Powered By Blogger

środa, 26 października 2011

Satelita Rosat spadł na ziemię


Tydzień temu media podały następującą informację:

Niedziela, 23 Październik 2011

Satelita wielkości ciężarówki spadł w niedzielę rano na Ziemię. Nieczynny już niemiecki satelita badawczy ROSAT służył m. in. do obserwacji czarnych dziur i gwiazd neutronowych.

Na razie nie wiadomo gdzie spadł ROSAT. Według wstępnych danych satelita nie powinien spaść w Europie, Afryce i Australii.

Większość satelity wielkości małej półciężarówki powinna spalić się w gęstszych warstwach atmosfery, ale kilkadziesiąt fragmentów o masie ok. 1,87 tony może spaść na powierzchnię Ziemi. W momencie uderzenia ich szybkość wyniesie ok. 450 km/godz - informuje portal tvp.info.

ROSAT został zbudowany i umieszczony na orbicie dzięki współpracy Niemiec, Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Na pokładzie tego satelity umieszczono teleskop rentgenowski, którego średnica wynosi 83 cm oraz kilka detektorów promieniowania X. Pierwotnie zakładano, że czas pracy satelity będzie wynosił około 2,5 roku. Jednak później
zdecydowano się ten czas wydłużyć. Dzięki pracy tych urządzeń odkryto między innymi, że promieniowani rentgenowskie jest emitowane także przez komety.

Kilka tygodni temu na Ziemię spadał amerykański satelita UARS. Satelita ważący 6,3 tony spadł do oceanu i nie wyrządził żadnych szkód.

Źródło: tvp.info, wikipedia.org

I jeszcze jeden news:

Pędzący satelita spadł na Ziemię. Gdzie runął?

PG / CNN
Nieczynny niemiecki satelita wszedł w atmosferę Ziemi - poinformowało rano Niemieckie Centrum Aeronautyki. - Nie ma jeszcze potwierdzenia czy jego szczątki dotarły do powierzchni Ziemi - podano. Większość satelity spaliła się w gęstszych warstwach atmosfery, ale około 30 fragmentów - ważących prawie dwie tony - mogło spaść na ziemię lub do wody.

- Według posiadanych przez nas danych, nie powinien spaść w Europie, Afryce czy Australii - mówił wcześniej rzecznik Centrum Andreas Schuetz. Naukowcy nie wiedzą jednak, gdzie satelita wszedł do atmosfery. Nie wiadomo także czy ktokolwiek ucierpiał, choć sami naukowcy zaznaczają, że jest to mało prawdopodobne.

Fragmenty, lecące w kierunku naszej planety z prędkością 28 tysięcy kilometrów na godzinę, mogły runąć na Ziemię w pasie około 80 kilometrów.

Wystrzelony w 1990 r. satelita ROSAT, poza obserwacją czarnych dziur i gwiazd neutronowych, wykonał pierwsze kompleksowe poszukiwania źródeł promieniowania rentgenowskiego we Wszechświecie. (Onet.pl)

* * *

No i super. Już kolejny satelita spada na Ziemię i to nie wiedzieć, gdzie. Najgorsze jest to, że do końca nie da się przewidzieć miejsca jego spadku, a co za tym idzie – nie można przeprowadzić ewakuacji ludności czy prób rozwalenia co większych odłamków lecących ku powierzchni Ziemi i zagrażających jej mieszkańcom.

Jak już niejednokrotnie pisałem na tym blogu i w moich pracach – mamy tutaj do czynienia z nieodpowiedzialnością człowieka. ROSAT nie miał na pokładzie urządzeń jądrowych, ale tak czy owak jego spadek stwarzał pokreślone zagrożenie dla pojazdów latających w atmosferze Ziemi. Trafienie samolotu płonącym odłamkiem satelity acz mało prawdopodobne, może się jednak zdarzyć, jak każde wydarzenie którego prawdopodobieństwo jest wyższe od zera… I kto wie, czy niektóre tajemnicze katastrofy lotnicze nie zostały spowodowane przez szczątki satelitów czy choćby meteoryty? To akurat jest możliwe. Proszę nie zapominać, że mamy do czynienia nie tylko z satelitami cywilnymi i zarejestrowanymi, ale nade wszystko z satelitami wojskowymi, szpiegowskimi, ostrzegawczymi i rozpoznawczymi, które są poza jakąkolwiek rejestracją i latają poza wszelkimi rozkładami. I te są najbardziej niebezpieczne choćby dlatego, że nie wiadomo co mogą mieć na pokładzie…

Do tego tematu jeszcze wrócimy w kontekście katastrof lotniczych w latach 90. XX wieku i rzadkich zjawisk meteorologicznych. 

wtorek, 25 października 2011

„CZERWONA KSIĘGA DLA WSZYSTKICH”...



Wiktor Golikow


Materiał ten pojawił się na łamach rosyjskiego magazynu „Smiena” w dniu 26 lipca 2002 roku, i dotyczy 90. rocznicy urodzin rosyjskiego podróżnika, naturalisty, entomologa, doktora nauk biologicznych, profesora zoologii Pawła Justinowicza Marikowskiego.

Człowiek ów całe swoje dorosłe życie poświęcił badaniu otaczającego nas świata i popularyzacji wiedzy o nim. Jest on autorem ponad 150 artykułów naukowych, dwóch monografii,, spod jego pióra wyszło ponad 70 książek na temat zwierząt Azji Środkowej i Kazachstanu, zaś u wielu kolekcjonerów można znaleźć niemal 300 obrazów namalowanych przez tego renesansowego człowieka.

Cały swój wolny czas Paweł Justinowicz poświęca na podróże, wiele fotografuje, rysuje i sporządza szkice przyszłych książek. Oczywiście na temat życia zwierząt, w których zamieszcza swe doniosłe spostrzeżenia. To właśnie on odkrył fantastyczne właściwości azjatyckiego specyfiku mumio – niezwykle silnego biologicznego stymulatora, to on zbadał mechanizm jego działania na organizm człowieka i zajmuje się opracowaniem specjalnego katalizatora do mumio, który jeszcze bardziej wzmocniłby działanie tego naturalnego leku.

Poza tym zajmuje się on walka z kłusownictwem i przemytem zwierząt, poświęcił temu ponad 350 gazetowych artykułów. W roku 1997 wyszła na światło dzienne jego książka pt. „One mogą zniknąć” i drugie już wydanie „Czerwonej Księgi dla wszystkich”. Szerokość jego zainteresowań naukowych i pozanaukowych jest imponująca, co frustruje jego kolegów-naukowców. Opowiemy tutaj o niektórych tajemnicach archeologii, z jakimi się on zetknął podróżując po  Azji.

Czym są petroglify?

Rozumiejąc, że rysunek czy fotografia na papierze nie dają człowiekowi całej gamy doznań, które może on przeżyć, Paweł Justinowicz kopiuje petroglify na... płytach kamiennych! I posiada on unikalną, jedyną w swym rodzaju kolekcję petroglifów, która liczy sobie w dniu dzisiejszym ponad 500 egzemplarzy.

Wiosną br. w Rosyjskim Towarzystwie Geograficznym eksponowano tą kolekcję. A takich eksponatów nie było i nie ma w żadnym z muzeów świata. Tak zatem wystawę eksponatów prof. Marikowskiego zestawiono tylko z najciekawszych rysunków znalezionych i skopiowanych w czasie 50 lat jego podróży.

Tajemnice przeszłości – na dłoni

Wszystkiego znaleziono i przebadano około 60.000 petroglifów – rysunków naskalnych, z których przerysowano i sfotografowano przeszło 1.500. W kolekcji znajdują się eksponaty, wykute młotkiem w płytach kamiennych, które są mniejsze o 1/3 od naturalnych wymiarów oryginałów. Na odwrotnej stronie każdej płytki znajduje się naklejona etykieta z dokładnym opisem rysunku, przybliżonym datowaniem i miejscem znalezienia.    

Niemało interesujących rzeczy znaleźliby na tej wystawie i archeolodzy, bowiem niektóre interpretacje petroglifów mogą okazać się niezwykłymi.

Naskalne rysunki jakimi one są

Ze względu na technikę wykonania, rysunki te można podzielić na trzy grupy:
v    Figuralne – kiedy zwierzęta są przedstawione pełnymi sylwetkami;
v    Konturowe – kiedy zwierzęta są narysowane tylko przy użyciu linii konturowej;
v    Szkieletowe – wykonane z linii, które jakby obrazują szkielet zwierzęcia.
Godzi się wspomnieć, że są tam rysunki stosunkowo niedawne – wykonane jakimś ostrzem z żelaza. Szacuje się, że najstarszy rysunek sylwetkowo-konturowy został stworzony w okresie pomiędzy VI a XII w. n.e. – na co wskazuje styl wykonania i stopień zwietrzenia skały.

Ze względu na kompozycję, rysunki można podzielić na pojedyncze – jest ich zdecydowana większość, i wielofigurowe – składające się z wielu elementów. Nierzadkimi są rysunki zbiorowe, kiedy to na jednej powierzchni kamienia znajdowało się wiele rysunków wykonanych przez niejednego autora, przy czym oddzielały ich nie tylko wieki, ale nawet tysiąclecia.

Zagadki dawnych rysowników

W tej galerii znajdują się także wyobrażenia zwierząt, które znikły z oblicza Ziemi. I tak jest tam np. tur, krótkorogi bizon, wielkogłowy koń – który zamieszkiwał w środkowym Kazachstanie, a także ginący już gatunek konia Przewalskiego, który jeszcze zamieszkuje Kazachstan i Mongolię oraz dziki wielbłąd. Wiele zwierząt było nieznanych na terytorium Kazachstanu nawet paleontologom i pierwsze wieści o nich zostały opublikowane przez naszego Jubilata, co spotkało się z powszechnym niedowierzaniem.

Pokazano tam również znalezione wizerunki dzikiego „śnieżnego” człowieka – Yeti, czy jak kto woli Ałmasa (Ałmastnego)[1]. Wcześniej nikt nie znalazł jego rysunków. To zagadkowe stworzenie jest gatunkiem zanikającym i może stać się kolejną nierozwiązaną zagadką zoologii i to z winy świata nauki. Wszystkie wizerunki podkreślają jego wielkie rozmiary, a niekiedy jego charakterystyczne cechy: ostry wierzchołek ciemienia i długie ręce. I jeszcze to, że na rysunkach Yeti widać wyraźnie, że jego ręce mają po pięć palców u rąk, zaś wszystkie mitologiczne stworzenia mają na rysunkach cztery a czasem nawet trzy palce u rąk czy przednich łap.

Co nam mówi gwiazdozbiór Plejad?

Górskie barany, a szczególnie koziorożce niejednokrotnie są rysowane na skałach i ich wizerunki mają wielkie rozmiary. Na jednym z rysunków takiego koziorożca był uwidoczniony – nie wiedzieć czemu – rysunek gromady gwiezdnej Plejad. Rysunki te liczą sobie co najmniej 4.000 lat! Trzy następne znaleziska tego rodzaju uprawdopodobniły tą małą sensację. Dlaczego akurat Plejady?! Odpowiedź znają dawne i współczesne koczownicze, ale już odchodzące w przeszłość narody i Kazachowie. Niebo dla nich było wyobrażeniem świata i dlatego właśnie, by je przedstawić na Ziemi budowano kurhany i inne budowle megalityczne, które służyły im, jako prymitywne obserwatoria astronomiczne do wyznaczanie punktów równonocy i przesileń.[2] [...] Poza wizerunkami Słońca i Księżyca na malowidłach naskalnych widoczne są także Wielka i Mała Niedźwiedzica, Gwiazda Polarna. [...] Najważniejsza asocjacja gwiezdna Plejad znajduje się w konstelacji Byka, i są one znane wszystkim narodom z naszej przeszłości. Były one   t r z e c i m   najważniejszym światłem niebieskim po Słońcu i Księżycu, mimo swej niepozorności. Według nich ustanawiano dawne kalendarze.

Alibi dla Marka Polo

A teraz będzie o niektórych znaleziskach, które dotyczą relacji średniowiecznego podróżnika Marka Polo, w które wcześniej nikt nie wierzył.[3] Jak opisuje to Marko Polo – władca Mongolii Chiubilaj (Kubłaj) Chan lubił jeździć na polowania z liczną świtą na miejsca, gdzie przebywały dzikie zwierzęta. W tym ogromnym polowaniu uczestniczyły lamparty. W to nie uwierzył żaden myśliwy czy zoolog – wszak tresura tego dzikiego kota jest po prostu niemożliwa! Na jednym z rysunków znalezionym w górach Czułak (zachodnia część Dżungarskiego Ałatau) widać trzech uzbrojonych w kusze (!!!) myśliwych podchodzących koziorożce. Jeden z nich prowadzi lamparta na smyczy, a za nimi znajduje się jeszcze jeden, który idzie swobodnie, jak pies bez smyczy, kagańca i obroży! NB, jeszcze do niedawna sądziło się, że kusza była czysto europejską bronią!...

Dalej Marko Polo opowiada, jak w pewnej miejscowości Bagdaszanu do polowań żywa się ogromne i silne psy. Wyobrażenie takiego wielkiego psa zagryzającego górskiego barana znajduje się na rysunku w pewnym Uroczysku Tamgałytas w Czuilijskich Górach. Psy te miały silnie zakręcone ogony i krótką sierść. Dwa inne takie psy, które powalają dzikiego konia i tura – już wymarłego ssaka – znaleziono w zachodniej części pogórza Dżungarskiego Ałatau.

Anteny i dinozaury?!

Uwagę przyciąga rysunek dwóch siedzących ludzi, z głów i szyj których wysuwają się jakieś dziwne elementy przypominające jako żywo... anteny!

Fantastyczny i nierealny rysunek sylwetek zwierząt bardzo podobnych do dinozaurów – a konkretnie diplodoków (vide foto), które (podobno???) wymarły wiele milionów lat temu i podobnych do żyjącego gdzieś w głębinach jednego z jezior w Zachodniej Europie potwora o nazwie Nessie.[4]

Zawodowy artysta-malarz czy chociażby miłośnik lub znawca malarstwa od razu uchwyci piękno przestawionych na tych rysunkach i malunkach istot żywych, ich pozy, dynamikę i naturalność.

Rysunki naskalne, w które jest tak bogata Centralna Azja i Kazachstan, są – niestety – niedostępne dla szerokiego kręgu miłośników sztuki i uczonych. To, co nam udało się zobaczyć i o czym opowiedział nam Paweł Marikowskij – jest jedynie minimalną częścią tego pomnika, pozostającego na kamieniach pod odkrytym niebem, postawionego przez malarzy z dawno minionej przeszłości.

---oooOooo---

Rysunki jak rysunki – historia archeologii zna lepsze i gorsze, ale dla mnie najbardziej szokujące są dinozaury pasące się obok zupełnie współczesnych zwierząt. Czyżby żyły one zaledwie kilka tysięcy lat temu w Azji Środkowej? A może było inaczej?

Mogło być tak, że wiedza o nich przetrwała w pamięci ludzi, którzy przekazywali ja sobie z ojca na syna od czasów zagłady platońskiej Atlantydy i Atlantyki?

Spójrzmy na zdjęcie tego rysunku. Kiedy nań patrzyłem, to przypomniały mi się natychmiast rysunki na kamieniach z Ica czy figurki z Acambaro. Identyczna maniera malarska czy rzeźbiarska. Czyż nie mogły one wyjść spod dłut i pędzli potomków ludzi, którzy kiedyś mówili jednym językiem, posługiwali się jednym pismem i potrafili wskrzeszać zwierzęta żyjące przed 65 milionami lat? Uważam, że tak.

Jest jeszcze jedna parantela – tym razem literacka. Kiedy byłem uczniem I klasy szkoły podstawowej, to nasz bibliotekarz, nie wiedzieć czemu, polecił mi do przeczytania książkę znanego radzieckiego geologa, paleontologa i pisarza prof. Iwana Jefriemowa pt. „Gwiezdne okręty”. Ta stara nowela – wydana u nas w 1949 roku – mówi o naukowcach, którzy odkryli kości dinozaurów uszkodzone w niezwykły sposób. Zwierzęta te zostały zabite jakąś potężną bronią zanim na Ziemi pojawił się człowiek, a zatem musiały to być inne Istoty z gwiazd... Potem wracałem do tej noweli niejednokrotnie i zastanawiałem się, co dało prof. Jefriemowowi impuls do napisania tego utworu? Teraz już chyba wiem – być może włócząc się po Azji prof. Jefriemow natknął się na rysunki dinozaurów sprzed tysięcy lat i to go natchnęło? A może znalazł dziwnie uszkodzone kości wielkich gadów i nie mógł opublikować swego odkrycia inaczej, jak pod płaszczykiem noweli fantastyczno-naukowej?
   
Wracając do tematu, to uważam, że powinno się poszukać podobnych rysunków także i u nas, w Polsce, gdzie mogły się zachować w jaskiniach i szczelinach skalnych gór takich, jak Góry Sowie – jedne z najstarszych na kontynencie, liczące sobie 2 GA lat, czy Góry Świętokrzyskie – powstałe ponad pół miliarda lat temu. Dlaczego tam? Dlatego, że nikt takich rysunków nie szukał, bo się ich nie spodziewał. A jeżeli nawet znalazł, to nie uwierzył w informacje, które niosły... Myślę, że poszukać trzeba i warto.

Z tym, że potem trzeba będzie historię naszej planety napisać od nowa...

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Tak nazywa się Yeti w Mongolii i azjatyckich republikach byłego ZSRR. 
[2] Por. Sir Brinsley le Poer-Trench (Lord of Clancarty) – „Men Among Mankind”, Londyn 1962 i „Operation Earth”, Londyn 1976.
[3] Zob. Marco Polo - „Opisanie świata”, Warszawa.
[4] Jest to jezioro Loch Ness w Szkocji.

poniedziałek, 24 października 2011

ANOMALIA: Kręgi na polach i Stonehenge-2?...

Syberyjskie Stonehenge?






Stonehenge (Foto - Marzena Sieńska)


Dimitrij Pisarenko

Na temat zagadkowych kręgów na polach pszenicy słyszeli właściwie wszyscy. Koordynator towarzystwa naukowego KOSMOPOISK Wadim Czernobrow twierdzi, że: My uważamy tą sprawę za istotny cud. Jest ona dziwniejsza, niż UFO, poltergeist i uroczyska jeziora Brosno[1] razem wzięte. A oto wywiad przeprowadzony z nim, który zamieszczono na łamach magazynu „Argumenty i Fakty” nr 47 i 48/2003:

Idealne „płótno”.

Pytanie: Pierwsze doniesienia o kręgach na polach pojawiły się w latach 70. XX wieku, i prawdziwym „rozsadnikiem” tych agroformacji stała się Anglia, a dokładniej hrabstwo Hampshire. W czasie jednego tylko sezonu, w tych miejscach pojawiło się setki agroformacji. Dlaczego właśnie tam?
Odpowiedź: Anglicy mają manię na punkcie odnotowywania i klasyfikacji wszystkich anomalii. Wiemy, jak oni lubują się w swoich opowieściach o duchach, dlatego też ich prasa poświęca wiele miejsca wszystkiemu, co jest zagadkowe. I tak podliczono, że w 1987 roku w Anglii pojawiło się 47 agrosymboli, w 1988 – 98, zaś w 1989 – ponad 400, itd. W Rosji najwcześniejsze znaleziska agroformacji też sięgają lat 70. XX wieku, kiedy pojawiły się one na Północnym Kaukazie.
P.: Proszę przedstawić w dwóch słowach ten fenomen.
O.: Mamy do czynienia ze zjawiskiem, które z niewyjaśnionej dotychczas przyczyny, manifestuje się na pszenicznych polach (chociaż w 10-15% także na polach owsa, jęczmienia czy zwykłej trawy) pozostawiając tajemnicze kręgi zbożowe, proste linie albo piktogramy. Źdźbła zboża są ułożone równiutko na ziemi, obok siebie, najczęściej w kierunku ruchu wskazówek zegara. A najważniejsze jest to, że one są ŻYWE! Te agroformacje nie skoszone kosiarką czy kombajnem wciąż rosną. Wygląda na to, że agrosymbole wykonano jednym pociągnięciem pędzla, jednym ruchem zagadkowego mechanizmu. Naoczni świadkowie opowiadają, że agroformacje pojawiają się bezszmerowo i bardzo szybko – w ciągu około 10 sekund.
Przebadaliśmy 64 agroformacje na terytorium Rosji. Najwięcej z nich pojawiło się w Krasnodarskim Kraju. Zwraca na siebie uwagę to, że – po pierwsze – miejscowi łączą ich pojawienie się z UFO i niepojętym świeceniem powietrza nad polami. Po drugie – u nas sezon na kręgi trwa dłużej, bo od połowy czerwca, kiedy to agroformacje pojawiają się w Krasnodarskim Kraju – zazwyczaj razem z drogami. W lipcu pojawiają się na północnym obszarze – od Kurska do Wołgogradskiej Obłasti. Natomiast w końcu sierpnia na pasie, który ciągnie się przez całą Rosję – od Witebska do Tomska. I wreszcie, na koniec, we wrześniu – to okres pojawiania się agrosymboli w rejonie Pitra.[2] Im bardziej na północ, tym trudniej zauważyć ten fenomen. Agroformacje mogą pojawiać się na dowolnych podłożach – ziemi czy śniegu – i w dowolnej porze roku, ale pszenica jest idealnym „płótnem” dla tych obrazów.

Nawet jeżyki...

P.: A ile naliczyliście fałszywek? Znany jest przecież fakt, że dwóch angielskich emerytów przyznało się do tego, iż to oni fabrykowali kręgi zbożowe na polach Hampshire.
O.: Tak – przy pomocy sznurka i deseczek... Sceptycyzm jest tu uzasadniony i może wytłumaczyć jeden czy drugi incydent. Ale nie wytłumaczy on całości fenomenu. Dokładnie zbadałem, jak ułożone są źdźbła traw czy zbóż w „naszych” kręgach. Jestem absolutnie przekonany: ludzie nie posiadają technologii do tak starannego wykonania tego. Oczywiście można źdźbło ogrzać przy pomocy pary, promieniowania termicznego, zasuszyć, przygiąć i ułożyć. Ale będzie ono martwe, zwarzone, ugotowane. A w agroformacjach źdźbła są żywe, nie nadłamane i leżą równo obok siebie.
P.: A teraz przejdźmy do hipotez.
O.: Nie chcę dopuszczać się profanacji i powiedzieć, że agrosymbole, to pozdrowienia od naszych Rozumnych Braci z Alfy Centaura. Jasnym jest tylko to, że to nie są tańce godowe jeży (była taka hipoteza!), nie wichry czy mikro-tornado. Pojawiła się jeszcze hipoteza, że to jest wynik działalności kłosów „rozumnej pszenicy”, co ma na celu wymianę informacji z otoczeniem. Dla nas jest najważniejszym – zebranie jak najwięcej informacji na temat kręgów. Fragmentaryczne dane tutaj nie pomogą. Rozszyfrować ten fenomen można tylko zbierając dane, obserwując i analizując go w całości.
P.: A co? Czy już rysuje się jakiś system?
O: Tak. I dla czytelników „AiF” będzie to ekskluzywna informacja. Otóż mamy pięć pasów o szerokości około 100 km, które ciągną się z Kubania na Ukrainę, z Wołgogradskoj Obłasti do Kurskoj Obłasti; nie są one do siebie równoległe, chociaż proste jak strzelił. One ciągną się na tysiące kilometrów i przecinają w południowej Anglii, gdzie znajduje się znane na cały świat Stonehenge. Można uruchomić wyobraźnię i założyć, że to tajemnicze, kamienne sanktuarium generuje agroformacje albo służy podając namiary dla UFO. Ale to wszystko może być dziełem przypadku.
Ale to jeszcze nie wszystko. Część agrosymboli nie mieści się w tych pięciu pasach. Ale widać gołym okiem, że tworzą one pasy, które z kolei ciągną się z południa na północ i schodzą się w jednym punkcie w Republice Komi. Na mapie jest to absolutnie zabite dechami miejsce w tundrze – setki kilometrów do najbliższej cywilizacji. Latem dotarła tam ekipa zwiadowcza KOSMOPOISK-u i rozpytała miejscowych. To, czegośmy się tam dowiedzieli, zatrzęsło nami. Wedle ich słów i tamtejszych legend, gdzieś tam głęboko w tundrze znajduje się sanktuarium złożone z 15 ogromnych kamieni. Każdy z nich ma 7 m wysokości i stoją one w kręgu. Pokryte one są mchem, a obok nich – też omszałe – stoją mniejsze kamienie. Jak widać, w przyszłym roku trzeba tam obowiązkowo pojechać. To może nas przybliżyć do rozwiązania zagadki agroformacji na polach...
P.: Gdzie i kiedy odnotowano w Rosji pojawienie się agroformacji i co w nich jest takiego zagadkowego?
O.: Kronika pojawiania się agrosymboli na polach Rosji jeszcze się pisze. Jeżeli idzie o ilość, to zaczęliśmy doganiać kraje Zachodu – chociaż do takiej Anglii, to nam jeszcze daleko. Tam w czasie jednego sezonu może pojawić się do 500 agroznaków, a u nas około 20...
Jedno z pierwszych świadectw obecności na rosyjskiej ziemi agrosymboli pochodzi od Emila Baczurina – odkrywcy Permskiej Strefy Anomalnej. Jesienią 1983 roku, zauważył on w lesie koło osady Mołebka niebieskawe świecenie w kształcie półsfery. Potem na granicy lasu znalazł on krąg wygniecionej dziwnie trawy i zmierzył jego średnicę – 62 metry. W czerwcu 1996 roku, pojawił się cały piktogram w kształcie trzech koncentrycznych kół pojawił się na polu przy drodze wylotowej z miasta Nowokubańsk w Krasnodarskim Kraju. Miejscowi odnieśli się do tego fenomenu, jak do carskiego prezentu. Tam zatrzymywały się nawet weselne orszaki, by młodzi nie cierpieli z niedostatku. Ale rekordowym dla Rosji (i Anglii też) był rok 1999.

I po co to?

P.: Jest pan jednym z tych, którzy badali kręgi na polach. Czymże zdumiewa ten fenomen przy bliższym badaniu?
O.: Przede wszystkim swoimi rozmiarami i swoim artyzmem wykonania. Jak już tu mówiłem, ludzie nie posiadają takiej technologii, która umożliwiałaby im wykonanie takich agroformacji tak czysto i dokładnie. Byłaby to arcyzłożona z technologicznego punktu widzenia i bardzo droga procedura. Gdyby Bill Gates, czy jeszcze ktoś z takimi środkami finansowymi, chciał powtórzyć taki wyczyn, to pochłonęłoby to mnóstwo pieniędzy. Zakładając, że mamy taką technologię i środki na jej wykorzystanie musimy zadać jeszcze jedno – kluczowe – pytanie: i po co to wszystko?
P.: Biofizyk dr Paweł Połunian z Krasnojarska twierdzi, że agroformacje na polach rysują co bogatsze korporacje świata. Ich celem jest zrobienie ogólnoświatowego show na temat Przybyszów z Kosmosu. W szczytowym momencie akcje wysoko-technologicznych kompanii spadną (a na co one potrzebne, kiedy istnieje wyżej rozwinięta cywilizacja?!), i wąski krąg wtajemniczonych wyciągnie ogromne zyski na wahnięciach kursów giełdowych?
O.: Oczywiście, póki nie ma rozwiązania zagadki tego fenomenu, wszystkie hipotezy są równoprawne. Nawet królowa angielska obiecała nagrodę w wysokości 500.000 GBP temu, kto rozwiąże zagadkę powstawania kręgów na polach. I te pieniądze do dziś dnia nie zostały nikomu wypłacone...

Drugi etap.

P.: Mówił pan, że część rosyjskich agrosymboli znajduje się w pasmach, które schodzą się w jednym punkcie w Republice Komi. To właśnie tam znajdować się ma tajemnicze, kamienne sanktuarium, podobne do angielskiego Stonehenge. Czy macie jakieś informacje o tym miejscu?
O.: Tak, to właśnie swego czasu tam próbowano poszukiwać Człowieka Śniegu. W czasach ZSRR jasnowidze przekazali informację zoologom, że nasz Yeti zamieszkuje właśnie w tych rejonach Arktyki, ale na spotkanie z nim mógł pójść tylko jeden człowiek. I znalazł się taki śmiałek – Władimir Puszkariew. Jesienią 1978 roku on poszedł tam... i już nie wrócił. Ekspedycja, która poszła w ślad za nim, znalazła tylko pusty namiot. Nie znaleziono śladów walki, ale samego człowieka też nie znaleziono. Ani jego zwłok...
Miejscowi nie tylko opowiadają o tajemniczym kamiennym sanktuarium w tundrze, oni twierdzą, że w tamtym rejonie bardzo często, a nawet częściej, niż w Krasnodarskim Kraju, znajdują się kręgi w polach. Tylko, że tam nie rośnie pszenica, a na śniegu czy gołej ziemi albo na mchach one długo nie uchowają się.
P.: My tutaj mówimy o kręgach, a przecież ostatnimi laty na polach pojawiają się coraz bardziej złożone agroformacje – piktogramy. Szczególnie w Anglii – ostatnio pojawił się tam rysunek wyobrażający Układ Słoneczny, zaś w innym przypadku na polu pszenicy pojawiła się ogromna twarz humanoida...
O.: Jest czymś bezsensownym interpretować tylko jeden rysunek, tajemnicę tą można rozwiązać tylko dysponując całościową wiedzą o niej. Jak dotąd, to ani w Anglii, ani w Rosji czy w innym kraju, nie odnotowano pojawienia się identycznego piktogramu, oczywiście poza pojawianiem się klasycznych kręgów bez żadnych dodatków. Wynikałoby z tego, że rysunki nie są jakimś szczególnym swoistym „alfabetem”, według którego „z góry” dyktują nam jakiś konkretny tekst.
Nie patrząc na ogromną różnorodność kształtów, pojawiają się jednak wspólne cechy i tendencje. I tak, do roku 1996, na naszych polach pojawiały się kręgi i elipsy. Potem nastał czas bardziej złożonych rysunków – kompozycji z kręgów i linii. Potem rysunki stały się jeszcze bardziej złożone – przy czym linie proste stały się krótsze, zaś krzywe – dłuższe. Powiedziałbym zatem, że Rosja teraz znajduje się na drugim etapie przejawiania się tego fenomenu, zaś Anglia na trzecim. Tam na polach znajdują się już prostokątne obrazy, które przypominają ekran telewizora.
Co będzie dalej, jakie jeszcze rysunki pojawią się na naszych polach, co jeszcze pokażą Ludzkości ich nieznani Twórcy – jest nadzwyczaj interesujące...
W następnych numerach „AiF” Wadim Czernobrow będzie opowiadał o zagadkowych podziemnych miastach, o losie „Kysztymskiego karła” Alieszenki i o najbardziej anomalnych miejscach w Rosji.

---oooOooo---

Jak widać, wywiad z Wadimem Czarnobrowem wskazuje na to, że istnieje gdzieś w głębi rosyjskiej Arktyki zapomniane sanktuarium na miarę Stonehenge. Ile w tym prawdy – nie wiem. Będę śledził tą historię, na łamach „AiF” oraz w Internecie.
Jeżeli jest ona prawdziwa, to oznaczałoby, że podręczniki historii należy dać na przemiał i napisać je de novo – ab ovo... Byłby to zatem kolejny dowód na to, że istniała potężna cywilizacja-matka, której ślady pozostały w legendach i potężnej megalitycznej architekturze. Ciekawy jest związek pomiędzy agroformacjami a znajdywanymi artefaktami świadczącymi o bytności ludzi przed tysiącami lat na tych terenach. Reguła ta sprawdza się doskonale także w naszym kraju – że wspomnę tylko odkrycia w Wylatowie i innych miejscach, gdzie pojawiały się agrosymbole.
Istnieje jednak potężny argument „kontra”, który podważa całe to rozumowanie. Otóż ta część świata leży już w Arktyce, która od 35 mln lat wysyłała do Europy, Azji i Ameryki Północnej gigantyczne masy lodu – i to co najmniej dwadzieścia razy, z czego cztery w ciągu ostatniego miliona lat. Ostatnie zlodowacenie miało miejsce 12.000 lat temu, a zatem sanktuarium to może sobie liczyć tylko tyle i nie więcej. Wcześniej była tam tylko gigantyczna czasza lodowa gruba na kilometr... Tak czy owak, odkrycie takiego sanktuarium – takiego Stonehenge-2 – stanowiłoby przewrót w naszych pojęciach o historii Homo sapiens sapiens na planecie Ziemia.

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz © –


[1] Chodzi o Swiatłojar Oziero o którym pisano na łamach „AiF” nr 44 i 46/2003, mój przekład tego artykułu będzie dostępny na tym blogu.
[2] Sankt Petersburga – przyp. tłum.

niedziela, 23 października 2011

TAJEMNICA CHIROTERIUM








Niejednokrotnie zadawałem sobie pytanie: czy na Ziemi przed nami ktoś już był? Jeżeli tak, to czy byli to Przybysze z gwiazd czy może istniała jakaś tajemnicza ziemska cywilizacja, która zbudowała piramidy w Egipcie, Ameryce i Dalekim Wschodzie, wzniosła gigantyczne kamienne figury na Wyspie Wielkanocnej czy płaskowyżu Marcahuasi? Itd. itp. A może ktoś był już tutaj dawniej, zanim w ogóle pojawiły się ssaki człekokształtne - jeszcze w średniowieczu Ziemi - Erze Mezozoicznej?...

Znany radziecki pisarz i paleontolog prof. Iwan A. Jefriemow napisał onegdaj nowelę pt. „Gwiezdne okręty”, w której radzieccy i chińscy uczeni odkrywają kości zabitych dinozaurów sprzed około 100 mln lat. Tak właśnie - zabitych jakąś potężną bronią, która była w stanie unieszkodliwić te poruszające się szybko stałocieplne góry stalowych mięśni, potężnych zębów i ostrych, szablastych pazurów... Przeczytałem tą nowelę w szóstej klasie szkoły podstawowej i od tego czasu zainteresowałem się paleontologią oraz... astronomią z astronautyką i fizyką jądrową. Dzięki temu wpadła mi w ręce kolejna książka autorstwa Daniela Jarząbka pt. „Zaginione krajobrazy”, w której zaprezentowana była najświeższa wiedza paleontologów, paleobotaników i paleozoologów z końca lat 50. i początku lat 60. XX wieku. Wtedy to była jeszcze literatura „na topie”. I właśnie tam znalazłem rozdział, który traktował o tajemniczym zwierzęciu zwanym chiroterium - Cheirotherium - czyli „zwierzę z rękami”.

Jak dotąd, paleontologom nie udało się wydobyć szkieletu tego tajemniczego stworzenia, którego tropy (patrz il. 1 i 2) znaleziono w warstwach Środkowego Triasu liczących sobie - bagatela! - 200 mln lat, na terenie kilku krajów Europy Zachodniej. Jest to jeden z najciekawszych problemów paleontologii! Analiza śladów wskazuje na pierwszą osobliwość tych łap czy rąk, które je zostawiły - a mianowicie: dłonie chiroterium stanowią lustrzane odbicie naszych - ludzkich - dłoni i dłoni wszystkich Naczelnych. To, co na odciskach śladów bierzemy za kciuk, czyli I palec dłoni, w przypadku chiroterium jest palcem V czyli naszym małym! Oznacza to, że łapa (ręka) chiroterium nie ma niczego wspólnego z naszymi czy małpimi dłońmi! Powiem więcej - nie ma niczego wspólnego z jakimkolwiek innym ziemskim żywym organizmem! Taka konstrukcja jest w ogóle nieznana i nie stosowana przez Naturę na naszej planecie! A jednak odciski rąk chiroterium pozostały na piaskach i iłach, które potem kamieniały przez 200 mln lat i dzisiaj je można podziwiać m.in. w warszawskim Muzeum Ziemi...

Na podstawie śladów, uczonym udało się sporządzić komputerowy model tej istoty - patrz il. 3. Nie jest to pierwsza próba rekonstrukcji, jako że już w XIX wieku europejscy paleontolodzy usiłowali takową sporządzić - na dowód przytaczam tutaj ilustrację z niemieckiego dzieła dr G. S. von Schuberta pt. „Geologie, Mineralreich u. Paläontologie bei Dr. U. Kenngott, Dr. F. Rolle“ (wydanie III; Stuttgart, 1888) - vide il. 4. Jak widać, znacznie różnią się one od siebie. Zresztą nie ma co się dziwić - dzieli je w czasie niemal całe stulecie...

I cóż widzimy? Widzimy istotę o długości ciała około 2-2,5 m, gadzim pysku i ogonie, lekkiej budowie ciała i niewielkiej główce. Ot, taki kangur z Triasu. No właśnie - na ilustracji w niemieckiej książce nie ma ono ogona, bo nie stwierdzono jego śladów przy śladach łap. Ogon ta istota być może miała, ale nie dotykał on ziemi, a był jedynie przeciwwagą dla przodu ciała. Dokładnie tak, jak w przypadku tyranozaurów, iguanodonów, allozaurów, dryozaurów, oviraptorów, velociraptorów czy llaelynozaurów, które poruszały się na dwóch tylnych nogach. Obok ich śladów nigdy nie znaleziono śladów ogona, ale znalezione ich szkielety świadczą o tym, że wszystkie te gady swe ogony miały. A chiroterium? Może tak, a może nie. To możemy tylko przypuszczać, bo nie ma kompletnego szkieletu, który wykazałby to jednoznacznie...

No i te łapy. Może to był tylko jakiś wybryk ewolucji, pojedynczy ślepy traf, który spowodował takie a nie inne położenie nukleotydów i mutację dinozaura z pięcioma palcami. To jest w zasadzie możliwe. Rzecz w tym, że każda zmiana jest ewolucyjnie uzasadniona - zmiana menu pociąga za sobą zmiany w uzębieniu, zmiana środowiska pociąga za sobą zmiany w kończynach i sposobach oddychania, tak zatem i dla tej mutacji też musiałoby się znaleźć jakieś ewolucyjne uzasadnienie, ale jakie? Tego nie wiem...

Najnowsze encyklopedie multimedialne piszą o nich enigmatycznie, że są to gady z grupy gadów naczelnych - archozaurów Archosauria, znanych tylko ze swych śladów. Koniec, kropka, punkt. A przecież żyły one przez cały Trias, a to jest - proszę ja kogo - prawie 35 mln lat! Zresztą na jakiej podstawie twierdzi się, że były to gady? Ja tego akurat nie jestem pewien, a to dlatego, że w Triasie następuje burzliwy rozwój gadów ssakokształtnych - Theromorpha, Synapsyda, a zatem mógł to być jakiś gad ssakokształtny, a nie gad naczelny. Potem z nieznanych przyczyn wygasł w czasie Epizodu Wymierania na granicy z Jurą, podobne jak większość synapsidów, co utorowało drogę ewolucyjną dinozaurom i zapewniło ich panowanie na lądzie, w morzu i w powietrzu przez całą Jurę i Kredę do Trzeciego Epizodu Wielkiego Wymierania na granicy Kreda/Trzeciorzęd, co atoli jest sporną kwestią, jako że niektóre dinozaury mogły przeżyć impakt asteroidy śmierci i potem dożyć do pojawienia się człowieka, który je ostatecznie wykończył w czasie Epizodu Czwartego. A to oznacza, że historię Ziemi trzeba albo napisać od nowa, albo napisać do niej solidną (i długą) erratę!

Tajemnica chiroterium jest wciąż nierozwiązana i będzie taką dopóki, dopóty uczeni nie znajdą kompletnego szkieletu tej istoty w triasowym zapisie kopalnym. Tymczasem mamy prawo i obowiązek podejrzewać, że to tajemnicze „zwierzę z rękami” może mieć coś wspólnego ze starymi cywilizacjami na naszej planecie, po których wszelki ślad zaginął, a które pozostawiły po sobie monumentalne rzeźby stopniowo zacierane przez deszcze, wiatry i słońce tak, że w tej chwili są niemal nieczytelne.

* * *

A jednak i ta tajemnica została rozwiązana! Można się tylko cieszyć, że jeszcze raz Natura skapitulowała przed potęgą ludzkiego Rozumu! Chiroterium zostało znalezione, zrekonstruowane i wystawione na pokaz dla zwykłych zjadaczy chleba. Jego rekonstrukcja znajduje się obecnie w Muzeum w Starachowicach, a także w kilku Parkach Dinozaurów na terenie naszego kraju.

Ale czy wszystko jest jasne? Nie! Poszerzyliśmy jedynie obszar naszej niewiedzy o tej epoce i nadal nie wiemy, czy w tych ciepłokrwistych, gadzich głowach nie zatliły się zaczątki Rozumu, które przekreślił Kataklizm pod koniec Górnej Kredy. Jak na razie nie mamy na to żadnego dowodu, ale nie znaczy to, że taka możliwość nie istnieje. A zatem szukajmy, szukajmy i badajmy. Megakataklizm mógł je zabić, ale jakieś artefakty po Nich (o ile istnieli Dinozauroidzi) pozostać musiały! Tylko że my ich po prostu nie dostrzegamy i bierzemy je za coś naturalnego, a w gruncie rzeczy kiedyś były to formacje sztuczne, zbudowane przez gadzie inteligentne istoty…     

sobota, 22 października 2011

PEWNEGO PIĘKNEGO POPOŁUDNIA...









Jerzy Strzeja 

Pięknego popołudnia, latem 2000 r. wyruszyłem na poszukiwanie skamielin w nieczynnym kamieniołomie z okresu triasu datowanego na 213 – 248 mln. lat. Odwiedzam te kamieniołomy regularnie od kilku lat i chociaż są już od wielu lat nieczynne ciągle potrafią zaskoczyć jakimś cackiem. Wielokrotnie znajdowałem tam różne okazy triasowej fauny morskiej. Jednak często się zdarza, że okaz jest już mocno zerodowany. Niemniej zgromadziłem niezłą kolekcję, na którą składają się małże, liliowce, korale, fragmenty kości. Zdarza się, że znajduje się kompletne kręgi i żebra, prawdopodobnie plezjozaurów,  zdarzają  się ślady żerowania. Jak przystało na amatora mam wzrok wyostrzony na wszystkie możliwe formy. Gdy „odkryłem” te kamieniołomy kompletnie nie wiedziałem czego się można spodziewać. Wtedy byłem z geologii i paleontologii zupełnie zielony. Jednak parę lat praktyki eksploratorskiej spowodowały, że idąc na poszukiwania wiem z grubsza czego się można spodziewać. Tym razem jednak było inaczej. Wśród osuwiska kamieni znalazłem okaz z wyraźnym wgłębieniem śladu stopy człowieka. No, tak to przynajmniej wyglądało, choć nie powinno. Byłem przecież w kamieniołomie TRIASOWYM, a wtedy obecność człowieka była co najmniej nie na miejscu...

Złapałem za krawędź i podniosłem. „Ciężkie” – pomyślałem i uzupełniłem to spostrzeżenie paroma kwiatkami, które do druku się nie nadają. Tu wyjaśnienie: standardowo chodzę na poszukiwania bez młotka i dłuta. Doświadczenie nauczyło mnie, że nie warto. Natura deszczem bardzo ładnie preparuje okazy. Trzeba tylko brać „fant” we właściwym momencie. Skała wapienna jest bardzo wrażliwa na deszcz który wypłukuje okazy i mróz, który rozsadza strukturę skały odkrywając nowe jej tajemnice lub niszcząc nieodwracalnie ślady przeszłości. Gdy znajdzie się okaz na właściwym etapie obróbki mamy sukces. Młotek i dłuto biorę tylko wtedy, gdy wiem, że czeka na mnie okaz ukryty podczas poprzedniej wyprawy, na którym „coś” jest. Jednak ta skała była zbyt ciężka i trzeba to „coś” odkuć. Zawsze robię to z duszą na ramieniu bo nie trzeba wiele by piękny okaz diabli wzięli. Teraz miałem właśnie taki problem. Ten okaz wymagał radykalnego „odchudzenia”. Nawet nie usiłowałem go dźwignąć, tylko zarzucając bokami zataszczyłem w krzaki.

Kamieniołom służy miejscowej ludności za darmowy podręczny magazyn kamieni do ogródków skalnych. Szkoda by było, gdyby moje nowe „coś” zostało nieopatrznie pokawałkowane do przydomowego skalniaka. Zabrałem rower i pojechałem do domu. Postanowiłem, że ten „fant” czymkolwiek jest będzie ozdobą mojej kolekcji. Wracającego zobaczył mnie sąsiad. „Co tam nowego?” zagadnął. (Sąsiad wie o moim hobby.) „Ach” – stwierdziłem z możliwie beztroskim uśmiechem – „trafiła mi się noga człowieka w kamolu”. Myślę, że taką minę jak sąsiad, miał Niewierny Tomasz, gdy mu gadali o zmartwychwstaniu. „No to dalej, na co liczysz, dawaj po niego!” podjudził mnie do czynu. Był już wieczór i korciło mnie aby to „coś” wydobyć nazajutrz, jednak jego kpiący wzrok podziałał na mnie jak płachta na byka. „Dobra, za jakieś dwie godziny będę z powrotem.” Wziąłem plecak, sprzęt i zostawiłem go z jego wątpliwościami. Po przyjeździe na miejsce wytargałem kamol z krzaków i obejrzawszy go dokładnie zacząłem skuwać co zbędne. Skały w tym kamieniołomie bywają różnej twardości. Od takich, co można rzeźbić scyzorykiem, po takie co można je tłuc młotkiem ile wlezie, a one tylko dzwonią. Ta właśnie dzwoniła. Dobrze. jeśli idzie jakieś większe pęknięcie i można przewidzieć, co odpadnie. Ograniczyłem kucie do takiej właśnie linii pęknięcia, bojąc się, że jeden fałszywy ruch rozwali mi to cudo. Stratę jakiejś tam z kolei małży czy kości można zaryzykować, jednak tu miałem coś, co mi się nigdy nie przydarzyło znaleźć. Więc szansę powtórki oceniałem na bliską zeru. Załadowawszy zdobycz na grzbiet wygramoliłem się z kamieniołomu. Jak by nie było plecak załadowany sprzętem turystycznym nosi się wygodniej niż z kamolem o nieregularnym kształcie, a ciężar rośnie wprost proporcjonalnie do przebytej odległości.

Po przyjeździe (rowerem oczywiście) położyłem „fant” na trawniku i przy pomocy węża ogrodowego zmyłem resztki błota. Sąsiad zza płota zauważył te poczynania. Ja z kolei zauważyłem, że dołączył jego brat i obaj są w półdystansie opróżniania kufli z piwkiem. „Hmm..., zobaczymy czy niewielka ilość tego szlachetnego napitku wyostrza, czy przytępia zmysły” – pomyślałem i zaprosiłem obu do zapoznania się z bliska ze znaleziskiem. No cóż, obaj mieli lekki obłęd na obliczu. Wam, Czytelnicy, musi niestety wystarczyć zdjęcie. Szkoda, że nie widzę Waszej reakcji. „Co to jest? Wygląda groźnie!” - stwierdził jeden z nich. „To co widać” – odbiłem bawiąc się ich reakcją. „NO SERIO! CO TO JEST?” – chcieli wiedzieć. Wyłuszczyłem, że podobnie, lecz nie identycznie wyglądają ślady żerowania małży. Jednak małże wyrabiają charakterystyczne esy-floresy i ich ślady nie mają takich ostrych krawędzi. (Gdybym jednak musiał to „logicznie” wytłumaczyć wyszedłbym właśnie od tego). Jednak prawda może być inna.

Znalezisko pokazałem prof. Łukaszowi Karwowskiemu z Wydziału Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego i prof. Andrzejowi Grodzickiemu z Muzeum Geologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Pan Grodzicki był bardzo zainteresowany, zwłaszcza pozyskaniem tego eksponatu do zbiorów swego muzeum. Do jego przekazania nauce kusił mnie 300 letnią tradycją muzeum i wpisaniem mojego nazwiska do historii tego muzeum.

Obaj profesorowie zgodnie uważali, że jest to formacja przypadkiem powstała przy wietrzeniu skały. Być może poprzez nakreślenie przez „złośliwe” małże zarysu tego co widać. Ja zaś nie lubię słuchać o przypadkach. Życie na Ziemi też według uczonych powstało przypadkiem, statystycznie jednak rzecz biorąc jest to prawie niemożliwe, ale jest. Gdy jednak czytam na temat nieprawdopodobieństw przypadkowego powstania struktury DNA najprostszej formy życia szczypię się w różne części ciała nie wierząc (chwilowo) w swą egzystencję. Wprawdzie i moja wstępna diagnoza była podobna, uważam jednak, iż okaz jest na tyle fajny, że warto było pokazać go innym. Jednym z nich  był Robert Leśniakiewicz, który z kolei stwierdził, że to „coś” warto pokazać światu. To jemu zawdzięcza świat widok tych zdjęć. Ja przywykłem do spokoju, o co nie trudno, bez Internetu w domu.

Na koniec apel do wszystkich: patrzcie pod nogi! Czasami warto!

* * *

Oczywiście! Pan Jerzy Strzeja ma całkowitą rację.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy TEN OKAZ, to przyszło mi do głowy tajemnicze zwierzę zwane Chiroterium - dosłownie „zwierzę z rękami”, które jest znane uczonym z warstw Triasu. Rzecz w tym, że nigdy nie udało się znaleźć jego szkieletu, ba! - nawet pojedynczych kości! Tylko ślady i nic ponad ślady.

Ale nie, Chiroterium pozostawiało ślady podobne do odcisków ludzkich dłoni, tyle że obróconych o 180 stopni. Tutaj zaś wygląda to jak odcisk stopy i to ludzkiej. Ludzkie stopy w Triasie?

Niejednokrotnie odkrywano różne dziwne ślady w warstwach skalnych sprzed milionów lat. Najstarsze z nich pochodzą z Prekambru - sprzed jakichś 650 mln lat temu. Dr Miloš Jesenský badał ludzkie ślady sprzed 50-55 mln lat, a zatem z wczesnego Trzeciorzędu. Teraz ten ślad sprzed 230 mln lat... Szkoda tylko, że to coś nadepnęło piętą prawej nogi na ślad palców lewej i nie widać tego, ile palców ma ta stopa: trzy czy pięć? Jeżeli trzy, to ślad należy do gada, zaś jeżeli pięć, to... NB, odniosłem wrażenie, że coś takiego już kiedyś widziałem. Przejrzałem pliki graficzne w pamięci mojego komputera i...
...no i proszę - znalazłem trzy zdjęcia, które dostałem z Włoch, od naszych kolegów-ufologów. Pierwsze i drugie przedstawiają gipsowe odlewy tajemniczych śladów znalezionych przez wieśniaków i rybaków zamieszkałych nad rzeką Pad (Po), wykonane przez włoskich badaczy we wczesnych latach 90. ubiegłego stulecia! Trzecie zdjęcie przedstawia ich samych z rezultatami swych badań - są to dr Sebastiano di Gennaro, Alfredo Lissoni i Vittorio Crosa - wszyscy z Mediolanu. Badali oni doniesienia o lizzardmen widzianych wzdłuż biegu Padu. Ślady zazwyczaj były ostro wyciśnięte w piaskach i iłach rzecznych, a na dodatek lekko radioaktywne! I nader podobne do odcisku stopy znalezionego przez Jerzego Strzeję w jednym z górnośląskich kamieniołomów...

Jakie mogą być implikacje tego odkrycia? Albo mamy do czynienia z odciskiem stopy triasowego gada i oznaczałoby, że jakiś jego daleki potomek pałęta się na brzegach i pławi się w wodach włoskich rzek, karolińskich, florydzkich i georgiańskich bagien oraz kilku innych miejsc na kuli ziemskiej. Jeżeli zaś mamy do czynienia z odciskiem ludzkiej stopy - to oznaczałoby, że rodzaj ludzki jest o wiele starszy, niż to mówią uczeni, lub są to ślady stóp naszych dalekich potomków, którzy podróżując w czasie plażowali sobie na piaskach wybrzeży Oceanu Tetys... - prawdę rzekłszy, to osobiście nie wyobrażam sobie astronauty z innej planety, który biega sobie na bosaka po triasowych piaskach, chociaż oczywiście mogę się mylić. Nie ma mowy o jakichś „złośliwych” małżach, które dzięki swemu kaprysowi ułożyły się akurat w odcisk stopy czy łapy. Prawdopodobieństwo takiego właśnie ustawienia się małży istnieje, ale jest niesłychanie nikłe - prędzej wygrałbym w totka sześć razy pod rząd. Takie - pożal się Boże - „wyjaśnienie”, jakie podali ci uczeni dowodzi braku wyobraźni u tych skądinąd szacownych luminarzy nauki. Nie pierwsze to i nie ostatnie zarazem. Obawa przed losem Beringera paraliżuje u tych ludzi wolę odkrywania Nieznanego i dlatego racjonalistyczna nauka w tej chwili przypomina psa, który drepce w kółko usiłując pochwycić własny ogon...

* * *
       
 Te słowa napisałem na początku I dekady XXI wieku, a życie poszło do przodu. W tej chwili można sobie obejrzeć rekonstrukcję Chiroterium w Muzeum Przyrody i Techniki Ekomuzeum w Starachowicach – vide http://www.ekomuzeum.pl/?t=1 oraz w parkach jurajskich, których w tym kraju jest już 18. Jak się okazuje – jego szczątki znalezione zostały właśnie na terenie Polski – w Górach Świętokrzyskich!

Polska ma swe dinozaury, jak się okazuje, i choć nie tak spektakularne jak na innych kontynentach, to także ciekawych i godnych zobaczenia. Natomiast Włochom i Amerykanom nie udało się pochwycić „lizzardmena” czy „człowieka-jaszczura” znad Padu, co dla mnie stanowi kolejny dowód na prawdziwość hipotezy o związku tych UMH/UMA z przemieszczaniem się w czasie aparatów znanych nam pod pojęciem UFO – a co wyjaśniłem w mej pracy pt. „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011).