środa, 31 października 2012

Pasażerowie Titanica zagubili się w czasie? (Artykuł na Halloween)




Irina Szlionskaja

Jeden z najbogatszych ludzi Australii miliarder Clyde Palmer postanowił odtworzyć Titanica. Liniowiec zostanie wybudowany w Chinach i zostanie wyposażony w ówczesne oprzyrządowanie. Jego budowa zakończy się w 2016 roku.
W kwietniu 2012 roku obchodziliśmy okrągłą rocznicę - 100-lecie zatonięcia znanego oceanicznego liniowca RMS Titanic. Wydawałoby się, że katastrofę opisano i zbadano ze wszystkimi detalami i wszystkie tajemnice dawno przestały nimi być. Ale w czasie ubiegłego wieku cały czas wypływają na wierzch coraz to nowe fakty dotyczące tej dawnej tragedii. Wydaje się, że widma ludzi zaginionych w tej katastrofie wciąż przypominają o sobie…

Proroctwo w liście

I tak niedawno na londyńskiej aukcji wystawiono list Jamesa Arthura Paintine’a – osobistego stewarda kapitana Titanica. W tym liście, który młody człowiek wysłał do swych rodziców w dniu 10 kwietnia 1912 roku wyraził on myśl, że podróż ta jest niebezpieczna i statek czeka zagłada…
29-letni James Arthur Paintine tak jak kapitan Edward John Smith od początku pływał na liniowcu RMS Olympic, dokładnej kopii RMS Titanic. Obydwa statki pływały dla Cunard Line. W swoim liście wysłanym do rodziny zamieszkałej w Oxfordzie kapitański steward twierdzi, że Titanic może ulec katastrofie , tak jak Olympic, który w 1911 roku zderzył się z innym statkiem… (Dokładniej z krążownikiem HMS Hawke – przyp. tłum.) I tak istnieje teoria głosząca, że Titanic to nic innego, jak Olympic, którego wysłano zgubie naprzeciw, by potem wziąć za niego odszkodowanie. 



Mogę powiedzieć z całą pewnością, że Titanic jest ładniejszy od Olympica, ale wcale nie jest bezpieczniejszy – pisał on.
List wysłany przez Jamesa Arthura Paintine’a był chroniony przez całe stulecie przez jego najbliższych jak relikwia przekazywana z pokolenia na pokolenie. W stuletnią rocznicę zatonięcia Titanica jego potomkowie zdecydowali się sprzedać go do domu aukcyjnego Henry Aldridge & Son Devizes (Auctioneers). Dokument został wystawiony na aukcji po cenie wywoławczej 57.000 USD.

Widmo kapitana Smitha

Także przy okazji setnej rocznicy zagłady Titanica właściciele dwupiętrowego domu w hrabstwie Staffordshire, zgodnie ze źródłami, niegdyś należącego do rodziny kapitana Edwarda Johna Smitha, opowiedzieli o tym, że wystawiają go na sprzedaż. Rzecz w tym, że jak twierdzą jego właściciele Neal i Louise Bonnerowie mają tam miejsce niecodzienne wydarzenia. Często-gęsto  ponoć pojawia się tam widmo samego kapitana Smitha!
Mówi się, że kiedy Titanic w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku zderzył się z górą lodową, jego kapitan miał jeszcze szansę się uratować, ale podjął on męską decyzję i do ostatniej chwili nie opuścił statku… Tak właśnie twierdzi oficjalna wersja zdarzeń.
Ci, którzy przeżyli katastrofę twierdzą, że widzieli po raz ostatni kapitana Smitha stojącego na mostku wraz ze swym stewardem Arthurem Paintinem. Oczywistym jest, że obydwaj zginęli w katastrofie…



Dom Smitha przeszedł w inne ręce. Bonnerowie sprzedali go za 32.000 GBP. Ale ludzie, który go nabyli nie mogli znaleźć spokoju w swoim nowym domu. Mieszkańcy odczuwali w nim niewytłumaczalny lęk i trwogę. Dwukrotnie w czasie kilku lat z nieznanych przyczyn zalało im kuchnię. Ale najważniejsze – od czasu do czasu oboje widzieli ducha pałętającego się po domu! Bonnerowie są absolutnie pewnymi, że było to widmo kapitana Titanica.
Smith nie był ubrany w mundur kapitański czy w coś podobnego, ale to właśnie był on – twierdzi właścicielka domu.
Mieszkać w tak „nieprzyjemnych” apartamentach Bonnerowie sobie dalej nie życzyli i wystawili dom na sprzedaż za 80.000 GBP. I oczywiście znalazło się wielu chętnych, którzy by na nim zarobili choćby jako na osobliwości dla turystów. Dzisiejszych właścicieli taki biznes – jak widać – nie odstrasza…

Nieżyjący wysyłają SOS…

Jednakże nie jest to jedyne, mistyczne wydarzenie związane z Titanicem. Po wielu latach od katastrofy tego statku, bo przepływający przez strefę katastrofy niejednokrotnie wychwytywali z eteru wezwania o pomoc z zatopionego na początku XX wieku liniowca…
Najpierw coś takiego zaszło w nocy 14/15.IV.1924 roku, czyli dokładnie w 12 lat po katastrofie. Naraz kilka pokładowych radiostacji statków zarejestrowało sygnał SOS statku o kodowym oznaczeniu MGY. (Wyglądało Morsem to tak: … --- …  -- -.. -.- , jednakże radiooficer Titanica początkowo użył skrótu CQD MGY, co wyglądałoby tak: -.-. --.- -..  -- -.. -.-  - przyp. tłum.) Oznaczenie MGY było przypisane właśnie do RMS Titanic. W tym czasie nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi – zdecydowano, że ktoś po prostu zrobił głupi kawał czy mistyfikację. Ale w sześć lat potem incydent się powtórzył. Potem sygnał wywoławczy MGY pojawiał się regularnie w eterze co 6 lat od fatalnej daty: w 1930, 1936, 1942… - i zawsze nocą z 14 na 15 kwietnia. Sygnały przyjmowały statki znajdujące się w promieniu 2000 mil od miejsca tragedii Titanica.
Pod koniec lat 60. rozwiązaniem tej zagadki zajęła się CIA. Na ten temat nałożono gryf tajności – TAJNE. Ale CIA nie udało się namierzyć źródła tych sygnałów, które pojawiały się w eterze co każde 6 lat. (Swoją drogą sprawą powinna zająć się nie tyle CIA, ile Narodowa Agencja Bezpieczeństwa - NSA, która została powołana m.in. do wywiadu radiowego i radiokontrwywiadu – uwaga tłum.)
Mówi się, że po raz ostatni sygnał z tonącego Titanica wyłapała załoga kanadyjskiego statku w kwietniu 1996 roku. Trudno więc założyć, że ktoś stroił sobie głupie żarty z marynarzami i służbami specjalnymi przez 72 lata!

Ratunek poprzez 80 lat

A na przełomie stuleci i tysiącleci pojawiły się słuchy o cudownym uratowaniu ludzi z zatopionego statku, których uznano za zaginionych. Podobnież oni przenieśli się w… Przyszłość!
Opowiadają, że 14 grudnia 1992 roku na oczach norweskich rybaków łowiących ryby w Atlantyku, naraz ukazał się im z głębin ogromny statek, w którym rybacy rozpoznali słynnego Titanica! Na jego pokładach miotali się przerażeni ludzie. Wołali o pomoc, niektórzy skakali do lodowatej wody. Po kilku minutach statek znów skrył się pod wodą. Norwedzy wysłali radiogram do sztabu US Navy. Wkrótce na miejsce zdarzenia przybył amerykański okręt. Z wody podniesiono 13 osób w kamizelkach ratunkowych na których pisało „Titanic”. Wszyscy uratowani przejawiali zanik pamięci – całkowitą amnezję. Niektórzy z ich mieli przy sobie dokumenty, które były wystawione nie później niż w 1912 roku. Wiek tych osób pasował do wieku osób uwidocznionych w dokumentach.
Władze Norwegii i USA dogadały się co do utrzymania wszystkiego w tajemnicy. W mediach pojawiła się tylko informacja, że uratowano rozbitków z zatopionego statku, ale nie podano z jakiego. Co się stało dalej z uratowanymi – nie wiadomo. Najprawdopodobniej umieszczono ich pod obserwacją lekarską i zapewne w tajnym, dobrze chronionym ośrodku medycznym. (Przypomina się tutaj włosko-francuski film „Hibernatus” w reżyserii Eduarda Molinaro [1969] ze znakomitą rolą Luisa de Funes – przyp. tłum.)
W 1994 roku, na Północnym Atlantyku jakoby wyłowiono z wody jeszcze trzy ofiary katastrofy – w tym samego kapitana Smitha i dwóch pasażerów – kogoś o nazwisku Winnie Cootes i 10-miesięczną dziewczynkę w kole ratunkowym Titanica. Wszyscy oni znajdowali się na listach zabitych w tej katastrofie 82 lata temu.
Ale najprawdopodobniej są to jedynie mity. Co zaś się tyczy tajemniczych radiosygnałów z pokładu Titanica, to są one udokumentowane w mnogich źródłach. I nie jest wykluczone, że wezwanie o pomoc miało miejsce i – oczywiście – nie wysyłały go duchy.

Paradoksy eteru i radiołączności

Osobliwości propagacji fal radiowych  w różnych środowiskach do dziś dnia nie są dobrze zbadane. Np. uczeni do dziś dnia pracują nad zagadką tzw. zatrzymanego radioecha. Zdarza się, że sygnał wysłany w eter przez jakiś czas powtarza się i to nie jeden, ale kilka razy. Wśród radioamatorów krąży wiele opowieści o utrwalonych w eterze przekazach radiowych, które adresaci otrzymywali po wielu latach.
I tak jeden z frontowych radiotelegrafistów przyjął w końcu lat 50. radiogram od swego przyjaciela. Paradoks polegał na tym, że ten przyjaciel – także wojskowy radzista zginął na froncie. Radiogram mówił, że pododdział wpadł w okrążenie i że mają dużo rannych. Martwy radzista prosił o wsparcie artyleryjskie. Mówi się, ze po odebraniu tego radiogramu, frontowiec już się nie zajmował radioamatorstwem – rozdał całą swoja aparaturę i się rozpił: w jego mózgu nie mogło się pomieścić, jakim cudem otrzymał on wiadomość z tamtego świata…
Według praw fizyki fale radiowe wykorzystywane w łączności albo odbijają się od jonosfery, albo ja przeszywają i „ulatują” w przestrzeń kosmiczną. Wyjaśnić ich „powrót” można jedynie zderzeniem z jakimś zagadkowym obiektem, który odbija je z powrotem na Ziemię. Tak tez pojawiła się hipoteza o znajdującej się na orbicie Ziemi obcej sondy międzyplanetarnej, która sprawia tyle kłopotów geofizykom. Między innymi znakomity wynalazca Nikola Tesla twierdził, że przy pomocy fal radiowych będzie można nawiązać kontakt ze światem pozagrobowym…


Źródło i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 22/2012, ss. 6-7
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©           

wtorek, 30 października 2012

Nowy Jork nie został zaatakowany (2)


Pocisk rakietowy średniego zasięgu A-4/V-2


Kilka słów od tłumacza                

W materiale Andrieja Bystrowa jest kilka luk, które chciałbym uzupełnić. I tak:

Rakieta V-9 to była jedna z najciekawszych konstrukcji, która jednak nie wypaliła. Natomiast omal nie wypalił inny pomysł w rakietą odpalaną z pokładu U-boota, która była nazywana Urzel. Rakiet te miały być odpalane przez okręty podwodne, które holowały za sobą kontenery z rakietami, które miano odpalić w kierunku Wielkiego Zielonego Jabłka. Szczegóły tej operacji opisał L. Lutyński w opracowaniu „Flota widmo” (Warszawa 1974).
Hitlerowscy uczeni prowadzili eksperymenty poza Uznamem także na wyspach Greifswalder Oie i Rudden w Zatoce Pomorskiej.

Autor milczeniem pominął ogromny wkład Polaków w walce z hitlerowskimi broniami odwetowymi. To właśnie dzięki nim udało się poznać tajemnice Peenemünde i innych niemieckich poligonów broni V. poza tym niczego nie wspomina o mało znanym epizodzie lądowania pięciu samobieżnych pocisków odrzutowych V-1 i jednej rakiety V-2 na terytorium Szwecji, które to zostały potem przewiezione do Wielkiej Brytanii i tam rozpracowane. Zainteresowanych odsyłam do moich opracowań pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” (Warszawa 2001) i „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2008).
Jeżeli idzie o Stację Seryjnych Doświadczeń Süd, to chodziło najprawdopodobniej o zakłady produkcyjne, w których wytwarzano części rakiet i podzespołów ich mechanizmów – zob. ryc.

Szczegóły nalotu na Peenemünde opisał szczegółowo brytyjski pisarz M. Middlebrook – „Nalot na Peenemünde” (Warszawa 1982).
Poza Peenemünde, Niemcy rozlokowali swe ośrodki badawcze na całym polskim wybrzeżu. Niemieccy naukowcy pracowali w nich nad broniami morskimi, podwodnymi i lotniczymi, czy nawet … kosmicznymi oraz nad broniami OPB czy nawet ASAT. A oto fragment jednego z moich opracowań:  
        
Ze wszystkich analiz i będących ich wynikami raportów badaczy amerykańskich z NUFORC i NICAP – Roberta Duvalla i Roberta Hastingsa (z którymi zapoznam Czytelnika w drugiej części tego opracowania) wynika niezbicie, że pasażerowie UFO interesują się przede wszystkim instalacjami rakietowo-jądrowymi i kosmicznymi na terenie krajów, które takowe posiadają. Dotyczy to państw tzw. „klubu atomowego” (USA, Rosja, Wielka Brytania, Francja, Kanada, Indie, Pakistan) oraz krajów, które mają swe cywilne instalacje jądrowe oraz prowadzą nielegalne badania nad bronią jądrową (w tym Izrael, Iran, Korea Pn.). U nas jak dotąd nie ma ani przemysłu atomowego związanego z kompleksem wojskowym, ani rakietowo-kosmicznego. Ale czy na pewno?

Pocisk rakietowy V-2 - pierwszy RMBM

Polska jako jeden z pierwszych krajów produkowała znakomite rakiety meteorologiczne, które w latach 1956 – 1974 biły na głowę wszelkie analogiczne konstrukcje sowieckie. Były to rakiety doświadczalne RM (RM-1, RM-1A,  RM-2A, RM-2P, RM-2B, RM-2c, RM-2D i RD-42 oraz RM-3W, a następnie RASKO-1, RASKO-2, RASPO-2) rakiety przesyłowe i szkoleniowe (RP-1, RP-2, RP-3, oraz projektowana PR-4, RASKO-2R i projektowana RASKO-3), meteorologiczne (Meteor-1, Meteor-2, Meteor-3 i doświadczalne Meteor-1E i Meteor-3E), a wszystkie one były wypróbowywane w trzech miejscowościach w kraju, na trzech poligonach doświadczalnych: Teren Prób Rakietowych na Pustyni Błędowskiej, Punkt Sondażu Rakietowego w Ustce i Stacja Sondażu Rakietowego w Łebie. Niestety – nasze osiągnięcia w tej dziedzinie były znakomite i to stało się gwoździem do ich trumny. Na żądanie ZSRR w latach 70. zamknięto nasze poligony rakietowe i zaprzestano prac nad rakietami. Ktoś stwierdził, że gdyby nie głupota komunistów, to Polska miałaby swój własny konkurencyjny program kosmiczny. Być może – nie neguję tego. Ale prawda mogła wyglądać zgoła inaczej.

Przeciwlotniczy pocisk rakietowy Rheintochter R-1

Poligony w Łebie, Ustce a także Władysławowie i Międzyzdrojach służyły najpierw III Rzeszy. Wypróbowywano na nich nowe technologie rakietowe i nie tylko. Na poligonie w Ustce wypróbowywano pociski A-2/V-1 i A-4/V-2, w okolicach Międzyzdrojów znajdowała się działobitnia superdalekonośnego działa Stonoga – bardziej znanego jako Tausendfüssler V-3, którego pociski miały przelatywać ponad Zalewem Szczecińskim, Szczecinem i spadać na poligonie w okolicach Gryfina. Na poligonie we Władysławowie wypróbowywano supersoniczny pojazd V-7. W Łebie z kolei testowano konstrukcje przeciwlotniczych rakiet typu Rheintochter i Rheinbote. Były to już zupełnie dojrzałe i udane konstrukcje ze znakomitymi osiągami. Szczególnie interesującym jest Posłaniec Renu, który to sterowany radiem pocisk rakietowy był napędzany aż czterema członami dając mu zasięg teoretyczny 230 km i efektywny 160 km, zaś 40-kg głowica bojowa lecąc do celu osiągała prędkość rzędu 6000 km/h czyli ok. 1,7 km/s albo 5 Ma! Co więcej – jego pułap operacyjny sięgał 70.000 m! Pytanie: co mogło być celem tak wyrafinowanego technicznie i wściekle – jak na owe czasy – szybkiego pocisku rakietowego? Samoloty? To bez sensu, jako że ówczesne samoloty tłokowe osiągały prędkości poniżej 1 Ma. Samoloty odrzutowe zbliżały się do niej, ale też jej nie przekraczały.

Pocisk Rheintochter R-3

Tym niemniej istniał taki środek przenoszenia, wektor broni masowego rażenia, który mógł potencjalnie zaszkodzić Niemcom i nie tylko. Były to pociski rakietowe V-2 i ich wersje rozwojowe. Wygląda na to, że Niemcy pomyśleli zawczasu o systemie obrony przeciwbalistycznej i jednym z jej filarów miały być właśnie pociski Rheinbote Kto wie, czy planiści III Rzeszy nie chcieli opracować i wyprodukować pocisku, który byłby w stanie osiągnąć granicę 100-120 km – a zatem LEO! Dzisiaj są to Patrioty i systemy ASAT wypróbowane m.in. przy akcji zestrzelenia amerykańskiego satelity USA193/NROL-21, co miało miejsce w lutym bieżącego roku, ale czy tylko chodziło o pociski V? – a może chodziło także o UFO zwane przez amerykańskich lotników mianem foo-fighters? Znając kulisy pewnych machinacji wszystkich stron walczących w II Wojnie Światowej można się spodziewać niejednego dziwnego odkrycia…

Rakieta Rheintochter R-3 i pocisk V-2

Wracając do rakiet i sprawy polskiej Rosjanie najprawdopodobniej bali się, że na podstawie naszych Meteorów będzie można zbudować niezwykle skuteczne antyrakiety, które byłyby w stanie unieszkodliwić sowieckie ICBM lecące na Zachód. A to jest ten element gry w rakietowe szachy, którego Rosjanie boją się, jak diabeł święconej wody, albo i gorzej! Tzw. payload polskich rakiet był za niski, by wynieść w stratosferę ładunek nuklearny, ale już payload przeciwpocisku Rheinbote był wystarczający do wyekspediowania w górę małej głowicy jądrowej o mocy 0,3 do 300 kt TNT. A kto wie, czy właśnie nad takimi małymi ładunkami termojądrowymi nie pracował swego czasu słynny polski uczony gen. dyw. prof. dr hab. inż. Sylwester Kaliski, którego tajemnicza śmierć w 1978 roku pogrzebała albo poważnie opóźniła polski program badań plazmy i laserowej syntezy termojądrowej. W takim przypadku już w PRL mógłby powstać całkowicie polski system obrony przeciwrakietowej o całą klasę lepszy od sowieckiego i amerykańskiego! Oczywiście Bolszoj Brat zza wschodniej granicy nam to uniemożliwił, a i teraz drugi Big Brother na pewno nie dopuściłby do tego, byśmy mieli swój własny niezależny system obrony poza strukturami NATO i kuratelą USA. Dlatego powstaje amerykańska Tarcza Antyrakietowa.  
           

Pocisk balistyczny - a najprawdopodobniej antyrakieta Rheinbote

Jak dotąd na psioczyliśmy, z małymi wyjątkami, na instalację TA i plany budowy w Polsce trzech elektrowni jądrowych motywując to względami bezpieczeństwa militarnego, zagrożenia terrorystycznego i zagrożeń ekologicznych. A jednak mimo tego wszystkiego, ukazał się pewien dodatni aspekt tych wszystkich inwestycji, a mianowicie taki, że przecież istnieje pewnego rodzaju interakcja Nieznanych Obiektów Latających z ziemskimi technologiami nuklearnymi cywilnymi i wojskowymi, broniami rakietowo-jądrowymi oraz kosmicznymi. Tak to ująłem w liście do Krzysztofa Piechoty, Bronisława Rzepeckiego i Zygfryda Świerkowskiego:  

Ale w tym wszystkim jest jeden pozytywny aspekt, a mianowicie taki, że budowa TA spowoduje zainteresowanie ze strony UFO i Ufiastych. A zatem powinny pojawiać się meldunki o obserwacjach UFO z okolic Słupska oraz pogranicza ze ZBiR-em, wszak tam będą stawać jądrowe instalacje rosyjskie! Mamy unikalną okazję do zweryfikowania Raportu Duvalla i Raportu Hastingsa w sprawie koneksji UFO z ziemskimi instalacjami nuklearnymi, który właśnie przekładam, a którego pierwszy fragment jest już w Internecie na moim blogu. (List Klubu Kontaktów Kosmicznych nr 06/2008 z dn. 22.08.2008 r.)

Być może będzie to kolejna "fala UFO" porównywalna z tą z początków lat 80., kiedy to w Europie pachniało prochem, a oba supermocarstwa zaczynały swe wojskowe programy kosmiczne. Albo będzie to proces "pełzający" - tutaj jakaś obserwacja, tam jakieś CE. Osobiście obstawiam to drugie. Proszę nie zapominać o tym, że wprowadzając Amerykanów na swoje terytorium będziemy mieli również do czynienia ze zwiększoną aktywnością polskich i amerykańskich służb specjalnych, które muszą zabezpieczać operacyjnie bazy USA w Polsce. Ale z tym akurat ufolodzy sobie potrafią poradzić, mamy w końcu wieloletnie doświadczenia z Polskimi i radzieckimi służbami specjalnymi i jak dowiedli tego Bronisław Rzepecki i Krzysztof Piechota oraz inni członkowie KKK, informacje o UFO można było zbierać nawet w czasie rygorów stanu wojennego.

Wracając do służb amerykańskich należy liczyć się także z inwigilacją obywateli polskich i z użyciem przez nie miniaturowych UAV (samolotów zwiadowczych), które niejednokrotnie będą robiły za NOL-e. A zatem czeka nas fala doniesień o obserwacjach UFO, z których lwia część może właśnie ich dotyczyć. A zatem pozostało nam tylko czekać i objąć obserwacją te rejony kraju, których dotyczą wspomniane inwestycje... („UFO i Kosmos”)

Obym się mylił…

Ilustracje:
Archiwum R. Leśniakiewicza

poniedziałek, 29 października 2012

Nowy Jork nie został zaatakowany (1)




Andriej Bystrow

W czasie bombardowania Peenemünde, brytyjskie „latające fortece” waliły bombami gdzie popadnie i rozwaliły baraki obozu koncentracyjnego, w których znajdowali się jeńcy wojenni. Zabito 213 więźniów.

Powszechnie znanym jest fakt ostrzału Londynu w czasie II Wojny Światowej niemieckimi rakietami zbudowanymi przez konstruktora Wernhera von Brauna, który potem wyemigrował do USA i został ojcem amerykańskiego programu księżycowego. O wiele mnie wiadomo o strasznym niebezpieczeństwie zagrażającym Ameryce i o tym, jako udało się je zlikwidować. Istnieje do dziś dnia wiele wersji tych wydarzeń. A tak naprawdę, to co się wtedy działo?

Dążąc do gwiazd

„Kosmonautyka to wszystko, co mnie interesuje.” Te słowa zabrzmiały w amerykańskim filmie fabularnym pt. „Wernher von Braun: zdążając do gwiazd”. Wtedy był on kierownikiem amerykańskiego programu księżycowego, człowiekiem, który zawiózł Amerykanów na Księżyc. I w filmie ani słowa nie mówi się o jego planach zaatakowania Nowego Jorku.  
W listopadzie 1944 roku, w Nowym Jorku został aresztowany Erich Himpel, niemiecki agent SD, któremu powierzono ważną misję.
- Niemcy chcieli jako pierwsi oznajmić światu o tym, że Empire State Buidling będzie zniszczony w wyznaczonym dniu i godzinie – opowiada pracownik wywiadu USA. – Moralny efekt tego byłby ogromny. Ale dla tego należało mieć broń, która nadawałaby się do tego celu.
Znakomity dywersant, SS-Sturmbannführer Otto Skorzenny wskazał dwie możliwości wykonania tego planu: pierwsza nich – sterowanie radiem, druga bardziej sensacyjna – Niemcy eksperymentowali z aparaturą pozwalająca naprowadzać rakiety na cel z bazy, z której je wystrzelono i bezpośrednio z rejonu celu. Himpel miał za zadanie ustawić na Empire State Building  aparat, który automatycznie włączyłby się i przyjąłby na siebie pocisk rakietowy. Planowano także zniszczenie innych obiektów – a właściwie całego miasta.
Dowiedziawszy się o ujęciu dywersanta prezydent USA Roosevelt poleciał przekazać go pod sąd wojenny. Przewodniczący sądu wygłosił sentencję wyroku – To be hanged – powiesić – co zrobiono. I bombardowanie Nowego Jorku superrakietami nie doszło do skutku.



Superrakieta

Niemiecki inżynier Hermann Oberg pisał:
Von Braun dał mi zadanie zaprojektować transatlantycką rakietę, która mogłaby dosięgnąć Nowego Jorku.
W październiku 1941 roku Oberg zakończył obliczenia, a von Braun w czasie jednej ze swych rozmów z Hitlerem opowiadał mu o planie zbudowania rakiety do ostrzału Ameryki. Hitler dał mu zadanie skonstruowania takiej rakiety, „skrócić okres badań i wdrożyć ją do produkcji”.
Projekt przybrał swe konkretne kształty. Aggregat-10 o masie 87 ton powinien stać się pierwszym stopniem (boosterem) rakiety V-9. Cały ten kolos ważył 100 ton, w ciągu 35 minut lotu powinien donieść do Nowego Jorku ładunek wybuchowy o masie 1000 kg TNT! Jednakże próbny odpał rakiety okazał się nieudanym.  Także wywiad Aliantów nie zasypiał gruszek w popiele i rozpracował tajną operację…

Operacja Aliantów

Celem operacji było unieszkodliwienie poligonu i laboratorium von Brauna w Peenemünde na wyspie Usedom/Uznam. Przygotowania zaczęły się od zaraz i to w największej tajemnicy. Piloci brytyjskich bombowców w czasie pięciu tygodni wielokrotnie przelatywali nad Uznamem. Dlaczego? – tego im nie powiedziano. Niemcy przyzwyczaili się do tych przelotów, zaś siły oplot. Wyspy otrzymały rozkaz: nie otwierać ognia, nie podnosić myśliwców, aby nie ściągnąć uwagi wroga. Ale zamaskowanie obiektów dla Anglików i Amerykanów nie miało żadnego znaczenia: dzięki pracy wywiadu oni doskonale wiedzieli o przeznaczeniu Peenemünde i toczących się tam pracach.



Trzeba powiedzieć teraz o tym, czym naprawdę była wyspa „rakietowego barona”. Von Braun dysponował na Uznamie 20.000 ludzi: uczonych, konstruktorów, inżynierów, robotników. W północnej części wyspy znajdowało się lotnisko, najlepsze w świecie laboratorium aerodynamiczne i stanowiska startowe dla rakiet. Nieopodal wybudowano Erprobungstelle der Luftwaffe Peenemünde Werk West, a Heeresversuchenanstallt (HVA) Werk Ost zbudowano na wschód od niego. Od południa wzdłuż brzegu zastrzeżonej strefy rozmieszczona była Stacja Seryjnych Doświadczeń Süd  i miasteczko naukowców. Na południe od jeziora Kölpinsee, w kierunku wsi Karlshagen został umieszczony zakład produkujący płynny tlen i stanowiska próbne (hamownie). Na stałym lądzie – w odległości 4 km na zachód postawiono stację radiowego naprowadzania. Tam też bazowały myśliwce ochrony.

Katastrofa

18 sierpnia 1943 roku, Peenemünde zostało przez radio poinformowane o zbliżanie się strumienia samolotów, ale nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
O północy nad ośrodkiem zapłonęły światła. Były to „światła choinkowe”, jak piloci nazywali wielopunktowe flary oświetlające cel. Poleciały bomby i pojemniki z fosforem i mieszaniną zapalającą. 500-kilogramowe bomby zmazały z powierzchni ziemi wszystkie betonowe budynki, w niebo buchnęły płomienie pożarów. Oszołomieni Niemcy nie od razu oprzytomnieli – najpierw otworzyły ogień zenitówki, a potem wystartowały myśliwce. Tej nocy lotnicy zrzucili na cel 1500 ton bomb. Ze wszystkich brytyjskich bombowców biorących udział w rajdzie, niemieckim zenitówkom i pilotom udało się strącić 47 maszyn. Straty Luftwaffe wyniosły 16 samolotów zniszczonych w powietrzu i 41 na lotniskach. W meldunku do szefa sztabu OKL gen. płk Hansa Jeschonnka przekazano informacje o stratach. Jeschonnek nie zdążył otrzymać tego meldunku. Jeszcze tej samej nocy po telefonicznej rozmowie z Führerem się zastrzelił.

Nie podlega odbudowie

Przybyli saperzy i próbowali cokolwiek uratować, ale zniszczenia i straty były tragiczne. Zginęło około 800 ludzi, wśród nich naczelnik poligonu Hoffer, specjalista od silników rakietowych dr Thiel, starszy inżynier Walter i gen. mjr von Schame-Glitschinsky. W popioły i zgliszcza obróciły się elektrownia, tlenownia, osiedle personelu technicznego i pół laboratorium. Nie zostały zniszczone tylko dobrze zamaskowane stanowiska startowe, tunel aerodynamiczny i laboratoria pomiarowe.
Rankiem do Peenemünde pojawił się naczelnik RSHA SS-Obergruppenführer Kaltenbrunner. Przywiózł on rozkaz Führera nakazujący jak najszybsze odbudowanie rakietowego centrum.
Uważam program badań i produkcji broni specjalnego przeznaczenia – pisał Hitler – za nadzwyczaj ważny. […] Daję rozkaz rozpatrywania jego jako absolutny priorytet w likwidowaniu następstw katastrofy.
SS-Sturmbannführer dr Wernher von Braun i gen. mjr Walter Dornberger zapewnili Kaltenbrunnera: dołożą oni wszelkich starań, by wypełnić rozkaz Hitlera. Ale odbudować tego się nie udało. Trzeba było porzucić plany rakietowego ostrzału Nowego Jorku.

Wspomnienia

Kiedy w styczniu 1945 roku stało się jasnym, że Armia Czerwona podchodzi coraz to bliżej – pisał von Braun – stałem się w Peenemünde przeciwieństwem samego siebie. Otrzymałem pół tuzina rozkazów, które nakazywały mi ewakuację. Ale nie było to takie proste. Inne rozkazy władz miejscowych głosiły: „Pozostawać na miejscu, a każdy kto nie zechce bronić ziemi Pomorza, będzie rozstrzelany jako dezerter.”
Tak więc zwołałem zebranie naczelników działów i zaznajomiłem ich ze wszystkimi przeciwstawnymi rozkazami. Powiedziałem: „Powinniśmy sami podjąć decyzję.” W głosowaniu jednogłośnie zdecydowano wyjazd na zachód. Zebrałem personel i przeczytałem im rozkazy o ewakuacji. Te drugie przemilczałem i dokonaliśmy dyslokacji. Ta decyzja była zgodna z rozkazem Führera.”

Amerykański bohater

Von Braun postarał się zdemontować obiekty. 2000 ciężarówek wywiozły tysiące ton ładunku – korpusy i maszynerię rakiet, naukowe opracowania, dokumenty, szkice i dzienniki pracy. Wszystko to dostało się Amerykanom i oczywiście – sam konstruktor rakiet – SS-Sturmbannführer von Braun – ulubieniec Hitlera i Himmlera, który gotował zagładę Nowego Jorku. „Dążący się do gwiazd” uczony, geniusz, który doprowadził Amerykanów na Księżyc.

CDN.

sobota, 27 października 2012

Tajemnica Meteorytu Jamajka 1862-08-10 (dokończenie)




Przyznam się szczerze, że czytając te niezwykłości zawsze zadaję sobie pytanie o ich wiarygodność. Szczególnie kiedy mamy do czynienia z takim artefaktem, jaki został opisany powyżej, a który stanowi namacalny DOWÓD WPROST na istnienie życia we Wszechświecie oraz na to, że planety ulegają czasami straszliwym katastrofom, które likwidują je jako ciała niebieskie – co polecam fanom i wielbicielom Patricka Geryla oraz innych „katastrofistów” wieszczących rychły koniec świata i kosmiczny, totalny Armagedon.

Niestety – cała sprawa wygląda mi zbyt pięknie, by była prawdziwa. Nigdzie nie udało mi się znaleźć nawet wzmianki o tym meteorycie. Mam jednak nadzieję, że Pan Roman Rzepka będzie miał więcej szczęścia i wiedzy ode mnie i coś znajdzie na temat spadku tego meteorytu. Ja nie znalazłem.  Natomiast natknąłem się na bardzo ciekawą wymianę korespondencji pomiędzy Chrisem Aubeckiem a Meteorite Central w USA:

Chris Aubeck pisze:

Potrzebuję właśnie potwierdzenia, czy właśnie taki spadek meteorytu (10.VIII.1862 roku – przyp. tłum.) został zarejestrowany pod tą datą i gdziekolwiek na Jamajce, w celu ukończenia artykułu. Czy ktoś posiada jakiś zapis o tym wydarzeniu?

Anna Bernt odpowiada:

Jedynym znanym meteorytem z Jamajki jest ten z Lucky Hill znaleziony w 1885 roku.
Tak, to jest jedyny jamajski meteoryt, który znalazłam w swej kartotece, ale data 10 sierpnia wskazuje na meteoryt czy bolid z roju Perseid, który może być mylony z meteorytem, który „spadł gdzieś na tym łańcuchem górskim” czy czegoś w tym rodzaju.
Dlaczego tak sądzę? Większość z nas wie, że Perseidy są szczątkami komety SWIFT-TUTTLE 1862 III... 1862!!!

Odnośnik do zapisów dot. meteorytu z 1885 roku:
Buchwald V. F. - „Handbook of Iron Meteorites”, t. 2, ss. 788-789:

Lucky Hill, Jamajka
17°54’N - 077°38’W
Medium oktaedryt, Om
Szczegóły budowy – nieznane
Grupa – nieznana
Analizy – nieznane

Historia odkrycia […]

To możemy sobie odpuścić, bo rzecz dotyczy wydarzenia, które rozegrało się niemal 20 lat później, jednakże charakterystyki tego meteorytu są interesujące i przedstawiają się następująco:

Lucky Hill 17'54' N - 077'38' W.
Bellevue, St. Elizabeth, Jamajka
Znaleziony 1885
Żelazny oktaedryt, medium (IIIA).
Utleniona masa meteorytu o wadze 45 lb (ok. 20,4 kg) została wykopana z głębokości 2 ft (ok. 60 cm) poniżej gruntu.
Wynik analizy: 7% Ni, 21 ppm Ga, 46 ppm Ge, 0,4 ppm, Ir – reszta to żelazo - Fe.

A zatem całkowicie nie pasujący do składu Meteorytu Jamajka, w którym głównymi składowymi były związki wapnia, krzemu, glinu i żelaza. Natomiast drugi list Chrisa Aubecka podaje bardzo ciekawą informację:

To ma sens!
Jako część mojego historyczno-folklorystycznego studium, które piszę na temat meteorytu, który spadł w tym dniu nieopodal Kingston na Jamajce. Najwcześniejszy odnośnik do niego pochodzi z 1874 roku – bardzo sugestywne świadectwo, ale z mojego doświadczenia wynika, że data została zmieniona z jakiegoś powodu.
W tym przypadku był to jakiś niemiecki uczony, piszący o astronomii, tak więc sądzę, że wiedział coś o czym ja nie wiedziałem.

Jeszcze raz dziękuję – Chris.

Ta wymiana korespondencji miała miejsce we wrześniu 2005 roku. Oczywiście napisałem do Pana Aubecka, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, co nawet mnie nie dziwi, prawdę powiedziawszy znając zarozumialstwo, interesowność i arogancję Amerykanów nawet nie liczyłem na nią… Ale Aubeck pisze o niemieckim uczonym, ale najprawdopodobniej chodzi właśnie o prof. Supińskiego – wszak w tych latach Polski nie było na mapach Europy, bowiem znajdowała się ona pod zaborami i dlatego mógł pisać o „niemieckim uczonym”, bowiem współpracował on m.in. z Uniwersytetem Poznańskim, a ten znajdował się właśnie w pruskim (niemieckim) zaborze.

Skontaktowałem się także z miłośnikiem wiedzy o kosmosie, materii kosmicznej (i poszukiwaczem meteorytów), Panem Romanem Rzepką i zapytałem go, co sądzi o tym dziwnym wydarzeniu. Odpowiedział mi tak:

Treść opisu tego "kosmicznego" rysunku wydaje mi się mało prawdopodobna, opis wręcz infantylny. Jeśli nawet chciałby KTOŚ wysłać nam jakieś przesłanie - z czym absolutnie mogę się zgodzić, to gdyby nawet technologicznie był do tego przygotowany, to trudno uwierzyć, że wybrałby kamień jako nośnik do przekazania tej treści. Jeśli zaś chodzi o opis materii i zjawiska, to wydaje mi się on bardzo wiarygodny, wręcz napisany współczesnym językiem z uwzględnieniem typowych i istotnych cech, które towarzyszą zjawisku spadku meteorytu. Zafrapował mnie również fakt, że opis tego kamienia jest niemal dokładnym opisem jednego z moich znalezisk, z którym walczę od lat, aby kogoś nim zainteresować. Wysłałem próbkę tego znaleziska m.in do Uniwersytetu Rochester, do prof. Asish R. Basu, który dokładnie zna problematykę spadku deszczu szczątków komety na teren USA i Kanady sprzed 12.900 lat, i badał warstwy osadowe z tego okresu, oraz znalezione w niej kuleczki krzemianowe pochodzenia kosmicznego (cosmic dust, interstellar grains). Mam całą korespondencję z Nim w tej sprawie, która zakończyła się dla mnie dość zagadkowo: Profesor napisał mi m.in, że nie ma żadnych wątpliwości co do kosmicznego pochodzenia mojego znaleziska (wielokrotnie to podkreślając w wymienianej korespondencji) i jego ścisłego związku z tym, co znalazł w USA. Ale tylko tym stwierdzeniem może mi pomóc w identyfikacji znaleziska, dając na to trochę pokrętną argumentację. Można się domyślać, że Pan Profesor złapał to, jako dobry kąsek do jakiejś większej publikacji, i gromadzi do niej materiały, a jak wiadomo, zwykle trwa to bardzo długo. A może chodzi o coś zupełnie innego, czego nawet trudno się domyślać. Dziwi mnie to jego zachowanie, choćby i dlatego, że kiedy dostał próbkę, to bardzo mnie prosił, żebym z nikim więcej się w tej sprawie nie kontaktował, że on bardzo chce to badać, i że będzie mnie informował o wynikach i postępie tych badań. Ja uszanowałem prośbę Profesora, lecz jak na razie wyszło, jak wyszło - o czym napisałem. Tak mi się przypomniało, że przecież podobna materia spadła w Roboziero w Rosji (mój art. W NŚ 4/2003), a niedawno na plaży w Izraelu (zresztą zanotowano identycznych przypadków, co najmniej kilkanaście). Oczywiście, pomimo, że był to ewidentny spadek (wspomniany tu Tel Aviv 24.04.2010)z czystego nieba i w biały dzień, obserwowany przez wielu świadków, w tym miejscową policję, plus nakręcony w chwilę po spadku film, to naukowy beton i tak stwierdził, że to nie jest meteoryt, bo meteoryty wyglądają...inaczej - dosłownie! Z dostępnych filmików i zdjęć widać, że owa materia wizualnie wygląda dokładnie tak samo jak moja i z Jamajki, i pali się też tak samo jak moja – dość łatwo zapalić ją nad gazem, trudniej zgasić. Tym co się pali jest niespotykany poza miejscami spadku niektórych meteorytów ( również i w otoczeniu kompleksu Giza), specyficzny polimer typu PAHs, nieznany ludzkiej technologii/. Załączam adres do art. o tym spadku z Izraela, gdyby jakoś to Panu umknęło, oraz adres do materii o której tu piszę https://picasaweb.google.com/111365024773128475562/SilicateSpherules?authuser=0&feat=directlink, czyli jednego z moich znalezisk. Niech Pan zwróci uwagę, że Supiński pisze o odcisku "lejkowatej rury" w tym kamieniu z Jamajki. W moim znalezisku też coś takiego jest, tyle, że on to nietrafnie zinterpretował, a to dlatego, że jest to ewidentny, rozłupany krater ablacyjny/kawitacyjny, wydmuchany przez strugę powietrza – teoria kawitacji dokładnie tłumaczy mechanizm powstawania takich struktur, co i bez teorii łatwo sobie wyobrazić.
Reasumując, stwierdzam, że moim skromnym zdaniem relacja jest bardzo prawdopodobna (prawidłowa merytorycznie) w zakresie opisu zjawisk towarzyszących spadkowi meteorytu, jak i opisu wyników oglądu znalezionej materii (nawet jakieś tam analizy chemiczne znaleziska wykonano, możliwe wówczas do wykonania) - odbieram ją , jakby była napisana dosłownie wczoraj przez naocznego obserwatora zdarzenia. Takiego opisu nie dokonałby nikt (tym bardziej wówczas!), gdyby nie był jego bezpośrednim obserwatorem. Natomiast – jak już pisałem – opis treści domniemanego rysunku wydaje mi się albo wymyślony, albo w dobrej wierze skonfabulowany w oparciu o jakieś dostrzeżone tam naturalne struktury – Natura często tworzy zaskakujące formy, figury i rysunki wydające się być dziełem człowieka. Lata, w których powstała ta relacja były latami kiedy wiedza o takich zjawiskach stawiała pierwsze kroki, a sam temat był niezwykle egzotyczny, mogła znać go naprawdę nieliczna garstka ludzi, i pamiętajmy przy tym, że bardziej „medialnymi” były wówczas nauki humanistyczne niż ścisłe, a już samo zajmowanie się „niebem” obarczone było sporym ryzykiem.  Ale „odczyt przekazu” może też mieć ścisły psychologiczny związek z odwieczną ciekawością, dotyczącą życia we wszechświecie - wyobraźnia ludzi w podobnych sprawach, i dziś jest nieograniczona, często śmieszna w swojej naiwności - więc może było to zupełnie niezamierzone "oszustwo" w myśl zasady, że często widzi się to, co by się pragnęło zobaczyć. Na razie nie mam czasu poszperać w specjalistycznych źródłach, bo być może udałoby mi się na coś trafić. Albo i nie, zważywszy m.in. na egzotyczne (dla tej tematyki) miejsce zdarzenia.

Tyle Pan Rzepka – fan nauk o kosmosie i materii kosmicznej. No to się zgadzamy, co do tego, że najprawdopodobniej była to jakaś konfabulacja.
No to się zgadzamy, co do tego, że najprawdopodobniej była to jakaś konfabulacja. Nie ma bowiem żadnego śladu po tej obserwacji - a przecież widziało to tylu szanowanych mieszkańców Jamajki (!!!) i siłą rzeczy musiałby zostać jakiś ślad w ówczesnych mediach, co na pewno zostałoby wygrzebane przez ufologów i opublikowane, gdzie trzeba. Tymczasem… - martwa cisza.

A zatem humbug?  I tak i nie – być może autor widział spadek jakiegoś meteorytu i zapamiętał to zjawisko, które potem opisał dodając te wszystkie niezwykłości. Nie zapominajmy, że rzecz miała miejsce w roku 1862 - to przecież apogeum romantyzmu. Myśl o istotach z innych planet jest czymś naprawdę płodnym poznawczo i dającym nowe pole do wyobraźni. Wtedy startował przecież Juliusz Verne ze swymi wizjonerskimi powieściami – wystarczy wspomnieć, że w 1865 roku ukazała się jego powieść „Z Ziemi na Księżyc”, a w cztery lata później „Wokół Księżyca”. Zaczynała się rewolucja naukowo-techniczna! Sam autor był pozytywistą, a zatem człowiekiem uczonym, światłym i z wyobraźnią, a więc mógł to sobie wymyślić od A do Zet. Dlatego też uważam, że był on jednym z pionierów polskiej nowoczesnej science-fiction. A co do elementów fantastycznych w literaturze pozytywistycznej, to wystarczy wspomnieć prozę Bolesława Prusa, Sygurda Wiśniowskiego, Erazma Majewskiego i innych...

Napisałem także do Meteorite Center z zapytaniem o to wydarzenie. Do paru osób także, a poza tym dałem zajawkę na Facebooku. Poza Albertem Rosalesem nie odpowiedział nikt, ale jego odpowiedź niczego nie wniosła do sprawy. Powiem więcej – ufolodzy w ogóle o tym nie słyszeli! A zatem kolejny punkt za tym, że sprawa Meteorytu Jamajka 1862-08-10 jest tylko fantazją autora i niestety – a może na szczęście – niczym innym. 

Ale będziemy szukać dalej.  

środa, 24 października 2012

Tajemnica Meteorytu Jamajka 1862-08-10 (3)



Wszędzie, gdzie politura kamienia dobrze się utrzymała, rysy są ostre, delikatne i dokładne; na trzech czwartych częściach obrazu łatwo rozpoznać rysunek.
W górze i ku części środkowej obrazu można doskonale rozróżnić słońce, a to po kształcie okrągłym i po promieniach, które rozsypuje. Przedmiot ten jest wszakże narysem, wiążącym niejako przerodę wyobrażoną na kamieniu z przerodą naszego świata ziemskiego.
W głębi obrazu widać jakiś grunt nieco falisty, zdaje się tu i ówdzie jakąś roślinnością okryty; jednakże rysunek jest bardzo zagmatwany, a powierzchnia kamienia tu i ówdzie nadwerężona, aby w tej mierze wydać jaki sąd stanowczy.
Z lewej strony na samym przedzie obrazu widać rząd domów a raczej tunelów zagłębiających się pod poziom przez spadzistość raptowną i oku swe fasady tylko przedstawiających.
Z rysunku perspektywicznego bardzo dobrego, oko łatwo osądzić może, że te fasady ciągną się w linii prostej i że wchody do potern (galeryje podziemne do wycieczek) maja kształt półkolisty. U trzech takich wchodów, czyli otworów spostrzec można trzy przedmioty dziwaczne, o jednakim kształcie i i jednakich proporcyjalnych rozmiarach; każdy z tych przedmiotów wygląda jak armata osadzona na czterech kołach, a długość takiej niby armaty wyrównywa niemal połowie wysokości poterny.
Prawa strona obrazu najwięcej jest uszkodzoną, szczególnie na planie przodowym, kamień w tem miejscu stracił swą politurę i brak mu niektórych cząsteczek. W najbliższej dali, czyli na drugim planie, który lepiej się utrzymał, mamy widok obszernego amfiteatru w półkole, w którem tu i owdzie rozpoznać można stopnie czyli schody.
W środkowej części obrazu widac to bliżej to dalej siedm przedmiotów analogicznych z temi, które się u potern znajdują; te przedmioty zdaja się być w żwawem ruchu zostawiając po sobie tumany kurzu. W tejże środkowej części widać dwa przedmioty z pierwszego wejrzenia jakże od innych odmienne; atoli gdym się głębiej zastanowił, zdaje mi się, że są one tego samego typu, co i tamte.
Wystawmy sobie dwie gąsienice, tak, iż jedna wygina się ku drugiej opierając się na poziomie dwiema długiemi łapami tylnymi w kształcie głoski A, a dwiema przednimi łapami wywijając, jakoby rzemieniami długimi i haczykowato zagiętymi. Oto jest obraz przybliżony tych dwóch istot, które opisać chciałem.
Byłabyż to walka z sobą dwóch nieprzyjaciół? A może to tylko jacy dwaj przyjaciele w żwawej z sobą rozmowie, których artysta chciał przedstawić? Zuchwalstwem byłoby chcieć stanowczo o tem wyrzec, a jednak wywijanie owemi niby rzemieniami , ruch, którym jedna z tych istot przegina się w tył, gdy druga ku niej się wygina, wszystko to każe domyślać się, że to jakaś utarczka naprawdę, lub pasowanie się szermierzy.
Wspomniałem, ze te dwie dziwaczne istoty uważam co do tożsamości typu na równi z innemi dziesięciu istotami, widocznemi w innych miejscach obrazu. To moje utrzymywanie opieram na następujących powodach, które zdają się być uzasadnione:
Ciała wyglądające na obrazie jak gdyby gąsienice, są wszystkie jednakiej wielkości względnej  i jednakowo przedstawiają się oku, bo każde z tych ciał jest w trzech miejscach wydatniejsze, czyli wypukłe, a to po obu swoich kończynach i w środku; wypukłość środkowa znaczniejsza jest od końcowych. Te, które zdaja się unosić na czterech kołach są mniej lub więcej pochylone a to od poziomu aż do 50 stopni; dwie ostatnie mają postawę pionową, ale miast kół tylnych mają dwie nogi ułożone w kształt głoski A, a zamiast kół przednich dwoje rąk, czyli ramion gibkich, wyglądających jak pasy rzemienne.
Otóż czy by nie można przypuścić, że mieszkańcy tego nieznanego świata zginają czy też rozginają te swoje dwie pary członków, aby się ruszyć z miejsca, a rozprostowują je znowu aby się zatrzymać i robotę odbywać? W pierwszym tedy razie ich ciała czyli kadłuby przybierają kształt kolisty, w drugim zaś razie staja się dwunożnemi. Za tem zdaniem mojem oświadczyli się wszyscy, którzy rozpatrzyli się uważnie w tem jakże ciekawym obrazie, który tu opisać dość zrozumiale nie podobna.
Wypukłość pośrednia, widoczna w ciele tych szczególnych istot, większa jest, jakem już powiedział, od wypukłości na każdej z dwóch kończyn ciał; stanowi ona ich brzuch. Te zaś dwie wypukłości na obu kończynach kadłuba są sobie równe tak co do wielkości jak i kształtu, a choć niepodobna dopatrzyć się w nich jakiegokolwiek organu wyraźnego, nie mogę nie domyślać się, że są to dwie głowy. Jakoż doskonała symetria zwierzęcia, sposób w jaki przenosi się ono z miejsca na miejsce, który mu dozwala odbywać ruch wprzód i w tył z jednaką łatwością, każe mi domyślać się, że to zwierzę może stać czyli prosto się trzymać zarówno na tej jak na owej parze członków; byłaby to więc istota dwugłowa obrotowa (bicephale-rotifere) zatem dwunożna i dwuręczna na przemian (bipede-bimane alternant)!!
Na naszej ziemi najwyższe szczeble skali zwierzęcej zajmują indywidua symetryczne, odniesione do płaszczyzny podłużnej; tam zaś indywidua były symetrycznymi z odniesieniem do dwóch płaszczyzn do siebie prostopadłych, z których jedna podłużna, a druga poprzeczna!!
Pozwole sobie na krótkie zboczenie metafizyczne. Wielu starożytnych filozofów (mianowicie Platon w „Phaetonie” w ks. I) z zastanowienia się nad uderzajacemi sprzecznościami w czynach ludzkich, przyznało człowiekowi dwie dusze. Jedna obdarzona rozumem, jest siedzibą pojętności, jej miejsce jest w mózgu; druga nieobdarzona rozumem jest siedzibą naszych namiętności, zajmuje ona w ciele obszar osierdzia (błony przedpiersiowej). Także i niektórzy nowocześni filozofowie rozdzielili duszę na dwie oddzielne i od siebie niezależne części; jednej panowanie jest duchowe, drugiej materialne. Jeśli taki podział jest także u indywiduów wyobrażonych na naszym aerolicie, (którym należy się niezaprzeczalnie pierwsze miejsce pomiędzy mieszkańcami swego globu) miałożby to być niepodobnem , aby u jednej z ich dwóch głów był mózg do umysłowości, a w drugiej mózg do materyalności? Czyliby to być nie mogło, że czy indywiduum przybierze postawę w kierunku pionowym, według rodzaju zatrudnienia, jakiemu się oddaje, tę z swoich dwóch głów ma wtedy w górze, która właśnie funkcjonuje? Myśl tę puszczam w świat tak jak mi przyszła: valeat quantum valere debet!    
Jeżeli to prawda, co sądzi profesor Owen, iż zwierząt kręgowych wyłącznym jest to znamieniem, iż natura członki ich do dwóch par ograniczyła, nie waham się opisane tu istoty policzyć do rzędu zwierząt kręgowych. Myśl ta, że zwierzęta  nie tylko na naszej ziemi, ale jeszcze i gdzie indziej istnieć mogą, nie jest sama w sobie bynajmniej uderzająca.: bo wszystkie możliwe modyfikacje egzemplarza ideału pierwowzoru kręgowego, dalekiemi są jeszcze od wyczerpania, bądź w kształtach zwierząt, które dziś na naszym globie istnieją, bądź w kopalinowych pozostałościach dawnych jego mieszkańców; niezliczone modyfikacje tego samego pierwowzoru mogą się znachodzić u zwierząt kręgowych z innych płanet.
Na zakończenie spiszemy tu wnioski ciekawe, do których doprowadza wyrozumowane i sumienne przez Dra Hopkinsa zbadanie aerolitu z 10-tego sierpnia 1862:
1.       Aerolit ten pochodzi z ciała niebieskiego czyli Płanety, na którego powierzchni rosną substancyje roślinne, zdolne do formacyi węgla i smołowca kopalnego (bitume);
2.     Ciało to niebieskie zamieszkują istoty obdarzone rozumem i ucywilizowane, posiadające umiejętność budownictwa, sztukę rysunków, naukę perspektywy, a tem samem wiadomości jeometryczne w stopniu niepoślednim;
3.       Mieszkańcy tego nieznanego świata żyją w pomieszkaniach podziemnych, a zbierają się niekiedy pod gołem niebem, w miejscach na ten cel urządzonych;
4.     Mieszkańcy ci są, ile się zdaje, gatunkiem typu kręgowego i maja układ ciała symetryczny, z odniesieniem do dwóch płaszczyzn głównych, jednej podłużnej, drugiej poprzecznej;
5.       Maja one taką organizację, iż cztery swoje członki  zwijają w kształt koła, aby móc z miejsca puścić się ruchem szybkim, a w tym ruchu ciało ich jest nachylone, jak u zwierząt czworonożnych. Gdy zaś są w miejscu lub może powolnym ruchu, wtedy ich zachowanie się jest takie, jak u istot czworo ręcznych o dwóch głowach, któryby mogły opierać się dowolnie to na tej, to na owej parze członków;
6.      Nareszcie wzrost ich zdaje się być cztery razy mniejszym od wzrostu człowieka.

* * *

I na tym kończy się fragment nadesłany przez Pana Stefana C.  

CDN.