piątek, 23 listopada 2018

Incydent Vela: WBP czy powtórka z Tunguski (3)




Trudne decyzje. Całą sprawę natychmiast postanowiono utajnić. Ujawnienie incydentu mogło zaszkodzić wizerunkowi USA i administracji Jimmy’ego Cartera. Prezydent jesienią 1979 roku był jeszcze oddany idei odprężenia w relacjach ZSRR i dążył do redukcji arsenałów jądrowych oraz ograniczeniu rozprzestrzeniania się broni masowej zagłady. Trzy miesiące wcześniej podpisano porozumienie SALT II, które miało drastycznie zmniejszyć ilość broni strategicznej w wojskach USA i ZSRR. Dopiero w grudniu 1979 roku ZSRR rozpoczęły inwazję na Afganistan i Carter musiał porzucić „odprężenie”. Traktat SALT II nigdy nie wszedł w życie.

Jednak kilka miesięcy wcześniej prezydent trzymał się polityki rozbrojeniowej. W takiej sytuacji tajemnicza próba jądrowa, o której w USA nikt nic nie wiedział, stanowiła poważny cios w wizerunek władz. Sprawę w dalszym stopniu komplikowało to, że praktycznie od razu pierwszym podejrzanym stał się Izrael. Po obaleniu szacha w Iranie państwo żydowskie było wówczas jedynym silnym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie. Amerykanie już od końca lat 60. wiedzieli, że Izrael opracował broń jądrową. Jednak Tel Awiw utrzymywał całą sprawę w ścisłej tajemnicy, nawet przed USA. Nigdy nie zaobserwowano żadnej próby jądrowej w wykonaniu Izraelczyków, a przeprowadzenie jej na terenie ich małego państwa w sposób skryty nie było możliwe. Gdyby „Incydent VELA” powiązano z Izraelem, Carter stanąłby przed trudnym wyborem - ukarać silnego sojusznika, który był niezbędny do utrzymania pożądanej przez Amerykanów równowagi sił na Bliskim Wschodzie, czy też okazać pobłażanie i narazić się na krytykę przeciwników broni jądrowej w kraju? Pomimo zrozumiałych starań Białego Domu tajemnica została utrzymana tylko przez miesiąc. Pod koniec października informacja o „Incydencie VELA” przedostała się do prasy i wywołała burzę.

Początek kontrowersji Opinia publiczna w USA domagała się informacji i wyjaśnienia sprawy. Carter zlecił zbadanie „Incydentu VELA” Biuru ds. Polityki Naukowej i Technologicznej, specjalnemu ciału doradczemu w administracji prezydenta. Tam powołano komisję złożoną z dziewięciu wybitnych naukowców. Mieli zbadać wszelkie dowody i ustalić, czy satelita rzeczywiście zaobserwował eksplozję jądrową. Biały Dom stwierdził, że samoloty i okręty nie znalazły żadnych śladów radioaktywnych, wobec czego wskazano na możliwy błąd czujników satelity VELA 6911. Prace komisji trwały pół roku. Wyjaśnienie przez nią przedstawione do dzisiaj budzi kontrowersje i jest podważane. Naukowcy uznali „w oparciu o swoje doświadczenie w tym zakresie, że sygnał odebrany 22 września prawdopodobnie nie był skutkiem eksplozji jądrowej”. Zastrzegli przy tym, że nie mogą wykluczyć, iż do takowej doszło. Za prawdopodobną przyczynę zarejestrowania rozbłysków uznali uderzenie w satelitę mikrometeoru. Jak USA zaakceptowały atomowy Izrael Dokładnie 45 lat... czytaj dalej »Krytycy zarzucają komisji zignorowanie części dowodów przemawiających za tezą o próbie jądrowej. Chodzi między innymi o sygnały z sieci sonarowej US Navy, która 22 września namierzyła w obszarze wskazanym przez satelitę dźwięk odpowiadający detonacji bomby atomowej na powierzchni lub tuż pod powierzchnią wody. Jako nie dość przekonujące odrzucono również informacje o wykryciu fali elektromagnetycznej, która mogła powstać w wyniku eksplozji, oraz szczątkowych śladach cząsteczek radioaktywnych znalezionych na zachodzie Australii.

Niewyjaśniona zagadka Do dzisiaj odtajniono wiele raportów na temat „Incydentu Vela” przygotowywanych na zlecenie różnych służb i agencji władz USA. Większość jest silnie ocenzurowana. Z ich lektury wynika, że Amerykanie nigdy nie ustalili jednoznacznie, czy 22 września doszło do tajnej próby jądrowej czy też nie. W wielu wypadkach stwierdza się wysokie prawdopodobieństwo, że satelita VELA 6911 wykrył wybuch, ale brak twardych dowodów na potwierdzenie tej tezy. W innych wskazuje się na potencjalne naturalne źródło rozbłysków. Wątpliwości nie miał na przykład Seymour Hersh, autor swojego czasu głośnej książki „Opcja Samsona” opisującej kulisy izraelskiego programu jądrowego. Powołując się między innymi na byłego pracownika izraelskiego wywiadu wojskowego, dziennikarz stwierdził jednoznacznie, że 22 września 1979 roku Izrael przeprowadził jedną z trzech tajnych prób małych ładunków jądrowych. W wyniku pomyłki eksplozja miała być widoczna z kosmosu przez chwilową dziurę w chmurach. Izraelskie próby miało obserwować wojsko RPA, gdzie wówczas prowadzono własny program jądrowy. Podobne informacje podawał były radziecki szpieg Dieter Gerhardt, który dosłużył się stopnia komandora we flocie RPA i w 1979 dowodził dużą bazą Simon’s Town. Po wyjściu z amerykańskiego więzienia w 1994 roku stwierdził, że podczas służby dowiedział się z drugiej ręki o izraelskich próbach jądrowych, które przeprowadzano za wiedzą rządu RPA. Współpraca miała nosić kryptonim „Operacja Feniks”. Pomimo upływu ponad trzech dekad nadal brakuje przekonującego wyjaśnienia „Incydentu VELA”.

Władze RPA po upadku apartheidu odtajniły większość informacji o swoim programie jądrowym i jest niemal pewne, że to państwo nigdy nie testowało swoich bomb. Na pewno nie w 1979 roku, bowiem wówczas nie były jeszcze gotowe. Pozostaje wątek izraelski, ale władze państwa żydowskiego są nadzwyczaj skryte jeśli chodzi o swój program jądrowy i praktycznie cała wiedza na jego temat pochodzi z nielicznych przecieków. „Incydent VELA” mógłby zostać przekonująco wyjaśniony, gdyby Izrael zdecydował się na odtajnienie informacji odnośnie początków swojego programu jądrowego. Na to jednak się nie zanosi i spekulacje na temat tego, co właściwie zobaczył satelita VELA 6911, będą trwały.[1]

No cóż, Izrael nie ujawnił i nie ujawni swych sekretów, tym bardziej tych obronnych. Nie ma co na to liczyć, co mnie nie dziwi. Natomiast chciałbym podzielić się z Czytelnikiem pewną refleksją na temat wydarzeń z 1979 roku.

Dla mnie był to rok szczególny. Kończyłem studia na wrocławskim „Zmechu” i przygotowywałem się do promocji, kiedy w dniu 20.VIII.1979 roku miałem okazję zaobserwować przelot czegoś, co później nazwano Wielkim Bolidem Polskim – WBP, a który to przelot wzbudził swego czasu wiele kontrowersji i sporów ufologów. Początkowo WBP skojarzył mi się z jakimś wielogłowicowym SLBM wystrzelonym z pokładu radzieckiego lub amerykańskiego SSBN – rakietowego okrętu podwodnego z napędem atomowym, który to pocisk wymknął się spod kontroli i poleciał w kierunku SE-S spod Morza Norweskiego lub Północnego Atlantyku nad Półwysep Skandynawski, Bałtyk, Polskę, wschodnią część Słowacji, Węgry i Rumunię, a następnie – i tu wersje są podzielone – spadł gdzieś w Morze Czarne albo wyszedł z atmosfery ziemskiej na LEO[2]. Trzecia wersja mówi o całkowitym rozpadzie i spłonięciu meteoroidu w atmosferze.[3] I wszelki ślad po nim zaginął.[4]

Czyżby?

Zastanawiające jest to, że wydarzenie zaobserwowane przez satelitę Vela 10/Vela 5B/OPS 6911 miało miejsce miesiąc po przelocie WBP. Czyżby więc te zjawiska miały ze sobą coś wspólnego? Niestety, mamy za mało danych do udowodnienia takiej możliwości. Czy obiekty te są tylko jednym obiektem, który wszedł na orbitę i w miesiąc później z niej spadł w rejonie południowych akwenów Oceanu Indyjskiego? Tylko kto wypuścił to „coś” na orbitę? I skąd?
Tak czy owak, mogło to być jakieś omyłkowe odpalenie pocisku rakietowego z ziemi czy okrętu podwodnego. Jeszcze w latach 90-tych, senator Sam Nunn opublikował oświadczenie mówiące o kilku takich strzałach rakietowych, które odbyły się samowolnie i bez wiedzy człowieka. Dwa z nich miały miejsce w latach 80-tych.

Ale o czym w ogóle mówimy! Mamy rok 2018, i takie przypadki nadal się zdarzają, czego przykładem jest ostatni przypadek zaginięcia międzykontynentalnego manewrującego pocisku rakietowego Buriewiestnik – o czym pisze Rafał Muczyński:

Zgodnie z doniesieniami medialnymi z 21 sierpnia, popartymi informacjami wywiadu USA, Federacja Rosyjska ma rozpocząć poszukiwania pocisku manewrującego 9M730 Buriewiestnik o napędzie nuklearnym, który miał zaginąć podczas jednego z czterech testów w Arktyce.

Istnienie pocisku manewrującego o napędzie nuklearnym Buriewiestnik zostało ujawnione 1 marca, natomiast 19 lipca zaprezentowano ujęcia ze startu i linii montażowej.

Sieć informacyjna CNBC, powołując się na raport amerykańskiego wywiadu wojskowego DIA twierdzi, że wkrótce na Morzu Barentsa ma rozpocząć się operacja poszukiwawczo-ratownicza mająca na celu próbę podjęcia z dna morskiego rozbitego w listopadzie 2017 pocisku rakietowego. W poszukiwaniach mają wziąć udział trzy okręty. Na pokładzie jednego z nich znajdzie się specjalistyczna aparatura, niezbędna do prowadzenia działań z materiałami radioaktywnymi. 

Cztery nieudane testy pocisku manewrującego 9M730 Buriewiestnik, miały zostać przeprowadzone pomiędzy listopadem 2017 a lutym 2018. Według DIA, najkrótsza próba trwała zaledwie 4 sekundy, natomiast najdłuższa 2 minuty (podczas której pocisk pokonał odległość ok. 35 km). Nie jest jasne czy podczas nieudanych testów doszło do wycieku paliwa jądrowego (prawdopodobnie wysoko wzbogaconego uranu-235). Nie wiadomo również czy podczas pierwszych prób sam miniaturowy reaktor napędzający pocisk zadziałał prawidłowo. 

System rakietowy 9M730 Buriewiestnik został ujawniony 1 marca 2018 przez prezydenta Władimira Putina podczas corocznego przemówienia do Zgromadzenia Federalnego. Zaprezentowano wówczas również wizualizacje i fotografie prototypu ciężkiego, międzykontynentalnego pocisku balistycznego RS-28 Sarmat, hipersonicznego pocisku rakietowego Ch-47M2 Kindżał, torpedy (bądź podwodnego bezzałogowca) o napędzie nuklearnym Posejdon (wcześniej znanej jako Status-6/Kanyon), hipersonicznego pojazdu szybującego Awangarda czy systemu laserowego Pierieswiet. Nazwy większości systemów zostały wybrane w wyniku publicznego głosowania.

Dzięki zastosowaniu miniaturowych reaktorów jądrowych, zarówno w pocisku Buriewiestnik, jak i torpedzie Posejdon, oba systemy mają charakteryzować się niemal nieograniczonym zasięgiem, a zastosowanie głowic nuklearnych, zgodnie z zapowiedziami, zwiększałoby możliwości i znaczenie strategiczne tego uzbrojenia. Ponadto, opublikowane ujęcia z linii montażowej wskazują, że pocisk charakteryzuje się obniżonym przekrojem radarowym, a według Rosjan ma poruszać się z prędkością ponaddźwiękową.

Niezależny portal The Barents Observer informował w marcu, że nad północną Europą, w regionie granicy norwesko-rosyjskiej zanotowano podwyższony poziom promieniowania radioaktywnego, co może mieć związek z testami pocisków Buriewiestnik. Wzrost zmierzono kilkukrotnie w 2017 i na początku 2018 w czasie gdy Rosja przeprowadzała cztery testy pocisków.

Na podstawie ujawnionego 19 lipca nagrania wideo przez Ministerstwo Obrony Rosji, przeanalizowano widoczną linię brzegową w tle i zestawiono to ze zdjęciami satelitarnymi, wykazując, że start pocisku miał prawdopodobnie miejsce w rejonie stacji badawczej Pankowo na Nowej Ziemi w Arktyce. Stacja była używana przez naukowców od 1961, gdy ZSRR przeprowadzał w tym rejonie próby jądrowe. Pocisk miał skierować się w rejon cieśniny Matoczkin Szar, a następnie w kierunku przylądka Suchoj Nos. Wynika z tego, że obszarem poszukiwań mogą być wody Morza Barentsa na zachód lub północny-zachód od cieśniny.

22 sierpnia norweska agencja rządowa NRPA (Norwegian Radiation Protection Authority), zajmująca się bezpieczeństwem nuklearnym, wysłała do władz rosyjskich zapytanie w sprawie katastrofy pocisku manewrującego. Obecnie poziom promieniowania radioaktywnego we wskazanym obszarze nie odbiega od norm. [5]

To wszystko odbyło się kilka miesięcy temu na Oceanie Arktycznym. Jak widać zagubienie wystrzelonego pocisku bądź omyłkowe wystrzelenie SLBM czy ICBM jest możliwe nawet dzisiaj, a co dopiero w 1979 roku!

No właśnie, powróćmy do naszej sprawy – rzecz, jak czytamy, miała miejsce na południowych akwenach Oceanu Indyjskiego, a nie Atlantyku – jak podawały to różne źródła. Chociaż… Z załączonej mapki eksperymentów z bronią jądrową (A) i termojądrową (H) wynika, że w roku 1958 nad Południowym Atlantykiem Amerykanie zdetonowali trzy słabe ładunki atomowe o mocy <10 kt. Jak widać z tejże mapki, eksplozja zaobserwowana z satelity Vela miała miejsce na podobnej szerokości geograficznej, ale na Oceanie Indyjskim. Czyli mogła to być amerykańska „powtórka z rozrywki”, o czym – rzecz jasna – nie można było i nadal nie wolno mówić… Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że mamy do czynienia jednak z amerykańskim eksperymentem. Eksperymentem z głowicą N - neutronową. Wtedy to była najnowsza zabawka i kolejny straszak dla świata, który za mało miał strachu…

Z mapki skażeń w Australii wynikałoby, że to jednak było radioaktywne „echo” wybuchu jądrowego na Oceanie Indyjskim. Osobiście jednak nie ufam tym pomiarom, zważywszy fakt iż w Australii istniały trzy poligony nuklearne: Płw. York, gdzie testowano wpływ eksplozji jądrowej na las deszczowy, Monte Bello Islands, gdzie zdetonowano 3 ładunki średniej mocy i Maralinga, gdzie zdetonowano 9 ładunków małej mocy a także przeprowadzano eksperymenty z np. gaszeniem pożarów różnych urządzeń jądrowych i inne z materiałami radioaktywnymi. Powstałe wskutek tego skażenia mogły mieć wpływ na wyniki przeprowadzanych tam pomiarów. Dlatego oceniam je jako wątpliwe. 
Tłumaczenie, że błyski spowodował mikrometeoroid, który uderzył w obiektyw Veli jest – delikatnie mówiąc – żenujące i ciągnięte za włosy i szkoda mi czasu na jego rozważanie.

Wracając do WBP, to istnieje możliwość, że mamy do czynienia z powtórką z tego, co wydarzyło się w dniu 30.VI.1908 roku w rejonie rzeki Podkamiennej Tunguskiej. Był to meteoroid, który wtargnął w atmosferę Ziemi i detonował – na szczęście nie za mocno – na tym akwenem. To było coś mniejszego nawet od słynnego Meteorytu Czelabińskiego z dnia 15.II.2013 roku, który eksplodował nad miastem o godzinie 09:20 YEKT/03:20 GMT na wysokości 29.700 m wydzielając energię równą eksplozi 0,5 Mt. Jego masa wynosiła 10.000 ton, a średnica 17-20 m. Wybuch spowodował falę sejsmiczną o M2,7. Fala uderzeniowa wybiła całą masę szyb i spowodowała straty oszacowane na 1 mld RUR, poszkodowanych zostało wiele osób. Coś takiego mogło wydarzyć się też nad Indykiem. Niestety, nie wiadomo, czy fale uderzeniowe i sejsmiczne zostały zaobserwowane przez załogę francuskiej stacji antarktycznej Alfred Faure, która działa na Wyspach Crozeta od 1961 roku. Gdyby je zaobserwowano, to byłby to dowód wprost na eksplozję w tym rejonie Indyka. Obawiam się jednak, że jeżeli takie obserwacje były, to raporty o nich są głęboko ukryte w sejfach w Paryżu, Waszyngtonie i Pretorii…   


Zebrał i opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[2] Niska orbita wokółziemska.
[3] Zob. B. Rzepecki & K. Piechota – „UFO nad Polską”, Białystok 1996; Lucjan Znicz-Sawicki – „Goście z Kosmosu – UFO” t. 3, Gdańsk 1983.
[4] Zob. „Bolid syberyjski” (21) - https://hyboriana.blogspot.com/2012/06/9.html