Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arktyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arktyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2025

UFO nad krainą lodów

 


Huseyin Boyar

 

Arktyka zawsze była krainą czarów. Jej surowa natura i dziwne tereny sprawiają, że jest to idealne miejsce do ukrycia baz (Obcych). Są pogłoski, rozproszone dyskusje o tym, co kryje się pod lodem. Satelity czasem pokazywały dziwne kształty i struktury, tak proste, tak regularne, że trudno uznać je za produkt naturalny. Być może to tylko wierzchołek ogromnej góry lodowej, wskazujący na ogromne formacje kosmiczne pod lodem.

Jedna z najbardziej fascynujących powieści pochodzi od byłego pilota, nazwijmy go John Smith, aby chronić jego prawdziwą tożsamość. Przed śmiercią Smith twierdził, że odbywał tajne podróże po Arktyce. Opowiadał historie o zobaczeniu ogromnych dziur w lodzie, które prowadziły do podziemnych baz, światła poruszające się w sposób, w jaki nie mógł to osiągnąć ludzki poziom.

Ponadto na niebie nad Antarktydą pojawiła się ogromna liczba obserwacji dziwnych świateł i obiektów. To nie są zwykłe samoloty. Poruszały się tak szybko, tak cicho i wykonywały manewry, które nie pasują do tego, co wiemy o prawach fizyki. Często wydaje się, że świeci i porusza się bez celu.

I jest jeszcze dziwna prawda: że wiele wybitnych osobistości, światowych przywódców, znanych naukowców, a nawet religijnych postaci przybyło do tej lodowej krainy. Dlaczego? Dlaczego? Oficjalnie mówi się, że z powodów naukowych lub dyplomatycznych. Ale są tacy, którzy uważają, że celem było spotkanie z Kosmitami lub zobaczyć siebie w tych rzekomo tajnych zasadach.

Osoby, które próbowały ujawnić sekrety tych baz kosmicznych często trafiały w kłopoty. Utrata pracy, niszczenie reputacji, a nawet zniknięcie bez śladu. Szczegóły ich historii różnią się, ale wszystkie wskazują na jedno: masowe zatuszowanie, aby utrzymać tajemnicę Kosmitów z Antarktyki.

A co, jeśli tam są prawdziwi Kosmici? Dlaczego Oni tam są? Czy Oni nas po prostu szpiegują czy sprawdzają co się dzieje za kulisami jak niektórzy twierdzą? Jaka technologia może kryć się pod lodem i jak mogłaby zmienić dla nas wszystko?

Jest też Traktat Antarktyczny. Jej celem jest zachowanie nauki i utrzymanie jej czystości. Ale czy to może być sposób na trzymanie ludzi z dala od tych kosmicznych sekretów?

I nie ogranicza się do zobaczenia tych Obcych. Dużo mówi się o dziwnych zjawiskach psychicznych przytrafiających się osobom zbliżającym się do miejsc, które uważa się za miejsca, w których te zasady dziwne sny, niejasne wizje, a nawet myśli pełzające w głowach jakby ktoś ostrzegał ich do nich z niebezpieczeństwem. To tak, jakby Kosmici próbowali się porozumieć, ale nie w taki sposób, jaki znamy.

Krótko mówiąc, Antarktyda to nie tylko lód i pingwiny. To centrum aktywności kosmicznej, sekretne miejsce dla istot pozaziemskich i niesamowitych technologii. Niektórzy mogą szydzić z tego pomysłu, ale przy połączeniu tych wszystkich powieści i faktów trudno to zignorować. Antarktyczne bazy kosmiczne to jedna z największych tajemnic jakie istnieją. A my dopiero zaczynamy rozumieć, kto wie? Może prawda jest poza fikcją naukową.

Ale saga o Antarktydzie i jej inne sekrety nie kończą się tutaj. Od dziesięcioleci Antarktyda była epicentrum wielu teorii spiskowych, od tajnych nazistowskich baz po samoloty stealth. Izolacja kontynentu i ciężkie warunki sprawiają, że jest to idealne miejsce na działania, które muszą trzymać się z dala od oczu społeczeństwa. Ale co naprawdę kryje się pod lodem? Czy plotki o Przybyszach z kosmosu i technologii nieziemskiej mogą być prawdziwe?

Historia ludzkiej eksploracji w Arktyce jest pełna nieprawidłowości i niewyjaśnionych zjawisk. Od pierwszych doniesień odkrywców o dziwnych światłach na niebie, po współczesnych naukowców napotykających niezidentyfikowane obiekty, Biegun zawsze był centrum obiektów latających. Tym pozorom często towarzyszą dziwne, nieuzasadnione awarie techniczne, co do spekulacji na temat interwencji kosmicznej.

Dodatkowo, rozległe niezbadane podziemne jaskinie i tunele stanowią doskonałe miejsce do ukrycia baz kosmicznych. Istnieją liczne raporty, niektóre ze źródeł, o ogromnych wejściach, które prowadzą głęboko w lód. Podobno te wejścia prowadzą do rozległych podziemnych sieci, gdzie Kosmici mogą prowadzić swoje interesy z dala od ludzkich oczu.

Obecność tych rzekomych baz na Antarktydzie budzi nierozwiązane pytania dotyczące natury prawdziwej historii kontynentu i jego roli w globalnej geografii politycznej. Dlaczego Kosmici wybraliby tak odległe i surowe miejsce? Jedna z teorii mówi, że izolacja kontynentu czyni go idealnym miejscem dla tych Obcych do obserwowania i badania Ziemi bez zakłóceń. Inna teoria sugeruje, że unikalne właściwości geologiczne kontynentu mogą mieć szczególne znaczenie dla astronomów, być może dla dostarczania zasobów lub warunków nie znajdujących się nigdzie indziej na planecie

Interwencja sił światowych w sprawy polityczne dodaje tajemnicy. Traktat Antarktyczny podpisany w 1961 roku pisał o utworzeniu kontynentu dla badań naukowych i zakazie działalności wojskowej. Ale niektórzy obserwatorzy uważają, że te warunki są przykrywką dla krajów, aby prowadzić tajne śledztwo i być może współpracować na wysokim poziomie poufności i bezpieczeństwa wokół polarnych stacji badawczych budzi te wątpliwości.

Oprócz materialnych dowodów, są liczne osobiste zeznania osób, które twierdzą, że spotkały Obcych bezpośrednio przy Biegunie. Opowieści te często przedstawiają zaawansowaną technologię i złożone podziemne struktury. Podczas gdy zaprzeczający wyśmiewają te twierdzenia, ci, którzy wierzą w istnienie kosmicznych Istot, wiedzą, że te świadectwa stanowią znaczący dowód działalności obcych.

Wpływy takiego przełomu będą ogromne. Jeśli na Biegunie rzeczywiście istnieją obce bazy, to nie tylko dowodzi to istnienia obcego życia, ale także świadczy o tym, że te stworzenia wykazały ogromne zainteresowanie naszą planetą. Może to oznaczać, że ludzkość nie jest sama we Wszechświecie, a nasze rozumienie życia i technologii jest dopiero początkiem czegoś znacznie większego niż to, co nam się wydaje.

Zagadki otaczające Antarktydę i możliwość ukrytych pod jej lodami baz kosmicznych nadal urzekają wyobraźnię wielu. Podczas gdy nie ma przekonujących dowodów, połączenie anomalii historycznych, relacji naocznych świadków i niewyjaśnionych zjawisk tworzy potężną sprawę wymagającą dalszego śledztwa. Niezależnie od tego, czy te teorie są udowodnione, czy nie, poszukiwanie prawdy o sekretach przestrzeni antarktycznej pozostaje fascynującą podróżą w nieznane.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

niedziela, 13 sierpnia 2023

Ot i takie to kino…

 

Lodołamacz typu NS Lenin

To było w 1966 roku. Radzieckie atomowe okręty podwodne tylko co ukończyły rejs dookoła świata bez zawijania do portu po to, by pokazać całemu światu kuzkinu mat’.[1] Ale tego było za mało. Zdecydowano popłynąć na Biegun Północny – tam latem bywają płonie.[2] Do bazy przyjechało Wojenkino, aby sfilmować historyczny moment. Załadowali ich na okręt i popłynęli na Biegun Północny. Znaleźli połynię i wynurzyli się, wyładowali filmowców z aparaturą i zaczęli kręcić. Należało pokazać wynurzenie okrętu w lodach, desant na lody, wciągnięcie na maszt czerwonej flagi. Potem na odwrót – powrót do okrętu i zanurzenie. W rzeczywistości przyszło to wszystko sfilmować w odwrotnym porządku: najpierw flaga, potem załadowanie na okręt, zanurzenie, a już na końcu wynurzenie. Wszystko idzie normalnie, flaga łopocze, ekipa powróciła na okręt, woda zabulgotała i okręt poszedł pod wodę.

Filmowcy to wszystko cudownie utrwalili. Ale coś tam nie wyszło z pracą sterów i okręt zniosło, dowódca dał po gazie i połynię zgubili. Okręt z napędem atomowym to wielkie urządzenie – większe od czteropiętrowca – niezbyt zwrotne. Pod wodą nie da się obserwować przy pomocy peryskopu.

No i owszem – szukali przez 5 godzin! Znaleźli i wypłynęli. Kiedy okręt wypłynął, filmowcy rzucili swe aparaty i rzucili się do niego wpław, nie mieli łodzi czy tratw. I kiedy próbowano ich uprosić, by zrobili jeszcze wynurzenie, którego oni nie zrobili – to nikt nie mógł ich zmusić do ponownego zejścia na lód. I prawda – tam było strasznie bez żywności i namiotów i polarnej odzieży specjalnej i tylko z kamerą na Biegunie Północnym.

 

Źródło – „Tajny SSSR” nr 3/2018, s. 45.

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz   



[1] Słynne powiedzonko Chruszczowa na forum ONZ, tu: groźba pod adresem całego świata.

[2] Miejsca wolne od lodu.

środa, 5 kwietnia 2023

Magia lodowego świata



Igor Nikitin

 

W północnych lasach szpilkowych na gnijących liściach może się niekiedy uformować „włochaty lód” w formie pięknych włosów. Głównym warunkiem jego powstania jest pojawienie się na drewnie grzybka Exidiopsis effusa.

Przyroda jest doskonałym rzeźbiarzem. A materiału do stwarzania zadziwiających i niepowtarzalnych dzieł może jej posłużyć cokolwiek. Nawet taki kruchy i nietrwały materiał jakim jest śnieg i lód.

 


Penitentes

 

Czy wiecie, co to takiego penitentes? Najprędzej, to nie słyszeliście tego słowa, no chyba że mieszkacie na wysokich szerokościach południowych. Penitentes (albo kalgaspory) to są nadzwyczaj wysokie i cienkie ostrza, skierowane ku słońcu i składające się z lodu i śniegu, takie „jeżyki” skierowane w niebo. Najpierw penitentes zostały opisane przez Karola Darwina w 1839 roku. Znany podróżnik szedł z ekspedycją z Santiago de Chile do położonego w Argentynie miasta Mendoza. Ich droga wiodła poprzez przełęcz Picuenes w Andach i tam członkowie ekspedycji, w pełnym tego słowa znaczeniu, natknęli się na twarde i kruche, jakby sterczące z powierzchni skał, noże.

Nie tak dawno, gigantycznych rozmiarów kalgaspory zostały odkryte na lodowcu Khumbu na Mt. Everest. Wysokość niektórych sięgała do 30 m! uczeni uważają, że penitentes pojawiają się wskutek rozpadu lodowca, w czym swoją rolę grają tak promienie słoneczne jak i wiatr.

 


Błękitna rzeka

 

Myślicie, że to wszystko?  Mylicie się. Na lodach Grenlandii (powiedzieć „po ziemiach” jest eufemizmem) płynie zadziwiająca rzeka, zasilana wodami z lodowca Petermanna. Jej woda ma zadziwiający błękitny kolor i w każdy sezon zmienia ona swój bieg. Każdy szanujący się kajakarz uważa za swój obowiązek popłynąć po wodach tej rzeki. Jeśli zdecydujecie się przyjechać na Grenlandię, to obowiązkowo zwiedźcie lodowcowy kanion, którego głębina sięga 45 m, i lodowiec Słoniowa Noga. Kiedy go zobaczycie, to zrozumiecie, skąd się wzięła ta dziwna nazwa.


Archipelag Spitzbergen przykrywają wielkie lodowce, a największym z nich jest lodowiec Brosvellbreen. Na jednej z wysp zwanej Ziemią Północno-Wschodnią (z norw.: Nordaustlandet) lodowiec tworzy 20-metrowy obryw, z którego w ciepłym okresie roku (oczywiście ciepłym dla danej miejscowości) spada w dół setki wodospadów z roztopionej wody. Nie jest łatwo dostać się na Spitzbergen i to widowisko mogą oglądać nieliczni wybrani.

 


Kryształowa grota

 

Na Islandii też mamy niemało lodowców. I oto w jednym z nich, w rezultacie jego topnienia i ciągłego ściekania wody powstała zadziwiająca jaskinia, którą nazwano Krystaliczną, bądź Kryształową. Zazwyczaj z wierzchu lodowiec ma kolor biały, ale nie we wnętrzu. Pod nogami mamy grunt i lodowiec ma kolor ciemny, brudno-brązowy czy szary. Ale wystarczy tylko podnieść wzrok i ujrzycie, że sufit jest jaskrawo-błękitnego koloru. A idąc dalej szybko zrozumiecie, dlaczego jaskinia nazywa się Kryształową.

Jeżeli na Grenlandię i Spitzbergen należy udać się, kiedy jest tam ciepło, to do Kryształowej Jaskini wpuszczają wtedy, kiedy jest zimno. Lodowiec porusza się z prędkością 1 m/dzień, i w ciepłych okresach roku ściany jaskini mogą się oberwać.

 


Zamarznięta fala

 

Do następnego cudu Natury przyjdzie się nam wybrać o wiele dalej – do brzegów Antarktydy. Tam w 2007 roku amerykański uczony Tony Travoulion odkrył unikalną, jakby zastygłą w czasie falę z niebieskiego lodu.

Zgodzicie się z tym, że to co widzicie na zdjęciu jest rzeczywiście podobne do zastygłej wody. I tylko niebieski kolor lodu mówi o tym, że nie zastygała ona w jednej chwili, ale w długim okresie czasu. I tak właśnie powstała – co nie jest łatwo objaśnić, ale i nie będziemy. Po prostu cieszmy się jej pięknem!

 


Krwawy wodospad

 

Jak już jesteśmy na Antarktydzie, to jedźmy obejrzeć Krwawy Wodospad. Nazwa ta wydaje się być zbyt pompatyczna dla niewielkiego źródła wody rdzawoczerwonego koloru. I otrzymał swą nazwę dzięki kolorowi wód, a nie jakimś mistycznym wydarzeniom, tym niemniej ten strumyk zasłużył na tą nazwę.

Rzecz w tym, że woda unosi z głębin ziemi żywe mikroorganizmy, które znajdują się w wodnym zbiorniku od 1,5-2 mln lat. Analiza genetyczna wykazała, że pod warstwą lodowca Taylora żyje 17 różnych gatunków mikroorganizmów. W większości są to analogi naziemnych odpowiedników, ale w tym czasie odróżniają się od nich, co jest efektem długiego przebywania w odosobnieniu i surowych warunkach środowiskowych, oraz kompletnym braku tlenu. Jak one tam przeżyły – do dziś dniach niewyjaśniona tajemnica.

 


Pasiaste góry lodowe

 

U brzegów Antarktydy można napotkać takie niezwykłe zjawisko jak pasiaste góry lodowe. Zwykle te ogromne pływające kęsy lodu mają niebieskie lub zielone zabarwienie, ale czasami zdarzają się góry lodowe zabarwione warstwowo brązowymi, czarnymi czy żółtymi pasami. Dzieje się tak dlatego, że wierzchnia warstwa lodowca zawiera w sobie związki organiczne i minerały. Kiedy odeń odłamuje się góra lodowa i odprawia się w rejs, to wiatry i fale wymywają i wydmuchują górną warstwę, ale robią to nierównomiernie i tak powstają różnokolorowe pasy.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 11/2019, ss. 14-15

Przekład z rosyjskiego ©R.K.F. Sas-Leśniakiewicz   

czwartek, 8 grudnia 2022

Jak Najjaśniejszy Pan biegun zdobywał

 


Stanisław Bednarz

 

Jutro 7 grudnia,  przypada 185. rocznica urodzin Johanna  Grafa Wilczka największego filantropa i sponsora. Z nim związany jest  ponury archipelag Ziemi Franciszka Józefa gdzieś na 80-tym równoleżniku.  Jaroslav Hašek opowiadał, że Ziemię Cesarza Franciszka Józefa I odkrył osobiście sam z Bożej Łaski Cesarz Austrii, aby zapewnić swoim umiłowanym ludom eksploatację najwyższej jakości lodu do produkcji lodów w Wiedniu.

Haszka puszczamy z przymrużeniem oka. Ale C.K. wyprawa pod biegun to ewenement.  Było to naprawdę tak.  Pierwsza austro-węgierska ekspedycja w okolice bieguna północnego nie została zorganizowana z łaski Najjaśniejszego Pana lecz dzięki pokaźnej dotacji Grafa Wilczka, właściciela największej kopalni, w obecnym Zagłębiu Ostrawskim.

Do wyprawy doszło w latach 1872-74. Johann Nepomuk Graf Wilczek był jednym z najbogatszych arystokratów austriackich. I jedną z najbarwniejszych figur monarchii. Wywodził się ze śląsko-cieszyńskiego szlacheckiego, polskiego rodu Wilczków.

W 1710 r. Wilczkowie kupili Ostrawę, gdzie odkryte później złoża węgla zdecydowały o zamożności. Ale Hans Graf Wilczek nie był tylko kapitalistą i wyzyskiwaczem. Wyrósł na okazałego, niemal dwumetrowego dżentelmena o świetnych manierach,  namiętnym sercu, szerokich horyzontach i zainteresowaniach. Interesowały go nauki przyrodnicze, archeologia, sport, geografia i podróże, architektura, dawna sztuka oraz rozwój instytucji, towarzystw i organizacji pro publico bono, których często był organizatorem i fundatorem.

Jako ochotnik wziął udział w wojnie austriacko-pruskiej w 1866 r. Wyszedł z niej cało, więc żądny przygód i możliwości rozszerzenia monarchii habsburskiej poza Europę ponad dwa lata buszował po Afryce. Zajęty podróżami nie bardzo zajmował się swoją kopalnią, która i tak przynosiła mu gigantyczne zyski.



Na początku lat 70. XIX w. Grafa Wilczka ogarnęła pasja polarna.  Wspomniana ekspedycja polarna wypłynęła na dwóch drewnianych żaglowcach – Admirał Tegetthoff i Isbjörn – z norweskiego portu Tromsø w czerwcu 1872 r. Mały szkuner Isbjörn, który należał do Grafa Wilczka, wyruszył kilkanaście dni przed Admirałem Tegetthoffem. Jego rejs miał charakter rekonesansowy. Wiózł uzupełniający ładunek żywności i węgla dla Admirała Tegetthoffa, z którym spotkał się w pobliżu wyspy Barentsa, gdzie 21 sierpnia 1872 r. statki rozstały się. Isbjörn popłynął z powrotem do Tromsø, a Graf Wilczek wrócił do Austrii drogą lądową przez Rosję, Admirał Tegetthoff wziął kurs na północ w nadziei, że dalej morze jest też wolne od lodu.

Kiedy polarnicy minęli wyspę Nowa Ziemia, pogoda się zmieniła i pod koniec sierpnia trójmasztowiec uwięziły masy napierającego lodu. Dwudziestopięcioosobowa załoga – marynarze, w większości Chorwaci z Istrii i Dalmacji,– wraz z ośmioma psami i dwoma kotami musiała w tych warunkach przeczekać do wiosny następnego roku. Marynarze z Adriatyku; są mniej niż inne nacje skłonni do nadużywania rumu; zawsze są w dobrym humorze, co uchroni ich przed depresją nocy polarnej Wtedy okazało się, że żaglowiec osiadł na ogromnym masywie lodowym, który pchał ich na północ.

W lecie pojawił się nieznany ląd, archipelag wysp, którego nie było na mapach. Weyprecht i von Payer, dowódcy wyprawy, nazwali go Ziemią Franciszka Józefa, a pierwszą wysepkę, na którą dotarli pieszo po lodzie, nazwali Wyspą Wilczka.






Kiedy próby wyzwolenia Admirała Tegetthoffa z lodu się nie powiodły, kapitan uznał, że trzeba zostawić statek i ruszyć na południe, najpierw pieszo po lodzie, a potem na łódkach. Po trzech miesiącach ocalił ich rosyjski statek rybacki, który odtransportował ich do norweskiego Vard.

Graf kupił ruiny średniowiecznego zamku Kreuzenstein i jął przebudowywać go w stylu baśniowo-neogotyckim zlatującym kiczem. Miał być jego siedzibą, muzeum rycerstwa, galerią sztuki i kryptą. Zgromadził tam liczącą około 10 tys. obiektów kolekcję dzieł dawnej sztuki Posiadał największą w Austrii kolekcję broni i jako znawca militariów w latach 1894-1918 pełnił funkcję kustosza wiedeńskiego Muzeum Historii Wojskowości.

Objął  prezesurę Austriackiego Towarzystwa Geograficznego. W związku z ogłoszeniem pierwszego Roku Polarnego 1882/83 Austro-węgierska  stacja polarna działała od wiosny 1882 r. do wiosny 1883 r na wyspie Jan Mayen. Koszty tego przedsięwzięcia pokrył Graf Wilczek.

Pamięta się go jako współzałożyciela Wiedeńskiego Towarzystwa Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Legendarna jest też jego wyprawa specjalnym pociągiem z pomocą dla ofiar trzęsienia ziemi które pod koniec grudnia 1908 r. zniszczyło Messynę. Hans Graf Wilczek to osobowość paradoksalna, typowa zarówno dla schyłkowej monarchii habsburskiej, jak i drapieżnego kapitalizmu. Wyzyskiwacz, który zyski z brutalnej eksploatacji węgla przeznaczał na cele charytatywne. Zwolennik badań naukowych, a zarazem romantyk i mecenas sztuk. Zmarł w 1922 w swoim zamku.



niedziela, 10 stycznia 2021

Nad Antarktydą znikła gigantyczna dziura ozonowa

 


Dziura ozonowa, jedna z największych od 40 lat, znikła nad Antarktydą w ostatnich dniach grudnia. W ubiegłym roku dziura ozonowa rozszerzyła się z powodu bardzo niskich temperatur w stratosferze i z tego samego powodu wystąpiła również nad Arktyką.

W ubiegłym roku dziura ozonowa zaczęła się znacząco otwierać w połowie sierpnia, a na początku października osiągnęła maksymalny rozmiar 25 milionów kilometrów kwadratowych. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) dziura była jedną z największych, najgłębszych i najdłużej trwających w ciągu ostatnich 40 lat.


Tymczasem w roku 2019 miała ona relatywnie małą powierzchnię.

- Te dwa lata pokazują nam, jak dziura ozonowa może zmieniać się z roku na rok, i pomagają nam zrozumieć czynniki wpływające na rozmiar, czas trwania i szkodliwość dziury ozonowej - powiedziała Oxana Tarasova z WMO.

Według niej nadal konieczne jest przestrzeganie Protokołu Montrealskiego z 1987 r., Który pomógł zmniejszyć emisje freonu - CFC. Ten rodzaj gazu przyczynia się do niszczenia ozonu.

Rozwój dziury ozonowej nad Antarktydą ma charakter sezonowy. Luka w ozonosferze otwiera się najbardziej podczas australijskiej wiosny (od sierpnia do października) i zamyka się podczas australijskiego lata - pod koniec roku kalendarzowego. Zubożenie warstwy ozonowej jest związane z temperaturami panującymi w stratosferze, tj. na wysokości od dziesięciu do 50 kilometrów od powierzchni Ziemi, na której znajduje się warstwa ozonowa.

Gdy temperatura w stratosferze spada poniżej -78°C, zaczynają się tworzyć tzw. chmury perłowe[1] (pearl clouds), dzięki którym zachodzą reakcje chemiczne niszczące ozon. W 2020 roku w stratosferze przez długi czas notowano niskie temperatury, co pomogło w tworzeniu się tych chmur.

 


W zeszłym roku, nawet nad Arktyką…

 

Z podobnych powodów w kwietniu ubiegłego roku nad Arktyką powstała dziura w warstwie ozonowej, co jest zjawiskiem niezwykłym.


Pisze agencja ČTK:

 

Naukowcy z European Copernicus Service zauważyli, że warstwa ozonowa nad Arktyką skurczyła się do rekordowo niskiego poziomu, tworząc niezwykłą dziurę ozonową nad biegunem północnym. Tworzenie się dziur ozonowych nad biegunem północnym nie jest powszechne.

Podczas gdy dziura ozonowa na południu nad Antarktydą tworzy się corocznie podczas australijskiej wiosny, dziury ozonowe nad Arktyką są rzadkie. Ostatni raz podobne wydarzenie miało miejsce wiosną 2011 roku.

Eksperci z Copernicus Atmospheric Monitoring Service (CAMS) przewidują, że spadek zawartości ozonu w Arktyce będzie jeszcze bardziej intensywny w tym roku. Zgodnie z artykułem opublikowanym w czasopiśmie Nature, ta dziura ozonowa jest obecnie około trzy razy większa niż w całej Grenlandii.

Warstwa ozonowa chroni żywe organizmy na planecie przed promieniowaniem ultrafioletowym. Występuje w warstwie atmosfery zwanej stratosferą na wysokości od 10 do 50 kilometrów nad ziemią. Według ekspertów stopniowe pogarszanie się jego grubości doprowadziło do nasilenia się raka, chorób skóry i oczu oraz innych negatywnych konsekwencji.

Jednak według „Nature” obecna dziura ozonowa nad Arktyką nie stanowi zagrożenia dla zdrowia i powinna zniknąć w najbliższych tygodniach.

Niskie temperatury co roku umożliwiają gromadzenie się chmur na dużych wysokościach nad biegunem południowym. Pierwiastki takie jak chlor i brom, które dostają się do atmosfery np. Z urządzeń chłodzących, powodują reakcje chemiczne na powierzchni tych chmur, które niszczą warstwę ozonową.

Arktyka ma zwykle bardziej zróżnicowane warunki pogodowe niż Antarktyda, ale tegoroczne silne wiatry zachodnie spowodowały powstanie wiru powietrznego o bardzo niskiej temperaturze nad biegunem północnym. Umożliwiło to tworzenie się chmur stratosferycznych i reakcje chemiczne, w których dochodzi do zubożenia ozonu.

 


Warstwa ozonowa chroni żywe organizmy na planecie przed promieniowaniem ultrafioletowym. Zdaniem ekspertów stopniowe pogarszanie się jego grubości doprowadziło do wzrostu zachorowań na raka, chorób skóry i oczu oraz innych negatywnych konsekwencji.

Na biegunach zubożenie warstwy ozonowej nastąpiło szczególnie szybko w latach osiemdziesiątych. Sytuacja uległa jednak poprawie dzięki Protokołowi Montrealskiemu z 1987 r., Który praktycznie wstrzymał produkcję substancji zubożających warstwę ozonową. Wymienione głównie freony znalazły szerokie zastosowanie np. jako gazy nośne w aerozolach ciśnieniowych lub jako medium chłodzące w lodówkach. W ostatnich latach naukowcy zauważyli wzmocnienie warstwy ozonowej w stratosferze.

 

Źródła:

·        https://www.novinky.cz/veda-skoly/clanek/nad-antarktidou-se-zacelila-obri-ozonova-dira-40347311

·        https://www.novinky.cz/veda-skoly/clanek/nad-arktidou-je-rekordni-ozonova-dira-40319746

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Znajdują się one na wysokości 20-25 km nad ziemią i są niezwykle barwne, z tego powodu nazywa się je także obłokami iryzujacymi.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Chorwacka wyprawa na biegun

  


Stanisław Bednarz

 

Jak to c. k Austria przy pomocy Chorwatów i pieniędzy hrabiego Wilczka wybierała się na biegun. Latem, 1872, na pokładzie statku Tegetthoff, z Tromsø wyruszyła Austrowęgierska Ekspedycja Polarna. Wyprawą dowodził Julius Payer, a połowę 24-osobowej załogi stanowili Chorwaci.

Marynarze z Adriatyku; są mniej niż inne nacje skłonni do nadużywania rumu; zawsze są w dobrym humorze, co uchroni ich przed depresją nocy polarnej.

Po dwóch miesiącach żeglugi, ekspedycja dotarła do północnych wybrzeży Nowej Ziemi i tu natknęła się na lodową barierę. Jednak uwięziony w zmarzlinie statek, wraz z ruchami lodu, posuwał się naprzód. I w ten sposób, 30 sierpnia 1873 roku, odkrywcy dotarli do nieznanego archipelagu. Nazwali go Ziemią Franciszka Józefa.

Przez dziewięć miesięcy nadawali wyspom nazwy, rysowali mapy, badali zjawiska meteorologiczne. Wiosną podjęto decyzję o powrocie. 20 maja 1874 załoga opuściła skuty lodem statek, by w trzech łódkach, dotrzeć do Nowej Ziemi. Po trzech miesiącach napotkali rosyjski statek rybacki, na którym, 3 września 1874 roku, dopłynęli do norweskiego Vardø.

Ziemia Franciszka Józefa to obecnie rosyjski archipelag. Po wybuchu I wojny światowej zajęła go Rosja. W 1927 r. założono tu stację meteorologiczną. W 1930 r. przemianowano archipelag na Ziemię Łomonosowa.

Na wyspie Aleksandry znaleziono pozostałości niemieckiej stacji meteorologicznej z czasów II wojny światowej. Stacja działała od września 1943 roku do lipca 1944 roku kiedy to po spożyciu mięsa upolowanego niedźwiedzia polarnego, cała załoga stacji (z wyjątkiem sanitariusza-wegetarianina) zachorowała na włośnicę i została ewakuowana. Dziś na tej wyspie jest baza lotnicza Rosji.










Archipelag nie ma stałych mieszkańców W skład archipelagu wchodzą 192 wyspy. Wśród nich 3 wyspy mają powierzchnię ponad 1500 km²: Ziemia Jerzego – 2821 km², Ziemia Wilczka – 2203 km², Wyspa Grahama Bella – 1557 km², Ziemia Wilczka otrzymała nazwę na cześć hrabiego Jana Nepomucena Wilczka, pochodzącego z polskiej szlachty, głównego sponsora wyprawy. Od 1875 Wilczek piastował stanowisko prezydenta Austriackiego Towarzystwa Geograficznego (Kolejny wielki i zapomniany Polak!). Jest jeszcze Wyspa Wilczka niewielka na samym południu archipelagu.

18 marca 1874 r. zmarł tu na szkorbut maszynista statku, Otto Krisch, pochowany następnie wśród skał. Wyprawa pozostawiła w 1874 r. na wyspie zapieczętowaną kapsułę z opisem odkryć. Kapsułę tę odnalazła w 1991 r. niemiecka ekspedycja.

Wyspy archipelagu pokryte są niskimi pasmami zbudowanymi z bazaltu. Najwyższy punkt wysp sięga 620 m n.p.m. Maksymalne temperatury latem nie przekraczają +3°C. Szatę roślinną tworzy skąpa tundra, - porosty i mchy, również jaskry, skalnice i wierzbę zielną. Ziemia Franciszka Józefa jest częścią Europy, a na Wyspie Rudolfa znajduje się najdalej na północ (81°54’ N) wysunięty punkt Europy. Polecam szczególnie ze względu na udział Chorwatów i polski sponsoring.

sobota, 8 sierpnia 2020

LZ-127 nad Szczecinkiem

 

Stanisław Bednarz

 

Nie ma piękniejszego widoku jak przelot wielkiego sterowca nad dachami miasteczka. Wielkie cygaro dostojnie i cicho sunęło nad Szczecinkiem 30 lipca 1931. Wracał on z niemieckiej wyprawy polarnej z archipelagu Nowej Ziemi do Berlina.

Wyprawa doszła do skutku w lipcu 1931 roku, start nastąpił 24 lipca 1931 r. z Friedrichshafen, po czym sterowiec przez Berlin, Leningrad, półwysep Kanin dotarł najpierw na Ziemię Franciszka Józefa a następnie na Nową Ziemię. Dokonano udanej wymiany poczty z rosyjskim lodołamaczem SS Małygin oraz udanego wodowania i samodzielnego startu na Oceanie Lodowatym. Choć samego Bieguna nie zdobyto, wyprawa, podczas której przebyto 10.600 km, w tym 8600 km bez tankowania, zakończyła się pełnym sukcesem udowadniając niezawodność i przydatność sterowca także w warunkach polarnych. Ze względu na monumentalne rozmiary powietrzny statek porównywany był do Titanica. Sterowiec Graf Zeppelin miał 236 metrów długości, a kadłub dzielony na 17 komór mierzył w najszerszym miejscu 30,5 metra. Zeppelin mógł przewieźć nawet 70 osób, w tym 20 pasażerów i 40-50 członków załogi. LZ-127 Graf Zeppelin był unikatową konstrukcją. Napędzały go bowiem silniki pchające zasilane gazem Blaua. Wynalazek Hermana Blaua rozwiązał problem trawiący sterowce. Otóż silniki benzynowe zużywały takie ilości paliwa , że sterowiec robił się lżejszy i trzeba było wypuszczać wodór nośny co było niebezpieczne. Gaz Blaua był wagowo zbliżony do powietrza więc jego ubytek nie wpływał na nośność. Był bardzo podobny do jednego ze składników LPG - butanu. Pięć silników Maybacha rozpędzały sterowiec do prędkości 128 km/h. Mieszkańcy wdrapywali się na dachy, aby móc z jak najbliższej odległości podziwiać ten cud techniki. I właśnie wracając z tej wyprawy do Nowej Ziemi zachwycił mieszkańców Szczecinka.

 




Moje 3 grosze

 

Nawiasem mówiąc, był on widziany także nad Gdańskiem i sfotografowano go, z czego później też powstały niemieckie pocztówki.

Ta wyprawa polarna była śledzona przez szeroką publiczność tak jak dzisiaj śledzimy przebieg lotów kosmicznych. O tym locie wzmiankujemy w naszej książce o katastrofach lotniczych i napisaliśmy tak:

No i właśnie na poszukiwania legendarnych wysp Arktyki wyprawili się Niemcy i Rosjanie w 1931 roku sterowcem LZ-127. Była to naprawdę doskonale zorganizowana wyprawa statkiem powietrznym o długości 237 metrów, szerokości 30 i wysokości 34 metrów. Ogólna pojemność wszystkich balonetów sterowca wynosiła 105.000 m³, zaś pięć silników o mocy 2.650 KM nadawały masie własnej LZ-127 wynoszącej 62 tony plus 23 tony payloadu prędkość 128 km/h. Praktyczny zasięg tego statku powietrznego wynosił 11.250 km. Najpierw pokonano trasę Berlin – Szczecin – Kołobrzeg – Visby – Helsinki – Leningrad - gdzie na pokład dokooptowano ekipę radzieckich uczonych, którzy potem polecieli dalej do Wysp Nowosyberyjskich. Chodziło o konkretne rozstrzygnięcie kwestii istnienia Ziemi Sannikowa i Ziemi Andriejewa, następnie statek powietrzny skierowano na Tajmyr i z powrotem do Berlina. W ciągu 110 godzin LZ-127 pokonał odległość 13.200 km. Ziemi Sannikowa i Ziemi Andriejewa nie znaleziono. Pozostały one jedynie na kartach powieści Leonida Płatowa „Archipelag Znikających Wysp” i „Kraina Siedmiu Traw”... Ta wyprawa, to pełny tryumf ludzkiej nowoczesności myślenia i techniki! W ciągu czterech i pół dnia z pokładu sterowca zbadano tak wielką przestrzeń, którą z lodołamaczy badano by co najmniej przez trzy lata![1] 

I tak faktycznie było.



Po latach pogardy i niełaski sterowce powracają na niebo. Wypełnione niepalnym helem potrafią wznieść się na duże wysokości, a wyposażone w silniki odrzutowe są w stanie poruszać się szybko w górnych warstwach atmosfery dochodząc niemal do linii Kármána.[2] Być może wkrótce staną się one wygodnymi platformami startowymi dla pojazdów kosmicznych…

Ale na razie sterowce pełnią funkcję transportowców, latających dźwigów, pojazdów turystycznych, jednostek patrolowych i rozpoznawczo-zwiadowczych. A że są tańsze w eksploatacji od samolotów, z pewnością powrócą na nasze niebo.  


[1] Stanisław Bednarz, Robert Leśniakiewicz – „Tajemnice katastrof lotniczych”, Jordanów 2019.

[2] Umowna granica z przestrzenią kosmiczną na wysokości 80-100 km nad ziemią.