Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vineta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vineta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

PODRÓŻ UCZONA DO POLSKIEJ ATLANTYDY (2)


DZIEŃ CZWARTY – środa, 15.09.

Dzisiaj „robimy” Świnoujście prawobrzeżną część miasta. Pogoda jest nadal okropna: tylko jakieś +10°C i deszcz. A do tego silny i porywisty wiatr.

Podczas porannego seansu łączności z EKO Radiem pytam red. Andrzeja Zalewskiego o burzę magnetyczną. Nie potwierdza. Postanawiamy zatem powtórzyć przejazd do Wisełki i z powrotem i obserwowanie wskazań nawigacji GPS, co też zrobiliśmy i faktycznie – wskaźnik znów odchylał się na północ od swego „normalnego” położenia.
Z Wikipedii wiadomo, że GPS używa dwóch częstotliwości roboczych C/A – L1 =  1,57542 GHz oraz L2 = 1,2276 GHz. Czyżby w tych górach istniał jakiś czynnik zakłócający sygnał o tak wysokiej częstotliwości?

Pogoda poprawia się na tyle, że jedziemy do Świnoujścia na Chorzelin. Znajdują się tam dwa ciekawe obiekty: Fort Gerharda (13) i Latarnia Morska (14), z której wysokości 86 m – trzeba pokonać 280 schodów, by wejść na jej szczyt – podziwialiśmy panoramę miasta, portu oraz budowanego już Gazoportu Świnoujście (15). Kiedy wchodzimy na wieżę Latarni Morskiej, pogoda staje się niemal letnia – temperatura wzrasta do +18°C, wiatr nie zmienia siły, ale zmienia kierunek i wieje z W-SW i nie leje!

Słowo o umocnieniach Świnoujścia. Była to potężnie ufortyfikowana twierdza zbudowana pod koniec XVIII wieku przez Prusaków i przejęta potem przez hitlerowców, którzy jeszcze bardziej ją rozbudowali i zmodernizowali. W czasie II Wojny Światowej w Świnoujściu mieścił się port wojenny dla niszczycieli i U-bootów. Potem twierdzę przejęły wojska radzieckie, które użytkowały ja przez jakiś czas. Potem twierdza ta popadła w zapomnienie i stopniowo zasypywana była stertami śmieci i odpadków. Dopiero w latach 90. odkopano ją i pokazano światu, a uczyniła to grupa młodych zapaleńców i miłośników historii. W tej chwili w Forcie Gerharda znajduje się muzeum, które powoli się rozbudowuje o kolejne pomieszczenia i wciąż zdobywa nowe artefakty. Nie mamy słów, by oddać nasz szczery podziw dla tych młodych ludzi, którzy oddali swój wolny czas i czasem także zasoby pieniężne, otrzymując jedynie ochłapy od miasta, które powinno być im wdzięczne za to, że stworzyli jeszcze jedną atrakcję turystyczną! Ale to w tym kraju jest normalne – zapaleńcy mogą liczyć tylko i wyłącznie na siebie… Wstyd!!!

Wczesnym przedpołudniem wpadamy na Przystań Promów Morskich POLFERRIES (16), gdzie służyłem w latach 1978 – 1987. Nie ma tam niczego, co znałem. Wszystko jest przebudowane i zmodernizowane. Zupełnie nie do poznania!

Następnie udajemy się do Muzeum Broni V-3 w Zalesiu (17), gdzie oglądamy ciekawe eksponaty i ekspozycje fotografii i fotokopii różnych dokumentów tam zgromadzonych. Prowadzą je – podobnie jak w Świnoujściu – młodzi pasjonaci i miłośnicy historii. Jest bardzo sympatycznie.

No i ostatni punkt programu – Jezioro Turkusowe w Wapnicy (18). Jest ono pięknie położone wśród lasów i wzgórz Wolina. Powstało w miejscu starej kopalni kredy, z której wydobywano surowiec do cementowni znajdującej się do 1945 roku w sąsiednim Lubiniu.

Wieczorem spacer po plaży i na Molo. Na jednej z międzyzdrojskich gór widzimy wieże stacji radiolokacyjnej – czyżby to ona ogłupiała naszego nawigatora GPS? Tymczasem na piasku plaży znajdujemy kilka małych 1-2 cm meduzek, a Ania dodatkowo znajduje kawałeczek bursztynu!

Doniesienia z domu mówią o nieprawdopodobnym wprost wysypie grzybów w Jordanowie i okolicach. Taki sam jest tutaj. Taki wysyp widziałem tylko raz – we wrześniu 1986 roku, po katastrofie reaktora jądrowego w Czarnobylu…  Zastanawiamy się, co tym razem było stymulatorem rozwoju grzybni i dochodzimy do wniosku, że być może spadłe z deszczem pyły i popioły po wybuchu wulkanu Eylafjell na Islandii, który skutecznie zablokował ruch lotniczy w kwietniu tego roku nad Europą…




DZIEŃ PIĄTY – czwartek, 16.09.

Wczoraj odjechała nasza poetessa. Na pożegnanie zostawiła dwa wiersze, które pozwolę sobie zacytować:

Serce - morze - góral

Tak jak fala odpływa od brzegu
Piaszczystej plaży utkanej misternie
Z piasku - muszelek - kamyków

Tak moje myśli i serce
Unoszone są na skrzydłach mew
Do gór - tam moja dusza
Choć tak piękne wybrzeże Bałtyku

07.09.2010 r.

* * * 

Myśli sztormowe

Spienione fale - jak moje myśli
Morze buntowniczo nastraja do realności
Wzburzone jego wody

Bija o piaszczyste wybrzeże
Zagłuszając prawdę życia wolnego ptaka
Cierpienia duszy - nikt pojąć nie jest w stanie

Serce zagubiłem gdzieś w morskiej otchłani
Nie ma dla mnie powrotu
Pozostała tęsknota
Mewa - morska bryza i szum sztormowej fali

13.09.2010 r.

    Tymczasem pogoda znowu pochmurna i deszczowa. Nad morzem ciągną stada chmurzysk z zachodu na wschód. W TVP zapowiadają znów deszcze, wiatry i sztorm na Bałtyku. Temperatura wynosi +11°C, a my tymczasem jedziemy na lewobrzeżną (zachodnią) stronę Świnoujścia. Przeprawiamy się promem na Karsiborzu (19) i wjeżdżamy na Uznam, gdzie zatrzymujemy się u naszego starego przyjaciela Pana Wiesława Kołacza.

Najpierw zaliczamy Muzeum Regionalne w Świnoujściu (20), gdzie znajduje się niezmiernie ciekawa ekspozycja biologiczna, bursztynów i… starych dokumentów – w tym map tych terenów, z których najstarsza pochodzi z XVII wieku. Pogoda się poprawia i zza chmur wyziera słoneczko i ku naszemu zdumieniu – robi się nawet dość ciepło!

Następnie per pedes apostolorum przemierzamy port wzdłuż Nabrzeża Władysława IV i Port Jachtowy (21) – powstały w miejscu, gdzie cumowały kiedyś radzieckie okręty podwodne w tym także „atomowce” – do Fortu Anioła (22). Ta niezwykła budowla została całkowicie odrestaurowana i mieszczą się w niej galerie i wystawy. Z groźnej budowli wojennej stała się ona przybytkiem sztuki!

Po Forcie Anioła zaliczamy kolejne umocnienia Fortu Zachodniego (23), gdzie oglądamy wyeksponowane tam kolekcje umundurowania armii, które tam stacjonowały: pruskiej, niemieckiej, radzieckiej i Wojska Polskiego. Poza tym pokazano tam sprzęt i broń w tym także broń podwodną: torpedy i miny oraz pocisk rakietowy SS-1/SCUD – wyjątkowo pa-SCUD-na rakieta... I znów jak w przypadku Fortu Gerharda – nad restauracją tych umocnień pracowała garstka zapaleńców, która doprowadziła te obiekty do porządku i sprawuje nad nimi pieczę. Postawa ze wszech miar chwalebna, ale nie znajdująca aprobaty u P.T. Władz Odnośnych…

Mało kto wie, że w maju czy czerwcu 1945 roku na terenie tego fortu doszło do CE2 z Nieznanym Obiektem Latającym. Bohaterem tego spotkania był jakiś radziecki wartownik, który porwał się na UFO ze… sztykiem[1]! Oczywiście niczego nie wskórał, a później jakiś major z GRU wytłumaczył mu, że był to pojazd z niemieckiego lotniskowca Graf Zeppelin[2] i… kazał mu podpisać lojalkę, która zamknęła mu usta do 1991 roku, do upadku puczu Janajewa i Kriuczkowa…

Po zwiedzaniu fortyfikacji idziemy do jednej z atrakcji tego miasta – dolnej stawy nabieżnikowej znanej jako Stawa Młyny albo po prostu Wiatrak Młodości (24). Znajduje się ona na zachodnim falochronie portowym. Podobno pomaga ludziom utrzymać młodość do późnej starości… Pogoda, dotychczas względnie dobra, gwałtownie się psuje – od strony Garzu nadciąga deszczowy szkwał i rzeczywiście – po kilku minutach uderza w nas silny wiatr – jakieś 9-10°B, który miecie w nas piaskiem i kroplami wody. i do tego deszcz. Podzwrotnikowa ulewa, która szybko przenika przez nasze kurtki z goratex’u. Po minucie jesteśmy mokrzy. Szybko zwijamy się z plaży i jedziemy dzielnicą nadmorską na Ahlbeck po niemieckiej stronie granicy (25).

Potem jeszcze tylko krótkie spotkanie z kolegami z wojska i około godziny 17:20 znajdujemy się z powrotem w Międzyzdrojach, gdzie zmieniamy odzież i idziemy pooddychać morskim  powietrzem na Molo, skąd zgania nas kolejny szkwał. Na szczęście tym razem uciekliśmy na czas…

Jakie refleksje po tym dniu? Przerażające. Nie mogę pojąć, dlaczego pozwolono i dopuszczono w tym kraju do tego, że zamiast naszej Białej Floty po polskich akwenach pływają niemieckie statki turystyczne, po Świnoujściu jeżdżą niemieckie autobusy i pociągi, w mieście buduje się apartamentowce dla Niemców, a nasz flagowy prom m/f „Polonia” pływa pod flagą… Wysp Bahama (jak zresztą wszystkie), a jego portem macierzystym zamiast Szczecina czy Gdańska jest… Nassau! Oto do czego doprowadziły nas rządy solidarnościowych mętów i szumowin! Nasi ojcowie i dziadkowie bili się o te ziemie oddając za nie zdrowie i życie, ja za tzw. komuny byłem gotów bić się do ostatniego naboju w ich obronie, a teraz rządy solidaruchów, jakichś katolickich patriotów-idiotów i liberałów-aferałów oddają je za psi grosz w obce ręce!




DZIEŃ SZÓSTY -  piątek, 17.09.

Pogoda z rana jak zwykle, to jest muzealno-barowa: temperatura +11°C, chmury i wiatr z zachodu, a do tego chłodny, islandzki deszcz…

W jedynce PR i TVP plucie na Związek Radziecki za inwazję w 1939 roku. I tylko ani słowa o prawdziwych przyczynach klęski wrześniowej, do której doprowadziła obłędna megalomania sanacyjnych polityków, którzy w obliczu wroga dali dyla do Francji i Anglii zostawiając naród na pastwę okupantów. Ale najgłupszą wypowiedź wydalił z siebie idol i pupilek IPN prof. Andrzej Paczkowski, który powiedział coś takiego, a mianowicie – „Polacy mogli powstrzymać Niemców na linii Wisły i przejść nawet do kontrataku, ale wejście wojsk sowieckich nie pozwoliło na to”. Ciekawe, czym byśmy powstrzymali Niemców przy stosunku sił 5 a czasem 6 : 1? Ja rozumiem, że głupota nie boli, ale w tym przypadku ten ipeenowski profesorek już przesadził i w te brednie uwierzył chyba tylko on sam, a w swej dyspozycyjności dla katolickiej prawicy przebił jej idola Jana Pospieszalskiego…  

Najpierw pojechaliśmy do Świnoujścia – Warszowa odwiedzić znajomych staruszków Państwo Helenę i Józefa Kaszewskich, u których mieszkałem w latach 1986/87, zanim wyprowadziłem się ze Świnoujścia. Dziarscy staruszkowie trzymający się wspaniale – dzielni ludzie, którym wiele zawdzięczam.

Przedpołudnie robi się – ku naszej radości – ładne i słoneczne, więc zaliczamy Grodzisko (26) Lubniu (Lubiniu), którego początki datują się na XII wiek. Teraz jest tam stanowisko archeologiczne, na którym prace się dopiero zaczęły. Osobliwością tego miejsca jest to, że znaleziono tam skarb złożony z arabskich srebrnych monet z X wieku! Świadczy to o szerokich kontaktach handlowych.

Nieopodal znajduje się klifowy punkt widokowy (27) na cały Zalew Szczeciński. Widok – szczególnie w pogodne dni, kiedy iest przeźrzysta aeria – jakby napisał ks. Stanisław Staszic, jest imponujący i sięga od Świnoujścia i Karsiboru oraz Kamminke i Ueckermünde na zachodzie, Polic i Szczecina na południu aż do Stepnicy i Wolina na wschodzie.

Z miejscem tym wiąże się ciekawe wspomnienie, bowiem ostatni raz byłem tam 7 lub 9 września 1987 roku. Żegnałem się z Pomorzem i pragnąłem jeszcze raz ujrzeć miejsca, które mi się podobały. I wtedy właśnie zobaczyłem Ich – nie wiem, kim Oni/One były. Wyglądało to jak kilkoro kąpiących się ludzi koło wyspy Wielki Krzek od strony wschodniej (28), na Krzeckiej Mieliźnie. Początkowo sądziłem, że są to po prostu jacyś płetwonurkowie, ale nie miałem lornetki, by się im przyjrzeć. Zdumiał mnie tylko brak jakiejś łodzi czy choćby pomostu z wywieszoną flagą „mam nurka pod wodą” czy flagą A.[3] Ludzie ci taplali się tam beztrosko – ludzie czy… Syreny? A trzeba wiedzieć Czytelnikowi, że w jeziorze Wicko zamieszkiwała Syrena o imieniu Świetlana, która zakochała się nieszczęśliwie w młodym mnichu…

Jadąc południowym brzegiem Wolina obserwowaliśmy wskaźnik naszej nawigacji GPS, który tym razem odchylał się ku południowi w granicach 150 – 250 m! Tym razem jednak zrozumieliśmy przyczynę tego zachowania, kiedy przełączyliśmy urządzenie na wskazania kierunku i poziomu sygnałów z satelitów. Satelity znajdujące się na północ wysyłały znacznie słabszy sygnał od tych, które znajdowały się na południe od nas. A to oznaczało, że przyczyna tego zjawiska znajduje się w górach, w których znajdują się niewielkie pokłady syderytu – rudy żelaza o wzorze chemicznym FeCO3 – węglan żelaza. Wygląda więc na to, że to właśnie żelazo wpływa na moc sygnału z satelitów i namiar brany zazwyczaj z 6-7 satelitów jest brany z 2-3 i to tylko z jednego kierunku – stąd błąd w odczycie danych przez procesor nawigatora i błędne wskazania. Nie ma tajemniczych nazistowskich broni magnetycznych, UFO czy artefaktów po Atlantydzie. Ale nie znaczy to, że nie ma w ogóle pewnej tajemnicy tego miejsca!

Zacznę od tego, że jeden z mych znajomych meteorytologów wysunął hipotezę, iż niektóre jeziorka na Wolinie powstały wskutek impaktu meteorytu, co mogło mieć miejsce jakieś 10.000 lat temu. Przemawia za tym kształt tychże jeziorek i charakterystyczna forma krateru impaktowego. A syderytami nazywamy także meteoryty zawierające czasami nawet wysoki procent żelaza. A teraz spójrz Czytelniku na mapkę – na południu wyspy Wolin znajduje się dziwne jezioro – Wicko Wielkie (29). Jest ono niemal kolistego kształtu. Kolista forma tego jeziora może sugerować, że postało ono wskutek uderzenia meteoroidu, którego resztki wbiły się w góry znajdujące się na północ od krateru oraz utworzyły te jeziorka. Tak czy owak, należałoby zbadać dokładnie dno jeziora Wicko Wielkie i dna jeziorek na Wolinie, a nuż znalazłyby się tam szczątki jakiegoś syderolitu[4]? Szkoda, że nie miałem kompasu, żeby zobaczyć, czy są odchylenia od północy magnetycznej… Myślę, że na naszych wyspach jest jeszcze to i owo do odkrycia!

No i powracamy do Wolina – gdzie na Ostrowie Racławskim wreszcie zaliczamy Skansen Słowiańsko-Wikiński (9). To jest bardzo ciekawe muzeum na wolnym powietrzu, bo daje pojęcie, jak żyli tutaj ludzie do mniej więcej XII wieku. Trochę to nie pasuje do obrazów malowanych przez różnych fantastów, ale… Mineta istniała naprawdę i naprawdę pogrążyła się w fale Zalewu – ale wskutek najazdu wrogów i potężnej powodzi, która podniosła poziom wód Zalewu i po prostu zmyła Jomsborg w ciemność zapomnienia… Ten obiekt szczególnie polecam tym, którzy marzą o polskiej Atlantydzie, co wcale nie znaczy, że jej nie było…   

Po południu temperatura podnosi się do +14,2°C, zachmurzenie znów ¾, a silny i porywisty wiatr nieodmiennie wieje z zachodu. Idziemy plażą na wschód – w kierunku Głazów Piastowskich (30). Jest to zbiorowisko ogromnych brył granitowych, granitognejsowych i gnejsowych wypłukanych z klifu przez fale morskie. Pogoda się nieco poprawiła – nie leje, ale za to straszliwie wieje - 10°B, a temperatura wyrównana +14°C. Na plaży spotykamy parę młodą robiącą sobie sesję fotograficzną. Poza nami i jakąś wycieczką młodzieży szkolnej wokół nas sami Niemcy. Ale ich też dotknął kryzys – już nie wyjeżdżają do ciepłych krajów a poprzestają na tańszej (dla nich) Polsce…





DZIEŃ SIÓDMY – sobota, 18.09.

Pogoda znów nas nie rozpieszcza: zachmurzenie ½ - ¾, wiatr silny i porywisty 8 - 9°B z kierunku zachodniego, temperatura +10°C, ale wydaje się chłodniej ze względu na działający już wind chill factor

Dzisiaj dzień na luziku, bo „zrobiliśmy” wszystko, co dało się zrobić. Nie udało się nam zaliczyć Muzeum Archeologicznego w Wolinie, z powodu remontu do 15.X. oraz ciekawego obiektu zwanego POWT[5] baterii plot Göben pomiędzy Międzyzdrojami a Świnoujściem. Nie dotarliśmy także do Królewskiego Kamienia w Kamieniu Pomorskim na Wyspie Chrząszczewskiej oraz do głazów narzutowych znajdujących się w okolicy Dziwnowa.

Z tymi ostatnimi wiąże się ciekawa historia – otóż, kiedy byłem tam jesienią 1985 roku, to moja żona zrobiła mi zdjęcie na jednym z nich. Zdjęcie – czarno-białe – wyszło znakomicie, ale… w prawym-górnym rogu kadru pojawił się czarny obiekt w kształcie fragmentu kuli. Zdjęcie to przesłałem później Krzysztofowi Piechocie sądząc, że jest to przejaw działania jakichś pozaziemskich sił. Niestety – tak nie było – moja żona po prostu przesłoniła część kadru… fragmentem półkolistego zapięcia futerału naszego aparatu fotograficznego Zenit E a obiektywem 35 mm, co dało właśnie taki efekt, jakby ponad mną zawisła jakaś czarna kula albo po prostu UFO. Na szczęście sprawa wyjaśniła się szybko i informacji tej nie podałem do naszej ufologicznej prasy.

NB, na wyspie Wolin miało miejsce pierwsze w Polsce – a przynajmniej za takowe uważane – CE z UFO, które miało miejsce w pobliżu drogi z Wolina do Świnoujścia w ostatnim dniu sierpnia 1953 roku, którego świadkami było pięć osób – w tym 3 Niemców. Informację o tym podał prof. Jacques Vallée, ale jak dotąd nikt jej nie potwierdził, a więc pozostaje ona w zbiorze obserwacji „legendarnych”…  

Przed południem wiatr znów zaczął tężeć, co zwiastowało kolejny sztorm, a my idziemy sobie promenadą w kierunku zachodnim, gdzie widzimy kilkanaście zapuszczonych willi do sprzedania i takie, które już wykupili Niemcy – te są elegancko odnowione i utrzymane. Tak samo jest w Świnoujściu. Wracamy do Międzyzdrojów plażą. W kawiarni Alex na deptaku spotykamy się z rewelacją, którą są – LODY SMAŻONE! Oczywiście zamawiamy sobie dwie porcje, nie wiemy jak je zrobiono, ale są BARDZIEJ PYSZNE![6]

Poza lodami oczywiście jemy obiad i wracamy na Molo, gdzie podziwiamy windsurferów i kitesurferów, którzy przy wściekle dmącym wietrze ślizgali się po wzburzonych falach… Bo byłoby całkiem fajnie, gdyby nie ten wściekle dmący wiatr, który – po raz któryś – przyniósł deszczową chaję czyli szkwał.

O godzinie 18:00 idziemy pożegnać się z morzem – jutro wyjazd. Chaja przeszła i przemieściła się nad Zalew nam ukazując nieprawdopodobne wprost widowisko meteorologiczne: najpierw na południowym niebie pojawiły się oświetlone niskim słońcem chmury mammatus przypominające krowie wymiona – stąd ich nazwa, a potem jednolity wał chmur oświetlony już podhoryzontalnym słońcem i przypominający przekładaniec albo wielokolorowe lody owocowe… Feeria światła w chmurach, tego się nie da opisać. Żałuję, że mam tylko aparat fotograficzny w telefonie, ale i tak zdjęcia oddają nieco tego piękna, które dane nam było ujrzeć! Był to widok cudowny, wprost mistyczny – jedyny w swoim rodzaju…

Wracaliśmy do domu pod białym, jakby zimowym Księżycem. Temperatura znów wynosiła +10°C, i od zachodu szła kolejna chaja. Chcemy tu jeszcze wrócić.




DZIEŃ ÓSMY – niedziela, 19.09

Wyjeżdżamy o 07:15 oświetlani „wodnym” słońcem, które zwiastuje deszcz. Po drodze przyglądamy się jeszcze elektrycznej farmie złożonej z 20 wielkich wiatraków w Recławiu. A potem przejazd przez lasy Puszczy Goleniowskiej. Na poboczach dziesiątki samochodów – grzybiarze poszli w las!

Jedziemy w kierunku Poznania wzdłuż zachodniego skraju Puszczy Noteckiej – tam, gdzie nasi energetycy chcą wybudować jedną z elektrowni jądrowych. Po drodze zastanawiamy się nad tym, dlaczego nic nie robi się, by uszczknąć coś z tych miliardów kalorii, które otrzymujemy od Słońca i które kumulowane są w ziemskiej hydro- i atmosferze? Energia słoneczna kumulowana w atmosferze wciąż ja podgrzewa. Ilość ciepła potrzebnego do ogrzania atmosfery o 1°C można przybliżenie wyliczyć według szkolnego wzoru:

Q = m · c · Δt

- gdzie m to masa atmosfery ziemskiej, która wynosi 5 x 10^18 kg, c to ciepło właściwe powietrza, które wynosi 1005 J/kg · K, a Δt jest zmianą temperatury w stopniach Celsjusza.

Wedle tego wzoru, na ogrzanie całej masy atmosfery ziemskiej tylko o 1°C potrzeba nakładu 5.025.000.000.000.000.000.000 J czyli 5,025 x 10^21 albo 5,025 Zettadżulów (ZJ). Do zagotowania litra wody potrzeba tylko 418.990 J, czyli jakieś mizerne 420 kJ.

Jak widać, ta olbrzymia ilość energii jest aktualnie przyczyną wszystkich nieszczęść, które trapią Ludzkość. A co będzie, jak temperatura ziemskiej atmosfery podniesie się o 2, 3, 4…6°C w skali globalnej? Czemu więc z uporem idioty rąbiemy połacie lasów i stawiamy elektrownie atomowe, a nie korzystamy z czegoś, co mamy od Matki Natury i to za darmo???

Po drodze wpadamy do przyjaciółek w Oleśnie, ale zastajemy tylko ich mamę i jej psicę. Nie mamy zbyt wiele czasu na czekanie, więc jedziemy dalej. Po drodze z Olesna do Strzelc Opolskich podziwiamy niektóre nazwy miejscowości pisane po polsku i niemiecku – szczególnie bawi nas nazwa Bziukowo – Bziukau. To też signum temporis, w PRL rzecz nie do pomyślenia, bo PRL jakie było takie było, ale dbało o integralność kraju… Jak widać Ziemie Odzyskane są wydzierane nam kawałek po kawałku, ale dla quasi-polskich pseudo-patriotycznych polityków ważniejsze są wojenki krzyżowe i dogadzanie klerowi, niż interesy Polski w UE i na świecie…

Zmęczeni całodzienną jazdą wróciliśmy do domu około 18:30. Myślę, że warto było tam pojechać i przypomnieć sobie historię – tą najstarszą i tą najnowszą.


[1] Sztyk (ros.) – bagnet.
[2] Lotniskowiec ten, jeszcze nieukończony, zatopiły brytyjskie bomby w szczecińskim porcie.
[3] Flagi takie wyglądają następująco – na czerwonym tle biały pas biegnący na ukos od prawego górnego do lewego dolnego rogu, albo flaga A międzynarodowego kodu flagowego – na białym tle granatowy pięciokąt w kształcie litery K.
[4] Syderolit – meteoryt żelazno-kamienny.
[5] POWT – Punkt Obserwacji Wzrokowo-Technicznej.
[6] Jest to najwyższa z możliwych ocen w klasyfikacji jednego z moich znajomych, której gradacja obejmuje stopnie: do niczego, taki sobie, dobry, bardzo dobry, mniej pyszny, pyszny i bardziej pyszny. 

niedziela, 12 sierpnia 2012

PODRÓŻ UCZONA DO POLSKIEJ ATLANTYDY (1)


Jako że mamy lato i czas urlopowo-wypoczynkowy, sprzyjający wszelkim podróżom, pozwalam sobie przypomnieć relację z naszej podróży uczonej do polskiej - a właściwie słowiańskiej Atlantydy, która kiedyś dumnie wznosiła się na wyspie Wolin, zwała się Vinetą i była nie tylko legendą...

* * * 

Tytuł nawiązuje do noweli J. J. Sękowskiego „Podróż uczona na Wyspę Niedźwiedzia”, w której ów XIX-wieczny podróżnik i literat, członek Towarzystwa Szubrawców znany pod literackim pseudonimem baron Brambeus wybrał się na jedną z wysp Delty Leny, na której odkrywa ślady poprzedniej cywilizacji, którą można utożsamiać z platońską Atlantydą. My nie mieliśmy aż takich zamiarów, ale odwiedziliśmy naszą, polską Atlantydę, która znajdowała się na południowo-wschodnim cyplu wyspy Wolin, gdzie wedle podań i kronik znajdowało się ludne i słynne na cały ówczesny świat miasto Julin, Jumne, Vineta, Wineta, Jóm, Jom, czy wreszcie Jomsborg, którego Jomswikingowie znani byli z bitności, a skaldowie, rybałci i bardowie śpiewali o nich sagi, a które tak jak Atlantydę pochłonęły fale Zalewu Szczecińskiego…

DZIEŃ PIERWSZY – niedziela, 12.09.

Wyruszyliśmy z Jordanowa o godzinie 07:11. Pogoda paskudna – mgła i tylko +12°C, mglisty i zgniły wyż…

O godzinie 11:00 zostawiamy po prawej stronie Wrocław i znajdujemy się już w innej krainie – pogoda staje się cudowna! – temperatura skacze do +25°C i na bezchmurnym niebie świeci słońce, które towarzyszy nam aż do celu podróży, do Międzyzdrojów.

O godzinie 17:00 dojeżdżamy do Międzyzdrojów. Oglądamy najpierw słynną Aleję Gwiazd (1) i przepiękny zachód słońca z molo (2), ale przeżywamy także zawód, bo w morzu nie ma ani jednej meduzy! Jesteśmy zawiedzeni… A to niespodzianka! Tak liczyliśmy na zdjęcia tych niezwykłych zwierząt, które – jak sięgam pamięcią – pojawiały się w morzu na przełomie sierpnia i września i pływały nawet do drugiej dekady października… Co się z nimi stało? – oto zagadka!

Na molo spotykamy naszą miejską poetessę – Panią Bożenę Sandulską, której wiersze można przeczytać na jej blogu – http://poezjabozenys.blog.onet.pl, która wraz z mężem poszukiwała tu natchnienia.

Na całej trasie naszego przejazdu przez Dolny Śląsk, Lubuskie i Zachodniopomorskie setki grzybiarzy! Stoją na poboczu drogi i oferują skarby lasów: borowiki, podgrzybki, kurki, kanie, a w Parłówku także… – miód! Od jasnego kwiatowego, po najciemniejszy – spadziowy.

Zatrzymujemy się w zaprzyjaźnionym domu Pani Reginy, żony zawołanego poety i grzybiarza – Pana Marka Pierzynowskiego, którego wiersze znane są przede wszystkim w… Jordanowie, któremu poświecił wiele z nich. Są one na Jego blogu - http://poezja-mp.blog.onet.pl, ale On sam, ku naszemu szczeremu żalowi, odszedł na początku tego roku…

Przywiódł nas tu jeszcze jeden problem, a mianowicie doniesienia prasowe na temat szczególnie interesujący ekologów – foki bałtyckie i morświny. Oto garść doniesień na ten temat:

Ostatnie trzy miesiące obfitują w raporty o odnalezieniu martwych fok na polskim wybrzeżu.

W dniu 12.07.2010 Stacja Morska IO UG w Helu otrzymała  zgłoszenie od turystki przebywającej w Kuźnicy. Poinformowała ona, że w tamtejszym porcie rybackim dryfuje jakiś dziwny przedmiot, który kształtem przypomina fokę lub morświna. Na miejscu znaleziono unoszący się w wodzie fragment zwiniętej wykładziny, która rzeczywiście do złudzenia przypominała fokę. Po wyciągnięciu dryfującego przedmiotu na brzeg okazało się, że jest to martwe zwierzę, szczelnie zawinięte w wykładzinę. Była to foka szara, na której głowę dodatkowo założono duży niebieski worek na śmieci.

Dalsze oględziny foki przyniosły niepokojące informacje. Na plecach zwierzęcia znajdowały się trzy nieduże, jednak głębokie otwory, przypominające rany zadane długim i ostrym przedmiotem. Dodatkowo po stronie brzusznej foka miała rozległą ranę. Przyczyną zranienia było wycięcie dużego fragmentu powłok ciała. Długość ciała zwierzęcia (171 cm) świadczy o tym, że był to dorosły osobnik.

Źródło: www.fokarium.pl

W ciągu ostatnich trzech miesięcy Bałtyk wyrzucił na brzeg kilkadziesiąt martwych fok. Naukowcy wciąż nie wiedzą co było przyczyną ich śmierci.

- Znajdujemy głównie osobniki urodzone w tym roku (foki rodzą się w marcu), jeszcze pokryte lanugo, czyli takim "niemowlęcym" owłosieniem. To niepokojące, bo młode foki nie umierają tak po prostu - mówi Paweł Bloch ze Stacji Morskiej w Helu, wolontariusz WWF. - Najczęstszymi przyczynami śmierci tych zwierząt jest zaplątanie się w sieci rybackie - wtedy foka zwyczajnie się dusi - albo uderzenie przez śrubę okrętu. Teraz nie wiemy, co się dzieje. Tym bardziej, że przez kilka ostatnich miesięcy w Bałtyku mamy tylko "martwe obserwacje", żywe foki widziane są jedynie na ujściu Wisły - kilka dni temu wypoczywało w tym rejonie całe stadko, 15 sztuk.

Specjaliści wciąż nie potrafią jednoznacznie powiedzieć, co dzieje się z bałtyckimi fokami. Teorii jest kilka, żadna nie jest stuprocentowo pewna.

- Wolimy być ostrożni. Większa ilość zgłoszeń o martwych ssakach może być związana z tym, że ludzie częściej do nas dzwonią jak znajdą fokę, więc tym sposobem dowiadujemy się o większości takich przypadków. Na całym wybrzeżu ustawiliśmy tablice z numerem telefonu (działa przez całą dobę) oraz dokładną instrukcją, krok po kroku, co zrobić kiedy zauważymy zwierzę na brzegu. Wtedy na miejsce wysyłamy od razu wolontariuszy WWF - wyjaśnia prof. Krzysztof Skóra, szef helskiej stacji. - Z drugiej strony ciała fok mogły do nas przydryfować - np. ze Skandynawii, gdzie na foki urządza się polowania. Póki, co nie znaleźliśmy jednak niczego co potwierdziło by tę hipotezę, np. śladów po kulach. Dopóki nie przeprowadzimy dokładnych analiz nie rozszyfrujemy tej zagadki.

Naukowców martwi jeszcze jedno: stan niektórych foczych zwłok wskazuje na to, że zwierze było w rękach człowieka. Tak jak w przypadku foki, znalezionej dwa tygodnie temu w Kuźnicy, która zawinięta była szczelnie w kawałek wykładzinę, na głowie miała niebieski foliowy worek a ciało pocięte nożem.

Paweł Bloch: - Przecież foka sama nie zawinęła się w ten dywan.

- Ale to nie musi oznaczać, że przez kogoś została zabita, może po prostu ktoś próbował ukryć jej zwłoki - zastanawia się prof. Skóra. - Chociaż nie potrafię sobie wyobrazić kto i po co miałby zadać sobie tyle trudu. Foka jest gatunkiem chronionym ale przecież nikogo nie karze się za zgłoszenie znalezienia martwego ssaka.

Foczy problem zostanie przedstawiony Ministerstwu Środowiska. I poruszony na gremium międzynarodowym - już we wrześniu w Niemczech spotkają się eksperci do spraw fok. - Bo okazuje się, że to dzieje się nie tylko na polskim wybrzeżu - mamy informacje z Litwy, tam też liczba martwych fok niepokojąco wzrosła - dodaje szef Stacji Morskiej w Helu.

Ale zanim to nastąpi naukowcy muszą przeprowadzić szereg badań. Genetycznych - żeby określić konkretnie gatunek, wiek i pochodzenie martwych zwierząt. I toksykologicznych - aby jednoznacznie wykluczyć lub potwierdzić którąś z wersji wydarzeń. - To trochę trwa, bo próbki wysyłamy zbiorczo do badania - mówi Bloch.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

Coraz więcej martwych fok na naszym wybrzeżu

Nie ma tygodnia, by do Morskiej Stacji Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego na Helu nie napływały meldunki o martwych fokach.


Ryszard Nasiadko przy zdechłej foce, znalezionej na poligonie, na zachód od Ustki.

(Fot. Ryszard Nasiadko)
Latem tego roku znajdowane są one często na plażach Wybrzeża Środkowego. W minionym tygodniu jedną znaleziono w Czołpinie, a na zachód od Ustki – aż dwie.

Naukowcy wciąż jeszcze nie znają przyczyn tego zjawiska. Choć podkreślają, że ten rok jest wyjątkowo niedobry dla fok na naszym wybrzeżu. Plaże na całym Wybrzeżu patrolują wolontariusze z międzynarodowej organizacji ekologicznej WWF, którzy współuczestniczą w akcji nakierowanej na restytucję w środowisku naturalnym Bałtyku tego gatunku.

Są na to przeznaczone też unijne środki, ale chyba problem polega na tym, że foki zaplątują się w rybackie sieci. Ich przysmakiem są ryby, które lubią wybierać wprost spod kutrów, a to się często tragicznie dla zwierząt kończy.

Zresztą kiedyś na nie polowano.


Zabijają je ludzie?
Martwe foki na polskim wybrzeżu

Prawie 50 martwych fok znaleziono w tym roku na polskim wybrzeżu. Takiej liczby polscy naukowcy jeszcze nigdy nie odnotowali. Wiadomo, że niektóre foki nie zginęły śmiercią naturalną. Foki szare są w Polsce pod całkowita ochroną.

Ekolodzy są bardzo zaniepokojeni tak dużym odsetkiem nieżywych fok, szczególnie, że w niektórych przypadkach śmierć nie była zjawiskiem naturalnym

Ekolodzy biją na alarm. Maleje populacja tygrysów syberyjskich Kilkanaście martwych fok rocznie – to była norma z ostatnich lat. W tym roku jest dramatycznie. Tylko wczoraj pracownicy Słowińskiego Parku Narodowego znaleźli dwie foki na plażach w Czołpinie i Rąbce. Przyrodnicy są zaniepokojeni, bo ciała fok mają uszkodzenia mechaniczne – co oznacza, że obrażenia najprawdopodobniej zostały zadane przez człowieka.

Do tej pory nie złapano na gorącym uczynku sprawcy, który znęcałby się nad fokami. Katarzyna Woźniak ze Słowińskiego Parku Narodowego komentuje makabryczne odkrycie krótko: – To po prostu musi być zwyrodnialec.

Ciała martwych fok znajdowane są na całym polskim wybrzeżu. Trudno uwierzyć, że zdrowe foki nie potrafią pływać i topią się w Bałtyku.

Tyle media – a zatem problem istnieje i jest groźny, bo populacji fok w Bałtyku grozi wyginięcie. Sądzę, że sprawa jest bardzo ciekawa i powinna się nią zająć prokuratura. Kiedyś pamiętam – jeszcze w latach 60. była głośna sprawa wopisty, który zastrzelił zwierzaka sądząc, że to przebrany dywersant. Ale to były inne czasy. Teraz, kiedy pochylamy się nad każdą żywą istotą, by chronić ją przed człowiekiem sprawa ta ma swój dodatkowy, ponury wydźwięk!    



DZIEŃ DRUGI – poniedziałek, 13.09.

Ten dzień poświęcony był na zwiedzanie obiektów znajdujących się w Międzyzdrojach. Pogoda jest okropna: temperatura +16°C, a do tego deszcz i wiatr od Cieśnin Duńskich, czyli z kierunku NW – na Molo chce mi powyrywać włosy z korzeniami, a na morzu pojawiają się grzywy fal. Najpierw zwiedzamy Oceanarium (3) – kilkanaście ogromnych akwariów z rybami egzotycznymi, żółwiem, krabami i… - co najciekawsze – ukwiałami!

Około południa nieco się uspokaja i odwiedzamy miejscowy Cmentarz, gdzie znajduje się grób Pana Marka (4), na którym zapalamy znicz od nas i wszystkich Klubowiczów z Darz Grzyba.

Wyjaśniła się sprawa z meduzami, otóż pojawiły się one już w połowie sierpnia, czyli o dwa tygodnie wcześniej, niż normalnie się pojawiały. I co ciekawe, wczasowicze twierdzili, że zostali przez nie poparzeni, co wcześniej się nie zdarzało, a przynajmniej ja nie pamiętam, by chełbie modre – Aurelia aurita kogoś poparzyły… Jak każda meduza wydziela ona jad, ale nie jest on szkodliwy dla człowieka. Być może pojawiła się jakaś bardziej jadowita mutacja, albo spadła odporność ludzkich organizmów na jej jad… Albo z Morza Północnego przybyła tutaj jakaś bardziej jadowita odmiana chełbii i zadomowiła się tutaj wypierając te mniej jadowite? Wszystko jest możliwe – byłby to kolejny dowód na termogenną migrację gatunków.

Około południa pogoda nieco folguje. Jemy obiad w restauracyjce Halibut – smacznie i tanio, co ma znaczenie o tyle, że ceny tu są drenażowe. Nie dziwota – sezon był ponoć minorowy i wszyscy ponieśli straty. Powodzie i inne klęski żywiołowe w kraju dały się odczuć także i tutaj. A może szczególnie tutaj… Na szczęście jest pełno Niemców, którzy kompensują niedostatek polskich letników i pałętają się po wyspach przez cały rok.

Po obiedzie szybki skok do Muzeum Figur Woskowych (5), w którym pokazano najbardziej znane postacie naszych czasów. Niestety – pokazano Wielką Trójkę i Hitlera, a do tego powinien być jeszcze Mussolini i Hirohito. Niestety, na to już zabrakło inwencji i wiedzy historycznej twórcom tej ekspozycji…

Od figur woskowych udajemy się do Muzeum Muszli i Minerałów (6) i przez pół godziny obracamy się w fascynującym świecie wytworów Przyrody. Szczególne zdumienie budzi muszla ogromnej przydaczni – Tridcana gigas, z których robiono chrzcielnice i… wanienki do kąpania niemowląt! To największa muszla świata i najbardziej niebezpieczna – jej niemiecka nazwa brzmi mördermuschel… - czyli muszla-morderca, bo może uśmiercić nieostrożnego pływaka czy poławiacza pereł zaciskając się na jego dłoni czy stopie i topiąc delikwenta.

Pogoda znowu paskudna – leje i wieje, ale około 18:00 następuje kolejne uspokojenie i z molo podziwiamy fascynujący zachód słońca za Uznamem. A wieczorem oglądamy w TVP-1 doskonały reportaż Barbary Woźniak z cyklu „Szerokie tory”, który poświęca ona tajemniczym bunkrom z okolic Sewastopola na Krymie. Teraz już wiem, skąd się wzięły pogłoski o „zakopanych piramidach” na tym terenie, o których pisały rosyjskie tabloidy!



DZIEŃ TRZECI – wtorek, 14.09.

Ku naszej radości mamy pogodny poranek po pogodnej nocy. Niestety, już o godzinie 07:00 na niebo wypełzają chmury i tężeje wiatr z NW. Zbiera się na kolejny deszcz. Temperatura wynosi tutaj tylko +16°C.

W dwie godziny później deszcz leje jak na Islandii, temperatura spada do +12°C, a silny wiatr wieje nadal z kierunku NW. O godzinie 09:00 idziemy do Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego. (7) W Muzeum znajduje się ładna ekspozycja zwierząt i roślin zamieszkujących WPN i bardzo słaba geologiczno-mineralogiczna – tylko 4 gabloty z rdzeniami wiertniczymi i trylobitami oraz próbkami ropy naftowej spod dna Bałtyku (pamiętam jeszcze czasy naftowego boomu na Bałtyku, kiedy to PETROBALTIC prowadził wiercenia w okolicy Międzyzdrojów i wszyscy czekali na Wielką Ropę i Gaz), a także „Wolinianki” – wody mineralnej z okolic Wolina. Co do ekspozycji flory i fauny WPN ze szczególnym zainteresowaniem obejrzeliśmy sobie foki i morświny. Był tam nawet pingwin!

Zastanawialiśmy się nad tym, czy czasem tajemnicze zgony fok nie były spowodowane przez skażenia chemiczne lub biologiczne (albo jedne i drugie), które spłynęły do Bałtyku z wodami powodziowymi na wiosnę i w lecie bieżącego roku? Przed wyjazdem z domu odnotowałem u siebie następującą informację podaną przez media:

Śmierć prosto z wody

To skażenie o pięćdziesięciokrotnie większym zasięgu niż katastrofa w Czarnobylu, ale świat o nim nie wie. Nie wiedzą nawet ludzie nim dotknięci. Mieszkańcy Bangladeszu co dzień piją wodę z niebezpiecznym stężeniem arszeniku i codziennie po trochu umierają.

Kilka miesięcy temu Atik zauważył, że na ramionach i tułowiu pojawiają mu się brązowe plamki. Ten około pięćdziesięcioletni rolnik nie wiedział, że woda, którą codziennie czerpie ze studni w swoim ogrodzie, jest skażona arszenikiem, toksycznym związkiem chemicznym. Atik, który wraz ze swą rodziną mieszka w blaszanym baraku pośrodku pól ryżowych, czasem skarży się na zmęczenie. Nie zdaje sobie sprawy, że ma raka.

– Niestety sama wiedza niewiele by zmieniła. W okolicy nie ma szpitala, gdzie mógłby się leczyć, a zresztą lekarstwa są bardzo drogie – wyjaśnia doktor Alauddin Ahmed z ośrodka medycznego Uniwersytetu Columbia. W 2000 roku ta nowojorska uczelnia otworzyła klinikę w okręgu Araihazar, dwie godziny drogi od stolicy Dhaki, by zbadać skutki picia skażonej wody dla zdrowia 12 tys. wieśniaków.

Rezultat: badanie opublikowane w czerwcu w piśmie medycznym "Lancet" wskazuje, że połowa mieszkańców Bangladeszu pije wodę, w której stężenie arszeniku przekracza normę, powodując nowotwory, cukrzycę oraz choroby układu krążenia. Z publikacji wynika, że jedna piąta zgonów w tym kraju jest spowodowana arszenikiem. Ludność Bangladeszu jest narażona na "najpoważniejsze masowe skażenie w dziejach" – uważa Światowa Organizacja Zdrowia. – Skala problemu 50-krotnie przekracza tę z Czarnobyla, ale poświęca się jej 50-krotnie mniej uwagi – dodaje Richard Wilson, emerytowany profesor fizyki z amerykańskiego Uniwersytetu Harvarda.

Wszystko się zaczęło w latach 60. Aby walczyć z epidemią cholery i zwiększyć produkcję ryżu, wydrążono miliony studni przy finansowej pomocy organizacji pozarządowych. W latach 90. naukowcy odkryli, że ta podziemna woda niesie śmierć. Było już jednak za późno.

Arszenik, który występuje w stanie naturalnym w glebie, staje się niebezpieczny, jeśli jego stężenie w niektórych wodach gruntowych jest zbyt wysokie na skutek długotrwałych procesów geologicznych i chemicznych. Blisko jedna czwarta spośród 4,8 miliona zbadanych studni jest obecnie skażona w stopniu uważanym za niebezpieczny.

Otrucie arszenikiem często przebiega w sposób niezauważalny, bo nie występują żadne dolegliwości. – Jeśli coś nie boli, nie uważa się tego za groźne. A wieśniaków trudno skłonić do wizyty w klinice, bo jest to dla nich stracony dzień pracy – potwierdza dr Tariqul Islam, szef kliniki Uniwersytetu Columbia.

Jak tylko umiera któryś z mieszkańców okręgu Araihazar, naukowcy z kliniki jadą na miejsce, by zapytać o jego wcześniejsze choroby, sprawdzić zawartość arszeniku w wodzie, którą zwykle pijał, i ustalić na tej podstawie przyczynę jego śmierci. – U ludności narażonej na spożycie skażonej wody śmiertelność o 60-70 proc. przekracza przeciętną – tłumaczy Habib ul Ahsan, profesor Uniwersytetu Chicago, który kierował badaniami opublikowanymi w "Lancecie".

Skażenia arszenikiem nie można wyleczyć – po wchłonięciu substancja ta pozostaje w organizmie. Ponieważ dotąd stworzone leki są bezużyteczne, klinika Uniwersytetu Columbia bada skutki przyjmowania witaminy E i selenu pod kątem zwiększenia odporności organizmu na działanie arszeniku. Najlepszym sposobem pozostaje wciąż prewencja, czy to poprzez drążenie głębszych, a więc droższych studzien do zdrowych wód gruntowych, czy też filtrowanie wody skażonej.

Zasoby wody w Bangladeszu, jednym z najgęściej zaludnionych państw na świecie, są jednak ograniczone. Rezerwy wodonośne nie wystarczają. Na południowym wschodzie kraju, gdzie woda w rzekach jest słona, mieszkańcy zaczynają zbierać monsunową deszczówkę. Jest to rozwiązanie o ograniczonej skuteczności i nie stosuje się go w pozostałej części kraju, gdyż wymaga to budowania dużych zbiorników.

Podczas zielonej rewolucji Bangladesz zwiększył powierzchnię pól ryżowych, by wykarmić ludność. Tymczasem zebranie kilograma ryżu wymaga 4 m³ wody. – Nie udowodniono na razie, że ryż nawadniany wodą skażoną arszenikiem jest niebezpieczny dla zdrowia, ale wiemy, że skażenie zmniejsza wydajność pól ryżowych – mówi Yan Zheng, odpowiedzialny za kwestie związane z wodą w Funduszu Narodów Zjednoczonych Pomocy Dzieciom (UNICEF) w Dhace. Naukowcy pracują nad stworzeniem odmiany genetycznie zmodyfikowanego ryżu, który byłby odporny na arszenik.

Co roku sprzedaje się 18 tysięcy filtrów wody do użytku domowego, w cenie co najmniej 100 dolarów (79 euro), organizacjom pozarządowym, które rozprowadzają je po niskiej cenie mieszkańcom dotkniętych skażeniem wiosek. Ale najtrudniejszym zadaniem jest przekonanie wieśniaków do ich używania. – Nawet jeśli wiedzą, że arszenik jest niebezpieczny, nie zawsze zmieniają swoje zachowanie. Są przyzwyczajeni do picia tej samej wody od dziesiątek lat i nie zdają sobie jeszcze sprawy z konsekwencji. Trudno im skojarzyć arszenik ze śmiertelną chorobą – mówi Yan Zheng. Doszło do tego, że UNICEF zamierza zaapelować do psychologów specjalizujących się w zmianie zachowań.

Na usprawiedliwienie mieszkańców trzeba przyznać, że użycie filtrów miewa ograniczony efekt. Niektóre psują się już po kilku miesiącach, a inne nie są w stanie wyeliminować arszeniku z bardzo skażonej wody. Za filtry służą więc często kubły wypełnione piaskiem, które grożą z kolei zanieczyszczeniem bakteriami i wywoływanymi przez nie chorobami. Poza tym niektórzy wieśniacy niechętnie piją mniej świeżą wodę o innym smaku niż ten, do którego są przyzwyczajeni. (Onet.pl)

No cóż – morze jest, arszenik też by się znalazł – choćby z zatopionego w Bałtyku iperytu i innych Bojowych Środków Trujących - BŚT… 

Po II wojnie światowej ZSRR i NRD zatopiły w Bałtyku 65 tys. ton BST, będących na wyposażeniu armii III Rzeszy. O ekologicznych skutkach przedsięwzięcia nikt wtedy nie myślał. Problemy zaczęły się już wkrótce - w latach 50. raz po raz zdarzały się wypadki wyrzucenia niebezpiecznych ładunków na plażę i wyłowienia ich przez rybaków. W 1955 r. w okolicy Darłówka poparzeniu uległo kilkadziesięcioro dzieci, które miały kontakt z przyniesionym przez fale iperytem. Mimo upływu lat podobne wypadki zdarzały się na Bałtyku regularnie. Na polskich wodach terytorialnych ostatnie takie zdarzenie zanotowano w styczniu 1997 r. - poparzonych zostało osiem osób.

Największe skupiska BST znajdują się w Głębi Bornholmskiej i Głębi Gotlandzkiej. Tamtędy wiedzie planowana trasa gazociągu północnego. - Podczas układania rury trzeba będzie przekopać pas o szerokości 2 km. To, że budowniczy natrafią tam na BST, jest pewne - mówi prof. Tadeusz Kasperek z Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Jeśli tak się stanie, zalegające w przerdzewiałych beczkach i zbutwiałych skrzyniach parzące i rakotwórcze substancje mogą się rozprzestrzenić w całym morzu.

- Nasza inwestycja przyczyni się do oczyszczenia Bałtyku z BST, więc zastrzeżenia Polski są bezpodstawne i wynikają z powodów politycznych - twierdzi Irina Wasiliewa, rzecznik NordStream. Spółka zapewnia, że przed przystąpieniem do układania rury oczyści trasę z niebezpiecznych ładunków.

Deklaracje koncernu są jednak tylko pobożnymi życzeniami. Zgodnie z oficjalnymi dokumentami NordStream koszt projektu ma się zamknąć w 4 mld euro, a gazociąg miałby być otwarty około 2011 r. W budżecie mieszczą się działania przygotowawcze, a więc deklarowane oczyszczenie trasy gazociągu z BST. Jeśli wierzyć zapewnieniom przedstawicieli NordStream, należałoby im jak najszybciej przyznać Nagrodę Nobla, i to w kilku dziedzinach. Usunięcie i neutralizacja BST jest bowiem tak skomplikowaną i kosztowną operacją, że tylko jedna kompania na świecie zadeklarowała podjęcie się tego przedsięwzięcia. Konsorcjum angielskiej firmy Atomic Energy Authority oraz szkockiej SubSea Offshore Ltd jest gotowe wykonać to zadanie za 8 mld dolarów, przy czym operacja trwałaby 10 lat.


A zatem problem istnieje nadal i być może to on przyczynia się do zanikania populacji fok w naszym morzu. Bałtyk jest skażony równie paskudnie jak wody w Bangladesz. Skażenie wody może być odpowiedzialne także za dziwne zachowania meduz?

Następnie udaliśmy się do Wolina do tamtejszego Muzeum (8) – niestety, ku naszemu niezadowoleniu zastaliśmy je zamknięte z powodu remontu do połowy października. Poprzestaliśmy jedynie na obfotografowaniu się na tle stojącej przed nim balisty, której używano przed wynalezieniem broni palnej do miotania pocisków na mury miast i okręty wroga. Podobnież w przypadku Skansenu na Ostrowie Racławskim (9) – ten odpuszczamy sobie na razie z powodu okropnej pogody: zimnego wiatru i siekącego deszczu. Temperatura wzrasta do +14°C, ale wiatr przypędza mgłę znad morza i wszelkie zdjęcia w eksterierach są do niczego…

Jedziemy wschodnim brzegiem Wolina do Kamienia Pomorskiego. W miejscowości Łojszyno na wierzbie znajdujemy wspaniały okaz huby żółciaka siarkowego – Polyphorus sulphureus, który fotografujemy. Następnie w Kamieniu Pomorskim zwiedzamy niezmiernie interesujące Muzeum Mineralogii i Paleontologii mieszczące się w baszcie przy ul. Słowackiego 1 (10). Niezwykle interesująca ekspozycja zawiera m.in. kości dinozaurów oraz okazy minerałów, w tym szczególnie piękne kryształy!

Po wizycie w Kamieniu Pomorskim jedziemy zobaczyć ruiny kościoła w Trzęsaczu (11). Wiąże się z nimi legenda o Zielenicy córce króla Bałtyku, która została pojmana przez rybaków i ochrzczona przez jakiegoś fanatycznego mnicha. Wkrótce zmarła i została pochowana na przyfarnym cmentarzu. Odtąd Bałtyk pragnąc odzyskać ciało swej córki szturmuje falami klifowy brzeg i nie spocznie, póki woda nie pochłonie trzęsaczkiego kościoła. A została już tylko południowa ściana…

Obiad jemy w małej knajpie umieszczonej dokładnie na 15. wschodnim południku. Faktycznie – przez Trzęsacz przebiega 15°E wyznaczającej rozgraniczenie pomiędzy strefą czasową GMT/UTC i CET/CEST. Obiady standardowe – naleśniki, schaboszczaki i pierogi… Na sali kilka osób – sami Niemcy. To faktycznie wędrownicy spod znaku Barana – pieszo, samochodami czy rowerem przemierzają Pomorze zostawiając tu swoje euro.

Wracamy na kwaterę i gdzieś koło godziny 16:00 zatrzymujemy się po to, by pójść na punkt widokowy na górze Gosań – 93 m n.p.m (12). Po drodze podziwiamy przepięknie rosnące tutaj grzyby. Deszcz ustaje, ale jest chłodno, wilgotno i nieprzyjemnie.

Poczyniamy ciekawe spostrzeżenie – nasze urządzenie nawigacyjne GPS zachowuje się dziwacznie w czasie przejazdu na górskim odcinku DK nr 102 pomiędzy Międzywodziem a Międzyzdrojami. Znacznik pokazujący lokalizację naszego samochodu na mapie wskazywał pozycję przesuniętą względem drogi nawet o 250 m na północ od pozycji rzeczywistej! Najgorzej było na odcinku od Kołczewa do Międzyzdrojów. Po wjeździe do miasta wszystko wróciło do normy.

Zastanawiamy się, co to być mogło – jakaś burza magnetyczna? Działanie silnej stacji radiolokacyjnej? Może oddziaływanie pokładów jakichś rud metali? Stanęło na tym, że może jednak jakaś burza magnetyczna, bo nic innego nie przyszło nam do głowy… 



CDN.

sobota, 6 sierpnia 2011

Czy na dnie Bałtyku znajduje się UFO? (5)





I kolejny ważki głos w dyskusji:

Andrzej Kotowiecki[1]

" Legenda zaginionego miasta Vineta - czy upadek meteorytu do Bałtyku mógł być sprawcą tego wydarzenia? "

Od wielu wieków  na zachodnim wybrzeżu Bałtyku, znana jest legenda zatopionego  w pierwszy dzień Wszystkich Świętych 1304 roku wspaniałego miasta Vinety. Legenda tajemniczego zatopionego miasta inspirowała uczonych historyków do podjęcia badań, a pisarzy, poetów malarzy do tworzenia dzieł związanych z tym tematem.
O czym opowiada ta legenda ? Znanych jest wiele jej wariantów różniących się w detalach. Jedną z tych wersji, najbardziej popularną i cytowaną jest:

Oczywiście bardzo, bardzo dawno temu, przed więcej niż tysiącem lat u północnych wybrzeży wyspy Uznam znajdowało się wielkie portowe bogate miasto. Miasto Vineta, bo tak je zwali, było niewiarygodnie bogatym i największym wówczas znanym miastem. większym nawet niż leżący na styku Europy i Azji, Konstantynopol. Żyli tam przedstawiciele wielu nacji, mówiący różnorodnymi językami ówczesnego świata: Grecy, Słowianie, Wenecjanie, Sasi i inni. Wierzyli oni w różnych bogów, jedynie Sasi byli chrześcijanami, ale nie było im wolno głosić ich wiary. Głównym zajęciem mieszkańców był handel na wielką skalę. Ich kramy i składy były przepełnione najrzadszymi i najbardziej kosztownymi towarami, które każdego roku przywozili na statkach kupcy z najdalszych nawet zakątków świata. Dlatego też w mieście znajdowało się nieprzebrane bogactwo, pędzono niezwykłe luksusowe życie, o którym tylko marzyć można było.

Mieszkańcy Vinety w której znajdowały się nieprzebrane dobra, byli rzec można obrzydliwie wręcz bogaci, a bogactwo swe okazywali na każdym kroku. Bramy miasta wykonane były ze spiżu, dzwony licznych kościołów z czystego srebra. Srebro było w mieście tak powszechne, że najbardziej pospolite przedmioty były zeń wykonane, a dzieci na ulicach bawiły się talarami. Konie nawet podkuwano srebrnymi podkowami. Takie bogactwo, a przy tym pogańska bezbożność, przywiodły w końcu to piękne i wielkie miasto do zguby.

Nad wyraz bogaci mieszkańcy Viniety pławili się w zbytkach i rozkoszy wszelkiej, w sposób niebywały a potępienia godny. Tak mężowie jak i niewiasty oddawali się rozpuście wręcz nieopisanej, za nic mając cnotę i wierność małżeńską. Nie szanowano też żadnych świętości ani przykazań. Kpiąc z bogów i przykazań wszelkich i w wielki piątek powszechnie jedzono mięso. Ale nie tylko. Z czystej rozpusty nawet ludzkie mięso jeść próbowano. To wywołało niebywały gniew bogów, którzy zesłali na rozpustne miasto ogromne fale morskie, które je niemal w mgnieniu oka zatopiły. Nastąpiło to wczesnym rankiem dnia pierwszego świąt wielkanocnych. Nad to zatopione rumowisko, przybywali następnie z wyspy Gotland na wielu statkach Szwedzi i wydobywali stamtąd nieprzebrane ilości złota, srebra i cyny, a nawet przepiękne marmury. Odnaleźli także, wydobyli i wywieźli do Visby na wyspie Gotland spiżowe bramy miejskie. Tam też przeniósł się handel z Viniety. Po rozpustnej Vinecie pozostało jeno rumowisko skryte pod falami Bałtyku.

Vineta przez historyków umiejscawiana była w wielu punktach wysp: Uznam i Wolin. Nawet i dzisiaj niektórzy przyjmują, że to właśnie Wolin znany był w tamtym okresie i wcześniej jako Vineta , Jomsborg,  Wineta, Jumne, Jwmneta, Julin, Jomsburg, Wollin, niemniej jednak w trakcie prowadzonych tam prac wykopaliskowych nie natrafiono na ślady tragedii opisywanej w legendzie.
Większość przyjmuje, że miejsce, gdzie niegdyś znajdowało się zatopione miasto, można jeszcze ponoć dzisiaj oglądać. Znajduje się u brzegów wyspy Uznam na wysokości wsi Koserow w odległości około 1 mili od brzegu, gdzie rozciąga się wielka kamienista płycizna nazywana Vinete-Riff.

Według relacji okolicznych mieszkańców gdy morze jest spokojne, w głębinach morskich widzi się wielka ilość kamieni, marmurowe kolumny i fundamenty. To są gruzy zatopionego miasta Vineta. Dawne małe uliczki wysypane są kamykami, a kamienie wielkie ukazują, gdzie były narożniki ulic i fundamenty domów. Niektóre rumowiska są wielki i wysokie, to były świątynie i ratusz.
Z pobliskiej wioski Loddin prowadzi jeszcze dzisiaj stara droga do tego rumowiska nazywana jak niegdyś “drogą do Vinety".

We wsi Golęcin, na wyspie Uznam w roku 1883 wyjęto z zakopanego garnka 8700 sztuk srebrnych monet. W sześć lat później 108 sztuk srebra z tego samego miejsca. W Kwiliczu 5,6 kilogramów srebra a ponadto monety angielskie i arabskie, pierścionki, bransolety, osiem złotych kolczyków, złote paciorki. W Pianoujściu – dokładnie tam gdzie Niemcy zbudowali wytwórnię pocisków V-1 – osiem złotych naszyjników wagi 390,8 grama

Z nurtów  Świny w końcu XIX w. został wyłowiony dzwon uznawany za dzwon z Vinety, który obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Szczecinie.

Co jednak się naprawdę mogło stać, niektóre źródła podają, że była to jednorazowa ogromna fala. Przy oczywiście hipotetycznym przyjęciu, że wiele opowieści i legend ustnych opisuje nam zdarzenia, które wydarzyły się naprawdę, lecz z biegiem lat uległy różnym zniekształceniom to mogła to być fala spowodowana przez działania tektoniczne – tsunami,  powódź spowodowaną długimi ulewnymi deszczami (o czym też wspomina jedno źródło) lub też  np. spadek meteorytu, który mógł wywołać taka falę.  Działania tektoniczne powinniśmy wykluczyć, gdyż obszar Bałtyku nie znajduje się na styku płyt tektonicznych mogących wywołać tak wielką falę.

Należy podkreślić, że mamy jeszcze tutaj bardzo zbieżne  dwie inne daty.
Pierwsza z nich  mówi, że około roku 1304 w Strzelcach Krajeńskich doszło do spadku obfitego deszczu meteorytów.

Druga natomiast  dotyczy hipotezy obserwacji bolidu w 1304 (?) roku  tzw. „Bolidu Wielkopolskiego” w wyniku którego spadły meteoryty Tabarz, Przełazy, Morasko i Jankowo Dolne. Zdarzenie to jest wiązane z doniesieniem Bierzwnik 1304.

Czy aby nad Polskim niebem w 1304 roku istotnie nie rozegrało się kosmiczne widowisko, które mogło zakończyć się tragedią Vinety?
Wydaje mi się, że należy dokładnie przestudiować archiwa w poszukiwaniu dalszej dokumentacji na temat zdarzeń związanych z opisami obserwacji ew. spadków meteorytów na początku XIV wieku, gdyż tragedia Vinety mogła być realna.

Nadto wydaje się, że akwen  Morza Bałtyckiego może być  również ciekawym terenem poszukiwań meteorytów.

* * *

Tyle Andrzej Kotowiecki.

Czyż biorąc powyższe pod uwagę, hipoteza o astroblemie na dnie Zatoki Botnickiej nie zyskuje na prawdopodobieństwie? Moim zdaniem tak i to nawet bardzo. Meteoryt mógł uderzyć w dno zatoki wybijając krater poimpaktowy, od którego biegną smugi wyrzuconej z niego materii. To tłumaczy powstanie „śladów” poślizgu” widocznych na dnie w pobliżu krateru. Poziome ruchy przydennej wody w Zatoce Botnickiej są niewielkie, więc krater ten nie wypełniły osady i smuga wybitej z niego materii też nie została nimi przykryta, dlatego się zachowała w niemal niezmienionym kształcie.

Jest jeszcze jedno rozwiązanie – być może jest to ślad po eksplozji jednej z „rakiet-widm” sławetnych ghost-rockets z rakietowego lata 1946 roku, o czym pisałem w opracowaniu “Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2008), gdzie postawiłem tezę, że owymi ghost-rockets były niemieckie pociski rakietowe V-1 i V-2 testowane przez Rosjan i odpalane z ich poligonów w ZSRR w kierunku krajów skandynawskich. Jeden z nich mógł spaść na tym akwenie i eksplodować na dnie morza powodując taki pseudo-astroblem. Zainteresowanych odsyłam do tej książki.   
 
To napisałem mniej więcej rok temu. A gdybyś Czytelniku miał inne wyjaśnienie – chętnie posłucham! Oczywiście zakładam, że informacje na temat tej struktury na dnie Bałtyku podane przez Szwedów są prawdziwe i rzeczywiście tam coś jest, i że nie jest to kaczka dziennikarska!



BIBLIOGRAFIA:

        Brzustowicz Grzegorz Jacek, (2001), Czy cystersi z Bierzwnika widzieli meteoryt?, Nadwarciański Rocznik Historyczno-Archiwalny, 8, 2001, s. 317-320.
        Chladni Ernst F.F., (1826), Nouveau catalogue des chutes de pierres ou de fer; de poussières ou de substances molles, sèches ou humides, suivant l’ordre chronologique. W: Arago François, Gay-Lussac Joseph Louis, Annales de chimie et de physique. vol. XXXI, Paris 1826, s. 253-270.
        Czajka Wiesław, (2011), Weryfikowanie XIX-wiecznych katalogów spadków (Verification Catalogues of Meteorites and Firaballs from XIX Century). Acta Soc. Metheor. Polon., vol. 2, 2011.
        Karwowski Łukasz, Brzustowicz Grzegorz J., (2009), Strzelce Krajeńskie - średniowieczny deszcz meteorytów. Acta Soc. Metheor. Polon., vol. 1, 2009.
        Schreiber Herman i Georg – Zaginione miasta -,(1959), WYDAWNICTWO ŚLĄSK, 1959,str 298.
        www.iswinoujscie.pl
        Błahij Kazimierz – (1971), Ostatnia tajemnica zatopionych bogów, Wyd. Iskry 1971,str 211.
        Kiersnowski Ryszard –  (1950), Legenda Winety , Studium Historyczne, Biblioteka Studium Słowiańskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Seria A, nr 6, Kraków 1950, str. 173


[1] Autor jest znanym polskim meteorytologiem i członkiem Polskiego Towarzystwa Meteorytowego. Można się z nim skontaktować na adres - tektites123@op.pl.