Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saarema. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saarema. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 sierpnia 2017

Astroblem na Saaremie



Niedawno dostałem zdjęcia słynnego astroblemu na estońskiej wyspie Saaremaa (Ozylia), który ponoć powstał w tym samym czasie, co astroblemy w Morasku k./Poznania. 

Na jego temat pisałem już na tym blogu – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/08/baza-obcych-pod-saarema-proba.html, http://wszechocean.blogspot.com/2012/08/podziemna-baza-na-dnie-studni.html i dalszy, http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/historia-jednego-znaleziska.html w których autorzy piszą o tym fenomenie, ale z „nieznanoświatowego” punktu widzenia.

Jak podaje Wikipedia, w pobliżu wioski Kaali znajduje się rezerwat geologiczny, obejmujący krater uderzeniowy Kaali. Ważący co najmniej 400 ton meteoryt uderzył z prędkością 10-20 km/s w dolomitową skałę. Wskutek uderzenia powstało kilka istniejących do dzisiaj kraterów. Średnica największego z zagłębień wynosi 110 metrów, a maksymalna głębokość jeziora Kaalijärv to 6 m. Jezioro to otacza wał ziemny o wysokości 16 m. W pobliżu znajduje się jeszcze 8 mniejszych kraterów. Materiał z ich pobliża nie zawiera osadów morskich, więc ich wiek nie może być starszy, niż 10000 lat (Sarema wynurzyła się z Bałtyku 10000 lat temu). Jak sądzono do niedawna, meteoryt z Saaremy – podobnie jak Meteoryt Morasko – spadł na Ziemię około 4100-2700 lat temu. Datowanie na podstawie osadów torfowych pozwoliło oszacować powstanie na rok ok. 5500 p.n.e. Nowsze pomiary (datowanie radiowęglowe torfu wzbogaconego w iryd) wskazują, że zderzenie miało miejsce 800 - 400 lat p.n.e.


Prezentuję zdjęcia największego astroblemu wykonane przez Pana Wacława Bednarza



sobota, 4 sierpnia 2012

„BAZA OBCYCH” POD SAAREMĄ – Próba rozwiązania




Przyznam, że z zainteresowaniem przeczytałem artykuł na temat tajemnic estońskiej wyspy Saaremaa (Ozylia), napisany przez Antoninę Wozniesieńską i zamieszczony przez „Kalejdoskop NLO” nr 23/2003. Temat był nienowy, pisała już o tym m.in. płk pil. Marina Popowicz w swej książce, w której stwierdziła wprost, że pod powierzchnią gruntu Saaremy spoczywa ni mniej ni więcej, ale statek kosmiczny Obcych. Sprawa ta narobiła sporo huku w ufologicznym świecie, z płk. Popowicz przeprowadzono kilkanaście wywiadów, udzielała się ona w TV kilku krajów, w tym Japonii, USA, Wielkiej Brytanii i Szwecji. Japończycy, Brytyjczycy i Amerykanie byli zachwyceni, za to Szwedzi od razu sprowadzili rzecz do właściwego wymiaru, i w świetle tego, co napisał o niej i o tym, co ona mówiła, red. Clas Svahn z „Dagens Nyheter” i „UFO Aktuellt” – mamy tutaj do czynienia z dość płytką, żądną sławy, pieniędzy i poklasku osobowością, która goni za tanią sensacją. Innymi słowy mówiąc – powtórzyła się wpadka Michaela Hessemanna z „UFO na Kaukazie” tym razem w wersji bałtyckiej pt. „UFO pod Saaremą”...

Nie znam płk Popowicz i trudno mi oceniać jej osobowość. Uważam jednak, że sprawę tego NOL-a czy też Bazy Obcych (jakaś kosmiczna al-Kaida???) pod Saaremą nie wolno zlekceważyć. Po prostu dlatego, że za zlekceważenie nawet drobnej poszlaki można gorzko zapłacić i kto wie, czy w tej dziwnej opowieści nie kryje się jakieś ziarnko prawdy?

Zacznę od tego, że sprawę podziemnej konstrukcji zagrzebanej w piaskach Saaremy można by wyjaśnić w sposób mniej efektowny, ale bliższy prawdy. Spójrzmy na tą wyspę z punktu widzenia wojskowego. Znajduje się ona u wejścia do Zatoki Ryskiej i zajmuje tym samym bardzo ważne miejsce – i jako punkt obrony i jako wysunięty przyczółek. Z tego też względu w czasie II Wojny Światowej interesowali się nią najpierw Niemcy, a potem Rosjanie. Być może znajdowały się tam jakieś ultra-sekretne konstrukcje tworzące podziemne Peenemünde-2, z którego Rosjanie później strzelali niemieckimi rakietami w kierunku Finlandii i Szwecji w czasie „rakietowego lata 1946 roku”? Po 1946 roku poligon ten porzucono, kierując rakiety do Karelii i Kazachstanu, zaś wody podziemne zatruwają teraz komponenty paliwa i inne chemikalia używane w technologiach rakietowych?

Wariantem tej wersji jest tajna podziemna i podwodna baza U-bootów, którą Niemcy mogli zbudować tam w czasie wojny, a która mogła służyć do obsługi tajnych U-bootów Hitlera. Całość opisał radziecki pisarz, autor wielu powieści sensacyjnych Leonid Płatow w powieści pt. „Tajemniczy okręt podwodny” (Warszawa 1977). Według niego, jedna z takich baz – tajemniczych Vinet – miała znajdować się w szkierach, w okolicach Wyborga. Niemcom byłoby trudno ją wybudować w czasie oblężenia Leningradu[1], a to ze względu na sytuację operacyjną w tym rejonie, a poza tym należałoby ją budować wwiercając się w twardy granit, ale mogli to spokojnie zrobić właśnie na głębokim zapleczu – jakim de facto była Saaremaa i sąsiednia Hiiumaa, Vormsi czy Muhu, gdzie znajduje się gruba warstwa piasku i twarda granitowa skała pod nią...

Ale co tam bazy U-bootów! Pod powierzchnią Saaremy można było spokojnie wybudować podziemną fabrykę czy przetwórnię, która mogła ekstrahować z nadmorskiego piasku niektóre rzadkie, i dlatego potrzebne Niemcom materiały do prowadzenia wojny – np. cyrkon. Pierwiastek ten jest niezbędny w technologiach atomowych, a uczeni nazistowscy byli o krok od uzyskania bomby atomowej, a może nawet już ją mieli?... Takie tajemnicze wielokondygnacyjne podziemne budowle znajdują się m.in. w Gdyni, a raczej pod Gdynią. Jest tam drugie podziemne miasto, które do dziś dnia nie zostało dobrze zbadane. I nikt nie wie, co tam właściwie było!

Podziemna fabryka również wyjaśnia to, co się działo na Saaremie. Być może mogłaby to być także rafineria uranu. Skąd uran nad Bałtykiem? Mało kto wie, że niewielkie złoża rud tego pierwiastka znajdują się w okolicach Ełku, Elbląga, Pasłęka i Nowej Karczmy na Mierzei Wiślanej! Bałtyk nie tylko bursztynem stoi – uranem też... Obecność rud tego pierwiastka doskonale tłumaczy wszelkie objawy chorób, które jako żywo przypominają porażenie promieniste i zatrucie związkami tego pierwiastka! Nie zapominajmy, że wszystkie związki uranu są toksyczne! To wyjaśnienie także nie musi uciekać się do rozbitych statków kosmicznych Obcych, czy Ich baz podziemnych i podwodnych. Aktywność UFO/USO w tych okolicach bierze się stąd, że Oni interesują się wszelkimi ziemskimi technologiami jądrowymi, o czym wiedzą wszyscy ufolodzy wiążący swą działalność z ekologią.

Ale po co podziemna fabryka czy rafineria uranu! Wystarczy, że już w czasach ZSRR jakiś biurokrata wymyślił sposób na utylizację odpadów radioaktywnych z reaktorów jądrowych. Robi się to „metodą radziecką” – pojemniki zakopuje do ziemi albo topi we Wszechoceanie. Ostatnio – w latach 80. i na początku lat 90. XX wieku – płynne odpady - radioaktywne jak wszyscy diabli - po prostu wlewano z pokładów statków wprost do Morza Ochockiego. I nikt się tym nie przejął, poza Japończykami i kilkoma ekologami z Greenpeace! No, a potem Rosjanie dziwią się, że w Morzu Ochockim obserwuje się podwyższoną aktywność USO, o czym czytałem m.in. na łamach „Kalejdoskopu NLO”...  

No i wreszcie wyjaśnienie „kosmiczne”:

Około 12.000 lat temu, na tereny Środkowej Europy spadł duży meteoryt. Pozostawił on po sobie kilka astroblemów (kraterów impaktowych) na terenie Polski: 7 (właściwie 8, ale jeden krater zaorano) w Morasku k./Poznania (52o29’N – 016o54’E), 1 niedawno odkryty w okolicach Fromborka (54o21’N – 019o41’E) i 7 właśnie w Estonii na wyspie Saaremaa... Jest to rezerwat Kaalijärv (58o24’N – 022o40’E) o powierzchni 4,8 ha, położony w środkowo-wschodniej części wyspy – patrz mapka, której największy astroblem ma 110 m średnicy i głębokość 16 m, zaś otoczony jest wałem o wysokości 6-7 m. Pozostałe kratery mają średnice 16-30 m i głębokość 4-5 m. Wszystkie one są wypełnione wodą.[2]

Meteoryt Morasko ma ciekawy skład chemiczny i zawiera on: żelazo Fe – 92,2%; nikiel Ni – 6,75-7,15%; kobalt Co – 0,53%, śladowo występują ponadto: fosfor P, miedź Cu, chrom Cr, siarka S, węgiel C, mangan Mn, glin Al, magnez Mg i molibden Mo. Jest to żelazny oktaedryt IA-Og.[3] Meteoryt z Saaremy też jest żelaznym oktaedrytem IA-Og... NB, nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby się okazało, że meteoryt z Fromborka też byłby żelaznym oktaedrytem IA-Og! Poza tym założę się, że na dnie Bałtyku leżą szczątki tego samego meteorytu...

Ta katastrofa wydarzyła się 12.000 lat temu, czyli około 10.000 r. p.n.e. Co nam mówi ta data? Atlantolodzy twierdzą, że jest to data zatopienia wyspy Atlantydy na Oceanie Atlantyckim. Dla geologów, paleontologów i klimatologów jest to zakończenie Czwartej Epoki Lodowej. To właśnie wtedy wydarzyło się coś, co zaważyło znacznie na rozwoju naszej cywilizacji. Atlantolodzy twierdzą, że był to impakt małej planetoidy – zwanej Planetoidą A[4], która uderzyła w Atlantyk mniej więcej na 30oN – czyli vis-à-vis Cieśniny Gibraltarskiej. Planetoidy nie latają solo – a zatem jakieś jej odłamki poleciały m.in. w kierunku Polski i Estonii wybijając astroblemy. Część z nich leży teraz na dnie Bałtyku, część spadła na Europę. Część śladów impaktów zatarł lodowiec, ale astroblemy Moraska, Fromborka czy estońskiego Kaali pozostały.

A może to nie był asteroid?

Może był to statek kosmiczny, czy stacja kosmiczna Atlantydów, która trafiona bryłą towarzyszącą Planetoidzie A spadła na Europę – dosłownie „rozsmarowując się” na przestrzeni tysiąca kilometrów? Bo zastanawiają mnie te złoża rud uranowych w północnej Polsce. Może to ładunek reaktora jądrowego tego hipotetycznego statku kosmicznego czy stacji orbitalnej, który spadł na Ziemię i literalnie wbił się w glebę i skały Pomorza, Warmii  Mazur, tworząc potem niewielkie skupiska rud uranowych?

Ślady tego kosmicznego kataklizmu, który dotknął Atlantydę widać także w Tatrach – ot, chociażby Wąwóz Kraków – który jest skolapsowaną jaskinią, czy rumowisko skalne, głazowisko Wantule. Obie te formacje powstały właśnie pod koniec Czwartej Epoki Lodowej i to w sposób niewyjaśniony do dziś dnia...[5]

Tajemnica Saaremy powinna być rozwikłana przez naukowców, a nie przez amatorów czy outsiderów. Jest to we własnym, dobrze pojętym interesie całej Ludzkości. Osobiście czuję, że – o ile relacje podane przez Antoninę Wozniesienską są chociaż trochę prawdziwe – to możemy się tam natknąć na jedno (lub kilka – tego nie da się wykluczyć) z wymienionych przez mnie rozwiązań. A może jeszcze na coś innego – włącznie z wrakiem gwiazdolotu z najodleglejszej galaktyki...


[1] Dzisiaj Sankt Petersburg.
[2] Tu i dalej wszystkie dane dot. Meteorytu Morasko i Saaremaa wg A. Dzięczkowski i H. Korpikiewicz – „Zagadka Meteorytu Morasko” (Poznań 1979) oraz M. Żbik – „Tajemnica kamieni z nieba” (Warszawa 1987).
[3] Dane ze stron internetowych: www.meteorite.fr oraz www.meteorite.ru.
[4] Zainteresowanych odsyłam do pracy prof. L. Zajdlera – „Atlantyda”, (Warszawa 1980).
[5] Zainteresowanych odsyłam do mojej pracy pt. „Projekt Tatry”, (Kraków 2002). 

czwartek, 2 sierpnia 2012

PODZIEMNA BAZA... – NA DNIE STUDNI? (1)




Antonina Wozniesienskaja


Na całej naszej planecie znajdowane są różne dziwne artefakty nie pasujące do naszej cywilizacji. O jednym z nich mówi właśnie ten artykuł zamieszczony w „Kalejdoskop NLO” nr 23(290) z dnia 2 czerwca 2003 roku.


Ta historia zaczęła się dwanaście lat temu na estońskiej wyspie Saaremaa. Pewien chłopiec, który tam mieszkał, zapewniał, że po nocach spotyka się z Kosmitami, i nawet narysował wszystko, co widział: nieznane latające aparaty o niezwykłych kształtach, wygląd wewnętrzny statków kosmicznych i podróżujących nimi biologicznych robotów – biorobotów, neuromatów. Wszystko to można by przypisać dziecięcej bujnej fantazji, gdyby nie jeden rysunek: zwyczajny wiejski dom, a obok niego – maszyny i narzędzia rolnicze. Ale to nie wszystko, bo obok domu znajduje się także coś, co przypomina dość dokładnie pojazd kosmiczny Kosmitów – latający dysk.
- To jest międzyplanetarny statek Kosmitów – twierdzi chłopiec. – On znajduje się niedaleko stąd – w Estonii...
I co najciekawsze – entuzjaści ufologii to miejsce znaleźli!!!
Od dłuższego czasu w domu jednego z mieszkańców wsi pod Tallinem – pana Virgo Mitta – dzieją się dziwne rzeczy: same z siebie fruwają gliniane garnki, słychać jakieś kroki i niepojęte stukania, zaś na strychu obserwowano świecenie się... nie włączonej lampki. I jego rodzina zwalałaby wszystko na niego i jego fantazję i roztargnienie, gdyby nie studnia. Zwyczajna studnia, którą ongiś Virgo Mitta kazał wykopać u siebie na podwórku.

Z początku wszystko szło dobrze. Po pewnym czasie łopata natrafiła na jakiś twardy przedmiot. Skarb!!! – pomyślał Virgo w pierwszej chwili, ale próby wykopania cennego znaleziska kończyły się fiaskiem. To była jakaś płyta, która nie kończyła się w każdym kierunku... Próbował ją skruszyć, ale nadaremnie. W ciągu kilku tygodni udało mu się wybić w tej opornej płycie otwór wystarczający do zrobienia studni. Studnia zaczęła się napełniać wodą. I na tym cała historia by się zakończyła, gdyby nie to, że Virgo zostawił sobie na pamiątkę kilka odłamków złotolitej płyty.
Opowiedział o tym swemu przyjacielowi, który przyjechał do niego w gości, chemikowi z wykształcenia, a ten zawiózł odłamki płyty do Tallińskiego Instytutu Politechnicznego. Po kilku latach do odłamków zabrał się jeden z naukowych pracowników TIP. W tej samej chwili poczuł on silny wstrząs, jakby elektryczny, i w stanie ciężkim odwieziono go do szpitala. Od tego dnia zaczęła się seria eksperymentów.
Ludzie różnie reagowali na zetknięcie z tymi kawałkami metalu: jeden nie czuł niczego specjalnego, drugi czuł porażenie prądem elektrycznym, trzeci odczuwał tylko wibrację, zaś inny poparzył się...
Nowoczesne metody analizy nieznanego metalu wykazały, że składa się on z 38 pierwiastków z Tablicy Mendelejewa, z których wiele nie spotyka się w Przyrodzie, a syntezuje się je w reaktorach jądrowych. I co więcej – przy poziomie współczesnej nauki i techniki na Ziemi nie da się otrzymać takiego stopu!!!...[1]

Na dobitkę, woda z „anormalnej” studni okazała się być wyjątkowo niesmaczną i przyszło studnię zasypać. No i zaczęło się dziać coś niezwykłego. Ze wszystkich stron wioski zaczęły się do tej studni zbiegać... koty! Przychodziły ze wszystkich stron i tam się tarzały, a przecież wiadomo, że na koty patogenne strefy[2] działają jak waleriana... Z ludźmi, którzy choć przez parę minut postali w epicentrum, zaczęły dziać się dziwne i groźne rzeczy: wypadały im włosy i zęby, pogarszał się wzrok, miesiącami odczuwali silne uczucie dziwnej słabości...
A najbardziej ucierpiał na tym sam pan domu. Odcięto mu nogi i kilka lat leżał nieruchomo, a w końcu zmarł w 1987 roku.
Wreszcie „latający talerz” czy też „sondę” – uczeni nie zgodzili się w materii, co to takiego jest – zostawiono w spokoju. Ale jak „to” znalazło się pod ziemią – co w przybliżeniu zdarzyło się gdzieś w okolicach X – XI wieku – i jak oddziałuje to na naszą współczesność? -  tego nie wie nikt.
W na pół zburzonym kościele znajdującym się w jednym z niedźwiedzich zakątków Estonii, gdzie diabeł powiedział dobranoc, znajduje się fresk, na którym widzimy przedstawiony latający talerz. Zaś wśród żyjących mieszkańców tej wsi podaje się z ust do ust legendę, w której mówi się o tym, że do tego przeklętego miejsca nie można podchodzić bliżej, niż na wiorstę[3], a już w ogóle budować tam domy. A jeżeli ten latający talerz wydobędzie się na świat Boży, to nastąpi nieobliczalna w skutkach katastrofa!...[4]
Ufolodzy oczywiście mają swoje wersje i hipotezy. Jedna z nich brzmi: ten i podobne temu, jeszcze nie odkryte „podziemne obiekty” są w stanie wytrzymać i neutralizować wokół siebie skutki wybuchów jądrowych. Jest i drugie wyjaśnienie: wiele obserwacji UFO i USO mówi, że mogą one przechodzić przez ciało stałe i temu podobne struktury, czym można wytłumaczyć fakt ich znikania w takich podziemnych bazach NOL-i. Kolejna hipoteza zakłada, że ta obca sonda międzyplanetarna gra rolę generatora korygującego ziemskie psi-pole.
... Znamienity estoński czarownik Enn po wszystkich „eksperymentach” także radził zasypać studnię, i nawet wskazał konkretną datę, kiedy należało to uczynić. Posłuchano czarownika, i kiedy pierwsze wiadro piasku poleciało do jamy, rozległ się ogłuszający wybuch. Próby wyjaśnienia jego przyczyn spaliły na panewce: w okolicy jamy nie znaleziono żadnych niewypałów. Wezwani na pomoc wojskowi rozwodzili tylko rękami nie rozumiejąc niczego...

Na początku lat 90. XX wieku, tą anomalną strefę próbowała zbadać grupa uczonych japońskich, ale wszystkie jamy, które oni wykopali, od razu wypełniały się wodą. I przy okazji wyjaśnił się ciekawy fakt: władze Estonii nie wydały im zezwolenia na prowadzenie prac ziemnych i Japończycy musieli wracać jak niepyszni do domu...
Ostatnimi czasy wrzawa wokół tego znaleziska nieco przycichła. No, ale nie można jeszcze stawiać kropki nad i. W każdy rok anomalna strefa zbiera swe śmiertelne żniwo. Tak zatem ta historia nie ma jeszcze końca...


Przekład z j. rosyjskiego i opracowanie –
Robert K. Leśniakiewicz ©


CDN.


[1] Sprawa ta kojarzy się z tzw. „artefaktem waszkijskim”, który został znaleziony nad rzeką Waszka w Republice Komi, w latach 70. ub. stulecia. W skład tego artefaktu wchodzą także pierwiastki, które nie występują w Naturze, a zatem zostały zsyntetyzowane w reaktorach jądrowych...
[2] W radiestezji takie patogenne strefy emitują wyjątkowo szkodliwe i kancerogenne promieniowanie tzw. „zieleni ujemnej” (V-) czy „szarości” (G). W tym przypadku kot (a raczej jego sierść) działa jak naturalny odpromiennik. Właściwości te były znane Starożytnym i tak np. Rzymianie nigdy nie rozkładali obozowisk czy budowali domów tam, gdzie wylegiwały się koty...  
[3] 1 wiorsta = 1.066,78 m.
[4] Podobną legendę słowaccy ufolodzy odkryli w Orawskich Beskidach, a najprawdopodobniej dotyczy ona spadku meteorytów na terytorium Słowacji w odległej przeszłości – zob. M. Jesenský, R. K. Leśniakiewicz – „Tajemnica Księzycowej Jaskini” i „Powrót do Księżycowej Jaskini”. 

piątek, 30 grudnia 2011

Historia jednego znaleziska



Walentyn Kukarenko

Niedawno kolejnego NOL-a widzieli mieszkańcy Saratowa i nawet nagrali to na video. Według oświadczenia naocznych świadków, kilka świecących obiektów pokrążyło nad miastem i odleciało w kierunku Engelsa.

Te zagadkowe wydarzenia rozpoczęły się w 1965 roku od całkiem zwyczajnej sytuacji. Mieszkaniec jednej z estońskich wiosek, mechanik samochodowy Virgo Mitt zabrał się za wykopanie studni na swoim podwórzu.

Tajemniczy metal

Wgłębiwszy się w ziemię na kilka metrów, Mitt natknął się naraz na jakąś metalową płytę. Nie dało się jej wydobyć, ani obejść, więc Virgo zdecydował się przebić przez płytę. Przez kilka dni przebijał się przez nią przy pomocy młotka pneumatycznego. Okazało się, że płyta miała grubość 4 cm, ale była niewiarygodnie odporna. Odbijając od niej niewielkie kawałeczki i wkładając je do wiadra, ślusarz wreszcie zrobił dziurę o odpowiednich rozmiarach, i studnia wypełniła się szybko wodą. Rozwścieczony próżna robotą, jaką wykonał, Virgo ponownie wrzucił kawałki metalu z wiadra do studni. Sobie zostawił jedynie dwa kawałki o długości ok. 10 cm.

Wkrótce w domu Mittów zaczęły pojawiać się niezwykłe rzeczy: gliniane garnki same przemieszczały się, słychać było jakieś dziwne dźwięki i kroki, a na suficie zapalała się lampka, której nikt nie włączał. Na podwórko z całej okolicy zaczęły schodzić się koty. I wreszcie tymi niezwykłymi rzeczami zainteresowali się ufolodzy. Oni przeprowadzili badania radiestezyjne okolicy i wyznaczyli granice anomalnej strefy. I co się okazało: pod ziemią znajduje się owalny, talerzowaty obiekt, o średnicy około 15 m, leżący pod katem 35-40°, z przegłębieniem na wschód. Grubość obiektu w jego środkowej części wynosi około 4 m i zmniejsza się ku krawędziom. A na dodatek tajemniczy talerz znajdował się dokładnie pod domem.

Anomalne zjawiska w domostwie Mittów ufolodzy objaśnili tym, że obiekt naruszył strukturę czasoprzestrzenną tamtego miejsca, i ciałom astralnym z TAMTYCH światów ułatwiło to przenikanie do naszego materialnego świata. Ale według oficjalnego oświadczenia, przyczyną kłopotów ślusarza samochodowego było naruszenie wodoodpornej warstwy gleby i zawilgocenie fundamentu domu.

W roku 1969, jeden z pozostawionych dla siebie kawałków metalu został przesłany do pracownika naukowego G. A. Vijdinga. Przez długi czas nic osobliwego z nim się nie działo, ale pewnego razu odłamek ten został dotknięty przez jednego z pracowników Vijdinga i… człowiek ten stracił świadomość i upadł.

Próbka z „Obiektu M”

Zdumiony uczony postanowił  sprawdzić działanie niezwykłego metalu na innych ludziach i „przepuścił” przezeń swoich podwładnych, krewnych, przyjaciół, znajomych i ekstrasensów[1] wypełnił ponad 300 ankiet z tego eksperymentu. Reakcje na interakcję z nieznanym metalem były różne: jedni odczuwali potężny skok ciśnienia, inni jedynie lekkie wibracje, jednych metal przyjemnie chłodził, zaś u innych na skórze pozostawały ślady oparzeń.

Chcąc dowiedzieć się, co to za niezwykły materiał, Vijding wysłał jego próbki drogą oficjalną do NII[2] w Moskwie, Leningradzie i Kijowie, nazywając to „próbką z Obiektu M”. Mijały lata, a uczony – który tymczasem stał się Zastępcą Dyrektora ds. Naukowych Ministerstwa Geologii Estońskiej SRR – nie uzyskał rezultatów badań tych próbek.

W roku 1983, Vijding zwrócił się z prośbą o pomoc do E. K. Parve – najbardziej tajemniczego człowieka w Estonii – jak go nazywano, o wielkim autorytecie i dysponującego wielkimi możliwościami związanymi z opracowaniami nowych technologii dla kosmonautyki. Zmarnowawszy kilka diamentowych pił, odłamek „Obiektu M” pocięto na cienkie plastry i wysłano do zbadania do wiodącego NII w Moskwie.

Pozioma warstwa pirytu

W badaniach wykonanych we wszechzwiązkowych placówkach naukowych: Instytucie Materiałów Lotniczych, Instytucie Przemysłu Metali Ziem Rzadkich, Przemysłu Mineralnego i tym podobnych, użyto najnowocześniejszych mikroskopów elektronowych, spektrografów masowych, analizy laserowej i najnowocześniejszych metod analizy chemicznej. Uczeni znaleźli w tych próbkach 38 pierwiastków chemicznych. Okazało się, że materiał ten był jednorodną kompozycją metalowego szkliwa zbrojoną kalcytowo-żelazno-krzemiennymi włóknami. Nie był on radioaktywnym, ale miał za to właściwości silnego magnesu, z twardością wynoszącą 1280 kG/mm², poza tym było ono tworzywem odpornym na gorące kwasy o dowolnym stężeniu i żaroodpornym. Czegoś takiego nigdy nie wyprodukowano w technice lotniczej.

Na dokumentach z wynikami analiz znajdowały się podpisy akademików: N. F. Obrazcowa i S. T. Kuszkina, a także prof. A. I. Jełkina. Końcowy wniosek uczonych był jednoznaczny: takiego spławu przy aktualnym poziomie nauki i techniki na Ziemi nie można uzyskać.

Zgodnie z rozporządzeniem wiceprzewodniczącego AN ZSRR akademika A. A. Janszina w roku 1984, spróbowano wydobyć wyrzucone próbki tego materiału. Ze studni Mittów wyczerpano wodę i przeszukano jej ściany magnetometrami. Na głębokości 6,5 m „odnotowano sygnał obecności silnie magnetycznego materiału”. Niestety, silny przypływ wody do studni uniemożliwił jego wydobycie. Zaś latem 1985 roku, prace te zostały oficjalnie zakończone i oświadczono, „że w czasie tych prac znaleziono nic innego tylko położoną poziomo warstwę pirytu”.

„Żelazny trójkąt”

W roku 1986, jeden z byłych pracowników naukowych Specjalnego Wojskowego Instytutu Saperskiego podpisał umowę z Instytutem Geologii AN ZSRR „O eksperymentalnym sprawdzeniu możliwości przenoszenia informacji przed D-pole”. Dysponując ekipą 14 ludzi – często wojskowych – uczony ów ustawił na „Obiekcie M” 34 przyrządy, z których 8 było generatorami tego tajemniczego „pola D”, zaś za perymetrem anomalnej strefy przy pomocy koparki wykopano krater o głębokości 6 m i o rozmiarach 10 x 12 m. Pod garażem, na głębokości 6 m zaczęto kopać poziomą sztolnię. Udało się im dokopać do „anomalnego, elipsoidalnego obiektu o wymiarach 17 x 12 x 3,5 m, z silnie odrzucającym polem D, rozmieszczonym nierównomiernie na obiekcie  (od 4 do 34 obrotów ramki w dłoniach operatora-radiestety). Obiekt zalegał w gruncie na głębokości 3,4 – 12 m.”

W ciągu czterech miesięcy prac, jeden z uczestników został uderzony w brzuch „żelaznym trójkątem”, który wyskoczył ze ściany studni, i stracił przytomność. Na ciele człowieka znaleziono ślady „czterech wypalonych rombów”. Prace pośpiesznie zakończono, zaś ich rezultaty zostały głęboko utajnione.

Potem SWIS zwrócił się do geologów o postawienie trzech stanowisk wokół obiektu i umieszczenie w nich specjalnej aparatury. Latem 1988 roku przyjechał tutaj Vijding w celu wybrania miejsca na te stanowiska, ale wyburzenie budynków jeszcze się nie zaczęło. We wrześniu uczony ten nieoczekiwanie zmarł. Oficjalna przyczyna śmierci – zawał serca. Z jego gabinetu znikł sejf z cała dokumentacja związana z „Obiektem M”. Po roku zmarł także Parve. Krótko po jego śmierci, z jego teczki znikła próbka metalu z „Obiektu M”. Plastykowe pudełko, w którym przechowywana była próbka rozleciało się jakimś sposobem…

Tajemnic ciąg dalszy

Pewien dziwny człowiek, czarownik o imieniu Enn poradził władzom by zasypać studnię, przy czym dał nieprzekraczalny termin – 15.XI.1988 r. I co najciekawsze – władze zastosowały się do jego słów. Ale dziwne wydarzenia zaczęły się pojawiać dalej. Kiedy do studni wrzucono pierwsze wiadro piasku, rozległ się ogłuszający huk. Jego przyczyna jest wciąż nieznaną. Nie było żadnych zniszczeń w okolicy.

Kiedy Estonia stała się niepodległym państwem po rozpadzie ZSRR w 1991 roku, władze wydały zezwolenia na wykopaliska japońskim archeologom. Ci od razu energicznie zabrali się do dzieła. Podzielili teren na kwadraty i zaczęli kopać, a potem rychło dokopali się do wody. Doszło do tego, że władze znalazły jakieś problemy z dokumentacja i roboty przerwano. Jednakowoż Japończycy jakoś się tym nie przejęli i z całą pewnością odkryli coś ważnego i istotnego dla siebie. Po pewnym czasie władze Estonii uzyskały wiarygodne informacje, że pracami japońskich „archeologów” kierował… kadrowy pracownik wywiadu.

…i od tej pory nikt już nie zamierza dobrać się do „Obiektu M”. Ktoś tam obliczył, że się go nie da wykopać. A przecież znajdują się tam setki ton niezwykłego metalu, a poza tym przecież silniki i cała niezwykła aparatura i inne cuda pozaziemskiej technologii. Ufolodzy są przekonani, że w ziemi pod domem Mittów znajduje się uszkodzony statek kosmiczny – ale skąd on się wziął i kiedy tu się znalazł – pozostaje zagadką.

Jest jeszcze inna hipoteza, a mianowicie taka, że „Obiekt M” to nie UFO, ale pozaziemska sonda-generator korygująca pole „psi” Ziemi. Ale jakby to tam nie było, to znalezisko ślusarza samochodowego wpływa pozytywnie na kolejne pokolenie badaczy. A zatem zanim zajmiemy się znowu wykopaliskami, to trzeba będzie wszystko jeszcze raz wszystko przemyśleć…

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Ludzie podatni na zjawiska psi.
[2] NII – Instytut Naukowo-Badawczy.