Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą genetyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą genetyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

Czy delfin nadobny jest hybrydą?



George A. Filer III (MUFON)


Delfin nadobny (delfin clymene) – Stenella clymene – jest swego rodzaju biologiczną zagadką. Odkąd te zwierzęta zostały po raz pierwszy wyodrębnione jako gatunek przez American Society of Mammalogists w 1981 roku, były one uważane jaklo podgatunek delfina długoszczękiego – S. longirostris, pomimo swego podobieństwa do delfina pręgobokiego – S. coeurleoalba. Analiza DNA rozwiązała tą zagadkę i pozwalając stwierdzić, że delfin nadobny jest osobnym gatunkiem.


W swoich studiach Ana Amaral z uniwersytetu w Lizbonie zebrała mitochondrialne i jądrowe DNA z 72 osobników z trzech gatunków delfinów. Mitochondrialne DNA przechodzi z organizmu matki, zaś jądrowe DNA pochodzi od obojga rodziców. Analiza obu tych DNA jest kluczem. W swych analizach dr Amaral znalazła, że DNA z jąder komórkowych było bardzo podobne do delfinów długoszczękich, zaś mitochondrialne DNA wykazuje podobieństwo do delfinów pręgobokich.


To wszystko sugeruje, że delfin nadobny jest produktem krzyżówki tych dwóch gatunków delfina: długoszczękiego i pręgobokiego – naturalną hybrydą, co zdarza się raczej rzadko pośród dzikich zwierząt. Hybrydy takie – jak się uważa – są jeszcze bardziej rzadkie wśród morskich ssaków, i poza tym akurat przypadkiem, nie zostały jeszcze udokumentowane. A co jest najbardziej niezwykłym faktem, to to, że nie tylko dało to żywe potomstwo, ale i odrębny gatunek! 


Mówi Charles Q. Choi dla „National Geographic News”
– Potrzebujemy hybryd tak zdrowych jak gatunki rodzicielskie, które byłyby w stanie żyć w swej własnej przestrzeni ekologicznej – wyjaśnił. Mówi Pamela Willis – ewolucyjna ekolożka z Uniwersytetu Wiktorii w Kanadzie:
- A zatem one teraz rozmnażają się pomiędzy sobą, a rzadziej z którymś z osobników z rodzimych gatunków. Tym samym umożliwiając im rozwijanie się wzdłuż własnej trajektorii drogi ewolucyjnej i stać się odrębnym gatunkiem – twierdzi dr Willis. – Oba te warunki są trudne do spełnienia. To rzadkie okno do ewolucyjnego procesu, które jest rzadko obserwowane u zwierząt tak zaawansowanych jak walenie. Na szczęście, mamy jeszcze delfiny nadobne wokół dowodów, że kosmici są w trakcie  modernizacji ludzkiego DNA i może to być również poprawa delfinów. A my jesteśmy świadkami tego, choć sytuacja dla wielu gatunków delfinów jest coraz bardziej tragiczna.


UWAGA: Istnieje coraz więcej dowodów na uaktualnianie DNA i symbiozie z istotami pozaziemskimi.


Moje 3 grosze


Fajnie to wszystko brzmi: Kosmici poprawiają nasze DNA – ale dla mnie stanowi kolejny dowód na prawdziwość i poprawność Teorii Ewolucji. I nic ponadto. Kreacjoniści nie mogąc się z tym pogodzić, zamiast jakiegoś tam boga, postawili na Kosmitów, którzy interweniując w DNA ziemskich organizmów tworzą nowe gatunki. Zapominają oni o małym, ale znaczącym drobiazgu, a mianowicie: ewolucja trwa przez cały czas! Ona się nie zatrzymuje, ale jej procesy trwają cały czas non stop. I nie są do tego potrzebni żadni Kosmici!



Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©  

wtorek, 13 grudnia 2011

Obcy interweniują w nasze środowisko (3)



No i na zakończenie jeszcze garść uwag „w temacie” wydarzeń z początku roku i nadchodzącego „końca świata”:

Padające ptaki i koniec świata

Ten artykuł jest uzupełnieniem mojego wcześniejszego materiału na temat wydarzeń z początków 2011 roku. Sprawa masowego padania ptaków, ryb i innych zwierząt odbiła się szerokim echem po świecie. Głos zabrali także Nestorzy polskiej ufologii, jednym z których jest Krzysztof Piechota, a który w swym liście zajmuje takie stanowisko:

Fragmenty listu z dnia 22.01.2011 r. do członków Klubu Kontaktów Kosmicznych:

Łza zakręciła się w moim oku na przełomie lat zapowiadającym nowe X-lecie z niestety, ukrytymi przed oczyma wypadkami, a to na widok listów od Was, azali szczególnie na wspomnienie wypadków przeszłych, kiedy z A. Ramleinem [to już 25-lecie minie w 2012 – sic – oj się będzie działo!] penetrowaliśmy okolice Radziejowa, będąc także w miejscu, gdzie w 1983 roku widziano, jak lecące ptaki „odbijały się” od niewidocznej ściany i fajtając skrzydłami ścieliły się na okoliczne łąki… Niestety, w feralnym miejscu około 30-50 m nad ziemią niczego nie było – ani linii z energetyką, ani ichnich urządzeń, etc., ot puste łany trawy na wyrost, nawet bez marnego drzewa. Natomiast w oczy rzucało się coś innego, a mianowicie – ciągnąca się wzdłuż łąk peryferyjna droga, przy której jak nanizane koraliki na nitce domostwa z obejściami – po zawietrznej, czyli przeciwnej stronie drogi, patrząc od punktu, do którego dolatywały padające ptaki; dla wprawnego obserwatora było oczywiste, ze gdyby w tym punkcie tkwił UFO-widmo, to jego załoga miałaby doskonały podgląd na rząd chałup i najbliższą okolicę… Zupełnie jak Intruzi w filmie „Najeźdźcy” [CE-III-E – 8.II.1980 w Witkowicach] i podobnie z wiszącego na obrzeżu polany obiektu z okolic Emilcina, gdzie przydybano Jana Wolskiego, wracającego od kobyły z ogierem, który – jak pisałem – był zapewne głównym obiektem zainteresowania „potworaków”, zaś człowieka wzięto na bok, by nie widział, co wyprawiano z jego ulubionym konikiem; wszyscy dali się na to nabrać, co oczywiście nie umniejsza faktu, że Jan Wolski też został przenicowany, jak [Bronisław Rzepecki wie o kogo chodzi] świadek Adam Z. spod kina „Rialto” w Katowicach [CE-III z 1986]. I otóż przypominamy o tym, gdyż Robert Leśniakiewicz zapomniał [?] podać w swoim exposé o „fajtających skrzydlatych”, że gdy Jan Wolski wszedł do UFO, obok wejścia leżało kilka krukowatych, które ponoć żyły majtając niemrawo lotkami. Zupełnie jak te w Radziejowie, czy w Ameryce i Szwecji! Wówczas w Polsce odnotowano jeszcze przynajmniej jeden incydent z krukowatymi, leżącymi ciurkiem na kilkukilometrowym odcinku szosy Siemiatycze – Białystok, nie tak znowu daleko od Radziejowa… (…)

Rzecz bowiem w tym, o czym Robert nie wspomniał, że wszystkie te incydenty z ptakami [może i żabami także] miały miejsce zaraz po „nocnej paradzie” „krzyżaków” z dnia 2 grudnia 1983 roku [!], w trakcie której one [posłużmy się wyrażeniem o. paulina w nawiązaniu do rzekomych przelotów samolotów ze smugami chemtrails w maju 2010 roku] coś jednak ROZPOWSZECHNIAŁY!

Jeżeli wskazuję na powyższe związki i podobieństwa, to mam ku temu pewne podstawy [oczywiście przyjmując, że nie wszystkie podobne informacje o przypadkach z ptakami i żabami oraz o tzw. ROZPOWSZECHNIANIU do nas docierają], ale jak z kolei wiemy, aktualne powodzie w Polsce, Ameryce, Australii czy Brazylii, żeby wymienić te najważniejsze [à propos wzorem erupcji wulkanicznych, które Robert tak pięknie wyeksponował w Nieznanym Świecie, należałoby tak uczynić z tsunami i powodziami z lat ostatnich, bo to jeszcze nie koniec, a jedne z drugimi mają niewątpliwy związek z perspektywy wpływu na życie ziemskie czterech żywiołów El Candelabro], a nawiązujemy tu do proponowanej przez Roberta dysputy na ten temat – tj. nolens volens – rozważenia obecności w ziemskiej ekosferze zjawisk, które mogą mieć podstawowe znaczenia dla wyjaśnienia zagadki UFO/BOL, z którymi notabene Robert nie wie, co zrobić [?], a które mogą mieć związek z powstaniem i ewolucją nie tylko życia na Ziemi, ale i Wszechświata! Nie będę się silił na precyzyjne wskazywanie, jak to działa, o tym mówiono w filmach „Źródło”, „Prestiż”, itd. przywołując doświadczenia Tesli i spółki [o czym pisaliśmy onegdaj], wskażemy zaś na generalny aspekt zagadnienia – CO JEST CO! Gwoli ścisłości, żebyście nie błądzili na manowcach dodamy, że „paraliż” ptaków i „pęcznienie” żab mają tą samą przyczynę sprawczą ODDZIAŁYWANIA PROMIENIOWANIA ELEKTROMAGNETYCZNEGO NA CENTRALNY UKŁAD NERWOWY; różnica w efektach zależy w tym przypadku tylko od tego, że ptaki są ssakami [stałocieplne], a żaby gadami, a ściślej płazami [zmiennocieplne kijanki!]. To zaś na 100% dowodzi, że ptaki „nadziały się” na niewidzialne UFO-plazmoidy, jak ten na zdjęciu w Codex’ie – plansza III C. A to z kolei dowodzi, dlaczego gady w większości wyginęły [tylko nieliczne jak np. żaby i żółwie do zmiany zakresu EM zdołały się dostosować dlatego, że „do końca” nie wyszły z wody] ca. 80 mln lat temu… (…)

* * *

Tyle Krzysztof Piechota – jeden z żyjących Nestorów i legenda polskiej ufologii. Pozwolę sobie na pewną replikę na Jego list, boż nie zgadzam się z Nim tak całkowicie. I oto dlaczego:

Ptaki i „potworaki”

Wspomina On o „potworakach” i fakcie znajdowania się w UFO kilku okazów ptaków krukowatych, które wyglądały, jakby były czymś obezwładnione. Być może obserwacja ta ma jakiś związek z zaobserwowanymi wydarzeniami w Radziejowie, ale wcale nie świadczy to, że tamtejsza masakra ma związek z tym, co widział Jan Wolski. Non sequitur – nie wynika, i nie ma takich przesłanek. Czyżby Obcy szykowali się do jakiejś generalnej rozprawy z ptakami i już wtedy, w 1978 roku, zbierali próbki w celu znalezienia optymalnej metody uśmiercania wron i kawek? Nie sądzę, by tak było. W ogóle postępowanie „potworaków” przypomina mi postępowanie dzieciaków, które wybrały się na wycieczkę w celu zebrania jakichś eksponatów czy próbek na zajęcia szkolne. Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale takie odnoszę wrażenie, kiedy czytam relację Wolskiego. A że ten ostatni im się nawinął, to go „zbadali”, obejrzeli sobie dokładnie i puścili wolno. To oczywiste, bo od porywania ludzi i dokonywania na nich badań medycznych są inni – Ichni dorośli i uczeni realizujący pewien plan, o którym wspominałem we Wrocławiu trzy lata temu, a co jest tematem mojej książki pt. „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011). 

Sprawa druga – w odróżnieniu od Radziejowa Starego, gdzie wszystko odbyło się w pełnym świetle dziennym, ptaki w Ameryce i Szwecji znaleziono już martwe. Rankiem. Wyglądałoby na to, że czynnik, który je zabił działał w nocy – stąd poszedł chyr o racach i petardach, które je wystraszyły na śmierć. Rzecz w tym, że ptaki nie latają w nocy, poza oczywiście sowami i innymi nocnymi ptakami, ale krukowate nigdy. Tak samo jak sikory, wróble i inne. To bardzo istotny szczegół, który pozwala stwierdzić, że ptaki te musiały zginąć za dnia – stąd opowiastki o wielkich ciężarówkach zabijających ptaki w zderzeniu. Owszem, takie przypadki się zdarzają, kiedy stado siedzi na jezdni i wali na nie ogromna ciężarówka. Może dojść do zabicie jednego, no co najwyżej dwóch ptaków, ale nie całego stada. Dlaczego? Ano dlatego, że ptaki zawsze się pilnują i widząc nadjeżdżający pojazd podrywają się do lotu, a że  ptaki mają doskonały wzrok i słuch, więc nie dają się zaskoczyć.

Owszem, raz udało mi się zaobserwować dziwne i nietypowe zachowanie dziennych ptaków w nocy. Było to w październiku 1992 roku. Miałem wtedy nocną służbę na przejściu granicznym na Łysej Polanie. Pogoda była pochmurna i zimna, w powietrzu wisiały chmury, w których – jak mawiają górale – „rodził się śnieg”. Około godziny 4. w nocy spadł śnieg i wtedy stało się coś dziwnego – nad placem odpraw pojawiło się stado ptaków: sikor i jeszcze jakichś niewielkich ptaszków, które zachowywały się strasznie dziwnie – latały tam i ówdzie jakby oślepione silnymi światłami lamp oświetlających przejście. Trwało to jakieś 10-15 minut, poczym wszystko się uspokoiło. Widziałem kilka ptaków, które poprzysiadały na śniegu czy okolicznych drzewach i odpoczywało po tym kilkuminutowym szaleństwie. Ale żaden z nich nie padł. Po następnych kilku minutach ptaki odleciały w las porastający Łysą Skałę i już się nie pojawiły. Nie mam pojęcia, co to było. Czy były to młode ptaki, które wykluły się wiosną i nie widziały nigdy śniegu? Młode zwierzęta reagują dziwnie na widok białej masy spadającej z nieba, ale żeby aż tak żywiołowo? Drugi raz widziałem coś takiego w Zakopanem, jesienią 1993 roku. I w tym przypadku stadko sikorek bogatek szalało na widok spadających białych płatków: latało na oślep ćwierkając szaleńczo, a jedna z nich uderzyła w szybę okna powodując jej pęknięcie. Znalazłem  nieprzytomnego ptaka, którego udało mi się doprowadzić do przytomności. Myślę, że na ten temat powinien się wypowiedzieć jakiś ornitolog… 

A zatem samolot. To jest bardziej możliwe, że ptaki te mogły być uderzone przez jakiś lecący nisko samolot, ale w takim przypadku byłyby one zmiażdżone uderzeniem o kadłub czy skrzydła samolotu poruszającego się z prędkością ≥300 km/h. Tego nie zauważono. Nie zauważono również przelotów samolotów nad miejscami, gdzie te ptaki padły.

Kolejna sprawa – ptaki są stałocieplnymi gadami i od nich się wywodzą. Paleontolodzy udowodnili, że dinozaury miały już okrywę pierzastą i dzięki temu były w stanie utrzymać stałą temperaturę ciała. Natomiast inne kolosalne dinozaury były quasi-stałocieplne, bowiem ich ogromne masy ciała rzędu 20-30 ton – Apatosaurus czyli dawny Brontosaurus do 60 ton – Seismosaurus i Brachiosaurus czy Supersaurus zapewniały im utrzymanie stałej temperatury ciała całodobowo, co nie było niczym trudnym w czasach, kiedy średnia temperatura dobowa wynosiła +25°C. Ciekawym faktem jest, że wszystkie te ogromne jaszczury żyły w Jurze lub na granicy J/K i większość z nich wymarła przed końcem Jury. W Kredzie istnieją już dinozaury o mniejszych masach ciała – do 20 ton. I ten Armagedon, o którym tyle się teraz mówi – de facto – zabił dinozaury, które i tak już nie były zdolne do życia w coraz bardziej nieprzyjaznym środowisku. Asteroida Chicxulub tylko zadała temu umierającemu światu coup de grace, zaś wybuch Superwulkanu pod Dekanem dopełnił dzieła zniszczenia i nie ma w tym niczego dziwnego, czy tajemniczego.

Żaby nie są gadami, ale płazami, których ciało składa się przede wszystkim z wody, a ich skóra nie jest w stanie zatrzymać jej w organizmie. To gady są ich potomkami. I jednego jestem pewien, że zostały one poddane działaniu wysokoenergetycznego promieniowania mikrofalowego, które spowodowało po prostu przegrzanie ich ciał i w rezultacie zamiany wody w ich wnętrznościach w parę, a w konsekwencji ich rozerwanie przez wzrastające ciśnienie. Dlatego obawiam się, że nie działały tutaj plazmidy, ale strumienie mikrofal z urządzeń, które mogłyby być umieszczone np. na orbicie wokółziemskiej w ramach programu SDI/NMD czy jego rosyjskiego odpowiednika. Tak już nawiasem mówiąc, to ciekawy jestem ile trzeba by użyć energii w postaci promieniowania mikrofalowego, by pozbawić życia takiego Apatozaura o masie ciała wynoszącej 25-30 ton?

Ptaki contra chemtrails?

Na temat chemtrails się nie wypowiadam, bo uczyniłem to wcześniej. Powtórzę tylko to, co zawsze mawiam – dzieci mają bajki, dorośli chemtrails. Sprawę tą najlepiej i najbardziej kompetentnie wyjaśnił Adam Piekut i nie mam tutaj niczego do dodania. Jednakże nasz Nestor ma rację – nie skojarzyłem przelotu „krzyżaków” z wydarzeniami w Radziejowie, a przecież odbyły się one w tym samym miesiącu! A powinienem był… Przelot „krzyżaków” jest jedną z najciekawszych zagadek polskiej ufologii. Jedni uważają, że były to UFO, inni – jak np. prof. dr inż. Zbigniew Schneigert – uważa, że było to jedno z wielu starć na orbicie wokółziemskiej satelitów szpiegowskich z satelitami-killerami. Hipoteza ta jest o tyle prawdopodobna, że to był rok 1983 – apogeum Zimnej Wojny i wyprowadzania działań wojennych w kosmos. Obawiam się, że właśnie to było przyczyną wielu (ale nie wszystkich – sic!) dziwnych zjawisk obserwowanych w latach 80. XX stulecia.

Co mogło spowodować masakrę tych ptaków na przełomie 2010/2011 roku? Nie wiem, ale wszystko wskazuje na to, że rozpoczął się znowu wyścig zbrojeń kosmicznych, które owocują właśnie rozwojem broni ukierunkowanej energii, broni mikrofalowej, laserowej broni radiacyjnej, dział elektromagnetycznych, orbitalne i podorbitalne ultrasoniczne samoloty z „czarnych” projektów w rodzaju S³, itd. itp., których „odpryskami” są właśnie takie z pozoru dziwne incydenty, których ofiarami są nasi Bracia Mniejsi. Mówię to jako ex-wojskowy i ekolog w jednej osobie. Zimna Wojna się podobno skończyła (jak twierdzą historycy i politycy), ale to nieprawda – ona trwa. Zmieniły się tylko cele i środki – cała reszta pozostała bez zmian. Co do tego – niestety – nie mam żadnych złudzeń. A do tego należy dodać skutki powodzi, które zmywają z lądów wszelkie chemiczne i toksyczne zarazem paskudztwa, którymi trują się zwierzęta morskie, wydobywanie się z den oceanicznych siarkowodoru i metanu z pokładów hydratów metanowych oraz ostatnie miliony ton ropy naftowej i substancji jej towarzyszących, które wlano do Zatoki Meksykańskiej… To wszystko wpływa na florę i faunę Ziemi tylko w jeden sposób – unicestwienie.

CDN.

niedziela, 9 października 2011

O kłamstwach anty-ekologii (4)


A oto dalszy ciąg wywodów polskiego „uczonego”, który po rozprawieniu się z przeciwnikami stosowania DDT zabrał się za:

Problem roślin genetycznie modyfikowanych (GMO)

Zachodzi pilna potrzeba stanowczego przeciwstawienia się tym alarmom ekologicznym, które grożą zahamowaniem postępu w różnych dziedzinach nauki, techniki i gospodarki. W Polsce szczególnie groźne w obecnej chwili są nawoływania do rezygnacji z genetycznej modyfikacji roślin, łącznie z zakazem importu produktów pochodzących z roślin zmodyfikowanych. Zakaz uprawiania zmodyfikowanych roślin z całą pewnością pogłębi zacofanie naszego kraju, i to w tej dziedzinie rolnictwa, która obecnie najszybciej się rozwija.

I straszno i smieszno. Wytoczono najcięższe działo – oto podli ekolodzy stanowią hamulec postępu. To właśnie dzięki nim w oczy każdego Polaka wkrótce zajrzy Wielki Głód! No brawo! Autor bez żenady wskazał na wroga-ekologa, którego bij-zabij w imię Boga. A jaka jest prawda? Prawda jest taka, że spada wciąż areał ziemi uprawianej pod zboża, ziemniaki i inne płody rolne, bo świetlane reformy przeprowadzane przez kolejne rządy różnych popaprańców po 1990 roku doprowadziły do tego, że coraz więcej ziemi ornej stoi odłogiem i zamienia się powoli w ugory. Pół biedy, jak się je zalesia, przynajmniej będzie z tego trochę lasów…

Inną rzeczą jest to, że ludzie nie chcą uprawiać roli bo im się to po prostu nie opłaca. Gospodarka agrarna jest doprowadzana do poziomu UE i doszło do tego, że żywność sprowadzana z krajów UE jest tańsza od krajowej, dla której z kolei nie ma rynków zbytu na Wschodzie, z którym stosunki zostały totalnie popsute przez nieodpowiedzialne i awanturnicze rządy niekompetentnych z Bożej łaski ministrów, „specjalistów” i „ekspertów” PiS, SO i LPR, a obecnie koalicji PO i PSL.

Młodzież z terenów wiejskich ucieka przed biedą do miast i za granicę – i jak na razie końca nie widać tego EXODUSU. Ziemia popegeerowska leży odłogiem, bo nie ma żadnego pomysłu, jak ją wykorzystać i jak na niej gospodarować. Nie jest temu winien zakaz uprawiania GMO – jak stwierdza to autor w swych chorych enuncjacjach, ale brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony nieudolnych i sprzedajnych polityków oraz władzy zajmującej się problemami płci Teletubisi i walką z gejami, niż problemami ekonomiki. Z prawdziwymi problemami żadna władza nie ma ochoty walczyć i polska wieś – szczególnie ta popegeerowska jest nadal zaniedbaną Polską C zmierzająca powoli ku Polsce D...

I dalej:      

Genetycznie zmodyfikowane rośliny zdobywają świat, ponieważ przynoszą odczuwalne korzyści ekonomiczne.

Na temat korzyści ekonomicznych płynących z uprawy GMO pisałem już w swym referacie na XII UFO Forum (impreza ta wbrew temu, co „prawdziwi uczeni” mówią na temat UFO ma swój naukowy sznyt i podchodzi do zagadnień nauki i nauk z pogranicza z powagą, której brak jest rozmaitym „naukowcom” w rodzaju cytowanego tu autora i jego kolegów po fachu). Tutaj powtórzę tylko główne tezy części referatu omawiające różne aspekty uprawiania roślin i grzybów GM, a zatem:

Stronnicy GMO i zwolennicy inżynierii genetycznej zapowiadali nowy cud, jak w Kanie Galilejskiej, bowiem genetyczne mutacje miały doprowadzić do tak dużego wzrostu plonów, że rozwiązany zostałby problem żywnościowy dla przeludnionego świata.

Cudu nie ma – wydajność GMO okazała się mniejsza od zapowiadanej. […] Wielkie ponadnarodowe korporacje w rodzaju Monganto lub Pioneer są zainteresowane GMO głównie ze względu na zyski. […] Jeśli GMO zdominują rolnictwo, to wspomniane korporacje będą dysponentami licencjonowanego ziarna, co zapewnia im krociowe dochody liczone w miliardach USD. (=> Wł. Miziołek – „GMO: Produkt Frankensteina?” w „EKO Świat” nr 5/2008) 

Dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog, wyjaśnia: „...Organizmy genetycznie zmodyfikowane są jednostkami biologicznymi zdolnymi do replikacji i przenoszenia materiału genetycznego, w których materiał genetyczny został zmieniony w sposób nie zachodzący w warunkach naturalnych. Promotory i wektory – nośniki obcych genów wprowadzanych do genomu gospodarza – z założenia mają przełamać barierę genetyczną, np. pomiędzy światem roślin i zwierząt. W tym celu wykorzystywane są agresywne wirusy, jak wirus mięsaka Rousa. W przebiegu procesu tylko nikła część organizmów ulega modyfikacji i dla ich oddzielenia od niezmodyfikowanej reszty wszystkie poddaje się działaniu antybiotyków, w tym należących do grup stosowanych w lecznictwie, jak aminoglikozydy lub tetracykliny. Przeżywają tylko te konstrukty genetyczne, które wyposażono w markerowe geny oporności na antybiotyki. Z rakotwórczych wirusów mogą powstać nowe zarazki o nie dających się przewidzieć losach, a zmodyfikowane organizmy mogą przenieść antybiotykoodporność na ludzi, zwierzęta i rośliny. Krytycznym problemem jest plejotropia, czyli zaskakująca ekspresja pojedynczego genu w jego nowej lokalizacji w konstelacji genów gospodarza, prowadząca do nieoczekiwanych i licznych efektów w zmodyfikowanym organizmie. Niespodziewanie mogą pojawić się białka, w tym toksyny i alergeny, będące powodem wielu zagrożeń zdrowia człowieka i środowiska...”.

Jakie są zagrożenia? Genetycznie zmodyfikowane rośliny uprawia się komercyjnie dopiero od 10 lat. 70% światowej produkcji roślin GM ma miejsce w USA i Kanadzie, 20% w Argentynie, 5% w Brazylii, 4% w Chinach. W krajach UE niewielkie ilości w Hiszpanii, Niemczech, Francji, Czechach. Najczęściej uprawia się soję, kukurydzę, rzepak i bawełnę. Około 60% przetworzonych produktów spożywczych zawiera soję lub kukurydzę.

Wprowadzeniu roślin GM na rynek towarzyszyły kampanie wielkich korporacji obiecujące:
- uzyskanie wyższych plonów
- mniejsze zużycie herbicydów
- rozwiązanie problemu głodu na świecie
- możliwość zachowania czystości naturalnych nasion

Po 10 latach komercyjnych upraw i niezależnych doświadczeń, prawda okazuje się być inna. Modyfikacje genetyczne nie przyczyniły się do zmniejszenia ilości stosowanych herbicydów. Potwierdzają to rolnicy i niezależni eksperci. Na przykład dr Charles Benbrook, jeden z bardziej znanych niezależnych ekspertów ds. rolnictwa, opierając się na danych Departamentu Rolnictwa USA stwierdził, że zużycie pestycydów i herbicydów na 222 mln ha uprawy GM soi, GM kukurydzy i GM bawełny w USA w latach 1996-2004 było większe w porównaniu z uprawami tradycyjnymi o 22,7 tys. ton.

Według Benbrooka, w wyniku wprowadzenia do upraw genetycznie modyfikowanych ziaren amerykańscy farmerzy stracili miliardy dolarów z eksportu. W południowo-wschodnim rejonie USA, gdzie niemal całkowicie przekształcono uprawę soi i bawełny w kierunku ich genetycznie zmodyfikowanych odpowiedników, rolnictwo jest niemal na skraju załamania. Rekordy bije liczba wykorzystywanych środków ochrony roślin i przez to zyskowność farm gwałtownie spada.

Rolnicy, którzy kupują ziarno GM, uzależniają się od chemicznych korporacji, ziarna są patentowane i trzeba je kupować co roku od producenta (nie wolno wysiewać zebranych ziaren). Zysk wynikający z upraw GMO trafia w dużej części do producentów nasion objętych patentami. I przede wszystkim o to tu chodzi.

Stwierdzono także, iż dochodzi na dużą skalę do krzyżowania między roślinami GM a konwencjonalnymi. Pyłki roślin GM są przenoszone przez wiatr, owady i ludzi na sąsiednie uprawy i nie sposób temu zapobiec. Badania w Central Science Laboratory (Anglia) potwierdziły, że pyłki rzepaku mogą być roznoszone na odległość 26 km. Natomiast badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Reading (Anglia) wykazały, iż rzepak oleisty GM krzyżuje się w drodze zapylenia z dziko rosnącymi gatunkami kapustowatych (kalarepa, rzepa, buraki pastewne, rzodkiew), tworząc superchwasty – ale o tym naukowcy tworzący GMO już milczą.

Współistnienie – sąsiedztwo – koegzystencja to tylko polityczne hasła, które mają być rozumiane jako możliwość prowadzenia upraw bez GMO obok upraw zmodyfikowanych genetycznie bez ryzyka zanieczyszczenia tych pierwszych. W praktyce współistnienie roślin genetycznie zmodyfikowanych z roślinami naturalnymi nie jest możliwe, tak jak nie jest możliwa jednoczesna cisza i hałas w tym samym pomieszczeniu.

Ustawy i akty regulujące tzw. współistnienie roślin GM i roślin tradycyjnych, polegające np. na wprowadzaniu zapór zasiewowych i odległości między uprawami, nie sprawdzają się i nie gwarantują czystości ziarna. Na przykład w USA, po 10 latach stosowania roślin GM, zanieczyszczenie upraw tradycyjnych sięga 80% pomimo, że obiecywano rolnikom, że nie będzie większe niż 1%.

Według prof. Jana Narkiewicza-Jodko z Instytutu Warzywnictwa w Skierniewicach, „dowody zebrane w ostatnich latach wykazują niezbicie, że wysokość plonów bynajmniej nie wzrosła. Z relacji rolników z Północnej Ameryki wynika, że plony są znacznie niższe niż oczekiwano, co potwierdzają niezależne badania naukowe. Na przykład wydajność GM soi RR spada o 5-10%”.

GMO zamiast przyczyniać się do rozwiązania problemu głodu na świecie, dodatkowo powoduje jego pogłębienie. Wprowadzenie technologii GM zaburza równowagę przyrody w istniejących ekosystemach i w dalszej kolejności powoduje najgorsze skutki: wyjałowienia gleby, niskie plony, stałe zagrożenia chorobami. Warto pamiętać, że miliony tradycyjnych rolników zachowują swoje nasiona lub wymieniają je z sąsiadami. To jest ich podstawowe prawo i od tego zależy ich przetrwanie. Odebranie im tego prawa poprzez patentowanie nasion czy roślin to niszczenie podstaw ich bytu. Rzeczywisty problem głodu nie tkwi w braku żywności; na świecie produkuje się ją w wystarczającej ilości! Głód jest wynikiem niewłaściwej polityki rolnej i niewłaściwej dystrybucji żywności. – „Technologia genetyczna niszczy związki rolniczej agrokultury. Jeżeli dopuścimy do dalszego szerzenia się technologii agro-genetycznej, bieda i głód będą się zwiększać.” – mówi dr Vandana Shiva z Indii, laureat Alternatywnej Nagrody Nobla. Od siebie jeno dodam, że w ZSRR głód był instrumentem sprawowania totalitarnej władzy nas społeczeństwem i instrumentem zmuszającym je do poddania się woli „przewodniej siły narodu”, a właściwie Stalina – to przećwiczono w praktyce na Ukrainie w latach 1932-33, zmuszając tamtejszych chłopów do kolektywizacji.

Genetycznie zmodyfikowane nasiona, rośliny i inne organizmy są patentowane, co zwiększa kontrolę ponadnarodowych korporacji nad rolnikami oraz nad produkcją i konsumpcją żywności. Rolnicy stosujący uprawy GM muszą płacić opłaty tantiemowe oraz są pociągani do odpowiedzialności za problemy (np. za zanieczyszczanie upraw) związane z tymi uprawami. Wartość ich gruntów ornych spada ze względu na zanieczyszczenie przez GMO, które pozostaje w glebie kilkanaście lat. Rolnik z Dakoty (USA), Tom Wiley, mówi: „Rolnicy są oskarżani o użycie GMO, które znalazło się na ich polach w wyniku zapylenia. Rolnicy nie chcą tych nasion”. Ken Ralph z Tennessee spędził 4 miesiące w więzieniu i zapłacił 1,8 mln dolarów kary za ponowne użycie nasion soi-GM.

Kolejny problem stanowią superchwasty. Odporny na herbicydy szczep przymiotna kanadyjskiego rozprzestrzenił się dotychczas w 10 stanach USA. Rolnicy nie mogą sobie z nim dać rady, nawet jeśli stosują trzykrotnie bardziej stężone dawki herbicydów w dwukrotnie większych dawkach niż zalecane. Superchwasty osiągają ponad 3 metry wysokości, rosną szybko, a jedna roślina wytwarza ponad 200 tysięcy wiatrosiewnych nasion.

GMO raz wprowadzone do środowiska nie mogą być z niego usunięte i kontrolowane. Prof. Jan Narkiewicz-Jodko twierdzi, że „uwolnione do środowiska żywe organizmy transgeniczne (nasiona, sadzeniaki), ze względu na silne swe właściwości rozprzestrzeniania się, mogą zanieczyścić cały teren, a po dłuższym czasie wyprzeć uprawy ekologiczne, integrowane i konwencjonalne, prowadząc do nieprzewidywalnych i nieodwracalnych skutków. Ze względu na to, że pyłek z roślin transgenicznych utrzymuje się w powietrzu do kilku godzin, a przy odpowiedniej prędkości wiatru przenosi się na dziesiątki kilometrów, istnieje duże zagrożenie dla upraw ekologicznych, integrowanych i konwencjonalnych”.

Konsumenci (70-80%) z całej Europy reagują silnym sprzeciwem wobec GMO. Mimo tego ponadnarodowe korporacje, USA, WTO i UE wpychają GMO na nasze stoły i pola. Nowy sondaż opinii publicznej przeprowadzony przez Eurobarometr potwierdza niechęć społeczeństwa do żywności GM. Sondaż został przeprowadzony we wszystkich 25 krajach UE na grupie 25 tys. osób. Wynika z niego, że 3/4 pytanych osób jest przeciwne eksperymentowaniu z genami przy produkcji żywności. Uważają oni, że genetycznie zmodyfikowana żywność jest niepotrzebna, moralnie nie do zaakceptowania i jest zbyt dużym zagrożeniem dla społeczeństwa. Z porównania danych z poprzednich lat wynika, że liczba przeciwników GMO rośnie z roku na rok.

Nigdy wcześniej genetycznie zmodyfikowane organizmy nie były częścią naszej diety. Nie zbadano, czy są one bezpieczne. Amerykański Urząd ds. Rolnictwa (USDA) wydał w 2004 r. 180 mln dolarów na badania w dziedzinie biotechnologii, z czego tylko 2% na badania ryzyka związanego z tym sektorem.

Karmienie szczurów kukurydzą zmodyfikowaną genetycznie wywołało dramatyczne efekty, m.in.: podwyższoną liczbę białych krwinek w przypadku samców, zmniejszoną liczbę nierozwiniętych czerwonych krwinek oraz znaczący wzrost poziomu cukru we krwi u samic, a także częstsze występowanie zaburzeń pracy nerek u samców (np. zapalenia). Wysoki poziom śmiertelności i zaburzenia wzrostu u szczurzego potomstwa to wynik karmienia ich matek genetycznie modyfikowaną soją. Z badanej próbki matek karmionych soją GM aż 55,6% szczurzego potomstwa zmarło w ciągu 3 tygodni. Dla porównania – tylko 9% takich szczurów umierało, gdy były karmione naturalną soją oraz 6,8% w przypadku, gdy matki w ogóle nie były karmione produktami zawierającymi soję.

Według dr. Zbigniewa Hałata, GMO może być powodem wielu zagrożeń zdrowia i środowiska:

● nowe alergeny mogą pojawić się w żywności i pyłku, i w ten sposób uwolnić się do środowiska;
● nowe toksyny mogą pojawić się w żywności, co spowoduje, że zarówno organizmy agroekosystemu, jak i ludzie będą eksponowani na nowe toksyny, kiedy wejdą w kontakt z GMO lub zjedzą rośliny tak zmodyfikowane;
● toksyny występujące w środkach spożywczych mogą osiągać wyższe stężenia lub pojawiać się w częściach jadalnych roślin; ogólny wzrost stężenia substancji wytwarzanych przez roślinę może doprowadzić do pojawienia się ich toksycznych poziomów w częściach jadalnych;
● po wprowadzeniu do roślin nowych genów, zmodyfikowane organizmy mogą wytwarzać wcześniej nieznane kombinacje białek, wywołujące nieprzewidywalne efekty, a w efekcie mogą wystąpić straty wartości odżywczej roślin.

Badania wykazały, że zarejestrowana w 1998 r. jako pasza dla zwierząt hodowlanych genetycznie zmodyfikowana kukurydza StarLink zanieczyściła 10% zbiorów amerykańskiej kukurydzy, a także znalazła zastosowanie w przetwórstwie spożywczym. W ciągu dwóch miesięcy po ujawnieniu afery amerykańskie zrzeszenia producentów żywności przetworzonej (National Ford Processors Association i Grocery Manufacturers of America) zanotowały 90-krotny wzrost zgłoszeń reakcji alergicznych łączonych z żółtą kukurydzą. Jeden z raportów przekazanych do FDA dotyczył 210 konsumentów, u których po spożyciu produktów kukurydzianych rozwinęły się reakcje alergiczne, w 74 przypadkach wymagające interwencji lekarza, a w 20 – pomocy ratującej życie. (=> J. Łopata – „GMO – Zagrożenia ekologiczne, zdrowotne i ekonomiczne” w „Dzikie życie” nr 12-1/2007-2008)

I to jest bardzo twardy fakt, co możemy zaobserwować na naszych zwierzętach domowych, które chorują znacznie częściej na choroby związane z alergiami, niż choćby 15-20 lat temu. Spostrzeżenie to potwierdzają lekarze weterynarii i hodowcy. Spowodowane są one przede wszystkim przez podawane im karmy zawierające GMO… Dotyczy to także ludzi, u których lawinowo wzrasta ilość zachorowań na choroby alergogenne.

I już wiesz Czytelniku, o co tutaj naprawdę chodzi? No o co? – no o kasę… O ogromne pieniądze, o których nasz autor nie wspomina, bo koliduje to z jego radosnym szczebiotem o pożytkach płynących z produkcji żywności z GMO.

Następnie nasz autor konkluduje:

Wszelkie zakazy pozostaną bez znaczenia, bo nikt nie wygra z ekonomią. Dlatego można się spodziewać, że nawoływania do rezygnacji z genetycznej modyfikacji roślin wkrótce ucichną.

Pobożne życzenia „naukowca”… Nawet ich nie komentuję, choć zgadzam się z autorem w tym, że „nikt nie wygra z ekonomią”. To akurat jest prawdą – jak dotąd jedyną w tym nienawistnym, anty-ekologicznym bełkocie.  

Istnieją bardzo poważne i racjonalne argumenty, które można przeciwstawiać ekologicznym alarmom, ale niestety nigdy nie pojawi się argument w postaci dowodu, że genetycznie zmodyfikowane rośliny są nieszkodliwe. Nie będzie takiego dowodu, bo logika nie pozwala na wykazanie, że czegoś nie ma.

Autor oczywiście stosuje klasyczny unik besserwissera – ja wiem najlepiej, a wy jesteście tępi durnie. A najśmieszniejsze jest to, że autor na wstępie zapewnia, że przedstawi twarde fakty i dowody i logiczne argumenty. Jak dotąd – nie podał ani jednego poza solennymi zapewnieniami, że one są. Tyle to potrafi także pięciolatek w przedszkolu. 

Tak więc nie można udowodnić, że nie ma szkodliwości różnych ludzkich działań, można natomiast udowodnić istniejącą szkodliwość. W sprawie genetycznej modyfikacji trzeba zatem oczekiwać od ekologów, żeby zamiast gołosłownych alarmów przedstawili dowody, że genetycznie zmodyfikowane rośliny są zagrożeniem dla ludzkości. Ekolodzy wkładają niemały wysiłek w próby znalezienia takich dowodów, ale jak dotąd bez rezultatu.

Ja je przedstawiłem – Q.E.D. A nasz autor? Poza ogólnikami i bełkotem – nic.

CDN.