Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą broń antysatelitarna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą broń antysatelitarna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2019

40 lat tajemnicy Oceanu Indyjskiego – cd.


Satelita zwiadowczy Vela 5B

Niedawno portal MSN przypomniał pewien incydent, który wydarzył się w dniu 22.IX.1979 roku na południowym Oceanie Indyjskim, a który w światowej literaturze znany jest jako Incydent Vela, a oto ten materiał:


40 lat tajemnicy. Kto stał za tajną eksplozją jądrową w pobliżu Antarktydy?


Satelita niespodziewanie wykrył silny błysk na oceanie w pobliżu Antarktydy. Impulsy były bliźniaczo podobne do takich, które są wywoływane przez eksplozję jądrową. Informacja o tym wywołała alarm w Waszyngtonie. Szybko zaczęto jednak sprawę tuszować, bo prawda byłaby bardzo niewygodna dla USA. Po odtajnieniu wielu dokumentów i ponownych analizach, dzisiaj jest jednak niemal pewne, że rzeczywiście 40 lat temu ktoś przeprowadził jedyną w swoim rodzaju tajną próbę jądrową. 

Nie ma też specjalnych wątpliwości co do tego, kto mógł to być - Izrael. Jak wynika z odtajnionych dokumentów, amerykańskie służby doszły do takiego wniosku niemal natychmiast. Jednak politycy w Waszyngtonie skutecznie doprowadzili do rozmycia faktów i stworzenia sytuacji braku pewności co do tego, co się wydarzyło 22 września 1979 roku gdzieś w pobliżu należących do RPA bezludnych Wysp Księcia Edwarda.

Teraz, po 40 latach, amerykańska organizacja National Security Archive zajmująca się wydobywaniem z archiwów rządowych niegdyś tajnych dokumentów, oraz renomowany magazyn "Foreign Policy", prezentują nowe dowody, nowe analizy i nowe relacje. Pozwalają one stwierdzić z dużą dozą pewności, że władze USA dobrze wiedziały co się wówczas stało. Jednak ujawnienie tego oznaczałoby potężny problem polityczny. Skoro więc fakty były niewygodne, tym gorzej dla faktów.

Satelity zwiadowcze z serii Vela Hotel


Nadzwyczajnie żywotny satelita


Błyski zostały wykryte przez amerykańskiego satelitę Vela 5B. Wystrzelono go na orbitę dekadę wcześniej, w ramach programu monitorowania przestrzegania Układu o Zakazie Testów Broni Jądrowej (w atmosferze, kosmosie i pod wodą), w skrócie LTBT. Krążące bardzo wysoko, niemal w jednej trzeciej drogi do Księżyca, satelity Vela obserwowały kulę ziemską, wypatrując unikalnych podwójnych błysków wywoływanych przez eksplozje jądrowe. Pierwszy, który powstaje w momencie detonacji, kiedy formuje się kula ognia. Milisekundy później zaczyna ona gwałtownie się rozszerzać i na chwilę światło słabnie, ale po kilku kolejnych milisekundach rozbłyska z jeszcze większą mocą. W naturze takie zjawisko nie występuje. Z tego powodu właśnie czegoś takiego wypatrywały satelity.

Kiedy więc 40 lat temu sygnał z Vela 5B został odebrany w centrum kontroli w USA, wywołał duże poruszenie. Ze względu na wiek satelita formalnie był już określany jako "nieaktywny", choć faktycznie część jego czujników nadal działała. Co więcej, nikt się nie spodziewał eksplozji jądrowej w tym momencie i w tym regionie.

W Białym Domu natychmiast zaczęto działać. W ciągu doby odbyło się kilka spotkań współpracowników prezydenta ds. bezpieczeństwa, a on sam był na bieżąco informowany i nakazał objęcie całej sprawy tajemnicą. Administracja prezydencka miała być "w stanie paniki". Trwała już wstępna kampania prezydencka przed wyborami w 1980 roku. Jednym z filarów wizerunku Cartera były działania na rzecz ograniczenia zbrojeń jądrowych. Prowadził między innymi globalną kampanię nakłaniania państw do przystępowania do układu LTBT. Kiedy pod koniec lat 70. na jaw wyszły prace nad bronią jądrową prowadzone przez Indie i Pakistan, doprowadził do objęcia tych państw sankcjami.

W takiej sytuacji ktokolwiek by przeprowadził skryty test w pobliżu Antarktydy, musiałby się spotkać ze zdecydowaną reakcją Waszyngtonu. Tymczasem służby już od pierwszej chwili wskazywały na jednego najbardziej prawdopodobnego winowajcę - Izrael. I tu pojawiał się problem. Carter dopiero co doprowadził do podpisania w 1978 roku porozumienia w Camp David pomiędzy Egiptem i Izraelem, na dobre kończącego erę wojen Państwa Żydowskiego z Arabami. Pod jego rządami zacieśniała się współpraca militarna USA i Izraela. Państwo Żydowskie stawało się ważnym partnerem w regionie.

Co prawda Carter nie był kochany przez lobby pro-izraelskie w USA, ze względu na swój upór i między innymi krytykę działań Żydów wobec Palestyńczyków, jednak od dekad każdy kandydat Partii Demokratycznej (z której był Carter), dostawał wsparcie mniejszości żydowskiej w USA. Było więc o co walczyć wobec zbliżających się wyborów.

Tymczasem wskazanie palcem na Izrael i stwierdzenie, że oto przeprowadził skryty test jądrowy, oznaczałoby potężny problem. Zgodnie z dopiero co wprowadzonymi w ostatnich latach przepisami, trzeba by nałożyć sankcje i odciąć wszelkie wsparcie finansowe. Z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby to potężne tąpnięcie w relacjach USA-Izrael i być może upadek historycznego porozumienia z Camp David, jednego z największych osiągnięć Cartera w polityce zagranicznej.

Dowody podobno były za słabe Przez ostatnie 40 lat ujawniono jednak wiele dokumentów i pojawił się szereg relacji, które podważają taką interpretację zdarzeń.


Miejsce incydentu


Wojsko i służby miały inne zadanie


Znamienna jest notka ze stycznia 1980 roku, opublikowana teraz po raz pierwszy przez National Security Archive. To wewnętrzna komunikacja współpracowników Cartera. Wynika z niej, że ku ich zaskoczeniu jeden z ich kolegów zorganizował spotkanie na temat incydentu z przedstawicielami Pentagonu, Departamentu Energii (odpowiada w USA za broń jądrową w każdym aspekcie poza jej użyciem), laboratorium w Los Alamos (najważniejszy amerykański ds. wojskowych technologii jądrowych) oraz CIA. - Mam wrażenie, że jego głównym celem jest wysłuchanie ich, aby móc ich później bezpieczniej ignorować - pisał o domniemanym zamiarze organizatora autor notatki, Jerry Oplinger.

Dodawał, że niezależnie od spotkania dowiedział się, iż "CIA zamierza przepisać swój pierwszy raport w ramach programu Safeguards-D, w którym stwierdzili, że na ponad 90 procent to był test broni jądrowej". - Musimy to powstrzymać. Nic nie będzie bardziej sugerowało zamiatania sprawy pod dywan, jak przepisanie pierwszej wersji raportu tak, aby pasowała do późniejszych ustaleń naszego panelu naukowców - stwierdzał. W ramach programu Safeguards-D służby USA dostarczały senatorom corocznego niejawnego raportu na temat przestrzegania traktatu LTBT.

Po lekturze tej notatki oraz szeregu innych ujawnionych przez National Security Archive staje się dość jasne, że amerykański wywiad i wojsko zdecydowanie stały na stanowisku, iż satelita Vela 5B wykrył test jądrowy.


Te wykresy mają być dowodem wprost na to, że satelita Vela 5B zaobserwował wybuch jądrowy na Oceanie Indyjskim


Dowody na tajną próbę


Na łamach "Foreign Policy" profesor Leonard Weiss, w 1979 roku pracujący w Senacie jako doradca zaangażowanego w kwestie rozbrojenia jądrowego senatora Johna Glenna, stwierdza, że jego zdaniem służby, wojsko i naukowcy nie mieli wątpliwości. Opisuje między innymi rozmowę ze specjalistą z Laboratorium Los Alamos Heatherem Hawkinsem, który dostał od wojskowego wywiadu dane z Vela 5B, celem pokazania ich koledze z laboratorium Hermanowi Hoerlinowi, twórcy głównych czujników zamontowanych na satelicie. - Nie powiedziałem mu, co to za dane i skąd je mam, tylko poprosiłem o ocenę. On wziął wydruki w rękę, przejechał po wykresach palcem jak dyrygent i od razu stwierdził: Atmosferyczna eksplozja jądrowa. Moc kilka kiloton. Prawdopodobnie ładunek był otoczony czymś dużym, barką albo czymś w tym stylu. Nie mam wątpliwości - relacjonował naukowiec.

Dodatkowe poparcie tezy o teście jądrowym pochodziło z wielkiego radioteleskopu Arecibo. Naukowcy go obsługujący wykryli nietypowe zakłócenia w jonosferze. Wspólnie z wywiadem i inżynierami z Los Alamos doszli do wniosku, że są one prawdopodobnie efektem silnej eksplozji. Jak stwierdzili, "są podobne do tego, co zarejestrowaliśmy po testach radzieckich na wyspie Nowa Ziemia w 1961 roku". Wskazali też obszary, gdzie mogło dojść do eksplozji. Jednym z nich były okolice Wysp Księcia Edwarda.

Trzecim dowodem na poparcie tezy o teście był raport Laboratorium Badawczego US Navy, zajmującego się między innymi siecią podmorskich czujników, wykrywających radzieckie okręty podwodne czy upadki testowanych radzieckich rakiet. Specjaliści z tegoż laboratorium znaleźli w swoich danych wyraźny zapis silnej eksplozji, która miała miejsce 22 września gdzieś w pobliżu Wysp Księcia Edwarda. W ich ocenie była to detonacja niewielkiego ładunku jądrowego. Byli co do tego pewni. Szczegółowy raport jest do dzisiaj tajny, jednak notatki odnoszące się do jego treści zostały ujawnione. W jednej z nich autor stwierdza, że główny naukowiec z laboratorium US Navy był mocno poirytowany oficjalnymi ustaleniami komisji Białego Domu, które nazywał "zamiataniem sprawy pod dywan". W innej jeden z naukowców pisze do doradcy prezydenta, że podczas prezentacji ustaleń US Navy przed komisją dr Ruina i "podczas dyskusji, która się wówczas wywiązała, chyba umknęło wszystkim kilka bardzo ważnych i jednoznacznie udokumentowanych faktów". Po czym szczegółowo opisuje, jak naukowcy analizujący zapisy dźwięków z oceanu, bez cienia wątpliwości doszli do wniosku, że w pobliżu Wysp Księcia Edwarda 22 września doszło do testu jądrowego.

Czwartym dowodem jest znalezienie podwyższonych ilości jodu-131 w tarczycach owiec z okolic Melbourne w Australii. Stwierdził to niezależnie od oficjalnego śledztwa amerykański naukowiec. Przez lata kupował on tarczyce owiec z całego świata i analizował je pod kątem zawartości unikalnych radioaktywnych pierwiastków uwalnianych przez eksplozje jądrowe. Tak się złożyło, że w listopadzie 1979 roku, niecałe dwa miesiące po incydencie, otrzymał tarczyce owiec z okolic Melbourne. O swoim odkryciu w nich jodu-131 zawiadomił służby. Wywiad wojskowy (DIA) stwierdził, że rzeczone owce-dawcy tarczyc, były wypasane w regionie, nad którym przemieszczały się masy powietrza nadlatujące z zachodu, z rejonu rzekomego testu jądrowego. Na ich pastwiska spadł wówczas deszcz. Informacja o tym znalazła się w notce do Henry'ego Kissingera, dorady Cartera ds. Bezpieczeństwa. Można ją przeczytać na stronie National Security Archive. Wywiad stwierdza, że "jod-131 może pochodzić z aktywności radioaktywnej nad południowym Atlantykiem".


Arsenał jądrowy, którego nie ma


Wszystkie powyższe dowody zostały jednak odrzucone przez oficjalny panel jako nie dość wiarygodne lub przekonujące. Kluczowe było to, że podczas 25 lotów specjalnego samolotu zwiadowczego nie wykryto śladów skażenia w powietrzu, a dane z satelity zawierały niewytłumaczalne odchyły od standardowego zapisu błysku eksplozji jądrowej.

Autorzy tekstu w magazynie "Foreign Policy" stwierdzają jednak bez ogródek, że oficjalny raport panelu był narzędziem administracji Cartera w "zamiataniu niewygodnej sprawy pod dywan". W ich ocenie informacje ujawnione na przestrzeni ostatnich 40 lat jednoznacznie wskazują na fakt przeprowadzanie 22 września 1979 roku unikalnego w historii testu jądrowego. Nigdy indziej nie dokonano czegoś takiego w sposób tak skryty.

Artykuł "Foreign Policy" jednoznacznie wskazuje też na Izrael. Takie miało być od początku założenie wojska i służb USA. To jedyne państwo dysponujące bronią jądrową, które mogło wówczas przeprowadzić taki test. Izraelczycy posiadali pierwsze bomby już prawdopodobnie w 1973 roku i poważnie rozważali możliwość ich użycia podczas wojny Yom Kippur. Byli jednak świadomi, że ich nowa broń jest jeszcze prymitywna i w kolejnych latach mieli przeprowadzić forsowny program stworzenia broni termojądrowej o nieporównywalnie większym potencjale. Test w 1979 roku mógł być ostateczną weryfikacją jej działania.

Dodatkowo Izrael współpracował wówczas z RPA, która też rozwijała swoją broń jądrową. W 1977 roku pod presją USA i ZSRR rząd w Pretorii zarzucił przygotowania do swojego pierwszego testu, jednak program trwał nadal. W latach 80. RPA posiadało pewną liczbą prostych bomb jądrowych. Skala kooperacji z Izraelem w ich opracowaniu i wyprodukowaniu nie jest jednak jasna. Oba państwa miały jednak motyw i możliwości, aby przeprowadzić w skryty sposób test jądrowy. Oba wielce by na nim zyskały.

Jest jednak prawdopodobne, że nigdy nie będzie jednoznacznego dowodu. Izraelski arsenał jądrowy jest takim ciekawym zjawiskiem, że wiadomo iż istnieje, znana jest mniej więcej jego historia i możliwości, jednak oficjalnie go nie ma.

Rząd Izraela od zawsze w żaden sposób nie komentuje tej sprawy. Oficjalnie nie ujawniono żadnych informacji. Kolejne rządy USA bronią takiego stanu rzeczy, chroniąc Izrael przed międzynarodową presją do poddania się kontroli. Taki stan pasuje Izraelczykom. Ich przeciwnicy wiedzą, że powinni się bać, a oni sami nie muszą się martwić traktatami czy inspekcjami, bo przecież nie ma żadnej izraelskiej broni jądrowej. Nie było oczywiście też jej testów. (Microsoft News - Wiadomości)


Moje 3 grosze


W jednym z moich artykułów na ten temat napisałem, że być może użyto wtedy nowej broni artyleryjskiej lub artyleryjsko-rakietowej – dalekosiężnego działa atomowego, analogu do superdziała z Projektu HARP o kalibrze 16”/406 mm, mogącego miotać pociski nuklearne o mocy do 20 kt na odległość powyżej 100 km i na wysokość 180 km czyli niskiej orbity wokółziemskiej (LEO) – zob. - https://wszechocean.blogspot.com/2019/06/projekt-harp-artyleryjska-bron-asat.html - które to działo mogłoby być bronią antysatelitarną. Fantastyka? No nie bardzo – wiele na to wskazuje, że tak być mogło. Byłaby to broń o wiele tańsza od rakiet antysatelitarnych.

Autorzy zakładają, że mogło to być broń skonstruowana w Izraelu i testowana w RPA. Dlaczego? To proste – Izrael był i nadal jest pod ciągłą obserwacją krajów arabskich i ZSRR/Rosji, więc taki numer po prostu by nie wyszedł. Poza tym strzały z takiego działa nie uszłyby uwagi szerokiej publiczności. Dlatego też eksperymenty z nim przeniesiono na daleki koniec świata – do RPA, która też miała żywotny interes w „zdejmowaniu” amerykańskich i radzieckich satelitów szpiegowskich ze swego nieba. Zbrodniczy reżim w Pretorii był w stanie dokonać ludobójstwa w stylu nazistowskich Einzatsgruppen na terytorium swoim i swoich sąsiadów. Podobnie państwo żydowskie otoczone przez wrogie kraje arabskie i uciskające Palestyńczyków. Tak więc ta hipoteza jest nader prawdopodobna.

Ale prawdy, jak w wielu takich przypadkach, nie dowiemy się nigdy…



czwartek, 12 marca 2015

Gdzieś w środku Trójkąta (5)



6 grudnia, godzina 02:00 EST


Ochłonąłem. Janta objęła mnie i tak przytuleni do siebie staliśmy jak dwie płaczące matki nad usranym dzieckiem. Byliśmy znowu w mojej kabinie i straszna rzeczywistość powoli dochodziła do mnie. Ktoś wykorzystał nasze przewozy do swoich niecnych celów. Komuś znowu marzyły się wojny i rewolucje. Ktoś znów chciał rzucić żagiew wojny na jako tako stabilny świat.
- Czym jest to cholerne działo? – zapytałem.
Uśmiechnęła się.
- Rel’sotron? O, to jest bardzo wyrafinowana technika. Mówiąc krótko solenoidy, przez które przepuszcza się prąd są w stanie wyrzucić kawałki metalu ze swego wnętrza. Chwytasz zasadę?
- Jasne, że tak.
- No właśnie. Teraz taki solenoid działa jak armata wyrzucająca pociski z prędkością około 7 Ma, czyli ponad dwa kilometry na sekundę w atmosferze! A który jest schładzany helem do temperatury zaledwie jednego czy dwóch kelwinów, to może wyrzucać pociski z prędkością ponad 12 km/s. A jak wiesz tyle wynosi Druga Prędkość Kosmiczna… Rozumiesz? Można zestrzelić KAŻDY pojazd orbitalny! To nie jest mityczny Wielki Babilon. Coś takiego istnieje naprawdę i… jest na tym statku.

Usiedliśmy na koi. Odeszła mnie wszelka senność. Zrobiłem szatana i rozlałem go do filiżanek.  
- Kto do cholery, chce się bawić w wojenkę? – zapytałem.
- Nie wiesz? – zapytała z lekkim zdumieniem – cały świat o tym bębni.
- Nie słucham radia i nie oglądam TV – mruknąłem – kto?
- Generałowie Hector Zargoza, Alonso Esteranda i Santiago Dourano z Costaricany. Trzech skrajnie prawicowych generałów obaliło rząd prezydenta Adolfosa Diaza. Pucz był doskonale przygotowany. Służby specjalne Diaza, a także Panamy i Hondurasu niczego się nie spodziewały, ani niczego nie podejrzewały. Armia wypowiedziała posłuszeństwo prezydentowi, a potem ruszyła na Nounas. Diaz w ostatniej chwili uciekł do Belize, a po dwudziestu czterech godzinach wszelka opozycja i opór został zlikwidowany. Zargoza po prostu kazał rozwalić każdego, kto mu się sprzeciwił. W Nounas ponoć doszło do masakry, ale to wiadomo tylko z drugiej i trzeciej ręki, bo granice zostały zaryglowane, a dziennikarze wydaleni w ekspresowym tempie. Łącza internetowe i wszelkie inne zostały albo przerwane, albo zablokowane. Zargoza postanowił przeciwstawić się wszelkiej interwencji, a w szczególności amerykańskiej i dlatego potrzebne mu są te bomby i działo magnetyczne…

Położyła się na koi. Musiała być zmęczona.
- Zaraz – powiedziałem trzeźwo – skoro na wszystko jest taki knebel i czapa, to skąd masz te informacje?
- Wasze służby ich nie mają, ale nasze tak – odparła. – I powiem ci więcej. Za tym wszystkim stoi ktoś inny.
Uniosłem brwi. Jeżeli Syreny miały u nas swe służby, to działały one o wiele sprawniej od naszych… Zaczynam się bać – pomyślałem.
- Kto? Chiny, Korea Północna? Może Kuba?
Znów pokręciła głową.
- Nie, żadne z nich. To nie ten odcień łajdactwa. Bardziej przypomina to Hitlera i jego cholerne urojenia, niż Castro czy Kima…
- A zatem?
- Twierdza Andyjska – odparła. – Dlatego Amerykanie zajęli się tą sprawą. Nie chcą mieć pod bokiem jakiegoś Führera, który, jak widzisz, już sobie znalazł źródełko dostaw broni…
- … z Francji – dokończyłem niemal szeptem – wierzyć się nie chce…
- Nie z Francji, ale z Kanady. Wiesz, co to jest AQL?
- Nie.
- Armia Wyzwolenia Quebeku. Banda świrów marzących o oderwaniu Quebeku od Kanady i przyłączenia go do Francji. Ma więcej zwolenników we Francji niż w Kanadzie, więc teraz rozumiesz ten francuski ślad. Oni załatwili im te głowice, działo i statek. A teraz słuchaj: nie wolno nam dopuścić do tego, by te fanty wpadły w ręce tych zbrodniarzy z Costaricany!

Zacząłem wreszcie myśleć, bo kofeina zaktywizowała moje szare komórki.
- Raczej ich mocodawców z Festung Anden – odparłem. – Co moglibyśmy zrobić? Zatopić tą łajbę z ładunkiem, odpada. Przekazać ją Amerykanom?
- Owszem, pod warunkiem, że nikt z Galveston nie będzie na usługach TAMTYCH, a wszystko wskazuje na to, że jest.
- Przekazać Brytyjczykom? – zastanowiłem się – mamy dwa dni drogi do Nassau na Bahamach.
Zastanowiła się.
- To by się dało zrobić, pod warunkiem, że załoga nie będzie ci przeszkadzała – rzekła w zamyśleniu.
- Przechodzimy pomiędzy Eleutherą a Gran Abaco idąc wprost na New Providence, więc postaram się wpakować naszą łajbę na rafy gdzieś na północ od Eleuthery. Mielizn i raf tam dostatek, więc może się udać. Ale to nie wszystko. Trzeba nadać rozgłos temu, co mamy na pokładzie. Ja nie mam kontaktów z mediami czy Greenpeace, więc może ty…
Skinęła głową.
- Tym się zajmie mój znajomy z Bermudów. Profesor Milczarek. Nie wiem, czy to nazwisko czy pseudonim, ale on jest jedynym, który może pomóc w takiej sytuacji. Aha, i jeszcze jedno. Wasz statek jest śledzony przez jakiś inny, który płynie za wami. To jest zakamuflowana jednostka pełnomorska, która jest uzbrojona. Taki Q-ship. Na razie was zgubili, ale możecie mieć kłopoty, kiedy was odnajdą, a tak się stanie.
- Masz jakąś wizję przyszłości? – zapytałem.
- Nie, ale oni mają bardzo mocny i bardzo precyzyjny radar… - uśmiechnęła się.
- To ten „Wołgobałt”? Czyli muszę wpakować naszą krypę na rafy tuż obok wejścia do portu w Port Nassau – odrzekłem – innego wyjścia po prostu nie ma… 
- Dokładnie tak, tych Rosjan z „Wołgobałta” wymordowano i ciała wyrzucono za burtę zaraz po wyjściu z Hamilton. Rekiny wtroiły zwłoki i teraz będzie jeszcze jedna legenda więcej o złych mocach Trójkąta Bermudzkiego…
- No tak, teraz zaczynam rozumieć to, co tu się dzieje… - mruknąłem.
- A zatem jak działamy dalej? – zapytała podnosząc się z miejsca.
- Za dwa dni osadzę nasz statek na Devil’s Reef na podejściu do Port Nassau. To tylko dwie mile od portu. W tym samym czasie musi ukazać się w mediach komunikat o ładunku, który znajduje się na burcie, ze szczególnym naciskiem na promieniowanie z niestabilnych głowic N. Musicie napuścić na nas Greenpeace, prasę, radio i TV, wszystkich kogo tylko się da. I wrzucić wszystko do Internetu.
- A co z „Wołgobałtem” i piratami na jego pokładzie? – zapytała.
Uśmiechnąłem się.
- To zostawmy Kompanii Szarego Komina[1], w końcu piraci to ich działka…


6 grudnia, godzina 12:00 EST


Objąłem wachtę i tkwiłem teraz na mostku. Głowa nieco bolała mnie po nieprzespanej nocy, ale to było najmniejsze zmartwienie.

O trzeciej w nocy zszedłem z Jantą na rufę, skąd skoczyła do jeszcze rozkołysanego oceanu. Na pożegnanie zrobiła stójkę w wodzie i pomachała mi ogonem. Odprowadziłem ją wzrokiem i poszedłem wykorzystać pozostałe cztery godziny wypoczynku. Przez ostatnią dobę zrobiliśmy zaledwie pięćdziesiąt mil w kierunku Bahamów i trzeba było nadgonić opóźnienie. Kazałem maszynie dać „pół naprzód” i nasza prędkość podskoczyła do jedenastu węzłów. Łajba mogłaby wycisnąć nawet osiemnaście, ale przy flaucie. Teraz nie było szans, by osiągnąć więcej, bo oceanem kołysała jeszcze szóstka. Ale im było dalej na południe, tym lepiej i kołysanie było mniej męczące. Załoga zabrała się za zwyczajną, rutynową robotę. W sumie wszystko wracało do normy.

Komunikat meteo z Nassau też nie zwiastował niczego groźnego. Huragan szalał teraz gdzieś w okolicy Waszyngtonu, zaś tutaj z każdą chwilą niebo było coraz bardziej pogodne, aż wreszcie rozbłysło słońce. Na radarze znikły widma fal i znowu widać było wyraźnie ostre echa statków idących na akwenie Trójkąta, do którego południowego-zachodniego boku zbliżaliśmy się z każdym obrotem śruby. Za nami widoczne było echo „Wołgobałta”, który szedł za nami trop w trop. 

CDN.



[1] Brytyjska marynarka wojenna.

środa, 11 marca 2015

Gdzieś w środku Trójkąta (4)



6 grudnia, godzina 01:00 EST


- Co wieziecie teraz, w tym rejsie? – zapytała.
- To, co zawsze – odparłem – drobnicę i części maszyn.
Spojrzała na mnie jak na głupka.
- Nie o to pytam – odparła – co wieziecie NAPRAWDĘ?
- Według tego, co nam podano we Francji, to mamy na burcie zużyte pręty paliwowe z elektrowni Le Hauge.
Skinęła głową.
- Sprawdzaliście ładunek?
Pokręciłem głową.
- Nie radzę – mruknąłem – jest „gorący” a poza tym zamknięty w osłonie biologicznej, którą można otworzyć tylko w zakładach przetwórczych, a co?
Zignorowała moje pytanie.
- Czy któryś z pojemników jest nadaktywny? – zadała kolejne pytanie.
- Nadaktywny?
- O matko, czy czasem nie wydziela promieniowania?
- Ach, o to ci chodzi, tak. Jeden z nich, numer trzy. A co?
Spojrzała na mnie i pociągnęła długi łyk whisky.
- Kurwa mać, tego właśnie się obawiałam – zaklęła po polsku – tego się właśnie bałam, niech to cholera...

Nalałem sobie potężną porcję Jacka Danielsa i dodałem lodu. Wyglądało na to, że prawdziwe emocje dopiero się zaczynają i spanie do białego rana mam z głowy. Pociągnąłem łyk palącego płynu, wpatrzyłem się w sufit i zagwizdałem przez zęby Whiskey in the jar…
- Nie ma się co przejmować – odrzekłem – w końcu to trochę promieniowania beta czy gamma…
Spojrzała na mnie tak, że zrobiło mi się zimno.
- A neutrony?
- Nie wiem, mam tylko detektor G-M β/γ.
- No tak. Wiesz co NAPRAWDĘ macie na burcie?
- Nooo… - pokręciłem głową. – No nie wiem.
- No właśnie! Nie wiecie. No to ci powiem! – wykrzyknęła. – Macie tutaj trzydzieści głowic neutronowych o mocy jakieś sto – sto dwadzieścia kiloton każda. Jedna z nich albo nawet dwie są niestabilne i jak widzisz promieniowanie przebiło osłony biologiczne.
- No nie… - jęknąłem – ty tak poważnie?
- Nie, żartuję – burknęła – oczywiście, że poważnie!
- Ale o co tu w ogóle chodzi? – zapytałem.
- Z tego co wiemy wynika, że Francuzi postanowili się pozbyć kompromitujących gadżetów i wysłali te zabaweczki do Ameryki. Oficjalnie Francja nie miała głowic neutronowych, ale jak widać nie było to prawdą.
- Zaraz, ale przecież Francuzi nie…
- Ależ tak, i powiem ci nawet, gdzie!
- Na Mururoa?
- Też. Ale przede wszystkim w Regganie w Algierii. Tam wszystko się zaczęło. To było miejsce, w którym Francuzi odpalali swe rakiety balistyczne i  kosmiczne, a poza tym zdetonowali cztery ładunki jądrowe. Jeszcze w latach 60. To się nazywało Gerboise – skoczek pustynny. Najpierw to była Gerboise Bleue – siedemdziesiąt kiloton, potem Gerboise Blanche o mocy około pięciu kiloton, następna była Gerboise Rouge, też poniżej pięciu ka-te i na koniec Gerboise Verte o mocy tylko jednej kejti… Dwie z nich były odpalone nad żołnierzami w pełnym uzbrojeniu. Takie francuskie wydanie amerykańskiego Big Smokey… Potem Algieria uzyskała niepodległość i Francuzi przenieśli się stamtąd. Rakiety poszły do Kourou w Gujanie, a głowice jądrowe na Mururoa. Chwytasz?
Skinąłem głową.
- Na początku lat 60. ówcześni wojskowi jeszcze nie orientowali się w możliwościach małych wybuchów jądrowych i wykorzystania ich niszczenia celów taktycznych. A Francuzi od razu zaskoczyli, że po dodaniu do mieszaniny wodorku litu pewnej ilości wodorku berylu wzrasta i to bardzo strumień neutronów. No i wypróbowali to już na Mururoa… 
- To znaczy, że te trzydzieści głowic…
- …macie właśnie na pokładzie – dokończyła.

Spojrzałem na nią. Piękna młoda kobieta i taka terminologia. - Kurwa, co za czasy – pomyślałem – takie dziewczyny powinny kochać i być kochane, a nie zajmować się tym obłędem…
- A co w drugiej ładowni? – zapytała.
- Jakieś części maszyn – odpowiedziałem – prawdę mówiąc nie wiem, jakich. W papierach nic nie ma poza tym lapidarnym stwierdzeniem. Interesował mnie trefny ładunek.
- Czyli może być wszystko – zakonkludowała. – Chciałabym to zobaczyć.
- Hmmm… - mruknąłem – a gwiazdki z nieba panienka by nie chciała?
Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
- Wierz mi, ale nie. Chcę zobaczyć, co macie w drugiej ładowni.
Zastanowiłem się na chwilkę.
- OK. – odrzekłem po kilku sekundach – to się da zrobić.

Podnieśliśmy się z koi. Oczywiście Janta nie mogła iść tak jak stała, więc dałem jej jaskrawożółty oilskin z szerokoskrzydłym kapeluszem sztormowym i wysokie, gumowe buty. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po korytarzu. Do zejściówki nie było widać żywego ducha. Szybko podszedłem do trapu i rzuciłem okiem w dół. Na trapach nie było nikogo. Statkiem bujało mniej i można było poruszać się dość szybko nie zwracając niczyjej uwagi. Sztorm cichł i to się czuło. Wycie wiatru na zewnątrz było już niemal niesłyszalne. Huragan poszedł sobie dalej na północ.
Za dwa tygodnie będzie wiało i lało w Polsce… - pomyślałem nieco bezsensownie zważywszy na sytuację, w której tkwiłem.

Skinąłem ręką i Janta błyskawicznie znalazła się obok mnie.
- Schodzimy, tylko cicho – szepnąłem.
Szybko przemknęliśmy przez cztery pokłady i znaleźliśmy się w korytarzu wiodącym do obu ładowni.
- Gdzie macie te pojemniki? – zapytała szeptem.
- W ładowni numer jeden – wskazałem jej na masywny właz. – Ale my idziemy tam.
Wskazałem w głąb korytarza.
- Do ładowni numer dwa.
- Tak…
Ruszyliśmy i po minucie staliśmy przy drugim włazie. Tu nie było szyfrowego zamka, więc bez przeszkód otworzyłem właz i wszedłem do ładowni. Janta za mną. Zamknąłem właz i zaświeciłem lampy ładunkowe.

Całą przestrzeń ładowni wypełniały wielkie paki stojące na drewnianych paletach. To, co zawierały było niemal doskonale widoczne spoza zwojów półprzeźroczystej folii plastykowej.
- No masz te swoje maszyny – powiedziałem – no i co ty na to?
Janta podeszła do pierwszej z nich. Przyjrzała się jej dokładnie. Potem do drugiej, trzeciej i kolejnej… Wreszcie zatrzymała się i skinęła na mnie dłonią.
Podszedłem do niej, a ona wskazała mi na wnętrze paki.

Rzuciłem spojrzeniem w tamtym kierunku i zdębiałem. Były tam jakieś ogromne zwojnice rurek i drutów, które wyglądały jak fragmenty jakiegoś gigantycznego transformatora czy raczej elektromagnesu…
- Wiesz co to jest? – zapytała mnie półgłosem.
- Ni cholery – odparłem – jakiś transformator? Przetwornica?
Pokręciła głową przecząco.
- Nie, choć w pewnym sensie masz oczywiście rację – odrzekła.
Miałem tego dosyć.

Złapałem ją za ramiona i odwróciłem ku sobie.
- Słuchaj Syrenko – warknąłem jej wprost w twarz – Powiedz mi, o co tu chodzi? Zjawiasz się nieproszona, usiłujesz mnie zastraszyć opowiastkami o bombach N. Teraz też mówisz samymi zagadkami. W co ty grasz? Chcę wiedzieć, o jaką stawkę nadstawiam karku!
Spojrzała smutno.
- Nie ufasz mi? – zapytała cicho.
- Nie, bo nie mówisz mi prawdy.
- Ależ mówiłam – odpowiedziała – tam rzeczywiście są te głowice neutronowe…
- A tutaj? – wysyczałem z resztą pasji, która mną targała.
- Nie uwierzysz jak ci powiem – odparła.
- No to choć spróbuj!
Delikatnie wyswobodziła się z mojego chwytu.

- Chcesz wiedzieć, to słuchaj. Tu, przed tobą znajduje się rel’sotron, działo magnetyczne, przeciwlotnicza i przeciwsatelitarna broń XXI wieku. 

CDN.

wtorek, 30 października 2012

Nowy Jork nie został zaatakowany (2)


Pocisk rakietowy średniego zasięgu A-4/V-2


Kilka słów od tłumacza                

W materiale Andrieja Bystrowa jest kilka luk, które chciałbym uzupełnić. I tak:

Rakieta V-9 to była jedna z najciekawszych konstrukcji, która jednak nie wypaliła. Natomiast omal nie wypalił inny pomysł w rakietą odpalaną z pokładu U-boota, która była nazywana Urzel. Rakiet te miały być odpalane przez okręty podwodne, które holowały za sobą kontenery z rakietami, które miano odpalić w kierunku Wielkiego Zielonego Jabłka. Szczegóły tej operacji opisał L. Lutyński w opracowaniu „Flota widmo” (Warszawa 1974).
Hitlerowscy uczeni prowadzili eksperymenty poza Uznamem także na wyspach Greifswalder Oie i Rudden w Zatoce Pomorskiej.

Autor milczeniem pominął ogromny wkład Polaków w walce z hitlerowskimi broniami odwetowymi. To właśnie dzięki nim udało się poznać tajemnice Peenemünde i innych niemieckich poligonów broni V. poza tym niczego nie wspomina o mało znanym epizodzie lądowania pięciu samobieżnych pocisków odrzutowych V-1 i jednej rakiety V-2 na terytorium Szwecji, które to zostały potem przewiezione do Wielkiej Brytanii i tam rozpracowane. Zainteresowanych odsyłam do moich opracowań pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” (Warszawa 2001) i „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2008).
Jeżeli idzie o Stację Seryjnych Doświadczeń Süd, to chodziło najprawdopodobniej o zakłady produkcyjne, w których wytwarzano części rakiet i podzespołów ich mechanizmów – zob. ryc.

Szczegóły nalotu na Peenemünde opisał szczegółowo brytyjski pisarz M. Middlebrook – „Nalot na Peenemünde” (Warszawa 1982).
Poza Peenemünde, Niemcy rozlokowali swe ośrodki badawcze na całym polskim wybrzeżu. Niemieccy naukowcy pracowali w nich nad broniami morskimi, podwodnymi i lotniczymi, czy nawet … kosmicznymi oraz nad broniami OPB czy nawet ASAT. A oto fragment jednego z moich opracowań:  
        
Ze wszystkich analiz i będących ich wynikami raportów badaczy amerykańskich z NUFORC i NICAP – Roberta Duvalla i Roberta Hastingsa (z którymi zapoznam Czytelnika w drugiej części tego opracowania) wynika niezbicie, że pasażerowie UFO interesują się przede wszystkim instalacjami rakietowo-jądrowymi i kosmicznymi na terenie krajów, które takowe posiadają. Dotyczy to państw tzw. „klubu atomowego” (USA, Rosja, Wielka Brytania, Francja, Kanada, Indie, Pakistan) oraz krajów, które mają swe cywilne instalacje jądrowe oraz prowadzą nielegalne badania nad bronią jądrową (w tym Izrael, Iran, Korea Pn.). U nas jak dotąd nie ma ani przemysłu atomowego związanego z kompleksem wojskowym, ani rakietowo-kosmicznego. Ale czy na pewno?

Pocisk rakietowy V-2 - pierwszy RMBM

Polska jako jeden z pierwszych krajów produkowała znakomite rakiety meteorologiczne, które w latach 1956 – 1974 biły na głowę wszelkie analogiczne konstrukcje sowieckie. Były to rakiety doświadczalne RM (RM-1, RM-1A,  RM-2A, RM-2P, RM-2B, RM-2c, RM-2D i RD-42 oraz RM-3W, a następnie RASKO-1, RASKO-2, RASPO-2) rakiety przesyłowe i szkoleniowe (RP-1, RP-2, RP-3, oraz projektowana PR-4, RASKO-2R i projektowana RASKO-3), meteorologiczne (Meteor-1, Meteor-2, Meteor-3 i doświadczalne Meteor-1E i Meteor-3E), a wszystkie one były wypróbowywane w trzech miejscowościach w kraju, na trzech poligonach doświadczalnych: Teren Prób Rakietowych na Pustyni Błędowskiej, Punkt Sondażu Rakietowego w Ustce i Stacja Sondażu Rakietowego w Łebie. Niestety – nasze osiągnięcia w tej dziedzinie były znakomite i to stało się gwoździem do ich trumny. Na żądanie ZSRR w latach 70. zamknięto nasze poligony rakietowe i zaprzestano prac nad rakietami. Ktoś stwierdził, że gdyby nie głupota komunistów, to Polska miałaby swój własny konkurencyjny program kosmiczny. Być może – nie neguję tego. Ale prawda mogła wyglądać zgoła inaczej.

Przeciwlotniczy pocisk rakietowy Rheintochter R-1

Poligony w Łebie, Ustce a także Władysławowie i Międzyzdrojach służyły najpierw III Rzeszy. Wypróbowywano na nich nowe technologie rakietowe i nie tylko. Na poligonie w Ustce wypróbowywano pociski A-2/V-1 i A-4/V-2, w okolicach Międzyzdrojów znajdowała się działobitnia superdalekonośnego działa Stonoga – bardziej znanego jako Tausendfüssler V-3, którego pociski miały przelatywać ponad Zalewem Szczecińskim, Szczecinem i spadać na poligonie w okolicach Gryfina. Na poligonie we Władysławowie wypróbowywano supersoniczny pojazd V-7. W Łebie z kolei testowano konstrukcje przeciwlotniczych rakiet typu Rheintochter i Rheinbote. Były to już zupełnie dojrzałe i udane konstrukcje ze znakomitymi osiągami. Szczególnie interesującym jest Posłaniec Renu, który to sterowany radiem pocisk rakietowy był napędzany aż czterema członami dając mu zasięg teoretyczny 230 km i efektywny 160 km, zaś 40-kg głowica bojowa lecąc do celu osiągała prędkość rzędu 6000 km/h czyli ok. 1,7 km/s albo 5 Ma! Co więcej – jego pułap operacyjny sięgał 70.000 m! Pytanie: co mogło być celem tak wyrafinowanego technicznie i wściekle – jak na owe czasy – szybkiego pocisku rakietowego? Samoloty? To bez sensu, jako że ówczesne samoloty tłokowe osiągały prędkości poniżej 1 Ma. Samoloty odrzutowe zbliżały się do niej, ale też jej nie przekraczały.

Pocisk Rheintochter R-3

Tym niemniej istniał taki środek przenoszenia, wektor broni masowego rażenia, który mógł potencjalnie zaszkodzić Niemcom i nie tylko. Były to pociski rakietowe V-2 i ich wersje rozwojowe. Wygląda na to, że Niemcy pomyśleli zawczasu o systemie obrony przeciwbalistycznej i jednym z jej filarów miały być właśnie pociski Rheinbote Kto wie, czy planiści III Rzeszy nie chcieli opracować i wyprodukować pocisku, który byłby w stanie osiągnąć granicę 100-120 km – a zatem LEO! Dzisiaj są to Patrioty i systemy ASAT wypróbowane m.in. przy akcji zestrzelenia amerykańskiego satelity USA193/NROL-21, co miało miejsce w lutym bieżącego roku, ale czy tylko chodziło o pociski V? – a może chodziło także o UFO zwane przez amerykańskich lotników mianem foo-fighters? Znając kulisy pewnych machinacji wszystkich stron walczących w II Wojnie Światowej można się spodziewać niejednego dziwnego odkrycia…

Rakieta Rheintochter R-3 i pocisk V-2

Wracając do rakiet i sprawy polskiej Rosjanie najprawdopodobniej bali się, że na podstawie naszych Meteorów będzie można zbudować niezwykle skuteczne antyrakiety, które byłyby w stanie unieszkodliwić sowieckie ICBM lecące na Zachód. A to jest ten element gry w rakietowe szachy, którego Rosjanie boją się, jak diabeł święconej wody, albo i gorzej! Tzw. payload polskich rakiet był za niski, by wynieść w stratosferę ładunek nuklearny, ale już payload przeciwpocisku Rheinbote był wystarczający do wyekspediowania w górę małej głowicy jądrowej o mocy 0,3 do 300 kt TNT. A kto wie, czy właśnie nad takimi małymi ładunkami termojądrowymi nie pracował swego czasu słynny polski uczony gen. dyw. prof. dr hab. inż. Sylwester Kaliski, którego tajemnicza śmierć w 1978 roku pogrzebała albo poważnie opóźniła polski program badań plazmy i laserowej syntezy termojądrowej. W takim przypadku już w PRL mógłby powstać całkowicie polski system obrony przeciwrakietowej o całą klasę lepszy od sowieckiego i amerykańskiego! Oczywiście Bolszoj Brat zza wschodniej granicy nam to uniemożliwił, a i teraz drugi Big Brother na pewno nie dopuściłby do tego, byśmy mieli swój własny niezależny system obrony poza strukturami NATO i kuratelą USA. Dlatego powstaje amerykańska Tarcza Antyrakietowa.  
           

Pocisk balistyczny - a najprawdopodobniej antyrakieta Rheinbote

Jak dotąd na psioczyliśmy, z małymi wyjątkami, na instalację TA i plany budowy w Polsce trzech elektrowni jądrowych motywując to względami bezpieczeństwa militarnego, zagrożenia terrorystycznego i zagrożeń ekologicznych. A jednak mimo tego wszystkiego, ukazał się pewien dodatni aspekt tych wszystkich inwestycji, a mianowicie taki, że przecież istnieje pewnego rodzaju interakcja Nieznanych Obiektów Latających z ziemskimi technologiami nuklearnymi cywilnymi i wojskowymi, broniami rakietowo-jądrowymi oraz kosmicznymi. Tak to ująłem w liście do Krzysztofa Piechoty, Bronisława Rzepeckiego i Zygfryda Świerkowskiego:  

Ale w tym wszystkim jest jeden pozytywny aspekt, a mianowicie taki, że budowa TA spowoduje zainteresowanie ze strony UFO i Ufiastych. A zatem powinny pojawiać się meldunki o obserwacjach UFO z okolic Słupska oraz pogranicza ze ZBiR-em, wszak tam będą stawać jądrowe instalacje rosyjskie! Mamy unikalną okazję do zweryfikowania Raportu Duvalla i Raportu Hastingsa w sprawie koneksji UFO z ziemskimi instalacjami nuklearnymi, który właśnie przekładam, a którego pierwszy fragment jest już w Internecie na moim blogu. (List Klubu Kontaktów Kosmicznych nr 06/2008 z dn. 22.08.2008 r.)

Być może będzie to kolejna "fala UFO" porównywalna z tą z początków lat 80., kiedy to w Europie pachniało prochem, a oba supermocarstwa zaczynały swe wojskowe programy kosmiczne. Albo będzie to proces "pełzający" - tutaj jakaś obserwacja, tam jakieś CE. Osobiście obstawiam to drugie. Proszę nie zapominać o tym, że wprowadzając Amerykanów na swoje terytorium będziemy mieli również do czynienia ze zwiększoną aktywnością polskich i amerykańskich służb specjalnych, które muszą zabezpieczać operacyjnie bazy USA w Polsce. Ale z tym akurat ufolodzy sobie potrafią poradzić, mamy w końcu wieloletnie doświadczenia z Polskimi i radzieckimi służbami specjalnymi i jak dowiedli tego Bronisław Rzepecki i Krzysztof Piechota oraz inni członkowie KKK, informacje o UFO można było zbierać nawet w czasie rygorów stanu wojennego.

Wracając do służb amerykańskich należy liczyć się także z inwigilacją obywateli polskich i z użyciem przez nie miniaturowych UAV (samolotów zwiadowczych), które niejednokrotnie będą robiły za NOL-e. A zatem czeka nas fala doniesień o obserwacjach UFO, z których lwia część może właśnie ich dotyczyć. A zatem pozostało nam tylko czekać i objąć obserwacją te rejony kraju, których dotyczą wspomniane inwestycje... („UFO i Kosmos”)

Obym się mylił…

Ilustracje:
Archiwum R. Leśniakiewicza