Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skażenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skażenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2022

Ostrożnie metro! – Zaamijella atakuje!

 


Ta informacja ujrzała światło dzienne w sierpniu 1990 roku. Wrzuciłem ją na łamy „Sfinksa” nr 6/1990. Jak widać, już wtedy liczono się z pojawieniem się na świecie nowych czy nowych-starych chorób zakaźnych zza wschodnich granic. Na początku lat 90. XX wieku po rozluźnieniu przepisów o ruchu granicznym do Polski została w ten sposób zawleczona czerwonka, szkarlatyna, dur brzuszny czy tyfus. Obawialiśmy się także czarnej ospy, cholery oraz dżumy dymieniczej, które mogły pojawić się w Polsce z jakichś zapadłych kątów b. ZSRR i Azji Centralnej. Infekcja Zaamijella jest jedną z nich… 

 

Złowieszcze plotki rozpełzły się po Taszkiencie (Uzbekistan) po nadaniu w Centralnej TV ZSRR tej informacji w magazynie „Wriemia” w dniu 20 sierpnia.

Nasza TVP podała ją w WW i „Panoramie dnia”. Chodziło o niezwykłą sytuację ekologiczną, która zaistniała na stacji metra Czkałowskaja. W ciągu kilku miesięcy, 33 robotników pracujących pod ziemią zwróciło się o pomoc do lekarzy. Sześciu maszynistów hospitalizowano. Mimo wysiłków ze strony lekarzy nie postawiono końcowej diagnozy choroby. Przypominamy, że w wywiadzie udzielonym centralnej TV ZSRR, kierownik Oddziału Chorób Wirusowych Instytutu Naukowo-Badawczego i Medycznej Parazytologii im. Ł.M. Isajewa Ministerstwa Zdrowia Uzbeckiej SRR – prof. N.A. Dechkanchodżajewa oświadczyła, że pod stacją metra Czkałowskaja istnieje „bioreaktor”, którego mikroby niszczą konstrukcję stacji i wytwarzają „grzybki”, które według niej są jeszcze dorsze od AIDS.

Taszkientczycy byli wstrząśnięci i choć Czkałowskaja została dawno zamknięta, mieszkańcy sąsiedniej dzielnicy zaczęli wystawiać pikiety, aby dzieci nie przychodziły do „zarażonej” stacji oraz zmuszenia władz do likwidacji tego niebezpiecznego miejsca.

Kierownictwo związku zawodowego taszkienckiego metro oświadczyło, że maszyniści nie będą przewozić jakichkolwiek pociągów przez Czkałowską. Jednym słowem – sytuacja się zaogniła.

Stacja Czkałowskaja została oddana do eksploatacji w listopadzie 1987 roku. Otwarto ją uroczyście – z przemówieniami i przecinaniem czerwonej wstęgi. Radość trwała niedługo. We wrześniu ub. r. (1989) postanowieniem Głównego Lekarza Sanitarnego Kolei Środkowoazjatyckiej dr M. Grabajnika zatrzymano ruch na nowo oddanym odcinku.

- Na wiosnę 1989 roku, kiedy to w Taszkiencie spadły ulewne deszcze maszyniści pociągów, dyżurni ruchu i inni pracownicy stacji zaczęli zwracać się do polikliniki ze skargami na bóle głowy, senność, duszności – opowiada dr Grabajnik. Badanie wykonane przez Republikańskie Centrum Toksykologiczne pozwoliły stwierdzić w próbkach 6-8 krotnie większe stężenie CO2 niż normalnie. W toku badań odkryliśmy w atmosferze stacji wysokie koncentracje sześciowartościowego chromu (Cr+VI), metanu – CH4, propanu – C3H8, heksanu – C6H14 – których obecność dawała taki toksyczny efekt.

Na dużej głębokości pod stacją Czkałowskaja – mówiąc obrazowo – przelewa się całe morze wszelkich możliwych produktów ropopochodnych. Opodal linii metra umieszczono skład materiałów pędnych i smarów (MPS) oraz kwasów należący do pewnych zakładów lotniczych. Magazyn ten nie miał żadnych zabezpieczeń i kanalizacji.

Wszelkie osady i zanieczyszczenia mieszały się z wodami gruntowymi przenikały do tuneli metra, i tam rozkładając się wydzielały toksyczne gazy. Robotnicy, którzy budowali stację Czkałowskaja opowiadali, jak ziemia zapalała się od rzuconej zapałki…

Za rekomendacją specjalistów, na terenie zakładów lotniczych zasypano trzy odpływy ścieków do wód gruntowych i polecono zlikwidować MPS. Te działania przyniosły pożądane wyniki i w listopadzie ub. r. pociągi znów pojechały przez Czkałowską. No tak, ale jak tylko zaczęły się deszcze sytuacja znów powtórzyła się. Z początkiem kwietnia ta stacja i jeszcze sąsiednia Szelmaszeskaja zostały ponownie zamknięte.

- Aktualnie trwają prace nad lokalizacją tego fenomenu na stacji Czkałowskaja – mówi dyrektor taszkienckiego metro A.D. Mirdżianow. – Wydzielono 200.000 rubli na izolację styków betonowego tunelu. Specjaliści z zakładów Gidrospiedstroj zbudują tam „sarkofag”, aby woda gruntowa nie przenikała do wnętrza tunelu. Podpisaliśmy także umowę z Instytutem Mikrobiologii i Wirusologii AN Ukraińskiej SRR dotyczących wspólnych prac badawczych.     

Po emisji programu „Wriemia” w Ministerstwie Zdrowia Uzbeckiej SRR odbyła się narada specjalistów. W jej rezultacie obalono wersję o „grzybkach”, a to z braku dowodów. Przyczyną niedomagań było zatrucie odpadami chemicznymi.


A oto pogląd prof. Dechkanchodżajewoj, której nie zaproszono na naradę:

- Przedstawiłam swój punkt widzenia i jestem gotowa odstawić go na półkę. Tak – ostrzegałam, że na stacji metra Czkałowskaja istnieje „bioreaktor” i towarzyszący mu grzyb, któremu nadałam roboczą nazwę Zaamijella (Заамиелла). Wykryliśmy go we krwi trzech spośród 32 przebadanych osób, które zgłosiły się do nas ze swymi dolegliwościami.

Potwierdziły się wszystkie symptomy porażenia grzybicą. Główne zagrożenie polega na tym, że grzybek ten poraża dosłownie wszystkie organy i tkanki organizmu.

Według danych optycznej i elektronowej mikroskopii, grzyb ten rozmnaża się we krwi. Do organizmu człowieka przenika on różnymi drogami: poprzez produkty żywnościowe, zastrzyki, transfuzje, z mlekiem matki. Zajmuję się tym problemem już 15 lat – niestety – nie mam poparcia we władzach republiki i moje badania także.

Naszym zdaniem warto przytoczyć tu słowa Nazimy Abdullajewej.

- To ważne odkrycie i trzeba skonsolidować wszystkie nasze siły, by je wyjaśnić do końca.

 

Owszem. Rzecz w tym, że od tego czasu nikt nic nie mówił o tym fenomenie, a to może oznaczać, że sprawę zabetonowano i na tym się skończyło, albo – co gorsza – sprawa została przejęta przez (wtedy jeszcze) radzieckie specsłużby i ją celowo wyciszono, ale co oznacza, że zabrano się do badania tych grzybków w celu uzyskania broni B z triady BMR ABC.

Jest jeszcze jeden aspekt tego zagadnienia, a mianowicie taki, że grzybki owe mogłyby żywić się produktami ropopochodnymi rozkładając je na przyswajalne przez rośliny związki chemiczne. Myśl urocza, boż zlikwidowano by problem skażeń chemicznych produktami ropopochodnymi.

I jeszcze jedno. Kto wie, czy skażenie Odry, które spowodowało śmierć ryb, ptaków i zwierząt żyjących w niej i na jej brzegach, nie zostało spowodowano przez jakieś przemieszane, przetrawione substancje, które po pobycie iluś tam lat w ziemi czy jakichś zbiornikach nie przedostały się do wód gruntowych, a następnie do wód Odry? Należałoby zbadać i taką możliwość, czy Odrę skaziła biologicznie jakaś Заамиелла…? Wybaczcie, ale nie kupuję bajek o jakichś złocistych algach czy nadmiarze tlenu w wodzie…

czwartek, 18 marca 2021

SOS dla Bałtyku!

 

Wrakowisko na polskim Wybrzeżu... (M. Jamkowski)

W ostatnim numerze tygodnika „Nie” ukazał się ciekawy artykuł podpisany przez A.S. a dotyczący skażenia naszego morza przez znajdujące się na jego dnie poniemieckie wraki statków i okrętów z II Wojny Światowej. Podaję ten ciekawy materiał bez skrótów – oto i on:

 

Morsowanie w arszeniku

 

Na dnie Bałtyku, w tym polskim obszarze morskim, zalegają setki wraków – pozostałości głównie po II wojnie światowej i okresie Zimnej Wojny. Około 100 wraków znajduje się w Zatoce Gdańskiej. Razem z wrakami na dnie morza leżą skorodowane zbiorniki wypełnione tysiącami ton paliwa, zbiorniki, które w każdej chwili mogą się rozszczelnić i spowodować katastrofę ekologiczną na niewyobrażalną skalę. Największe zagrożenie stanowią wraki Wilhelma Gustloffa, Generała von Steubena, Stuttgartu, Goi i Frankena. Z pozostałości po statku pasażerskim Stuttgart już cieknie paliwo…

 

Bałtyk jest też wielkim składowiskiem broni chemicznej, którą zatopiono po wojnie. Szacuje się, że w głębinach morza spoczywa nie mniej niż 50.000 ton tzw. BŚT – bojowych środków trujących, głównie gazu musztardowego (iperytu), i nawet 500.000 ton broni konwencjonalnej. Taka mieszanka materiałów niebezpiecznych sprawia, że polskie wody terytorialne są bombą z opóźnionym zapłonem. Nie wiadomo, kiedy ta bomba wybuchnie, ale stanie się to na pewno. Specjaliści przewidują, że uwolnienie paliwa z zatopionych wraków okrętów, iperytu i innych związków, będących pochodnymi rozkładu substancji zawartych w pociskach mogłyby całkowicie zniszczyć życie w morzu na kilkadziesiąt lat.

Zagrożenie jest realne. Zdarzały się wypadki poparzenia gazem musztardowym, m.in.:

·        W 1955 roku na plaży zostało poparzonych 120 dzieci z Żywca przebywających na koloniach w Darłówku;

·        W 1966 roku poparzonych zostało 4 rybaków z Darłowa;

·        W 1977 roku dwunastu rybaków z Darłowa, Kołobrzegu i Ustki;

·        W 1979 roku czterech rybaków z Darłowa i Ustki;

·        W 1997 roku ośmiu rybaków w Władysławowa. 

Czas ucieka. Odpowiedzialna władza powinna bić na alarm i podejmować środki zaradcze. Ale nie pisowski rząd, który ma inne sprawy na głowie.

23 lutego 2021 roku odbywało się posiedzenie komisji sejmowej gospodarki morskiej i żeglugi na którym posłowie wysłuchali informacji przedstawicieli rządu na temat działań podejmowanych w celu przeciwdziałania zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego. Choć komisja składa się z 18 wybrańców narodu, to zainteresowanych było tylko czterech, z których jeden (!!!) Dariusz Wieczorek z Lewicy wziął aktywny udział w dyskusji.

Władza też się nie popisała. Rządzący nie wiedzą jaka powinni ponosić odpowiedzialność za materiały niebezpieczne zalegające na dnie Bałtyku na wodach terytorialnych i wyłącznie polskiej strefie ekonomicznej.

Wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz oświadczył, że najbardziej merytoryczny jest minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, dlatego że wybitnie jest to temat, który jest w kompetencji, w odpowiedzialności tego resortu. Problem w tym, że nie ma takiego ministra. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zostało zlikwidowane w 2020 roku. (!!!)   

 

Wiceminister infrastruktury, Grzegorz Witkowski powiedział, że nie uchyla się od odpowiedzialności, ale sprawa jest skomplikowana i wymaga wielopłaszczyznowej współpracy członków wspólnoty międzynarodowej, a także wielu resortów i podmiotów na terenie Rzeczpospolitej Polskiej, po czym dodał, że na tym w zasadzie moglibyśmy zakończyć nasze wystąpienie. Mówił jednak dalej plotąc bzdury o tym, że brak jest jednoznacznie przypisanej odpowiedzialności konkretnego organu administracji publicznej , który powinien być przedmiotem wiodącym przy realizacji działań dotyczących zatopionych w polskich obszarach morskich materiałów niebezpiecznych. Czyli po 5 latach rządów PiS, Polska nie jest nawet państwem teoretycznym z dykty, ale państwem hipotetycznym ze słomy.

Wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz zakomunikował, że sprawa dotyczy wielu różnych ministerstw, a rola MSZ jest stosunkowo ograniczona.

Małgorzata Marciniewicz-Mykieta z Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska pocieszała, że nie ma powodów do rozdzierania szat. Bałtyk jest co prawda zanieczyszczony, ale dotychczasowy monitoring nie wskazał na jednoznaczne powiązanie przyczynowo - skutkowe wpływu na obecny stan jakości wód zarówno BŚT jak i wyciekającego paliwa z zatopionych wraków.

Rząd wsparł wierny rycerz prezesa Kaczyńskiego poseł Czesław Hoc, który stwierdził, że zagrożeniem dla Bałtyku jest budowa gazociągu Nord Stream, niemieckich farm wiatrowych, fińskich i szwedzkich hut miedzi, kopalń i fabryk papieru, a zresztą Polacy nie zatapiali broni chemicznej ani broni konwencjonalnej tylko robili to albo Niemcy, albo Rosjanie, albo Alianci, i to Rosjanie wraz z innymi niż Polska państwami Unii Europejskiej powinni zająć się problemem.

 

Postawa PiS może dziwić. W maju 2020 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport „Przeciwdziałanie zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego”, w którym nie pozostawiono suchej nitki na rządzie, który nie robi nic, aby zapobiec nieuchronnej katastrofie.

Mimo informacji o potencjalnych zagrożeniach polska administracja morska nie przeprowadziła kompleksowej identyfikacji materiałów niebezpiecznych zatopionych w polskich obszarach morskich i nie rozpoznała skali zagrożeń z tym związanych.

Nie prowadzono monitoringu wód pod względem stężeń BŚT, a także paliwa i produktów ropopochodnych z wraków. PiS-owi nie chciało się objąć monitoringiem nawet rozpoznanych już miejsc zatopień gazu musztardowego i wraków z paliwem. Zdaniem NIK stwierdzono zaniechania administracji morskiej i ochrony środowiska.

Zdaniem NIK to nie złe prawo, rozmyte kompetencje ministerstw i urzędów, ale niechęć do zajęcia się sprawą i zwykłe zaniedbania rządu mogą doprowadzić do katastrofy ekologicznej na niespotykaną skalę. Jeśli dojdzie do tragedii, Kaczyński i spółka zrzucą winę na Tuska (i ekologów rzecz jasna). A ciemny lud to kupi.[1]

A.S. 

  

Moje 3 grosze

 

Od siebie dodam tylko to, że wielokrotnie w czasie moich kolonii i obozów harcerskich nad morzem w Rowach, Świnoujściu, Międzyzdrojach czy Łebie  widziałem wyrzucane na plaże bryły mazutu i innych materiałów ropopochodnych, które zanieczyszczały piasek i trudno było się z nich oczyścić. Niestety, powyższe informacje są groźne i prawdziwe. Bałtyk jest skażony i ta zła sytuacja się pogłębia. Miałem okazję to zobaczyć pracując na wolontariacie w helskim Fokarium im. Prof. Krzysztofa Skóry, gdzie leczono zwierzęta poszkodowane także wskutek kontaktu z BŚT. Ale oczywiście polityków niewiele to obchodzi.

A powinno.

Polska odwróciła się od morza. Polska mając 532 km morskiego wybrzeża powinna wykorzystać go do budowy nowych portów i całej infra- i ultrastruktury do nich. Nie zrobiono nic poza propagandowym zadęciem wokół przekopu Mierzei Wiślanej, który jest nam tak potrzebny, jak dodatkowa dziura sami-wiecie-w-czym, bo Elbląg portem morskim nie będzie przez długie lata, a sam przekop stanowi uszczerbek dla środowiska. Ale znów – kogo to obchodzi? Najważniejszy jest efekt propagandowy i nic ponadto.

A rzecz jest naprawdę haniebna, bo polskie statki pływają – owszem po morzach i oceanach świata – ale już nie rozsławiają polskiej bandery. Owszem, pływają pod banderą Panamy, Wysp Dziewiczych czy Liberii, co uważam za szczególne draństwo! Niemcy, Rosjanie – a zatem kraje uznane przez rządzące sitwy za wrogie – pływają pod własnymi banderami, a my? Wstydzimy się Biało-Czerwonej? Najwidoczniej tak i jak długo tak będzie, tak długo cały ten patriotyczny bełkot będzie można o kant potłuc… Czy o to walczyliśmy całe wieki o dostęp do morza, by teraz odwracać się do niego tyłem? To jest chore i twórcy naszego państwa i Niepodległej przewracają się w grobach.

Jak długo jeszcze będzie trwał taki stan? Jak długo jeszcze będzie się lekceważyło podstawowe prawa ekonomiki, wedle których o rozwoju kraju decydują porty i koleje? Trzeba będzie wiele zmienić po obaleniu panującej antypolskiej sitwy banksterów i gangsterów oraz czarnej mafii wysysającej nasz kraj jak ośmiornica...



[1] „Nie” nr 11/2021, 12-18.III.2021, s. 5.

piątek, 30 sierpnia 2019

Jaka będzie cena tego szaleństwa?




Koniec sierpnia 2019 roku. Siedzę w moim pokoiku, klepię teksty do komputera i ociekam potem – na zewnątrz mamy 32 stopnie Celsjusza na plusie, gdzieś nad południowym horyzontem zbierają się ciężkie chmury kolejnej dalekiej burzy. Jedna z nich spowodowała masakrę na Giewoncie. Śmierć czterech osób i obrażenia ponad 160 innych osób było ceną za głupotę, brawurę i bezmyślność. Ale nie o tym chciałem pisać. To szaleństwo jest niczym, w porównaniu z pożarami pustoszącymi lasy deszczowe i dżungle w Ameryce Łacińskiej i Afryce.

Wspominam wczesne lata 80-te, kiedy to jako młody podporucznik WOP studiowałem język angielski w ONJO MSW w Sosnowcu i z wypiekami na twarzy czytałem doniesienia o postępach radzieckich i amerykańskich zbrojeń nuklearnych, a potem coraz bardziej realne widmo wojny rakietowo-jądrowej na lądzie, morzu, powietrzu i w kosmosie zaczęło się materializować… Zapoznałem się z pracami dr. inż. Zbigniewa Schneigerta i pracą Luisa i Waltera Alvarezów na temat zagłady dinozaurów, która miała miejsce na tzw. granicy K/Pg jakieś 64.800.000 lat temu. Interesującym było to, że przedstawiono scenariusz zagłady: przeszłej – dinozaurów i ich świata – i naszej i naszego świata. Filmy takie jak „Ostatni brzeg” czy „The Day After” oraz inne wariacje na temat życia po nuklearnej zagładzie (o ile w ogóle by coś żywego zostało) uświadamiały nam, że wojna nuklearna jest nie do wygrania, bowiem nie będą zabijały same eksplozje jądrowe i termojądrowe, ich promieniowanie i fale uderzeniowe, ale ekologiczne skutki atomowego Armagedonu: skażenie środowiska, efekty pożarów lasów i wszystkiego, co jest do spalenia, megatsunami i megatrzęsienia ziemi. Zdetonowanie całego arsenału nuklearnego o mocy 9,4 Gt TNT spowodowałoby – być może, cytuję tutaj specjalistów z SIPRI – zagładę nawet nie życia na Ziemi, ale samej planety jako ciała astronomicznego!

Myślę, że katastrofy nuklearne w cywilnej atomistyce były kolejnymi ostrzeżeniami: Three Mile Island EJ (INES 5), Czarnobyl EJ (INES 7) i Daiichi-Fukushima 1 EJ (INES 7) były ostrzeżeniami przed tym, co czeka nas w przypadku nawet ograniczonej wojny nuklearnej – o której marzą militarystyczni idioci w USA – czy rozpędzania huraganów i cyklonów przy pomocy eksplozji głowic wodorowych. Jak na razie nie ma czegoś takiego jak „czysta” bomba wodorowa – w przypadku czegoś takiego zawsze dojdzie do skażenia środowiska produktami reakcji jądrowych i termojądrowych…

Notabene, podobne skutki nasza planeta odczuje w przypadku impaktu asteroidy z naszą planetą. Ekologiczne skutki takich wydarzeń będą nader podobne do siebie – i w obu przypadkach równie letalne dla biosfery Ziemi.

Tyle wiedziałem w latach 80-tych po przestudiowaniu wspomnianych tu prac. Polecam je wszystkim tym, którzy bredzą o „bezpiecznej energii jądrowej” i „postępie”.

I teraz ta groza wróciła w formie dziejącej się na naszych oczach katastrofy ekologicznej.

Od kilku tygodni media opisują straszliwe w skutkach pożary lasów deszczowych Amazonii, ale to nie wszystko, bowiem pożary lasów szaleją na Syberii, w Afryce i Australii. Burze ogniowe obracają w pożarzyska wspaniałe lasy – lasy, które produkują 20% tlenu dla naszej atmosfery – i dla nas. Pozostałe 75% produkuje Wszechocean, ale i ten jest powoli zamieniany w ściek z plastykowymi wyspami.

A u nas nieodpowiedzialność ludzi znów wrzuci kilka tysięcy ton przetrawionego gówna w wody Wisły i w skażone biologicznie i chemicznie wody Bałtyku.

Ale powróćmy do pożarów. Te burze ogniowe emitują w atmosferę produkty spalania: tlenki węgla, parę wodną, związki siarki i dioksyny. Poza tym jeszcze sadza i cząstki popiołów, które unoszą się w górne warstwy atmosfery. W przypadku wojny nuklearnej spowoduje to odcięcie powierzchni Ziemi od życiodajnych promieni słonecznych. Globalna temperatura spadnie i nastąpi zima nuklearna. W przypadku impaktu będzie to zima poimpaktowa. Jak długo potrwa? Ostrożne obliczenia zakładają 2-3 lat, skrajne nawet 50-100 lat.

Podobnie będzie w przypadku erupcji superwulkanu Yellowstone (VEI 8), Laacher See (przypuszczalnie VEI 8), Toba (VEI 8), Taupo (VEI 8) czy Campi Flegrei (przypuszczalnie VEI 7-8). W każdym przypadku będzie to straszliwe zagrożenie dla życia na naszej planecie. Dość wspomnieć erupcje wulkanu Laki (Skraptarjökull – VEI 4) i Eylafjallajökull (VEI 4) na Islandii czy Krakatau w Indonezji (VEI 7) oraz Pinatubo na Filipinach (VEI 7) spowodowały wielkie straty. W każdym przypadku erupcje spowodowały spadek temperatury o 0,5-1°C i straszne perturbacje pogodowe doprowadzające nawet do klęski głodu i chorób, nie mówiąc już o pokryciu znacznego areału powierzchni Ziemi warstwami toksycznej tefry. Stosunkowo łagodna erupcja Eylafjallajökull w 2010 roku uziemiła samoloty niemal w całej Europie. Kompanie lotnicze poniosły straty rzędu miliardów dolarów.


Teraz po tych pożarach możemy mieć coś podobnego w nieco mniejszej skali: chłód, deszcze, długie okresy niepogody, powodzie, wystąpienia rzek, a zimą zamiecie i zawieje śnieżne w katakliktycznej skali. Wprawdzie uczeni uspokajają, że póki ten piekielny koktajl nie dostanie się do Prądu Strumieniowego i nie zostanie rozniesiony na całym świecie na wysokości 15-20 km. Tym niemniej zagrożenie jest i trzeba go potraktować poważnie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to jest wołanie na puszczy. Masowa eksterminacja lasów, obłędne plany przekopania Mierzei Wiślanej, budowa elektrowni węglowych i atomowych – a wszystko to po to, by nie wprowadzić energii odnawialnych: wodnej i powietrznej. Polska staje się powoli energetycznym skansenem i śmietnikiem Europy. Homogenizowane gówno spływa Wisłą do Płocka i dalej do Gdańska. Nie dziwię się, że prezydent Trump odwołał wizytę w Polsce, po prostu przestraszył się smrodu i wysłał swego zastępcę – niech on wącha smrody „dobrej” zmiany…

Drogo za te szaleństwa zapłacimy i nasze dzieci. I dzieci ich dzieci, bo skutki katastrof ekologicznych zawsze są długofalowe. I tylko utytułowani idioci, którzy nawołują do jedzenia kanapek suto posypanych DDT i wprowadzania GMO w nasze uprawy, biorą za te brednie łapówki od koncernów je produkujących i używających. Nie zastanawiają się, że zmiany klimatyczne mogą ich spłukać jak łajno w klozecie? Za mojej pamięci już tak było – w pamiętnym lipcu 1997 roku. A wiele wskazuje na to, że to może się powtórzyć i to ze zwielokrotnioną siłą, bo lasów – które są jedyną realną siłą zdolną to powstrzymać – jest coraz mniej.

Ale którego ryja przy korycie i żłobie to obchodzi? Après nous, le déluge – hulaj dusza i niech to wszyscy diabli – oto ich dewizy. A Polska? Oni Polskę mieli zawsze tam, sami-wiecie-gdzie – u zakończenia jelita grubego…        

sobota, 25 listopada 2017

Czym oddychamy?



Pogoda, Przyroda & Jordanoviana: Czym oddychamy?: Rozpisałem się na temat plastyków we Wszechoceanie, a tymczasem z powodu wyżowej pogody nad miastami naszego kraju zawisł paskudny smog...

poniedziałek, 22 września 2014

Kalifornia zakazuje użycia plastykowych toreb!



Aaron Mendelson


Sacramento, CA, 30.VIII.2014 rok (Reuters) – Legislatura stanu Kalifornia zabroniła posługiwania się plastykowymi torbami w handlu w piątek (29.VIII), pod koniec niemal dwuletniej sesji, a które to prawo sygnowano wreszcie i tym samym stało się ono pierwszym tego rodzaju w Ameryce.

Znaczna liczba miast i hrabstw w Kalifornii i innych stanach USA – w tym hrabstwo Maui, HI, – zdelegalizowało pakowanie zakupów w plastykowe opakowania. Ale na poziomie państwowym, opozycja wobec wytwórców plastykowych toreb jest jeszcze słaba.


Senat stanu Kalifornia przegłosował stosunkiem 22 : 15 ustawę, która musi być sygnowana do dnia 30.IX przez demokratę gubernatora Jerry Browna, który jeszcze nie zasygnalizował swego stanowiska w tej sprawie.
Zwyczajne użycie plastykowych opakowań nie tylko zaśmieca nasze plaże, ale także nasze góry, nasze pustynie, nasze rzeki, strumienie i jeziora – powiedział senator Alex Padilla, który sponsoruje tą ustawę.

Padilla poparł podobną ustawę w ubiegłym roku, ale przepadła w trzech głosowaniach. Losy tej ustawy były nieoczywiste, po tym jak przepadła w trzecim głosowaniu w stanowym Zgromadzeniu w poniedziałek.


Ale po otrzymaniu wsparcia ze strony United Food and Commercial Workers Union, ustawa przeszła w drugim głosowaniu.

Ustawa zakazuje sklepom spożywczym wydawania klientom plastykowych toreb jednorazówek, a jednocześnie daje pieniądze lokalnym producentom plastikowych toreb na przekształcenie ich produkcji na produkcję cięższych toreb wielokrotnego użytku, które mogłyby być sprzedawane klientom.


Obrońcy środowiska byli za zabronieniem produkcji plastykowych toreb, które są tańsze i zalecić supermarketom używanie papierowych toreb, co by spowodowało zniknięcie gór trudnych do utylizowania i recyklingu śmieci. W Kalifornii jest już szczególny stosunek do plastykowych toreb, które zmiecione do oceanu mogą zaszkodzić tamecznemu życiu. Po klęsce jego wcześniejszej ustawy, Padilla zyskał poparcie niektórych producentów toreb w Kalifornii, w tym finansowanie przestrojenia produkcji. Ale w ostatnich miesiącach, poza stanowi producenci wszczęli kampanię przeciwko projektowi ustawy, nawet produkcji reklam telewizyjnych skierowanych przeciwko Padilli, który jest przewidywany na stanowisko sekretarza stanu.


Generalna dyrektorka firmy Crown PolyCathy Browne – produkująca plastykowe torby w Huntington Park, CA, powiedziała, że ustawa ta może doprowadzić do upadku takie firmy jak jej własnej.
Ponad 10 mld plastykowych toreb używanych w Kalifornii każdego roku – jak mówią szacunki Californians Against Waste – grupy adwokatów popierających tą ustawę.  




Zdjęcia:
“The Huffington Post”
Ocean Defender
Ocean Conservancy

Marine Conservation Society

Przekład z j. angielskiego - Robert K. Leśniakiewicz ©

sobota, 20 września 2014

Plastykowy problem - koszmaru ciąg dalszy


Przerażający jest obraz śmieci pływających w zatoce Hanuma Bay na Hawajach, ale gdzie jest ich reszta? Uczeni nie mogą się doliczyć 99% śmieci znajdujących się w Oceanie Światowym. Oceaniczne śmieci akumulują toksyny, które mogą wejść do łańcucha troficznego człowieka.


Dzisiejsze tajemnice naukowe przesłano nam dzięki uprzejmości uczonych z Australii, Hiszpanii i Arabii Saudyjskioej, którzy przebyli siedem mórz, śledząc wrzucane do oceanu ludzkie odpady, śmieci i inne paskudztwa – przede wszystkim z plastyku. Zgodnie z ich raportem przedstawionym przez nich Narodowej Akademii Nauk, 99% tych śmieci i odpadów gdzieś się zagubiło...

Istnieje zatem poważne zagrożenie, że ten plastik dostanie się do globalnych łańcuchów pokarmowych… - a my jesteśmy także fragmentem tej sieci troficznej.


Oceanograf Carlos Duarte śledzi te oceaniczne śmieci. Uczeni, którzy okrążyli ziemski glob w 2010 roku i przy pomocy siatek o małych okach trałowali te śmieci spodziewali się znaleźć miliony ton plastików uwięzionych w wirach oceanicznych takich jak Wielka Pacyficzna Plama Śmieci. Ale ich obliczenia wykazały tam tylko 40.000 ton.

To ich zmartwiło i zaniepokoiło, bowiem istnieje możliwość, że ryby i inne zwierzęta morskie jedzą te śmieci. Jeżeli tak, to członek ekipy dr Carlos Duarte z Uniwersytetu Zachodniej Australii powiedział „Science”:
Istnieje potencjalna możliwość, że plastyk wszedł do łańcuchów pokarmowych Wszechoceanu… - a my też jesteśmy częścią jego łańcucha troficznego.  


Duarte mówi, że działanie fal morskich i słońca może rozrywać plastykowe śmieci na drobne cząstki – na tyle małe, że mogą być mylone z planktonem.
Plastyk – jak twierdzą eksperci – przyciąga i koncentruje na swej powierzchni  toksyczne zanieczyszczenia takie jak DDT, PCB (polichlorowane bifenyle) i rtęć (Hg), które mogą być zjadane przez zwierzęta morskie i także w konsekwencji przez człowieka.

Uczeni spekulują w raporcie w „Science”, że część z zaginionego plastyku została wyrzucona na brzegi, zdegradowała się do mikroskopijnych cząstek i opadła na dno oceanu. Mikroby mogą nawet żywić się tą materią – twierdzi ten raport.


Ale widzialna czy niewidzialna, skala ludzkiego zanieczyszczania Wszechoceanu jest bardzo martwiąca.
Nie uważam, byśmy mogli pojąć najgorszy scenariusz zbyt szybko – powiedział „Science” jeden z uczonych – bowiem naprawdę nie wiemy, co się dzieje z tym plastykiem.  
     


Akcje oczyszczania plaż prowadzone sa także nad Bałtykiem przez wolontariuszy z WWF



Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©
Zdjęcia:
- Ocean Defender
- Ocean Conservancy
- WWF Polska
- Fokarium Stacji Morskiej UG w Helu

czwartek, 24 maja 2012

PERU: ROZWIĄZANO ZAGADKĘ DZIWNYCH ZGONÓW DELFINÓW





Onet.pl podaje dzisiaj następującą informację:



Setki delfinów, które woda wyrzuciła na peruwiańskie wybrzeże, zmarły z przyczyn naturalnych – takie informacje przekazała przedstawicielka rządu Peru podczas wywiadu radiowego.



- Jedną z tych rzeczy, które możemy potwierdzić, jest fakt, że … zgon delfinów nie był spowodowany przez jakąkolwiek ludzką działalność i to jest bardzo ważna informacja – powiedziała minister ds. produkcji w Peru, Gladys Triveno, w rozmowie z RPP Radio.



- To były przyczyny naturalne. To jest naturalna śmierć i proces selekcji naturalnej wyjaśnia także przygotowany raport. Powiedzmy, że gatunki, delfiny, które są bardziej przygotowane, mają większe szanse na przetrwanie – powiedziała Triveno. – Coś takiego dzieje się raz na jakiś czas. To nie jest pierwszy raz. I nie dzieje się to tylko w Peru, ale miało też miejsce w Nowej Zelandii, w Australii i innych krajach, w których wystąpiło to zjawisko.



Rzecznik instytutu opracowującego raport powiedział CNN we wtorek wieczorem, że raport nie został jeszcze opublikowany.



Wiadomo jednak, że pojawienie się blisko 900 martwych delfinów na odcinku 220 kilometrów w rejonie północnego Peru oraz śmierć tysięcy pelikanów w tamtym rejonie i w sąsiednim Chile wywołały ogromny niepokój wśród mieszkańców, a także organizacji zajmujących się ochroną środowiska.



Co najmniej jedna organizacja tego typu w Peru głośno stwierdziła, że śmierć delfinów mogło spowodować wydobycie ropy, które odbywa się w tym rejonie.



- Widzimy, że w ich ciele można znaleźć bąbelki powietrza, które powstały w wyniku wysokiego ciśnienia. Te zwierzęta znajdują się pod wodą, wstrzymując oddech, narażone na nagłe i głośne hałasy, co powoduje, że zwierzęta te uwalniają azot, co tworzy bąbelki, które w końcu niszczą ich komórki – wyjaśniał Carlos Yaipen-Llanos z Scientific Organization for the Conservation of Aquatic Animals.



Przedstawiciele rządu nie zgadzają się z tym twierdzeniem, argumentując, że nie ma na to żadnych dowodów.



Na początku tego miesiąca, władze Peru podały, że ciepła woda u wybrzeży kraju jest powodem śmierci ponad pięciu tysięcy ptaków morskich.



Jak napisała państwowa agencja informacyjna Andina, peruwiańskie ministerstwo środowiska poinformowało, że nadal bezpieczne jest spożywanie owoców morza i zachęciło wszystkich do wsparcia miejscowych rybaków.



Zgon sporej liczby delfinów w Peru to już trzecia tego rodzaju sytuacja nagłośniona w ostatnich kilku miesiącach.



W lutym woda wymyła na brzeg w Cape Cod na wschodzie Stanów Zjednoczonych w sumie 179 delfinów, z których 108 zwierząt było martwych. Informacje te potwierdziła Międzynarodowa Fundacja Opieki nad Zwierzętami (International Fund for Animal Welfare). Biolodzy morscy wciąż próbują ustalić przyczynę śmierci tych zwierząt.



Z kolei na początku marca, amatorskie wideo nakręcone na plaży w Rio de Janeiro w Brazylii pokazało, że na brzegu znalazło się ponad 30 delfinów. W tym przypadku na szczęście wszystkie zwierzęta wróciły bezpiecznie do morza. (Onet.pl)



* * *



Mój przyjaciel zwykł był określać takie – pożal się Panie Boże „wyjaśnienia” jędrnym określeniem: „dupesroły”. Wyraża to bardziej dosadnie to, co w miarę kulturalnie można określić mianem „ściemy”. Dla mnie ta informacja z takim „wyjaśnieniem” jest przykładem iście goebbelsowskiej propagandy – kłamstwo, które o włos mija się z prawdą.



Trudno bowiem przyjąć, że delfiny umówiły się, by popełnić samobójstwo na wąskim pasie peruwiańskiego wybrzeża! A w kontekście tego, co wiemy o tych zwierzętach i o zwierzętach w ogóle, to jedynie człowiek przejawia skłonności samobójcze… Zwierzęta starają się przetrwać za wszelką cenę, bo kieruje nimi instynkt przetrwania i zachowania gatunku.



Prawda zapewne wygląda inaczej, a jak czytamy dalej z notatki wynika, że mamy do czynienia z wydobyciem ropy. No i wszystko staje się jasne i tu jest ten pies – pardon – delfin pogrzebany. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: który koncern wydobywa ropę w Peru i wszystko będzie jasne: są to m.in. kanadyjski Canadian Petroleum Company i Talisman Energy. W roku 2009 koncerny te były pomawiane o usiłowanie eksterminacji indiańskich plemion w Peru. Sprawie ukręcono łeb – jak zwykle w takich przypadkach (=> http://translate.google.pl/translate?hl=pl&langpair=en%7Cpl&u=http://indigenouspeoplesissues.com/index.php%3Foption%3Dcom_content%26view%3Darticle%26id%3D14878:peru-oil-drilling-divides-community%26catid%3D23%26Itemid%3D56)    Ogromne pieniądze są w stanie wygenerować nie takie bajeczki na temat niszczenia środowiska!



Jest jeszcze inna możliwość, a mianowicie – radioaktywne skażenie wody. Jeden z internautów skomentował to tak:



Wcześniej masowo ginęły foki na pn. Pacyfiku - Kamcztka, Alaska. Potem delfiny za zach. wybrzeżu USA, potem Peru. Dziwnie się to zgadza z kierunkiem prądów morskich. Opływają Japonię, potem Kamczatka, Alaska, na południe wzdłuż wybrzeża USA i zakręt na zachód na wys. Galapagos. Giną gatunki żywiące się rybami. A jeśli przyczyną jest Fukushima i magazynujące radioaktywne pierwiastki w swych ciałach ryby?



Inne głosy jednak optują za skażeniami chemicznymi czy innymi:



Stwierdziły że są słabe i gorsze od reszty i popełniły samobójstwo - aha i jeszcze wcześniej doradziły to samo ptakom i one też celowo spadły i się zabiły.... Boże co oni nam wciskają!



Kamień spadł mi z serca. Wszystko co się złego dzieje w przyrodzie spowodowane jest przyczynami naturalnymi. Lasy same się wycinają i zaśmiecają, wody zanieczyszczają, powietrze zatruwa.



..... Tak, ..... to są przyczyny naturalne .......... Wycinanie na globalną skalę drzew, zmiana biegu rzek, niewinne stosowanie na coraz większą skalę środków chemicznych, niewinne obchodzenie się z reakcjami łańcuchowymi, niewinne dotlenianie samolotów i rakiet w czasie lotu, ...... etc ........



Bzdury, stanowiące treść artykułu sugerują teorię spiskową: nie podaje się prawdziwej przyczyny, bo byłaby potworna panika i krach gospodarczy - groźniejsze dla ludzi, niż utrata części populacji w wyniku zatrucia i wyłączenia płn. Pacyfiku z roli producenta żywności. Kataklizm.



Albo to wielka ściema bo nie chcą opublikować przyczyny ich śmierci. Albo to prawda, co wcale nie wróży nam nic dobrego. Jeśli delfiny postanowiły "wymrzeć" na taką skalę, to znaczy że w przepowiedni Majów jest więcej prawdy niż wszyscy myślą. Delfiny jako gatunek bardziej rozwinięty i wyczuwający wibracje wcześniej wyczuły zmiany, które nadchodzą i postanowiły porzucić materialną powłokę - proszę się nie nabijać, to jest oczywiście teoria, ale ona istnieje. Kto ciekaw poszuka w necie tematyki wymiarów, gęstości, energii - w powiązaniu z 2012 itd... Nie negujcie od razu. Tylko ślepy nie widzi napięcia, które od jakiegoś czasu rośnie na świecie. Wszystko zmierza do kulminacyjnego punktu. Zwierzęta też to czują...   



Te głosy wskazują na to, że nikt myślący normalnie nie wierzy w rządowe zapewnienia. Brzmi to całkiem nieźle i uczenie, ale osobiście jednak stawiam na zatrucie wody materiałami ropopochodnymi i metanem. Szczególnie metan działa oszałamiająco na mózgi ssaków, a nie zapominajmy, że delfiny są jednymi z najinteligentniejszych stworzeń na tej planecie. Pisałem już o tym na tym blogu i nie będę się powtarzał.



Może bym uwierzył w opowiastki peruwiańskiej ministry od produkcji – a zatem osoby związanej z przemysłem i produkcją, ale wczoraj dowiedziałem się o zatruciu pasa plaży w Czołpinie:



CZOŁPIN, SKAŻENIE PLAŻY W CZOŁPINIE



Pomorskie. Tajemnicza lepka maź zaatakowała nadbałtycką plażę w Czołpinie na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.



Na odcinku 13 kilometrów piasek pokrywały grudki, które poruszone patykiem zaczynały się palić. Maź usunęli strażacy, ale plaża ma być niedostępna jeszcze w piątek. Nikt nie potrafi określić, co skaziło Czołpin. Wiadomo tylko, że grudki są toksyczne, zawierają fosfor i brom. (SE.pl)



I jeszcze notatka w „Dzienniku Bałtyckim” z 22.V:



Pow. słupski: Łatwopalna substancja na plaży k. Czołpina. Teren został zamknięty



Niebezpieczna substancja zawierająca fosforany skaziła plażę w okolicach Czołpina (pow. słupski). Teren został zabezpieczony przez straż pożarną na odcinku około 14 kilometrów.



 Do skażenia doszło na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Substancja została znaleziona w poniedziałek po południu. Teren został zamknięty na odcinku 14 kilometrów i zabezpieczony przez pracowników Urzędu Morskiego w Słupsku, Słowińskiego Parku Narodowego oraz funkcjonariuszy Straży Granicznej z Ustki.



Skład chemiczny substancji nie jest jeszcze dokładnie znany.- Prawdopodobnie zawiera fosforany, ale nie wiemy dokładnie co to jest - informował nas we wtorek rano Zbigniew Strompski z Państwowej Straży Pożarnej w Słupsku. - Substancja przy poruszeniu i kontakcie z tlenem zapala się.



Specjalistyczny pododdział chemiczny Marynarki Wojennej pobrał próbki i dokonał analizy zawartości substancji.



Stwierdzono obecność fosforanu bromu w badanym materiale.



- Akcją kieruje Państwowa Straż Pożarna. Substancję zbierają strażacy i pracownicy gminy Smołdzino. Następnie przy nadzorze Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska materiał zostanie wywieziony i zutylizowany przez specjalistyczną firmę - informuje Tomasz Bobin, dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku. - Źródło pochodzenia substancji na tę chwilę nie jest znane. Profilaktycznie w dniu dzisiejszym cały pozostały obszar brzegu morskiego administrowanego przez Urząd Morski w Słupsku został poddany monitoringowi. Nie stwierdzono występowania zanieczyszczeń w innych rejonach. Podobne działania zostały przeprowadzone przez Urząd Morski w Gdyni, również z negatywnym rezultatem.



Dodatkowo pracownicy Urzędu Morskiego z Gdyni wykonali kurs samolotem i sprawdzili wodę z powietrza. Nie stwierdzili zanieczyszczeń.



- Zakończenie działań planowane jest na środę, 23 maja - dodaje Tomasz Bobin.



Nie wiadomo, w jaki sposób substancja dostała się do wody. Dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku poinformował o zanieczyszczeniu wojewodę.



Strażacy apelują, żeby nie zbliżać się do skażonego terenu i w żadnym wypadku nie dotykać ciemnej, lepkiej substancji. (Robert Gębuś - Dziennik Bałtycki)



A potem się ludzie dziwią, że zwierzęta morskie giną „z niewyjaśnionych przyczyn” czy „z przyczyn naturalnych”! Idę o zakład, że za pomorami zwierząt stoją jak zwykle – tylko i wyłącznie ludzie, którzy mają z tego wielkie pieniądze. I tylko oni. 



Co do tajemniczej palnej substancji, to sądzę, że może to być uwolniona substancja palna ze skorodowanych zapalających bomb lotniczych, które Rosjanie zatopili na naszych wodach terytorialnych w latach 80. ub. stulecia. Podobny przypadek miał miejsce na Litwie, gdzie na początku lat 90. ze skorodowanych bomb lotniczych wydostał się biały fosfor, który poparzył kilkadziesiąt osób - głównie dzieci. Radziecka Flota Bałtycka własnie w ten sposób "utylizowała" przedatowane bomby i inne środki walki topiąc je w Bałtyku, a zatem istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że i w tym przypadku mamy do czynienia z takim procederem...