pan Randy Walden – dyrektor i oficer wykonawczy programu. – Będzie to pierwsza misja X-37B, w której użyje się modułu serwisowego do eksperymentów. Włączenie modułu serwisowego do tej misji umożliwia nam dalsze rozszerzanie możliwości statku kosmicznego i przeprowadzanie większej liczby eksperymentów niż w przypadku poprzednich misji.

Misja wyprowadzi na orbitę także FalconSat-8 – małego satelitę należącego do USAF Academy, a sponsorowany przez Air Force Research Laboratory, w celu przeprowadzenia kilku eksperymentów na orbicie. FalconSat-8 jest platformą edukacyjną, która wyniesie 5 eksperymentów dla USAFA. Na dodatek dwa eksperymenty NASA zostaną załączone do studiów nad promieniowaniem i innymi efektami radiacji na płytki materiałów i nasiona używane do produkcji żywności. I wreszcie US Naval Research Laboratory będzie przekształcał promieniowanie słoneczne w radiowe promieniowanie mikrofalowe, które będzie przekazywane na Ziemię.
- Niecierpliwie oczekujemy powrotu X-37B na orbitę i przeprowadzenia wielu eksperymentów na orbicie dla USAF i partnerów w tej misji – powiedział ppłk Jonathan Keen kierownik programu X-37B.

Program X-37B zakończył swą piątą misję w październiku 2019 roku, lądując po 780 dniach przebywania na orbicie, podwyższając ilość dni spędzonych na orbicie do 2865 dni, albo 7 lat i 10 miesięcy.



Moje 3 grosze

Oczywiście program badawczy NASA jest nastawiony na długotrwałe loty dalekodystansowe – już nawet nie do innych planet, ale poza granice Układu Słonecznego. To jest długofalowy projekt podboju i kolonizacji innych obiektów kosmicznych: planet, księżyców i sztucznych stacji badawczych na asteroidach…

Niepokoi zaś eksperyment z przetwarzaniem promieniowania słonecznego na mikrofale i przesyłanie ich na Ziemię. Niepokoi dlatego, że brzmi to jak reaganowskie groźby Gwiezdnych Wojen, w których mają być wykorzystane bronie ścieśnionej energii: lasery i wiązki promieniowania mikrofalowego, które z wysokości orbity mogłyby literalnie grillować siłę żywą nieprzyjaciela i niszczyć jego elektronikę. Jak widać Amerykanie nie wyrzekli się tych obłędnych planów i spirala zbrojeń w kosmosie rozkręca się nadal i bez przeszkód.


Jakby mało było nieszczęść na Ziemi… 


I jeszcze `a propos:

Testy rosyjskiego pocisku przeciwsatelitarnego? MSZ odpowiada na oskarżenia USA

Waszyngton, oskarżając Rosję o przeprowadzenie testów pocisku przeciwsatelitarnego, próbuje uzasadnić własne plany rozmieszczenia broni w kosmosie – powiedziała rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa.
Wcześniej dowódca Sił Kosmicznych USA John Raymond oskarżył Rosję o przetestowanie 15 kwietnia 2020 roku pocisku przeciwsatelitarnego bezpośredniego przechwytywania.
- Nie mogę zignorować wypowiedzi dowódcy sił kosmicznych USA Raymonda o rzekomym teście rosyjskiego pocisku przeciwsatelitarnego z bezpośrednim potencjałem przechwytywania na niskiej orbicie Ziemi 15 kwietnia. Najwyraźniej mamy do czynienia z ukierunkowaną kampanią zainicjowaną przez Waszyngton, zmierzającą do zdyskredytowania rosyjskich działań kosmicznych i naszej inicjatywy pokojowej, mającej na celu zapobieżenie wyścigowi zbrojeń w kosmosie - powiedziała Zacharowa.
Jak podkreśliła, takie antyrosyjskie ataki są niczym więcej niż, podejmowaną przez Stany Zjednoczone próbą odwrócenia uwagi społeczności międzynarodowej od realnych zagrożeń w kosmosie i uzasadnienia podejmowanych przez nie kroków, zmierzających do rozmieszczenia broni w kosmosie i zapewnienia dodatkowych funduszy na te cele.
Zacharowa dodała, że Moskwa jest gotowa omówić działalność w kosmosie z udziałem zainteresowanych resortów i organizacji z obu stron. A platformą do przeprowadzenia takiego dialogu mogłaby być grupa robocza ds. kosmosu. Rosja i USA uzgodniły jej utworzenia na spotkaniu w Genewie w połowie stycznia.

Wcześniej wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow powiedział, że Moskwa i Waszyngton porozumiały się w sprawie utworzenia grupy roboczej ds. kosmosu, strona rosyjska czeka na odpowiedź USA na propozycję kontaktów.    

Opinie z KKK


Robert, przypominam Ci, że takie próby z bronią mikrofalową trwają już od kilku lat, że wspomnę tylko pękające żaby czy ropuchy w duńskim Løssby czy pękające termometry we włoskiej Aoście, o czym pisałem w jednym z moich opowiadań. W to można wliczyć także masowe padnięcia ptaków i zagadkową śmierć wielorybów i delfinów… (Daniel Laskowski


Źródła:

Przekład z czeskiego i angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 28 września 2016

Katastrofa na Zwodniczej Górze



Samolot Douglas C-47
 

Michaił Gersztejn


W czasach II Wojny Światowej na terytorium USA miało miejsce 7100 katastrof lotniczych z udziałem wojskowych samolotów transportowych, w których zginęło ogółem 15.599 ludzi. Wielu samolotów nie znaleziono do dziś dnia. 

Trasa lotu C-47

Wczesny ranek dnia 18.IX.1944roku. W Elmendorf AFB k./Anchorage, AK, przygotowuje się do startu samolot Douglas C-47. Na jego pokładzie znajdują się przede wszystkim żołnierze jadący na urlop. Po kilku godzinach piloci powinni znaleźć się w Fairbanks, AK. Zwyczajny lot, jakich tysiące. Wszystkiego 415 km… Ale ten lot był ostatnim. Samolot rozbił się w górach, a ludzie znikli bez śladu…


Lot w jedną stronę


Pilot Ray Prebstle po raz ostatni nawiązał łączność z lotniskiem o godzinie 07:42 AKDT, znajdując się na wysokości 2700 m. Czas płynął, ale na lotnisku Ladd AFB nie doczekano się przylotu. Kiedy minął przypuszczalny czas przylotu – ETA i samolot nadal nie przylatywał, wszyscy zrozumieli, że stało się coś niedobrego.

W trzy dni później, 21 września, jeden z pilotów zauważył szczątki na pustynnym szczycie pomiędzy górami Mt. Brooks (3384 m n.p.m.) i Mt. McKinley/Denali (6190 m) - jest to przestrzeń licząca ponad 22 km w tym dwa lodowce i 10 szczytów o wysokości >3000 m n.p.m. Długo krążył nad lodowcami, ale nie widział nikogo żywego. Żeby znaleźć się na tej górze, samolot zszedł z zaplanowanego kursu aż o 95 km i wzniósł się o dodatkowe 500 m. 

Pogoda na Alasce jest pełna niespodzianek. Opady śniegu, mgły i nisko wiszące obłoki mogą skrywać przed lotnikami górskie grzbiety, zaś niespodziewane podmuchy wiatru mogą zmuszać do zniżania lotu niebezpiecznie blisko szczytów gór. No, ale tego ranka pogoda była słoneczna, na niebie świeciła pełnia Księżyca. W kokpicie pracował żyrokompas i radiolatarnia niezależne od kaprysów atmosfery. 

Wojskowi wykluczyli możliwość porwania samolotu. Poza pilotami na jego pokładzie znajdowało się 16 żołnierzy i oficerów oraz jeden cywil – Carl Harris z Texarcany, TX. Piloci byli uzbrojeni w pistolety, a zaprawieni w bojach weterani mogli obezwładnić czy unieszkodliwić porywacza gołymi rękami.


Operacja poszukiwawcza


30 września do bazy lotniczej wezwano strażnika leśnego Granta Pearsona – alpinistę z 20-letnim stażem. Powinien on ocenić sytuację na miejscu zdarzenia i możliwość przeprowadzenia operacji poszukiwawczo-ratunkowej. Pearson kilka razy przeleciał nad górą, żeby się lepiej przyjrzeć zboczom i miejscu, w którym leżał wrak samolotu. 

Dowódcza bazy, płk Ivan Palmer był konkretny, on zadał tylko jedno pytanie:
- Czy może pan dostać się do samolotu?
Ranger odpowiedział jeszcze lapidarniej:
- Tak.
Przygotowanie okazało się być niełatwym. Pearson potrzebował co najmniej 40 doświadczonych wspinaczy, sprzętu, żywności, paliwa i sprzętu wspinaczkowego. Część sprzętu trzeba było dostarczyć samolotem, część była na miejscu. Wreszcie wszystko zostało zebrane. Osobna grupa, którą dowodził por. Allan Dillman i kpt. Perassa przetarła drogę do góry i rozbiła bazowy obóz. 

Bradford Washburn

W tymże rejonie grupa wojskowych ćwiczyła działania bojowe w Arktyce. Dowodził nią Bradford Washburn – uczony – dyrektor Bostońskiego Muzeum Historii Naturalnej, pracujący dla US Army. Szefostwo poleciło Washburnowi dołączyć do Pearsona i jego ekipy. Nie patrząc na nikły wzrost i drobną budowę ciała, był on niesłychanie odporny i należał do najsłynniejszych alpinistów. Pearson znał go doskonale. W 1942 roku oni razem pokonali najwyższy szczyt góry McKinley. 

Razem z nim, w ekspedycji wzięło udział 44 ludzi, nie licząc pilotów, którzy dostarczyli ich i sprzęt do obozowiska. Potem podliczono, że przewieźli oni 4,5 tony ładunku.


Na miejscu katastrofy


W dniu 10.X.1944 roku, Washburn, Pearson, fotograf John Gleenee i st. sierż. James Gail wyjechali śniegołazem z obozu. Wznoszenie na początku było łatwe, ale potem coraz bardziej stromy stok nie pozwolił na rozwinięcie większej prędkości. Na wysokości 2300 m oni pozostawili maszynę i włożyli raki. A potem zaczęła się poważna robota. Każdy krok był bardzo trudny. Alpiniści zmieniali się w wyrąbywaniu stopni w lodzie. W południe wyszli na przełęcz i ujrzeli szczątki samolotu. Sterczący z obrywu silnik pokazywał, że samolot nie zmniejszając prędkości wbił się w pionową skałę. Nie było wybuchu czy pożaru. C-47 po prostu spadł w dół masą pogiętego metalu. 



Prace ekipy poszukiwawczej przy wraku samolotu
 
Żeby prowadzić roboty na górze, trzeba było rozbić nowy obóz. Ludziom przyszło leźć jeszcze wyżej i szukać dogodnego placu. Druga grupa alpinistów podeszła z dołu po gotowych stopniach niosąc potrzebne ładunki. Ostatni obóz rozbito na wysokości 3389 m. 

Rankiem 11 listopada, Washburn i dwój żołnierzy przeszli do samolotu, który znajdował się 200 m poniżej obozowiska. Następnie po rozciągniętej poręczówce zeszło następnych 10 ludzi. oni zaczęli rozkopywać śnieg wokół wraku, ale nie znaleziono ani śladu załogi i pasażerów. Tam leżały jedynie ich rzeczy: furażerka pilota, rozsypane karty do gry, trochę zdjęć, książka o matematyce należąca do Harrisa, przepustki należące do żołnierzy, guma do żucia i papierosy. W czasie kolejnych 7 i pół godziny wykopek nie znaleziono ani ciał pasażerów ani załogi. 

Straszliwe uderzenie powinno zgnieść na placek każdego, kto nie przypasał się pasami bezpieczeństwa i nie został zabity kawałkami rozerwanego metalu. Alpiniści spodziewali się ujrzeć rzekę krwi, ale odłamki okazały się być czystymi. Spadochrony mieli tylko piloci, pozostali ludzie nie mogli opuścić samolotu.


Tajemnica rozciągniętych pasów


- Wrak został zgnieciony i pogięty w połowie aż do prawego włazu awaryjnego – zapisał w swym dzienniku Washburn. – Stery właściwie pozostały całe, ale nabiło się w nie śniegu… Znaleźliśmy torbę kopilota. Tam była nierozbita butelka whisky, pudełko czekoladek i nieruszona guma do żucia. Obok leżało rozszczepione oparcie siedzenia kopilota ze sklejki i połówka pasa bezpieczeństwa, a do tego nie zerwanego, ale odpiętego. W tylnej części kabiny pasażerskiej znaleziono kilka pasów bezpieczeństwa i ani jeden z nich nie był zerwany czy zapięty. Prawy zbiornik paliwa był nienaruszony i w nim znajdowało się dużo benzyny. Zadziwiającym jest to, że nie znaleziono ani jednego ludzkiego szczątku.

Nawet jeżeli założymy, że rozbawieni urlopowicze nie zdążyli się przypasać do foteli, to od pilotów należało wymagać takich środków ostrożności. Oni doskonale wiedzieli, że lot nad górami obfituje w kołysanie. Czy im się jakoś rozciągnęły pasy? Może wszyscy znajdujący się na pokładzie C-47 nagle zwariowali i sami wyskoczyli na zewnątrz? 

Następnego dnia uczestnicy ekspedycji kopali jak szaleni. Pearson zapisał w swym dzienniku:
- Rano wiał silny wiatr i było zimno. Odkopaliśmy szczątki skrzydła i część kadłuba wraku. Nie było tam ani ciał, ani bagażu. Nad wrakiem są trzy metry śniegu. Odkopaliśmy jego większą część, ale nie natknęliśmy się na zwłoki. Powstało pytanie: gdzie mamy dalej kopać? Dzisiaj kopaliśmy przez osiem godzin.

Na wszelki wypadek Washburn, Gail i dwóch żołnierzy wspięli się po linie do silnika sterczącego z skalnej ściany. Jeżeli załoga i pasażerowie znajdowali się w samolocie, to lody na miejscu zderzenia powinny być czerwone od ich krwi. Tam na pionowej ścianie śladów tragedii nie mógł zasypać śnieg. Tym niemniej śnieg był czysty, jego zanieczyściło jedynie rozlane paliwo i drobne odłamki.

Mt. Denali

Powrót z gór


Kierownik ekspedycji zrozumiał, że ich misja się zakończyła. Starając się zamknąć sprawę, Pearson napisał, że ciała mogły być wyrzucone w czasie zderzenia i spadły do głębokich szczelin, a potem wszystko przysypała lawina, która zeszła z uderzonego przez samolot stoku.
- Poszukiwania zaginionych nawet wiosną, kiedy jest dobra pogoda, jest bardzo problematyczny – głosił raport końcowy – tak jak zwłok nie znaleziono w samolocie ani wśród leżących obok wraku szczątków, to należałoby przekopać pas o długości 4 mil od miejsca uderzenia w skałę do miejsca znalezienia wraka. Nawet jeżeli to się zrobi, to nie ma gwarancji, że nie poleciały one do szczelin.
 
Członkom ekspedycji pozostał tylko jeden problem do rozwiązania: jak nazwać bezimienną górę, o którą roztrzaskał się samolot? Niektórzy proponowali nazwać ten szczyt na cześć mjr Bostlmana – najstarszego stopniem pasażera C-47. Inni zaś proponowali nazwę w rodzaju Góra Katastrofy albo Szczyt Urlopowiczów. Zwyciężyła nazwa Mount Deception – Góra Zwodnicza. Powojenne zmiany w Denali N.P.[1] wykazały, że jej wysokość wynosi 3517 m. 


Dnia 20.I.1945 roku, trzech kapelanów: katolik, protestant i rabin odprawili nabożeństwo żałobne w bazie Elmendorf. Potem samolot przeleciał nad miejscem katastrofy zrzucając tam trzy wieńce. Wszystkich uznano za zmarłych. 

Mówi się, że ta właśnie historia natchnęła Stephena Kinga do napisania powieści „Langoliery”[2] W nim ludzie, którzy przelecieli samolotem nad anomalną strefą – znikli. W samolocie pozostały tylko rzeczy. Nie zniknął tylko ten, kto spał – ale czekał go koszmarny los. Po tej stronie Czasu bowiem nie ma niczego, poza bezludnym światem i stworzeniami, które pożerają tkankę przestrzeni… 

O tym, jaki los spotkał tamtego ranka 19 osób my możemy się tylko domyślać. Kończąc sprawę oficer tak powiedział do kpr. Paula Louny’ego:
- Tylko jeden człowiek zna prawdziwą przyczynę tragedii, ale już nie ma go wśród żywych. 

On miał na myśli lotnika Raya Prebstla. Tylko ten, który siedział za wolantem samolotu wiedział wszystko – od początku do końca. 


 Mt. Denali i okolica

Moje 3 grosze




Studiując materiały robocze Pana Stanisława Bednarza do jego książki o katastrofach lotniczych wciąż natrafia się na dziwne zdarzenia. 

Szczególnie tkwi w moim mózgu podobny i bardzo tajemniczy przypadek katastrofy niemieckiego (wtedy jeszcze zachodnioniemieckiego) samolotu Learjet 25B nr rej. D-CDPD z dnia 18.V.1983 roku, który lecąc z Wiednia (VIE) do Hamburga (HAM) w locie treningowym z nieznanych przyczyn nie wylądował w Hamburgu i lecąc na autopilocie po wyczerpaniu się paliwa wpadł do Atlantyku w odległości 350 mi/560 km na pn-zachód od Szkocji, mniej więcej w okolicach punktu opisanego współrzędnymi N 61°57’ – W 010°51’. Przyczyną było najprawdopodobniej rozhermetyzowanie kabiny, które nastąpiło 40 minut po starcie z Wiednia, aczkolwiek piloci wojskowi, którzy przechwycili samolot, nie widzieli nikogo w kokpicie. Zginęły trzy osoby.  
    

I jeszcze jeden podobny wypadek: dnia 10.I.1980 roku - Cessna 441 na trasie z Shreveport do Baton Rouge, LA, przestaje komunikować się przez radio, leci daleko oczywiście na autopilocie, i ostatecznie wpada do Oceanu Atlantyckiego u wybrzeży Północnej Karoliny z powodu wyczerpania paliwa. Dwaj pasażerowie, nowy trener piłki nożnej z  Louisiana State University Bo Rein i pilot, zginęli w tej katastrofie. Zakłada się, że pilot stracił przytomność w locie z powodu niedotlenienia wynikającej z dekompresji kabiny. Amerykańska Wikipedia podaje, co następuje:
Bo Rein i doświadczony pilot Louis Benscotter polecieli samolotem Cessna 441. Lot miał trwać 40 minut, ale kiedy Benscotter skierował się na wschód, by ominąć burzę, kontrola lotu straciła z nim kontakt. Samolot wyszedł na wysokość 40.000 ft/~13.300 m i skierował się dokładnie na wschód. Samolot został przechwycony przez maszynę US National Guard w Północnej Karolinie o 1000 mi/1600 km od kursu i na wysokości 41.600 ft/13.870 m – o 6600 ft/3300 m wyższej od najwyższej certyfikowanej dla tego typu samolotu. Piloci wojskowi nie widzieli nikogo kokpicie. Samolot kontynuował lot nad Oceanem Atlantyckim, gdzie rozbił się po wyczerpaniu paliwa. Wrak maszyny był nie do odzyskania. Zwłoki pilota i pasażera nie zostały nigdy odnalezione. Przyczyna katastrofy jest nieznana, ale najprawdopodobniej dekompresja kabiny wywołała niedotlenienie i w rezultacie utratę przytomności przez pilotów.   

Czy obydwa te wypadki mogłyby być jakimś kluczem do zrozumienia tajemnicy katastrofy na Mt. Deception?

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 46/2015, ss. 18-19
Przekład z rosyjskiego i angielskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz


[1] Zmiany te dotknęły także nazwy Mt. McKinley, która obecnie nosi nazwę Mt. Denali.
[2] Jest to scenariusz do mini-serialu TV „Langoliery – Pożeracze czasu” (1995)