Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2019

EGO: Czy metanowa bomba jest gotowa do odpalenia? (1)




Twierdzenie: Wielka ilość metanu (CH4) jest uwięziona w wiecznej zmarzlinie i złożach klatratów metanowych w Arktyce i ich uwolnienie się, czy choćby częściowe, może być wyzwalaczem gwałtownego i nagłego, szokowego wzrostu efektu globalnego ocieplenia - EGO w tempie 5°C w ciągu 5 lat.
Rzeczywistość: Poziomy metanu ostatnio się zwiększyły dzięki tropikalnym lub kopalnym źródłom paliw. Metan wydobywa się z wiecznej zmarzliny i pokładów hydratu metanowego jako powolny ale ciągły ulot, którego przyczyną jest wzrastające ocieplenie i jest ono gorsze, niż nagłe, katastrofalne uwolnienie.

W ostatnich latach, pojawiło się wiele powtarzających się twierdzeń (np. 1-8) że wielka ilość metanu uwięziona w arktycznej zmarzlinie  i depozytach metanowych będzie natychmiastowo uwolniona do atmosfery, kiedy tylko EGO przekroczy próg temperatury krytycznej , co będzie wyzwalaczem nagłego i katastroficznego podgrzania.

W tym artykule z climatetippingpoint.info dowiemy się, ile metanu jest zamknięte w Arktyce, ile może się uwolnić, i co się stanie później.


1% rządzi


Istnieje ogólne stwierdzenie, że jak z potencjalnego zasobu metanu zostanie wydzielony do atmosfery tylko 1%, to jest on w stanie skokowo podnieść temperaturę Ziemio o 0,5 - 1°C/1 rok.

Popatrzmy na liczby. Najlepsze bieżące szacunki twierdzą, że w Arktyce znajduje się uwięzionych 1,6 Tt (Tt = 10^12 ton) organicznego węgla ulokowanego w arktycznej wiecznej zmarzlinie. 1% z tego wynosi 15 GtC (Gt = 10^9 ton), i gdyby to był węgiel w postaci dwutlenku węgla (CO2), to osiągnąłby jedynie mierny efekt cieplarniany (uwolnienie 55 GtCO2 wiedzie do tego, że stężenie tego gazu wzrasta do ~7 ppm, co z kolei może podnieść temperaturę atmosfery o ~0,03°C na ponad kilka dziesięcioleci). Jednakże, metan jest o wiele bardziej potencjalnym gazem cieplarnianym niż CO2, ale zanika on zamieniając się w CO2 (utlenia się w atmosferze tworząc dwutlenek węgla i wodę, zgodnie z reakcją: CH4 + 2O2 => CO2 + 2 H2O) w T1/2 ≈ 10 lat. Reasumując – to oznacza, że metan produkuje ok. 84-86 razy więcej ciepła, niż taka sama masa CO2 w skali 20 lat, ale spada do 28-34 razy bardziej grzejącego w 100-letniej skali. W oparciu o to, jeżeli całe 15 GtC uwolni się z arktycznej wiecznej zmarzliny jako czysty metan – czyli 20 GtCH4, mogłoby to doprowadzić do ocieplenia o ok. 1,1°C w krótkim terminie i ok. 0,4°C na dłuższą metę. Wydaje się to potwierdzać tezę, że uwolnienie tylko 1% metanu ze zmarzliny spowodowałoby nagłe ocieplenie o ~1°C. Ale oto kluczowe pytanie: czy czysty metan o wartości 20 GtC może ulatniać się w jednym nagłym zdarzeniu? Tutaj rzeczywistość jest mniej dramatyczna.

Wieczna zmarzlina topnieje...

Zasadniczą kwestią jest to, że nie cały węgiel ze zmarzliny będzie uwolniony jako metan. Kiedy mówimy o węglu organicznym uwięzionym w zmarzlinie, co jak się uważa stanowią resztki tundrowych roślin, co w cieplejszym klimacie może gwałtownie się uwolnić, i większość z jego węgla powróci do atmosfery. Ale w klimacie polarnym te pozostałości są permanentnie zamrożone w głębokich warstwach gleby, co zatrzymuje proces uwalniania. To z kolei stopniowo wiedzie do kumulacji ilości węgla tworząc globalne zbiorniki organicznego węgla. Aliści z powodu EGO, te bogate w organiczny węgiel warstwy zmrożonej gleby będą tajać uwalniając materiał organiczny, co spowoduje wypuszczenie gazów do atmosfery.  

Różne rodzaje materii organicznej rozpadają się z różną szybkością, a tylko niektóre ulegają szybkiemu rozkładowi - w jednym eksperymencie 50-75% materii organicznej w wiecznej zmarzlinie uległo rozpadowi, gdy pozostało niezamrożone przez 12 lat. Większość bakterii i grzybów napędzających ten rozkład uwalnia CO2 jako produkt uboczny oddychania, ale w podmokłych glebach mogą dominować bakterie beztlenowe, które uwalniają metan. Ale ile metanu wydostaje się do powietrza, zależy także od gleby i roślinności powyżej, z których część ulega rozkładowi i przekształca się w CO2 po drodze. Ogólnie rzecz biorąc, proporcja węgla uwalnianego w metanie została oszacowana na około 2% przyszłych emisji - nigdzie w pobliżu czystego metanu, ale na tyle, aby zwiększyć ocieplenie efektu permafrostu uwalnianiem węgla o ~40% w następnym stuleciu. Część CO2 zostanie pochłonięta przez wzrost roślinności spowodowany ociepleniem w tych regionach, częściowo przeciwdziałając uwalnianiu CO2 z rozmrażania wiecznej zmarzliny.

Więc jakiej ilości uwolnionego węgla z wiecznej zmarzliny możemy oczekiwać w przyszłości? Modele przyszłej zmiany wiecznej zmarzliny są niedoskonałe, ale ulegają poprawie, a projekt, który około 92 GtC może być stopniowo uwalniany do 2100 r. W scenariuszu wysokiej emisji dla biznesu i do 200 GtC ok. 2300 r. Pierwszy z nich oznaczałby wzrost CO2 o około +43 ppm w atmosferze lub około 0,3°C ocieplenia (w tym wzrost z metanu). Inne badanie sugerowało, że około 10% wiecznej zmarzliny może zostać uwolnione do 2100 r. Pod naszą obecną krzywą ocieplenia, która wynosi około 130-160 GtC (tj. ok. +0,5°C). W przeciwieństwie do tego, w scenariuszu niskoemisyjnym mieszczącym się w ramach poziomu paryskiego 2°C, przewidywane uwolnienie jest bliższe 45 GtC (ok. +0,15°C) do 2100 r. Te wartości ocieplenia są podobne lub nieco wyższe niż w scenariuszu ostatniego raportu IPCC zakres od 0,13 do 0,27°C do 2100 roku. Jednak ostatnie badania dotyczące zapadania się wiecznej zmarzliny, jak się rozmraża, sugerują, że niższe wartości ocieplenia mogą w rzeczywistości zostać podwojone, ponieważ opadanie może szybciej uwalniać CO2 i metan.

Reasumując badania te mają tendencję do zbliżania się do rozmrażania wiecznej zmarzliny, co skutkuje dodatkowym ociepleniem do 0,5-0,6°C do 2100 r. w scenariuszach wysokiego poziomu emisji z działalności gospodarczej i około 0,15-0,3°C do 2100 r. w scenariuszach niskiej emisji. To dodatkowe ocieplenie stanowi niepożądane sprzężenie zwrotne od klimatu i sprawia, że utrzymywanie poniżej paryskich poziomów 1,5°C lub 2°C jest o wiele trudniejsze, ale nagłe uwolnienie metanu z wiecznej zmarzliny wywołujące ocieplenie o 0,5-1,0°C w ciągu zaledwie kilku lat nie jest wspierane przez obecne badania.

 Arktyczna wieczna zmarzlina i jej topnienie.
Na mapce pokazano obszary szybkiego topnienia wiecznej zmarzliny (kolory czerwonawe) i obszary stopniowego topnienia wiecznej zmarzliny (kolory niebieskawe)
Poza tym wyróżniono cztery następujące obszary:
1. Obszar Północnego Stoku na Alasce, gdzie występują osuwiska i erozja górska;
2. Akwen cieśniny Dimitrija Łaptiewa na  NE Syberii, gdzie wieczna zmarzlina gwałtownie się zapadła wskutek szybkiego tajania lodów;
3. Obszar przyległy do Zatoki Hudsona, Kanada. Roztapiające się torfowiska mogą dać wiele węgla;
4. Tavvaouma w pn. Szwecji - tające jeziora mogą być wielkimi źródłami metanu.
Lokalizacja Wschodniosyberyjskiego Szelfu Arktycznego - "bomby ESAS"


Krótkie życie szelfu


Innym wielkim zagadnieniem jest regiopn Oceanu Arktycznego znany jako Wschodniosyberyjski Szelf Arktyczny (ESAS) wydzielający metan z zalegajacych na dnie depozytów hydratów metanowych (ściśniętej mieszaniny lodu wodnego i metanu uwięzionego w osadach). Mówi się, że ESAS jest w stanie wyemitować 50 GtCH4 do atmosfery wywołując gwałtowne i katastrofalne ocieplenie o 5°C w czasie 5 lat (tzw. scenariusz „bomby ESAS”). Ale ten problem nie jest rozpatrywany.

Ten scenariusz z bombą ESAS rozpoczął się od trzech dokumentów. W pierwszym z nich odkryto wiele metanu rozpuszczonego w wodzie ESAS, który obliczono jako zaskakująco wysoki poziom uwalniania około 8 Teragramów (Tg - odpowiednik Megatony, 1000 razy mniej niż Gigatona) metanu (CH4) na rok, a w nowszym artykule zaktualizowano do 17 TgCH4/rok. Postawiono hipotezę, że jest to wynik wiecznej zmarzliny pod rozmrażaniem dna morskiego i uwolnienia metanu z hydratów uwięzionych pod nim. Na tej podstawie przyjęto, że pod podwodną wieczną zmarzliną może znajdować się do 1,4 Tt metanu - ogromna wartość tylko dla jednego regionalnego morza w porównaniu z globalnym szacunkiem hydratu metanu do 2000 GtC (w tym ~ 200 GtC w Arktyka) i 1600 GtC przechowywane w całej arktycznej zmarzlinie. Wreszcie trzeci dokument spekulował, że 50 Gt tego metanu jest gotowe do natychmiastowego uwolnienia i może się zdarzyć w ciągu zaledwie 1-5 lat. Spowodowałoby to ekstremalne i gwałtowne ocieplenie, w jednym artykule oszacowano, że będzie to szkoda ekonomiczna na 60 mln dolarów, a inny komentator opisał to jako coś jeszcze gorszego od czegokolwiek od czasu masowego-wymierania z przełomu Permu/Triasu 250 milionów lat temu.

Jednakże inni badacze Arktyki i pokładów klatratów metanowych są bardziej sceptyczni w stosunku do tych dokumentów i wskazują na kilka znaczących kwestii. 

Po pierwsze, chociaż dowody na wysoki poziom metanu były jasne, nie było jednoznacznego dowodu na to, że jest to całkowicie nowy wyciek. Ponieważ metody wykrywania stały się bardziej czułe i szeroko stosowane, odkryto więcej nieznanych wcześniej źródeł metanu. Niektóre z nich - na przykład słynne bąbelki metanu ze Svalbardu - po dalszych badaniach okazały się przebiegać naturalnie przez tysiące lat, głównie nie docierają do atmosfery, a nawet mogą przyciągać CO2. Modelowanie sugeruje również, że nawet w płytkiej morskiej zmarzlinie ma opóźnienie setek lat za globalnym ociepleniem, zanim nastąpi znacząca destabilizacja. I chociaż 8-17 TgCH4/rok brzmi bardzo dużo, w skali globalnej nie jest ogromne w porównaniu ze średnią globalną emisją ok. 558 TgCH4/rok - fakt ten odnotowano w pierwszym dokumencie z „bombą ESAS” („… obecny szacunek to nie niepokojąco zmieniając współczesny globalny budżet CH4”). Późniejsze dogłębne modelowanie i analiza statystyczna danych ESAS sugerują również, że emisje zimowe zostały przeszacowane, co doprowadziło do obniżenia emisji do skromniejszego 0-4,5 TgCH4/rok ze źródła biogenicznego wiecznej zmarzliny.

Po drugie, jest jeszcze mniej dowodów na istnienie tak dużego zbiornika hydratu metanu bezpośrednio pod podwodną zmarzliną. Twierdzenie zawarte w drugim dokumencie z „bombą ESAS” opiera się nie na własnych obserwacjach, jak czasem się podaje, ale na dwóch starych i trudnych do znalezienia źródłach oraz na znacznych założeniach i pośrednich ekstrapolacjach. Chociaż złoża hydratów zostały znalezione na dużych obszarach Arktyki (około 200 GtC), żadne z badań potwierdzonych na poparcie „bomby ESAS” nie dowodzi w rzeczywistości istnienia złóż specjalnie pod ESAS tak dużych jak 900 Gt (mniej niż 1400 Gt ponieważ 500 Gt głównej liczby to ogólny węgiel organiczny, a nie metan). Biorąc pod uwagę, że hydraty metanu tworzą się tylko pod wysokim ciśnieniem (chyba że występuje w rzadkim stanie metastabilnym, dla którego nadal brakuje wyraźnych dowodów w ESAS), jest również prawdopodobne, że większość z nich leży poniżej dna morskiego i zajmie trochę czasu na ocieplenie dotrzeć i po to, aby gaz następnie podniósł się. Warto również zauważyć, że najnowsze prace z tej samej grupy badawczej nie przewidują już specjalnie zbiornika 1400 GtCH4 gotowego do szybkiego uwolnienia 50 Gt metanu.

Po trzecie, dowody na szybkie uwolnienie w czasie 1-5 lat są również ograniczone. Początkowy scenariusz w trzecim dokumencie dotyczącym „bomby ESAS” opierał się na ekstrapolacji wskaźnika wzrostu emisji o 5% w ciągu 50 lat, co doprowadziło do ostatecznej emisji w wysokości 50 Tg/rok. Jednak literówka w oryginalnym dokumencie określała to jako 50 Gt, co zostało wyjaśnione. Artykuł dodaje scenariusz uwolnienia na 1-5 lat oparty na założeniu, że ok. 3-5% dna morskiego jest podatne na niestabilność, a więc podobny procent zakładanego masywnego zbiornika metanu (określony jako 50 GtCH4) byłby natychmiast uwolniony, jeśli ten obszar się zapadł. Ale, jak już wyjaśniliśmy, dowody na tak duży zbiornik wolnego metanu są chwiejne i nie ma uzasadnienia dla 3-5% dna morskiego ESAS jednocześnie zapadającego się. Zwolennicy scenariusza na 1–5 lat przytaczają różne dokumenty, w których stwierdza się, że uwalnianie metanu jest tak szybkie, ale publikacje te wspierają jedynie wydania przez kilka dziesięcioleci, a nie tylko przez kilka lat. Mimo to ocieplenie wzorowane na szybkim 5-letnim uwalnianiu było tylko dodatkowym 1,3°C, a nie często 5°C, jak często się podaje. Opierając się na naszych wcześniejszych kalkulacjach, nawet gdyby 50 Gt czystego metanu zostało wyemitowanych jednocześnie, doprowadziłoby to do 2,6°C krótkoterminowego ocieplenia, a nie 5°C (dane zaktualizowane - patrz komentarze do szczegółów obliczeń).

Wreszcie, nie ma dowodów na to, że dramatyczne uwolnienie metanu nastąpiło z arktycznych hydratów metanu podczas poprzednich epizodów ocieplenia się Arktyki i gwałtownego ocieplenia, zwłaszcza podczas ciepłego interglacjału eemskiego, deglacjacji lub holoceńskiego optimum klimatycznego. Niektórzy sugerują, że dzieje się tak, ponieważ pęcherzyki lodu w rdzeniach tworzą się zbyt wolno, aby uchwycić szybkie uwalnianie metanu. Ale te procesy (znane jako dyfuzja i wygładzanie) tylko tracą część rocznego sygnału i mogą zostać odzyskane matematycznie, a duża część gwałtownych skoków i tak zostanie przechwycona. Wynikające z tego ocieplenie o 5°C w ciągu kilku lat z pewnością będzie jasne - ale wyraźnie brakuje - w wielu innych rodzajach zapisów paleoklimatycznych. Twierdzenie, że Eemian miał zbyt różną sezonowość orbitalną, aby było istotne, ignoruje fakt, że Arktyka była jeszcze o 2-4°C cieplejsza niż obecnie, a lasy docierały do Oceanu Arktycznego zaś hipopotamy żyły w Tamizie. Podczas gdy rekordy topnienia wiecznej zmarzliny w Eemii pokazują, że znaczna część topnieje, gdy ciepło osiąga 1,5°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej, w rezultacie temperatury nie wzrosły znacznie. Oznacza to, że nie jest to gwałtowny punkt krytyczny dla szybkiego ocieplenia. Rozmrażanie miało miejsce również na lądzie, który reaguje znacznie szybciej na ocieplenie niż nawet na płytkim morzu.

Ogólnie rzecz biorąc, od 2010 r. zgromadzono dowody na to, że ESAS uwalnia więcej metanu do atmosfery niż wcześniej sądzono, a zatem stanowi dość znaczące globalne źródło tego gazu. Ale niewiele jest dowodów na to, że wszystkie te emisje są całkowicie nowe i napędzane globalnym ociepleniem, a twierdzenia o ogromnych zasobach wolnego metanu leżącego tuż pod dnem morskim, gotowych do gwałtownego uwolnienia, są wysoce spekulacyjne i niepotwierdzone. Twierdzenia, że krytycy mają niewystarczającą wiedzę specjalistyczną na temat tego konkretnego morza, również ignorują szerokie i istotne doświadczenie krytyków zarówno w dziedzinie nauk o Arktyce, jak i hydracie metanu.


CDN.

piątek, 11 stycznia 2013

METANOWY DIABEŁ W TRÓJKĄCIE BERMUDÓW (2)


ROZWIĄZANA ZAGADKA SAMOBÓJSTW DELFINÓW?



Istnienie we Wszechoceanie tej energetycznej bonanzy ma swoje nieoczekiwane implikacje biologiczne – masowe samobójstwa waleniowatych. I rzeczywiście - jest to przedziwna zagadka dla zoologów i ekologów. Masowe samobójstwa waleniowatych - delfinów, orek czy wielorybów dokonywane poprzez samowyrzucenie się na brzeg, zdarzają się od czasu do czasu i bulwersują opinię publiczną. Mimo intensywnych badań, przyczyna tego zjawiska nadal pozostaje nieznana.

Wysunięto kilka hipotez. Jedna z nich głosi, że delfiny i wieloryby uciekają w stronę brzegu przed nieznanym i groźnym dla nich niebezpieczeństwem - dzięki czemu powstała cała seria filmów „Szczęki”, „Szczęki II”, „Szczęki III” i „Szczęki IV” - bardzo efektownych, ale nieprawdziwych. Druga hipoteza zakłada, że delfiny i wieloryby uciekają na brzeg przed zanieczyszczoną wodą, bądź wskutek zatrucia pokarmowego substancjami toksycznymi, które trafiły w wody Wszechoceanu ze ściekami miejskimi i przemysłowymi. Ta hipoteza jest już bardziej elegancka, bo rzeczywiście - ujścia niektórych rzek przypominają kloaki z płynącym w nich homogenizowanym łajnem - do nich należą - niestety - także nasza Wisła i Odra. Sytuacja wprawdzie w ciągu ostatnich kilku latach się znacznie poprawiła - wskutek zamykania nierentownych zakładów pracy w ich górnych biegach - ale do ideału im jeszcze daleko! Pamiętam taką próbę samobójstwa ze strony butlonosa mieliśmy w lecie 1985 roku, w Świnoujściu. Na szczęście delfina ściągnięto w porę z plaży zanim się udusił i zmuszono do odpłynięcia. Być może delfin przytruł się wodą ze Świny i zmylił kierunek, w rezultacie czego wylądował na plaży miejskiej na Uznamie. Oczywiście, po takich katastrofach ekologicznych, jak zatonięcia supertankowców, jak m.in. MV Amoco Cadiz, MV Torrey Canyon czy MV Exxon Valdez, które skaziły ogromne połacie oceanów i ich brzegów ropą naftową i zamieniły ekologicznie czyste raje dla zwierząt i roślin w śmierdzące naftą pustynie - że wspomnę tylko ostatnie wydarzenia na Galapagos, o czym nasze media raczyły tylko wspomnieć, a jedynie obszerniej mówił o tym red. Andrzej Zalewski z „Eko Radio” PR-1. Nam grozi to samo, tyle, że jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Podejrzewam jednak, że był to przypadek wyjątkowy. Trudno bowiem sądzić, że delfiny i wieloryby pływające w otwartym oceanie ulegają zatruciom wodą morską z zanieczyszczeniami. Oczywiście rzecz jest możliwa, ale trudno przypuścić, że te inteligentne morskie i sympatyczne ssaki mogły przytruwać się identycznymi substancjami u wybrzeży Kanady, USA, Australii czy Japonii - i to w miejscach, gdzie raczej nie występuje przemysł czy inne źródło skażenia wody.

Istnieje tedy pewna możliwość, że winę ponosi wojsko, które topi we Wszechoceanie przedatowane zapasy broni chemicznej, w tym bardzo niebezpieczne neurotoksyny: sarin, soman. V-gazy, psycho-gazy - z grupy VX czy CS. Nawet niewielka ilość tych Bojowych Środków Trujących [BŚT] byłaby w stanie pozbawić życia mieszkańców wielkich aglomeracji miejskich w rodzaju Nowego Jorku czy Tokio - jak udowodniła to sekta Najwyższa Prawda Aum rozpylając sarin w tokijskim metro, wskutek czego kilkaset osób uległo poważnemu zatruciu. BŚT są trudne do wykrycia i jeszcze trudniejsze do zneutralizowania, przez co straszliwie niebezpieczne. Dlatego należy je wziąć pod uwagę. W samym Bałtyku zatopiono po II wojnie światowej kilka tysięcy ton iperytu i tabunu, co stanowi niesamowitą „ekobombę”, która cyka na dnie i nie wiedzieć, kiedy wybuchnie... Jak dotąd, to nie ma mądrego, który wymyśliłby skuteczny sposób zneutralizowania BŚT w wodach Wszechoceanu. Człowiek w swej głupocie spuścił się na Przyrodę - niech to sama załatwi, i pozostawił rzecz jej własnemu biegowi. Wybitnie kretyńskie podejście do sprawy...

Jest jeszcze jedna możliwość, bo jeżeli nie były to BŚT, to co? Podejrzewam, że mógł to być metan i lekkie węglowodory, których złoża tworzą się na dnie Wszechoceanu. Fizykalnie sprawa jest stosunkowo prosta - lekkie węglowodory nasycone i nienasycone w rodzaju metanu - CH4, propanu - C2H6, butanu - C3H8, acetylenu - C2H2, czy etenu (etylenu) - CH=CH2 lub C2H4 - tworzą się na dnie oceanu z rozkładających się szczątków fito- i zooplanktonu oraz ze źródeł hydrotermalnych. Detrytus ten zostaje przerobiony na lekkie węglowodory w trakcie subdukcji płyt oceanicznych pod kontynentalne, w rowach oceanicznych i tam przedostają się do wody morskiej, gdzie w niskich temperaturach - do +40C i pod ciśnieniami powyżej 30-40 MPa stają się hydratami - tj. związkami węglowodorów z wodą. Hydraty te zalegają potem na dnie oceanu - co stwierdzono w głębinach mórz polarnych i sławetnym... Trójkącie Bermudzkim! Stan ten trwa tak długo, jak długo zachowane są parametry ciśnienia i temperatury, ale wystarczy zmiana jakiegokolwiek z nich i hydraty rozpadają się, uwalniając węglowodory do wody w postaci miliardów banieczek gazu, bezbarwnego, bezwonnego i niebezpiecznego, bo zmieszany z powietrzem tworzy silnie wybuchową mieszaninę piorunującą. To może wyjaśnić wszelkie dziwne zjawiska związane z wydarzeniami w Trójkącie...

Węglowodory, które wydostaną się na powierzchnię morza, tworzą z powietrzem nie tylko mieszaniny piorunujące, ale zarazem działają toksycznie na wszystkie istoty oddychające tlenem atmosferycznym - także delfiny, wieloryby i ludzi. Lekkie węglowodory na ludzi działają oszałamiająco, a na delfiny? Tego jeszcze chyba nikt nie badał, a jeżeli nawet, to jedynie marynarka wojenna USA i ZSRR - a w takim przypadku rezultaty tych badań są z całą pewnością TAJNE/POUFNE/PRZED ODCZYTANIEM SPALIĆ i zamknięto je na cztery spusty! Głównie przede wszystkim przed ekologami i opozycją parlamentarną, które miałyby dodatkowe argumenty w garści w walce o swoje racje... Ze względu na podobieństwo pomiędzy układem nerwowym ludzi i delfinów należy założyć, że lekkie zatrucie lekkimi węglowodorami może spowodować utratę orientacji i w rezultacie zakłócenie w mechanizmach nawigacji i hydrolokacji tych zwierząt, z wiadomymi efektami. Być może lekkie węglowodory działają na mózgi tych zwierząt jak silne środki depresyjne i porażone nimi zwierzę po prostu świadomie i celowo popełnia samobójstwo!?... Dlaczego nie? - skoro traktujemy je jako istoty tylko trochę mniej inteligentne od człowieka, to musimy założyć, że odczuwają one emocje co najmniej podobnie, a może nawet silniej, niż ludzie - ergo, także i depresję...

Węglowodory mogą wydobywać się także z ropy naftowej, która wydostała się do morza z rozprutych w katastrofach zbiornikowców czy zbiorników balastowych i paliwowych czyszczonych na otwartym morzu. NB, najlepiej poradzili sobie z tym problemem Szwedzi w latach 80, używając do patrolowania swych wód terytorialnych helikopterów z urządzeniami laserowymi do kontroli czystości wody z powietrza, dzięki czemu błyskawicznie są w stanie ustalić truciciela i nałożyć nań drakońską karę. U nas to jeszcze utopia, bo nie dorośli do tego nasi ministrowie i ich polityczni dysponenci...

Jest to oczywiście tylko hipoteza, ale doskonale pasująca do rzeczywistości. Ten butlonos w Bałtyku mógł też ulec zatruciu nie tyle węglowodorami ile siarkowodorem - H2S, którym są skażone wody denne naszego Morza Bałtyckiego, Morza Czarnego czy niektóre fiordy Norwegii. Dla ludzi siarkowodór też jest silnie trujący. Wszystko to jest spowodowane deficytem tlenu w przydennych warstwach wody zamkniętych akwenów, które nie mają możliwości wymiany wody z innymi morzami poprzez ciasne cieśniny: Bełty, Sund, Kattegat i Skagerrak w przypadku Bałtyku oraz Bosfor w przypadku Morza Czarnego. W Norwegii sprawa wygląda nieco inaczej - tam winę ponoszą wysokie progi skalne u wejść do fiordów, które uniemożliwiają wymieszanie się wód, wskutek czego warstwy przydenne skażone są siarkowodorem, co uniemożliwia w nich życie istot oddychających tlenem. 

Jordanów, dn. 2001-01-22



* * *


I jak dotąd nie ma żadnego innego wyjaśnienia – poza tym, które zaserwowały nam Animal Planet i realizatorzy filmu „Mermaids – The Body Found”. Jest ono równouprawnione, bowiem i metan i tajemnicza broń dźwiękowa (czy ultra- albo może nawet infradźwiękowa) mają jednakowo letalne działanie na morskie ssaki.

Ciekawą rzeczą jest to, że ten sam czynnik letalny nie działa na ryby i inne stworzenia morskie, a zatem czynnik ten wydaje się być selektywnie uderzający tylko w morskie ssaki – i nie szkodzi rybom, ergo jest działającym tylko na stworzenia posiadające wyższy stopień inteligencji…? Oczywiście mogę się mylić, ale taka konstatacja pasuje do znanych nam faktów. Oczywiście mogą być fakty, o których nic nie wiem, więc zastrzegam się od razu – być może tak jest, ale wcale nie musi.

Dwie rzeczy są pewne: na dnie Wszechoceanu zalegają pokłady klatratów metanowych, które są źródłem metanu mogącego wpływać na mózgi waleniowatych i ludzi, a zlokalizowane są one właśnie w akwenach Trójkąta Bermudzkiego i Trójkąta Smoka. Drugą rzeczą jest to, że stosowanie silnych echolokatorów (sonarów aktywnych) również może być i jest – szkodliwe dla morskich ssaków.


Jest również trzecia możliwość: morskie ssaki są przeganiane z wód morskich przez jakieś morskie potwory – możliwe, że jakieś kryptydy w rodzaju megalodonów, mozazaurów, ogromnych głowonogów, dunkleosteusów, ławic supertoksycznych meduz czy innego wodnego „potworaka”… Jest ona najbardziej fantastyczna, ale czy tak do końca? Mam nadzieję, że przyszłość pokaże, która z tych hipotez jest najprawdziwsza i ma swe naukowe uzasadnienie. Niewykluczone, że wszystkie trzy są prawdziwe… Niewykluczone, że być może jest jeszcze jakaś czwarta opcja – np. zanieczyszczenia wód Wszechoceanu jakimiś substancjami toksycznymi zmuszającymi walenie do takiej reakcji. To też jest możliwe. A zatem szukajmy odpowiedzi, bo jest ona warunkiem sine qua non także naszego istnienia!

czwartek, 10 stycznia 2013

METANOWY DIABEŁ W TRÓJKĄCIE BERMUDÓW (1)




Drogi Watsonie - ludzie trzymają się faktów nawet jeżeli niczego one nie dowodzą.

Sir Arthur Conan Doyle - „Pies Baskervillów”


Materiał ten stanowi nawiązanie do tematu istnienia Syren vel Wodnych Ludzi i Ich działalności w wodach Oceanu Światowego. Przypominam tu artykuł z 2001 roku:

W poczytnym magazynie popularno-naukowym „Wiedza i Życie” nr 12,96 dr Andrzej Zimniak przedstawił frapującą hipotezę na temat przyczyn zaginięć statków w rejonie Oceanu Atlantyckiego, znanego powszechnie pod nazwą Trójkąta Bermudzkiego (dalej TB), Morza Zmierzchu czy Morza Voodoo...

Do „Wiedzy i Życia” mam stosunek niezbyt przychylny po ostatnich publikacjach anty-ekologicznych postylli polskich atomistów czy ostatni wygłup (wprawdzie primaaprilisowy, ale zawsze) na temat wulkanów pod Górami Świętokrzyskimi, z kwietnia 2002 roku - ale ten artykuł wydał mi się sensowny, i co najważniejsze - wyjaśniający wiele niezrozumiałych na pierwszy rzut oka - incydentów, które miały miejsce na niektórych akwenach Wszechoceanu.

Clou hipotezy przedstawionej przez autora stanowi fakt, że we Wszechoceanie występują znaczne ilości węgla organicznego, którego zasoby szacuje się na 983 Gt[1], a która to ilość znajduje się głównie w biomasie oceanicznej flory i fauny. Znaczna część więgla na naszej planecie jest uwięziona w atmosferze - 3,6 Gt, w biomasie flory i fauny lądowej na wszystkich kontynentach - 2.790 Gt, w paliwach kopalnych - 5.000 Gt, i najwięcej - bo aż 10.000 Gt w hydratach. Hydraty, to są związki gazów takich, jak m.in.: metan - CH4, propan - C3H8, itd. Zakłada się, że z hydratów, które powstały w warunkach wysokiego ciśnienia (>50 MPa, a zatem >500 m głębokości wody), i niskiej temperatury (< +10 st. C - wynoszącej zazwyczaj zaledwie +4 st. C), zbudowana jest znaczna część szelfu kontynentalnego Ameryki Północnej właśnie  w rejonie Bermudów. Hydraty metanowe - CH4 · H2O tworzą całą masę złoża gazowego metanu. Uczeni tłumaczą powstanie takiej warstwowej struktury odkładaniem się metanu powstałego wskutek rozkładu w warunkach beztlenowych materii organicznej z martwych stworzeń morskich - głównie fito- i zooplanktonu, które potem opadają na dno i tam podlegają procesom gnilnym, których produktami finalnymi są metan i siarkowodór - H2S.

Pod wpływem niskiej temperatury i ciśnienia metan hydratyzuje się do postaci hydratu metanowego - bezbarwnej, szklistej materii podobnej wyglądem do lodu, który pod wpływem zmiany tylko jednego z dwóch parametrów - ciśnienia lub temperatury - rozkłada się na metan i wodę...

Faktycznie, ta hipoteza jest elegancka i idealnie tłumaczy zaobserwowane tam zjawiska: pasma „białych wód”, „pieniste kalafiory” czy nawet „grzmoty niebieskie”, które na Morzu Diabelskim (dalej MD) Japończycy zwą uminari, czy wreszcie tajemnicze zniknięcia statków i samolotów w i nad tymi akwenami. Także nagłe pojawienie się fal - podobnych do fal tsunami - także może być spowodowane nagłym, skokowym i wybuchowym uwolnieniem się do wód oceanicznych ogromnych mas metanu.

Wydaje mi się, że za nasyceniem metanem morskich wód są odpowiedzialne nie tylko martwe morskie stworzenia, ale także wulkany. Jak to widać z mapki 1, akwen TB od południa otaczają wartkie wody Prądu Zatokowego - Golfstromu, który bierze swe początki w Zatoce Gwinejskiej. Jego wody początkowo spływają z Prądem Gujańskim, który na wysokości Małych Antyli łączy się z Prądem Północnorównikowym i wpada do Morza Karaibskiego, gdzie jako Prąd Karaibski wpływa do Zatoki Meksykańskiej, którą opuszcza już jako Golfstrom. Jest on najcieplejszym prądem morskim. To prawda, ale... - tylko na powierzchni Oceanu Atlantyckiego, bo im głębiej tym chłodniej. Od +26°C na powierzchni i w strefie fotycznej, do zaledwie +2°C w strefie abysalnej. Hydraty mogłyby występować tylko na większych głębokościach, i rzeczywiście występują - jak twierdzi US Geological Survey - u wybrzeży Pn. i Pd. Karoliny, pomiędzy 31° a 34°N oraz 75° i 77°W ma znajdować się pokład hydratu metanowego o miąższości nawet 60 i więcej metrów, położony na skłonie szelfu kontynentalnego pomiędzy izobatami 2.000-4.000 m. Jest to już poza tradycyjnym TB w ujęciu Vincenta Gaddisa, ale to wcale nie znaczy, że nie ma czegoś takiego na szerokim w tym miejscu skłonie szelfu kontynentalnego, na obszarze od Wysp Bahama do przylądka Hatteras... A to właśnie tam wydarzyło się najwięcej zaginięć statków w nieznanych do dziś dnia okolicznościach i z nieznanych do dzisiaj przyczyn.

Mój pogląd jest następujący: Prąd Zatokowy w swym marszu od Zatoki Gwinejskiej ma na swej trasie co najmniej siedem wulkanów podmorskich na ryfcie Grzbietu Północnoatlantyckiego i sześć w archipelagu Małych Antyli. Te ostatnie są wprawdzie wyspami wulkanicznymi, ale tam ze szczelin w dnie oceanu wydobywają się ekshalacje - w tym gazy wulkaniczne, które zawierają następujące składniki: CO, CO2, H2, HCl, HF, SO2, NH3, H2S i wspomniany tutaj już CH4, który rozpuszcza się w wodzie tworząc całe „poduchy” wody nasyconej tym gazem - zob. ryc. 2 - w czasie „cichej” erupcji. „Poduchy” te są wleczone dalej przez prądy morskie - w okolice Zatoki Meksykańskiej i dalej na akweny TB - gdzie w zależności od głębokości albo idą na dno jako kolejne złoża hydratu metanowego, albo wydostają się na powierzchnię oceanu w postaci „białych wód”.



Depozyt hydratu nie jest na stałe zakumulowany na dnie, bowiem wystarczy wstrząs ziemi (a raczej dna oceanicznego), a ów pokład gwałtownie zmienia stan ze stałego w gazowy i uwolniony metan wydobywa się na powierzchnie w postaci „kalafiora”... Właśnie coś takiego zaobserwowali w dniu 11 kwietnia 1963 roku, o godzinie 13:30 czasu lokalnego[2] z wysokości 10.000 m, piloci stratolinera Boeing 707 lecącego z San Juan do Nowego Jorku, na pozycji 19°54’N i 66°47’W - dokładnie nad Rowem Portorykańskim. Był to wydymający się nad wodę „kalafior” o rozmiarach 800 m średnicy i wysokości niemal 400 m!

Oczywiście piloci powiadomili władze, które skojarzyły sobie to wydarzenie z zatonięciem dzień wcześniej, 10 kwietnia 1963 roku,  amerykańskiego okrętu podwodnego z napędem nuklearnym USS Tresher (SSN 593) w Zatoce Maine, w pobliżu punktu określonego współrzędnymi 41°46’N i 65°03’W, około 220 mil morskich na wschód od przylądka Cod... Jednakże oba te miejsca dzieli znaczny dystans - ponad 1.500 mil morskich, a zatem nie mogło to mieć związku z zatonięciem tego okrętu. Przynajmniej nie w tym sensie, w jakim się to przyjmuje, o czym później. Także wybuch jądrowy czy termojądrowy (np. reaktora trakcyjnego czy głowic ICBM lub HWT[3]) pod wodą daje zupełnie inny obraz zjawiska. USS Tresher zatonął na głębokości 2.500 m. 

Teraz, w świetle tej hipotezy metanowej, można śmiało założyć, że to była właśnie tego rodzaju wybuchowa ucieczka gazowego metanu z dna oceanu. Całe zjawisko trwało ponoć 5 minut i szybko się uspokoiło.[4]

Co się stanie ze statkiem, który ma pecha wejść w taki obszar uwalniającego się metanu? Tryliony uwalniających się ze złoża i znajdujących się w wodzie morskiej pęcherzyków metanu zmieni jego wypór z zerowego (w przypadku okrętu podwodnego) czy dodatniego (w przypadku statku nawodnego) na ujemny - a wtedy idzie on na dno szybko, dosłownie jak kamień, i nic nie zdoła go już uratować... Cały proces przebiega tak szybko, że załoganci nie są w stanie nadać SOS czy MAYDAY!... Statek nawodny czy okręt podwodny wali całą swoją masą w dno - wbijając się w sedymenty czy rozbijając się o skały. To nie fale solitonowe zniszczyły USS Thresher, a właśnie skokowe zmniejszenie wyporu w nasyconej metanem wodzie. Okręt był literalnie wbity w dno oceanu, a jego fragmenty rozsiane na przestrzeni kilkuset metrów! Specjaliści amerykańscy przypuszczali, że okręt natrafił na soczewkę słodkiej wody, która spowodowała jego „przepadnięcie” i uderzenie w dno.[5] Podobny los spotkał inny amerykański okręt podwodny z napędem jądrowym USS Scorpion, który zatonął w niewyjaśnionych okolicznościach w rejonie Azorów.

Po wydostaniu się z wody do atmosfery, obłok metanu zaczyna się mieszać z atmosferycznym tlenem. I teraz drugi element niebezpieczny, bo po wymieszaniu się metanu z tlenem w stosunku 4 : 16 tworzy się mieszanina wybuchowa tych dwóch gazów. Mieszanina ta może eksplodować samoczynnie pod palącymi promieniami podzwrotnikowego słońca, czy od iskry z silnika np. samolotu. Zagrożone są najbardziej te maszyny, które lecą na niskich wysokościach - do 3.000 m, bo te lecące wyżej poruszają się w rozrzedzonym gazie, który nie stanowi już takiego niebezpieczeństwa. Samoloty lecące poniżej tej granicy wpadają w obłoki mieszaniny piorunującej i eksplozje roznoszą je na strzępy. W ten sposób można wyjaśnić sławetne „grzmoty niebieskie” czy uminari oraz niewyjaśnione katastrofy lotnicze. Zmiany ciśnienia rzędu kilkudziesięciu hPa - np. w czasie przechodzenia frontów atmosferycznych czy gwałtownych i głębokich niży - a przecież z takich zjawisk słyną akweny TB i MD mogą być przyczyną takiego właśnie nieszczęścia. Większość tych dziwnych katastrof morskich miała miejsce właśnie w czasie gwałtownego obniżenia się ciśnienia atmosferycznego - przejścia frontu burzowego, kiedy ocean nie zdążył się jeszcze rozkołysać na dobre, by realnie zagrozić jednostkom morskim.  Nie zapominajmy także, iż hydraty powstają w warunkach ciśnień powyżej 50 MPa, więc sama energia rozprężania się takiego „kalafiora” może być morderczą - zob. ryc. 3 i 4. Niektórzy badacze porównują jej energię do energii wybuchu nuklearnego małej mocy... Wyobraźmy sobie okręt podwodny, nawet najnowszej generacji, który znajduje się w pobliżu takiej erupcji gazowej. Znajdzie się wtedy w niezłych opałach!...       




     Powyższa hipoteza   m o ż e   wyjaśnić wiele zjawisk, ale wcale   n i e   m u s i.  W ten sposób nie da się - niestety - wyjaśnić powstawanie takich zjawisk, jak sławetne „mgły magnetyczne” występujące w rejonie Wysp Bahama i archipelagu wysp Bonin - na akwenie MD i jego najbardziej niebezpiecznego - według ufologów japońskich - rejonu zwanego Trójkątem Smoka, co atoli jest tematem na inną balladę.

Nie mówiąc już o UFO.

Bo UFO są immanentną częścią Legendy TB. Ich obecność została doskonale udokumentowana i nie podlega dyskusji. Zbyt wielu ludzi je widziało i zbyt wiele oficjalnych agend rządowych USA i innych krajów tego regionu jest zainteresowanych ich aktywnością nad akwenami Morza Karaibskiego i Morza Sargassowego. Oczywiście wiele przypadków zniknięć statków i ich załóg można przypisać działalności piratów, przemytników narkotyków, alkoholu, itp. towarów chodliwych w USA i poza nimi, służb specjalnych ZSRR i Kuby[6], ale nie wyczerpuje to wszystkich możliwości.

Miałem możliwość rozmawiania nie z rzecznikami prasowymi USAF, USN i USCG[7], którzy z natury rzeczy reprezentują stanowiska polityków, a nie żołnierzy czy funkcjonariuszy - lecz z oficerami z „pierwszej linii”. W 1991 roku rozmawiałem tedy na temat TB i wszystkich jego możliwych koneksji z NOL-ami z kmdr dr Josephem Kovalskym M.D.[8] - lekarzem z Miami Beach Naval Hospital, który opowiedział mi wprost, że wielu oficerów i marynarzy z US Navy miało okazję obserwować NOL-e nad akwenami przyflorydzkimi, i nie były to bynajmniej radzieckie czy kubańskie, albo amerykańskie maszyny zwiadowcze, które asystują z daleka, ale   z a w s z e   każdemu startowi rakiety czy wahadłowca z Cap Canaveral.

W 1993 wraz z panią mjr SG mgr Ireną Chojnacką spotkaliśmy się w Gdańsku z kmdr Poulem M. Reganem  - dowódcą okrętu amerykańskiej Straży Przybrzeżnej USCGC Gallatin i innymi oficerami i chorążymi z załogi tej jednostki, a także z załogantami innego amerykańskiego okrętu - rakietowego krążownika przeciwlotniczego USS San Jacinto, który także wizytował ten polski port. Wszyscy oni twierdzili, że marynarze zaliczyli wiele dziwnych obserwacji tajemniczych obiektów latających i podmorskich nad i w akwenach TB oraz Zatoki Meksykańskiej i akwenach przyległych.

I wreszcie w czerwcu 1997 roku, spotkałem się z płk Mike’em „Dannym” Michalskym[9], który w latach 70.   u c z e s t n i c z y ł    w rządowym programie obserwacji i monitoringu aktywności NOL-i nad basenem Morza Karaibskiego i Jeziora Maracaibo w Wenezueli, gdzie dowodził on przez pewien czas jedną z baz USAF, działającej w ramach Paktu Południowoamerykańskiego. Ci ludzie mówili o UFO, ale nie życzyli sobie wymieniania ich nazwisk w publikacjach, co uważam za normalne. Wuj Sam ma czasami zbyt długie ręce i mógłby im zaszkodzić... NB, płk Michalsky miał okazję obserwować przelot formacji 4 latających spodków nad naftowymi terminalami na Jeziorze Maracaibo. Sprawą zajęła się CIA i USAF, a właściwie ATIC[10]. Po tym i kilku innych incydentach, wszystkie bazy wojskowe USA poza granicami kraju otrzymały rozkaz niezwłocznego meldowania o wszelkich UFO i USO, jakie pojawiały się w rejonach służbowej odpowiedzialności. Poza tym równolegle prowadzono rozpoznanie incydentów z UFO i USO metodami wywiadu agenturalnego i poza-agenturalnego. A cała sprawa była TOP SECRET. Wynika z tego, że Wuj Sam bardzo interesował się NOL-ami, bardziej niż nam się to wydawało! - i bardzo nie lubił, kiedy coś przedostawało się do wiadomości publicznej na temat jego zainteresowań. Płk Michalsky opowiedział mi o tym krótko przed swoją śmiercią, kiedy uznał, że już mu nic nie jest w stanie zagrozić ze strony władz amerykańskich...  

Zresztą dokładnie sprawdziło się to przy okazji innej afery - już współczesnej - pojawienia się „czarnego zakwitu” wód Zatoki Meksykańskiej i Zatoki Florydzkiej, w lutym 2002 roku. Informacje na ten temat przedostały się na światło dzienne tylko przy pomocy Internetu, zaś w USA pisały o tej aferze tylko lokalne gazety i mówiono w lokalnych mediach. Władze z niezrozumiałych względów założyły knebel na informacje, co do prac uczonych nad „czarną wodą” i gdyby nie nasi współpracownicy z Florydy - Al Rosales z Miami i Cathy Zollo z Naples - niczego byśmy się nie dowiedzieli... A sprawa „czarnego bloba” jest ciekawa o tyle, że najprawdopodobniej doszło do niej dzięki skażeniu wód Zatoki Meksykańskiej chemikaliami i być może radioaktywnymi odpadami, które spłynęły z zimowo-wiosennymi powodziami z wodami rzeki Mississippi... Spełniła się przestroga, którą znany pisarz powieści awanturniczych Clive Cussler zawarł w powieści pt. „Sahara”. Ta czapa na informacje na temat „czarnego zakwitu wody” jest utrzymywana do dnia dzisiejszego!

Nawiasem mówiąc Al Rosales przysłał mi jeszcze ciekawy materiał na temat odkrytych w okolicach Kuby podwodnych ruinach jakichś konstrukcji, które są podobne do murów pod wodami okalającymi wyspę Bimini, Bahama Bank czy Cay Sal Bank - są one dostępne w sieci na stronie internetowej MCBUFOiZA.



Powróćmy jeszcze do hipotezy „metanowego diabła” - czy coś podobnego nie ma miejsca w japońskim MD? Samo MD jest zdefiniowane jako południowa część Morza Japońskiego i północna część Morza Wschodniochińskiego, albo jako obszar Oceanu Spokojnego zawartego pomiędzy 25° - 35°N i 135° - 145°E, na którym to akwenie znajdują się wyspy: Miyake, Mikura, rafy Myojin, Sumisu, wyspy Bonin, Nishino i Iwo Jima - rozciągnięte wzdłuż niemal prostej linii z Zatoki Tokijskiej ku Marianom - wzdłuż Rowu Izu-Ogasawara, głębokiego w niektórych miejscach aż do 10.340 m! (Vide ryc. 5.) Całość omywana jest ciepłym prądem Kuro-Siwo, który na wysokości Tokio przechodzi w równoleżnikowo biegnący Prąd Północnopacyficzny. Wody Pacyfiku toczone przez Kuro-Siwo - podobnie jak w TB - maja pod sobą kilka nadwodnych i podwodnych wulkanów, z których każdy może wyemitować do wody tysiące ton metanu i innych ekshalacji wulkanicznych. Część z tego metanu idzie na dno w postaci hydratów, a część może przenikać do wyższych warstw hydrosfery i także do atmosfery - z wiadomymi efektami - vide ryc. 2, 3 i 4. A zatem metan znajdujący się we Wszechoceanie nie musi całkowicie pochodzić z rozkładu materii organicznej w warunkach beztlenowych, jak to ma miejsce na bagnach, a pochodzić także z emisji wulkanicznych ekshalacji na dnie morza. Tak czy inaczej, Trójkąty Bermudzkie i inne Morza Diabelskie czekają nie tylko na ufologów, ale także na nafciarzy! Czekają tam na nich ogromne pokłady metanu, który jest nazywany już teraz paliwem przyszłości. Nie jest tak toksyczny, jak ropa naftowa i jej pochodne. Spala się na wodę i dwutlenek węgla, przez co jest bardziej przyjazny dla środowiska, niż benzyny i oleje napędowe.

Hipoteza „metanowego diabła” w TB i MD broni się elegancko także bez udziału wulkanów, bowiem węglowodorowy detrytus rozkłada się w strefach subdukcji płyt oceanicznych pod kontynentalnymi i tam produkuje się metan, przenikający do wody w rowach oceanicznych. Dalej wiadomo - przenikanie do atmosfery i możliwe katastrofy. Być może kiedyś to zjawisko da się wykorzystać dla dobra Ludzkości, która dorwie się do tej „energetycznej bonanzy”.

CDN.




[1] Gigaton - czyli 983 x 109 ton.
[2] Czyli o godzinie 17:30 GMT.
[3] Torpedy z głowicami termojądrowymi (wodorowymi).
[4] Zob. Aleksander Grobicki - „Nie tylko Trójkąt Bermudzki”, Gdańsk 1980.
[5] Zob. Stanisław Bernatt - „Halo Tresher!, Halo Tresher!“, Gdynia 1966.
[6] Dowodem na to jest hawański proces gen. Arnaldo Ochoa Sancheza (8A) z czerwca 1898 roku, którego skazano na śmierć wraz z kilkoma towarzyszami za związki z kokainowym Kartelem Medellin. Naprawdę w tym procesie chodziło o wybielenie roli Castro i radzieckiego KGB w przerzucie narkotyków z Kolumbii i Wenezueli do USA.
[7] Lotnictwo, marynarka wojenna i Straż Przybrzeżna USA.
[8] Nazwisko zmienione na życzenie zainteresowanego.
[9] Nazwisko zmienione na życzenie zainteresowanego.
[10] Komitet Wywiadu Technicznego Sił Powietrznych USA.

czwartek, 24 maja 2012

PERU: ROZWIĄZANO ZAGADKĘ DZIWNYCH ZGONÓW DELFINÓW





Onet.pl podaje dzisiaj następującą informację:



Setki delfinów, które woda wyrzuciła na peruwiańskie wybrzeże, zmarły z przyczyn naturalnych – takie informacje przekazała przedstawicielka rządu Peru podczas wywiadu radiowego.



- Jedną z tych rzeczy, które możemy potwierdzić, jest fakt, że … zgon delfinów nie był spowodowany przez jakąkolwiek ludzką działalność i to jest bardzo ważna informacja – powiedziała minister ds. produkcji w Peru, Gladys Triveno, w rozmowie z RPP Radio.



- To były przyczyny naturalne. To jest naturalna śmierć i proces selekcji naturalnej wyjaśnia także przygotowany raport. Powiedzmy, że gatunki, delfiny, które są bardziej przygotowane, mają większe szanse na przetrwanie – powiedziała Triveno. – Coś takiego dzieje się raz na jakiś czas. To nie jest pierwszy raz. I nie dzieje się to tylko w Peru, ale miało też miejsce w Nowej Zelandii, w Australii i innych krajach, w których wystąpiło to zjawisko.



Rzecznik instytutu opracowującego raport powiedział CNN we wtorek wieczorem, że raport nie został jeszcze opublikowany.



Wiadomo jednak, że pojawienie się blisko 900 martwych delfinów na odcinku 220 kilometrów w rejonie północnego Peru oraz śmierć tysięcy pelikanów w tamtym rejonie i w sąsiednim Chile wywołały ogromny niepokój wśród mieszkańców, a także organizacji zajmujących się ochroną środowiska.



Co najmniej jedna organizacja tego typu w Peru głośno stwierdziła, że śmierć delfinów mogło spowodować wydobycie ropy, które odbywa się w tym rejonie.



- Widzimy, że w ich ciele można znaleźć bąbelki powietrza, które powstały w wyniku wysokiego ciśnienia. Te zwierzęta znajdują się pod wodą, wstrzymując oddech, narażone na nagłe i głośne hałasy, co powoduje, że zwierzęta te uwalniają azot, co tworzy bąbelki, które w końcu niszczą ich komórki – wyjaśniał Carlos Yaipen-Llanos z Scientific Organization for the Conservation of Aquatic Animals.



Przedstawiciele rządu nie zgadzają się z tym twierdzeniem, argumentując, że nie ma na to żadnych dowodów.



Na początku tego miesiąca, władze Peru podały, że ciepła woda u wybrzeży kraju jest powodem śmierci ponad pięciu tysięcy ptaków morskich.



Jak napisała państwowa agencja informacyjna Andina, peruwiańskie ministerstwo środowiska poinformowało, że nadal bezpieczne jest spożywanie owoców morza i zachęciło wszystkich do wsparcia miejscowych rybaków.



Zgon sporej liczby delfinów w Peru to już trzecia tego rodzaju sytuacja nagłośniona w ostatnich kilku miesiącach.



W lutym woda wymyła na brzeg w Cape Cod na wschodzie Stanów Zjednoczonych w sumie 179 delfinów, z których 108 zwierząt było martwych. Informacje te potwierdziła Międzynarodowa Fundacja Opieki nad Zwierzętami (International Fund for Animal Welfare). Biolodzy morscy wciąż próbują ustalić przyczynę śmierci tych zwierząt.



Z kolei na początku marca, amatorskie wideo nakręcone na plaży w Rio de Janeiro w Brazylii pokazało, że na brzegu znalazło się ponad 30 delfinów. W tym przypadku na szczęście wszystkie zwierzęta wróciły bezpiecznie do morza. (Onet.pl)



* * *



Mój przyjaciel zwykł był określać takie – pożal się Panie Boże „wyjaśnienia” jędrnym określeniem: „dupesroły”. Wyraża to bardziej dosadnie to, co w miarę kulturalnie można określić mianem „ściemy”. Dla mnie ta informacja z takim „wyjaśnieniem” jest przykładem iście goebbelsowskiej propagandy – kłamstwo, które o włos mija się z prawdą.



Trudno bowiem przyjąć, że delfiny umówiły się, by popełnić samobójstwo na wąskim pasie peruwiańskiego wybrzeża! A w kontekście tego, co wiemy o tych zwierzętach i o zwierzętach w ogóle, to jedynie człowiek przejawia skłonności samobójcze… Zwierzęta starają się przetrwać za wszelką cenę, bo kieruje nimi instynkt przetrwania i zachowania gatunku.



Prawda zapewne wygląda inaczej, a jak czytamy dalej z notatki wynika, że mamy do czynienia z wydobyciem ropy. No i wszystko staje się jasne i tu jest ten pies – pardon – delfin pogrzebany. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: który koncern wydobywa ropę w Peru i wszystko będzie jasne: są to m.in. kanadyjski Canadian Petroleum Company i Talisman Energy. W roku 2009 koncerny te były pomawiane o usiłowanie eksterminacji indiańskich plemion w Peru. Sprawie ukręcono łeb – jak zwykle w takich przypadkach (=> http://translate.google.pl/translate?hl=pl&langpair=en%7Cpl&u=http://indigenouspeoplesissues.com/index.php%3Foption%3Dcom_content%26view%3Darticle%26id%3D14878:peru-oil-drilling-divides-community%26catid%3D23%26Itemid%3D56)    Ogromne pieniądze są w stanie wygenerować nie takie bajeczki na temat niszczenia środowiska!



Jest jeszcze inna możliwość, a mianowicie – radioaktywne skażenie wody. Jeden z internautów skomentował to tak:



Wcześniej masowo ginęły foki na pn. Pacyfiku - Kamcztka, Alaska. Potem delfiny za zach. wybrzeżu USA, potem Peru. Dziwnie się to zgadza z kierunkiem prądów morskich. Opływają Japonię, potem Kamczatka, Alaska, na południe wzdłuż wybrzeża USA i zakręt na zachód na wys. Galapagos. Giną gatunki żywiące się rybami. A jeśli przyczyną jest Fukushima i magazynujące radioaktywne pierwiastki w swych ciałach ryby?



Inne głosy jednak optują za skażeniami chemicznymi czy innymi:



Stwierdziły że są słabe i gorsze od reszty i popełniły samobójstwo - aha i jeszcze wcześniej doradziły to samo ptakom i one też celowo spadły i się zabiły.... Boże co oni nam wciskają!



Kamień spadł mi z serca. Wszystko co się złego dzieje w przyrodzie spowodowane jest przyczynami naturalnymi. Lasy same się wycinają i zaśmiecają, wody zanieczyszczają, powietrze zatruwa.



..... Tak, ..... to są przyczyny naturalne .......... Wycinanie na globalną skalę drzew, zmiana biegu rzek, niewinne stosowanie na coraz większą skalę środków chemicznych, niewinne obchodzenie się z reakcjami łańcuchowymi, niewinne dotlenianie samolotów i rakiet w czasie lotu, ...... etc ........



Bzdury, stanowiące treść artykułu sugerują teorię spiskową: nie podaje się prawdziwej przyczyny, bo byłaby potworna panika i krach gospodarczy - groźniejsze dla ludzi, niż utrata części populacji w wyniku zatrucia i wyłączenia płn. Pacyfiku z roli producenta żywności. Kataklizm.



Albo to wielka ściema bo nie chcą opublikować przyczyny ich śmierci. Albo to prawda, co wcale nie wróży nam nic dobrego. Jeśli delfiny postanowiły "wymrzeć" na taką skalę, to znaczy że w przepowiedni Majów jest więcej prawdy niż wszyscy myślą. Delfiny jako gatunek bardziej rozwinięty i wyczuwający wibracje wcześniej wyczuły zmiany, które nadchodzą i postanowiły porzucić materialną powłokę - proszę się nie nabijać, to jest oczywiście teoria, ale ona istnieje. Kto ciekaw poszuka w necie tematyki wymiarów, gęstości, energii - w powiązaniu z 2012 itd... Nie negujcie od razu. Tylko ślepy nie widzi napięcia, które od jakiegoś czasu rośnie na świecie. Wszystko zmierza do kulminacyjnego punktu. Zwierzęta też to czują...   



Te głosy wskazują na to, że nikt myślący normalnie nie wierzy w rządowe zapewnienia. Brzmi to całkiem nieźle i uczenie, ale osobiście jednak stawiam na zatrucie wody materiałami ropopochodnymi i metanem. Szczególnie metan działa oszałamiająco na mózgi ssaków, a nie zapominajmy, że delfiny są jednymi z najinteligentniejszych stworzeń na tej planecie. Pisałem już o tym na tym blogu i nie będę się powtarzał.



Może bym uwierzył w opowiastki peruwiańskiej ministry od produkcji – a zatem osoby związanej z przemysłem i produkcją, ale wczoraj dowiedziałem się o zatruciu pasa plaży w Czołpinie:



CZOŁPIN, SKAŻENIE PLAŻY W CZOŁPINIE



Pomorskie. Tajemnicza lepka maź zaatakowała nadbałtycką plażę w Czołpinie na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.



Na odcinku 13 kilometrów piasek pokrywały grudki, które poruszone patykiem zaczynały się palić. Maź usunęli strażacy, ale plaża ma być niedostępna jeszcze w piątek. Nikt nie potrafi określić, co skaziło Czołpin. Wiadomo tylko, że grudki są toksyczne, zawierają fosfor i brom. (SE.pl)



I jeszcze notatka w „Dzienniku Bałtyckim” z 22.V:



Pow. słupski: Łatwopalna substancja na plaży k. Czołpina. Teren został zamknięty



Niebezpieczna substancja zawierająca fosforany skaziła plażę w okolicach Czołpina (pow. słupski). Teren został zabezpieczony przez straż pożarną na odcinku około 14 kilometrów.



 Do skażenia doszło na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Substancja została znaleziona w poniedziałek po południu. Teren został zamknięty na odcinku 14 kilometrów i zabezpieczony przez pracowników Urzędu Morskiego w Słupsku, Słowińskiego Parku Narodowego oraz funkcjonariuszy Straży Granicznej z Ustki.



Skład chemiczny substancji nie jest jeszcze dokładnie znany.- Prawdopodobnie zawiera fosforany, ale nie wiemy dokładnie co to jest - informował nas we wtorek rano Zbigniew Strompski z Państwowej Straży Pożarnej w Słupsku. - Substancja przy poruszeniu i kontakcie z tlenem zapala się.



Specjalistyczny pododdział chemiczny Marynarki Wojennej pobrał próbki i dokonał analizy zawartości substancji.



Stwierdzono obecność fosforanu bromu w badanym materiale.



- Akcją kieruje Państwowa Straż Pożarna. Substancję zbierają strażacy i pracownicy gminy Smołdzino. Następnie przy nadzorze Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska materiał zostanie wywieziony i zutylizowany przez specjalistyczną firmę - informuje Tomasz Bobin, dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku. - Źródło pochodzenia substancji na tę chwilę nie jest znane. Profilaktycznie w dniu dzisiejszym cały pozostały obszar brzegu morskiego administrowanego przez Urząd Morski w Słupsku został poddany monitoringowi. Nie stwierdzono występowania zanieczyszczeń w innych rejonach. Podobne działania zostały przeprowadzone przez Urząd Morski w Gdyni, również z negatywnym rezultatem.



Dodatkowo pracownicy Urzędu Morskiego z Gdyni wykonali kurs samolotem i sprawdzili wodę z powietrza. Nie stwierdzili zanieczyszczeń.



- Zakończenie działań planowane jest na środę, 23 maja - dodaje Tomasz Bobin.



Nie wiadomo, w jaki sposób substancja dostała się do wody. Dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku poinformował o zanieczyszczeniu wojewodę.



Strażacy apelują, żeby nie zbliżać się do skażonego terenu i w żadnym wypadku nie dotykać ciemnej, lepkiej substancji. (Robert Gębuś - Dziennik Bałtycki)



A potem się ludzie dziwią, że zwierzęta morskie giną „z niewyjaśnionych przyczyn” czy „z przyczyn naturalnych”! Idę o zakład, że za pomorami zwierząt stoją jak zwykle – tylko i wyłącznie ludzie, którzy mają z tego wielkie pieniądze. I tylko oni. 



Co do tajemniczej palnej substancji, to sądzę, że może to być uwolniona substancja palna ze skorodowanych zapalających bomb lotniczych, które Rosjanie zatopili na naszych wodach terytorialnych w latach 80. ub. stulecia. Podobny przypadek miał miejsce na Litwie, gdzie na początku lat 90. ze skorodowanych bomb lotniczych wydostał się biały fosfor, który poparzył kilkadziesiąt osób - głównie dzieci. Radziecka Flota Bałtycka własnie w ten sposób "utylizowała" przedatowane bomby i inne środki walki topiąc je w Bałtyku, a zatem istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że i w tym przypadku mamy do czynienia z takim procederem...