Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2024

Ludwikowice Kłodzkie: kosmodrom Führera?

 


Od kilku lat zastanawiam się nad zagadkami Dolnego Śląska. Oglądałem miejsca w Kotlinie Jeleniogórskiej i otaczających ją górach, gdzie miały być ukryte niemieckie skarby zagrabione w Polsce i innych krajach najechanych przez nazistowską barbarię. Oglądałem programy TV poświęcone temu tematowi i osiągnięciom naukowców pracujących dla Führera. I absolutnie zgadzam się z ich autorami – Niemcy, gdyby im dać więcej czasu, byliby w stanie zrealizować swe obłąkańcze plany – to oczywiste. Alianci zacisnęli im pętlę na szyi i przystawili bagnet do gardła. Ale nie zapominajmy, że niektóre problemy rozwiązywali teoretycznie, a stąd już tylko krok do rozwiązań technicznych.

A zatem ponawiam pytanie: czy w Ludwikowicach Kłodzkich miałby znajdować się kosmodrom Hitlera?

Nie zapominajmy, że Niemcy planowali użycie przestrzeni kosmicznej do prowadzenia wojny na całym świecie. I tak sławetny rakietowy bombowiec inż. Sängera byłby w stanie dosięgnąć każdego celu w USA i Kanadzie. Przy czym byłoby to bombardowanie nuklearne a nie konwencjonalne, bo Niemcy bombę atomową już mieli, czego dowodzą grzyby atomowe nad Ohrdruf i Rudden. Nie mieli tylko wektora broni A, który bałby w stanie zanieść ją dostatecznie daleko… NB, naziści pracowali nad wszystkimi rodzajami BMR ABC.

Niemieccy uczeni pracowali także nad promieniem śmierci – promieniami Słońca skupionymi i wycelowanymi w Ziemię przy pomocy zwierciadła wklęsłego o powierzchni 8 km². Warunkiem sine qua non było umieszczenie na orbicie wokółziemskiej stacji załogowej, która operowałaby tym zwierciadłem. Cały problem polegał na tym, by ją tam zbudować i umieścić. I tu dochodzimy do clou problemu.

Niemcy posiadali już pociski rakietowe A-4/V-2, które dolatywały do granic atmosfery ziemskiej i Kosmosu – tzw. linii Kármána, znajdującej się na wysokości 100 km nad powierzchnią Ziemi. niestety (a raczej na szczęście) ich payload wynosił ok. 1 tony, a zatem były one całkowicie nieopłacalne – no chyba żeby niosły głowice A, to wtedy byłoby zupełnie inaczej. Problem w tym, że ówczesna głowica A miała masę 4 ton i wymagała specjalnego wektora jakim były amerykańskie bombowce strategiczne B-29 Superfortess.

Jednakże i ten problem mógłby być usunięty, bowiem ekipa SS-Sturmbannführera dr. Wernhera von Brauna i gen. dr. Waltera Dornbergera planowała budowę większych i potężniejszych rakiet, które byłyby odpowiednikiem dzisiejszych ICBM i SLBM. Odpowiednie próby były dokonane na poligonie rakietowym w Łebie – Rąbce, i to z powodzeniem.

Jednakże rakiety von Brauna – Dornbergera były za słabe, by można je było wykorzystać do lotów orbitalnych. Bombowiec Sängera także. Dlatego też Niemcy zaczęli pracować równolegle nad dwoma zagadnieniami, a mianowicie – antygrawitacją i chronomocją. Jestem pewien, że oba te zagadnienia były rozpracowywane na Dolnym Śląsku – w Riese, ale i nie tylko.

Kiedyś rzuciłem myśl, że Niemcy chcieli wyprodukować – dosłownie  wyprodukować - syntetyczne złoto. W tym celu potrzebne były cyklotrony do napromieniowania elektronami atomów rtęci. Elektron wnikał do jądra rtęci, łączył się z jednym z protonów i wskutek czego przekształcał się on w atom złota. Niby proste, ale potwornie energochłonne. To było jednak coś, co się udało Japończykom, choć w mikroskali. Hitler jednak cierpiał na manię wielkości i wszystko co wielkie budziło jego respekt i zachwyt. Dlatego budowa wielkiego cyklotronu do produkcji złota mogła podziałać na jego wyobraźnię, i dał tej inwestycji zielone światło. Nie zapominajmy, że Niemcy chcieli pozyskiwać złoto z wody morskiej, ale że jest tam go tylko 0,01 mg/m³, to rzecz uznano za nieopłacalną – i słusznie. Tak więc poszukano innego źródła – i wzorem średniowiecznych alchemików zamierzano wyprodukować je z rtęci. Na szczęście rzecz okazała się tak droga, że aż nieopłacalna.

Ale wróćmy do lotów kosmicznych i antygrawitacji. Jak można uzyskać antygrawitację? Najprościej jest dysponować odpowiednio dużą anty-masą i przy jej pomocy wybić korytarz w grawitacyjnej studni Ziemi. opisał to już dokładnie H.G. Wells w swej powieści „Pierwsi ludzie na Księżycu”, w której bohaterowie lecą na Księżyc w antygrawitacyjnym pojeździe. Ale na Ziemi nie udało się wytworzyć cavoritu (fantastyczny materiał antygrawitacyjny) i tak się lecieć nie dało… - a zatem co?

Jest taka powieść sci-fi Stanisława Lema pt. „Astronauci” bodaj czy nie z 1951 roku, w której mieszkańcy Wenus mający straszną chrapkę na naszą Ziemię zamierzają zgładzić życie na niej przy pomocy radioaktywnych chmur wystrzelonych ciśnieniem promieniowania na nasz glob. Potem miała nastąpić druga faza – kolonizacja Ziemi. Znajdująca się nas Wenus wyrzutnia antygrawitacyjna miała miotać statki kosmiczne na Ziemię. I to mnie właśnie zastanawia – skąd Lem wytrzasnął ten pomysł? Czy nie było to czasem jakieś echo hitlerowskich prób z antygrawitacją?

U Lema wyrzutnia ta – tzw. Biała Kula – działa na zasadzie przyspieszania antycząstek do prędkości 0,99999 c w celu uzyskania antymasy i co za tym idzie – pola antygrawitacyjnego, które wybiłoby otwór w studni grawitacyjnej Wenus… Potem wystarczyłoby tylko rozpędzić statek kosmiczny do dowolnej prędkości ucieczki i voila! – Ziemia należałaby Wenusjan.

Na szczęście to nie jest takie proste, jako że antymateria ma przeciwny ładunek elektryczny, ale zwyczajną masę jak zwykła materia. Ta droga wiodła donikąd. Ale czy nazistowscy naukowcy o tym wiedzieli? W Ludwikowicach najprawdopodobniej budowano potężny cyklotron zdolny do rozpędzania cząstek i antycząstek do prędkości relatywistycznych. To, co teraz robi się w CERN przy pomocy GHC. Do tego potrzebne są ogromne ilości prądu elektrycznego – i dlatego cyklotron wzniesiono w okolicy potężnej elektrowni termicznej. Na to, że to był cyklotron wskazuje także masywne okablowanie zdolne do przewodzenia prądu o wysokim napięciu i natężeniu. Już to bardziej przemawia do mnie niż opowiastki o chłodni kominowej. Zresztą na co była tam potrzebna? Co miała chłodzić?

No i kolejne zagadnienie – naziści i Czas. Jest oczywistym, że niemieccy naukowcy pracowali także nad chronomocją, tj. przemieszczaniem się w Czasie. Oczywiście Hitler i jego sztabowcy doskonale zdawali sobie sprawę z możliwości, jakie dają podróże w Czasie. Pomysł nie jest mój, i o ile dobrze pamiętam ukazał go Gerd Burde w swym filmie „Tajemnice III Rzeszy”. W jego filmie latające spodki były przede wszystkim czasolotami, które mogłyby przenosić całe desanty SS-manów w inne czasy by przeprowadzać korekty w historii, oczywiście na korzyść Hitlera i jego akolitów. Szalone? Oczywiście, ale Hitler znajdując się w sytuacji bez wyjścia łapał się każdej możliwości. Trudno powiedzieć, na ile udało się im osiągnąć powodzenie. Być może sprawa chronomocji miała być rozpracowywana teoretycznie w Riese, a właściwie na pewno. Podobnie jak bomby A i ICBM z głowicami A przeciwko Ameryce i ZSRR.

I o to w tym wszystkim chodziło.

I na szczęście dla świata nie wyszło…


To, co tu napisałem, to jest jedynie hipotezą, którą udowodnić można badając rzecz in situ. Niestety, na to nie mam już ani środków, ani zdrowia. Mam nadzieję, że kogoś to zainspiruje i zacznie szukać niemieckich archiwów nazistowskich uczonych i pseudouczonych. Ja zaś tymczasem w najbliższym czasie wrzucę przekład kolejnego fragmentu książki A. Żelezniakowa na temat tego, co zostawiła nam III Rzesza i jak to wykorzystano. Lektura ciekawa, bo przedstawia rzecz z drugiej strony Żelaznej Kurtyny.   

                   

wtorek, 11 czerwca 2024

Sekret Luftmuny i złoto Wrocławia

 


Wszyscy w Polsce w większym czy mniejszym stopniu pasjonowali się Złotym Pociągiem i złotem Wrocławia, które stanowią jedną z największych zagadek II Wojny Światowej na Dolnym Śląsku.

W jednym z moich tekstów na temat hitlerowskich poligonów broni A zamieszczonym na blogu „Wszechocean”   https://wszechocean.blogspot.com/2017/08/hitlerowskie-poligony-broni-a.html napisałem, że odbyły się dwie (co najmniej) takie próby: pierwsza w miejscowości Ohrdruf zaś druga na wyspie Rugii. Oba wybuchy miały moc niewielką – jakieś 10 kt TNT i nie więcej. Trzecia próba koło Homla była prawdopodobnie zwykłą bombą paliwowo-powietrzną (termobaryczną) i z atomami nie miała niczego wspólnego.

Cztery amerykańskie eksplozje miały moc od 15 do 20 kt. Celowo napisałem „cztery”, bo poza „urządzeniem jądrowym” Trinity (plutonowy) zdetonowanym na Jordana de Muerte 16.VII.1945 roku były dwie bojowe bomby na Hiroszimę –Little Boy alias Thin Man (uranowa) i Nagasaki – Fat Man (plutonowa) była i czwarta, też plutonowa, o której się nie mówi, a która została zrzucona w okolicach koreańskiego miasta Hynnam w dniu 12.VIII.1945 r. to była demonstracja siły i zarazem ostrzeżenie dla Stalina. Ale powróćmy do III Rzeszy.

Chociaż to Amerykanie pierwsi skonstruowali bomby A, to jednak Niemcy byli w stanie zrobić to samo. Swe prace zaczęli wcześniej, bo już w roku 1938 i na szczęście nie mieli wystarczających sił i środków do ich prowadzenia. Powód prosty – większość uczonych prowadzących prace nad atomem było żydami, którzy uciekli przed prześladowaniami – do Wielkiej Brytanii i USA. Ale i na to znalazła się rada.

Według Bogusława Wołoszańskiego Niemcy zbudowali urządzenie zwane Aparatem pod kodową nazwą Ryba Miecz alias Miecznik (Schwertfisch), który zainstalowano już to w dworku w Piechowicach k./Jeleniej Góry już to w zamku Czocha (Tzschocha). Był to prymitywny komputer służący do łamania radzieckich szyfrów i odczytywania depesz dyplomatycznych, które stały się źródłem wiedzy nazistów o postępach nad amerykańską bronią jądrową. To właśnie dzięki niemu naziści mogli przeprowadzić własne badania nad bombą A w kompleksie Der Riese w Górach Sowich. Wygląda na to, że Olbrzym był niemieckim odpowiednikiem amerykańskiego Los Alamos, Oak Ridge i Hanford razem wziętych. Czy tak było? – nie wiadomo. Możemy dzisiaj tylko przypuszczać. Całe oprzyrządowanie i wszystkie maszyny zostały wywiezione do Niemiec i przekazane Amerykanom i/albo do ZSRR już po wojnie. Oczywiście Polakom pozostały tylko depozyty ukryte w zasypanych tunelach i szybach – dzisiaj nie do wydobycia. Dziś uważam, że w Riese mogła się znajdować rafineria izotopu uranu-235 (235U*) służącego za paliwo do produkcji bomb atomowych, wytwórnia „ciężkiej wody” 2-3H*2O albo po prostu D-T2O)do reaktorów jądrowych oraz cyklotrony służące do syntezy złota i platyny.

Niemożliwe? Ależ całkiem możliwe i wykonalne. W 1936 r. japoński chemik dr Hantaro Nagaoka bombardował elektronami jądra rtęci, wskutek czego udało mu się otrzymać złoto i platynę – zgodnie z reakcjami:

198Hg + e- => 197Au + n

198Hg + 2e- => 196Pt + 2n

Podobnie jest z próbami łączenia ze sobą jąder atomowych. Niestety, a może na szczęście – proces ten, choć technicznie możliwy, jest absolutnie nieopłacalny ze względu na pochłanianie ogromnej ilości energii elektrycznej. Dlatego też Niemcy postawili cyklotron, w którym można go było przeprowadzić, w pobliżu potężnej elektrowni termicznej w Ludwikowicach Kłodzkich…

Osobiście uważam, że tych skarbów nie wywieziono do Rzeszy koleją – to było niebezpieczne ze względu na radzieckie lotnictwo już wtedy panujące w powietrzu. Tak samo było z transportem drogowym. Cóż więc pozostało?

Transport wodny.  

To coś, co umownie nazywamy Złotem Wrocławia zostało wywiezione z miasta Odrą na barkach i to w dwóch możliwych kierunkach – do Szczecina i Świnoujścia, a dalej U-bootami np. do Ameryki Południowej, albo via kanał Odra – Sprewa do Berlina, a następnie do Hamburga i stamtąd do Ameryki Pd. Czy to było możliwe? 

Oczywiście. Barki płynęły nocami, a w dzień stały zamaskowane przy brzegach Odry. A jak opuściły Wrocław? – zwyczajnie. Stały podstawione w rejonie dzisiejszego Muzeum Archeologicznego. Wystarczyło przewieźć je z Komendy na nabrzeże i załadować. Załadowane barki spływały potem Odrą i nie upomniał się o nie pies z kulawą nogą. Wystarczyło potem puścić w kurs plotkę o tajemniczych pociągach, które wiozły skarby z Wrocławia do Zgorzelca czy Wałbrzycha i już mamy legendę osłonową. Wszyscy szukali potem w Reichu czy w Sudetach, tym czasem Złoto Wrocławia płynęło bezpiecznie – no względnie bezpiecznie do Ameryki Pd.

Nie zapominajmy, że na trasie znajduje się Lubiąż z jego klasztorem oo. Cystersów, Głogów, Nowa Sól i inne znane z programów red. Wołoszańskiego na temat skarbów Dolnego Śląska.    

A teraz o zagadce Luftmuny nr 4 w miejscowości Speck (dziś Mosty k./Goleniowa). Luftmuna to był magazyn amunicji Luftwaffe. Co musiało się tam znajdować, że uważa się go za kluczowy w rozwoju niemieckiej bomby A?

Na Zalewie Szczecińskim alianckie samoloty zatopiły statek SS Artushof, którego ładunek budzi zdziwienie: w ładowniach było m.in. 38 słupów grafitowo-węglowych oraz pół tony grafitu prasowanego w rolkach.

Czy mógł to być materiał dla reaktora atomowego? Czy statek miał je wyładować w niewielkiej przystani w pobliżu tajnego ośrodka Luftmuna 4 w miejscowości Speck (dzisiaj Mosty)? Na jego terenie jest okrągły basen o głębokości 7 metrów, łudząco podobny do basenu w Haigerloch, gdzie wojska amerykańskie odkryły niemiecki reaktor nuklearny.[1] No właśnie! Nie zapominajmy, że z Mostów to tylko 148 km do Rugii, gdzie nazistowscy naukowcy dokonali pierwszego testu słabej bomby atomowej. Tak więc według niektórych autorów, w marcu 1945 roku, na bałtyckiej wyspie Rugia została odpalona druga nazistowska bomba A o mocy 10 kt. Istnieje relacja niemieckiego lotnika, który lecąc w okolicach Lubeki ujrzał potężny błysk biało niebieskiego światła i po chwili na horyzoncie wyrósł potężny grzyb dymu. Żeby było ciekawiej, przyrządy w samolocie zwariowały i trudno było z nimi dojść do ładu. A zatem mamy do czynienia z niektórymi objawami wybuchu jądrowego: błysk kuli ognistej, grzyb powybuchowy i uderzenie pulsu elektromagnetycznego – PEM.

Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie dokładnie ów grzyb był widziany. Nie ma danych, na jakiej wysokości znajdował się świadek. Jest to o tyle ważne, że znając wysokość lotu można obliczyć czy mógł on w stanie go ujrzeć – zakładając, że wybuchu rzeczywiście dokonano na Rugii. Okazuje się, że mógłby to zobaczyć lecąc na wysokości ≥2500 m, na wschodnim horyzoncie, w odległości ok. 187 km dzielących Lubekę od centrum Rugii. A zatem ta część Legendy może być prawdziwa.

Skoro tak, to czy pozostały po tym jakieś ślady? W końcu eksplozja o równoważniku 10.000 ton TNT musiałaby pozostawić ślady fizyczne na powierzchni wyspy – np. krater, a także jakieś pozostałości chemiczne po wybuchu nuklearnym. Czy ich szukano? Nie wiem, ale obawiam się, że tak jak w przypadku Homla (gdzie zdetonowano najprawdopodobniej bombę termobaryczną), wyniki pomiarów zostałyby zafałszowane przez wyziewy z pobliskiej Nord IV EJ w Lubminie, która była równie awaryjna jak ta w Czarnobylu... No i znajdowała się w odległości zaledwie 40 km na SE od centrum Rugii.

Wydaje mi się, że próby takie mogły być dokonywane na małych wyspach u wybrzeży Rzeszy: Rudden (N 54°12’ – E 13°46’) albo Greifswalder Oie (N 54°14′48″ - E 013°55′01″). Niedaleko, bo na zachodnim wybrzeży wyspy Uznam/Usedom znajdował się Heeres Raketen VersuchenAnstallt czyli Wojskowy Instytut Badań Rakietowych – HRVA w Peenemünde (dziś znajduje się tam Muzeum Badań Rakietowych) pod kierownictwem gen. dr inż. dypl. Waltera Roberta Dornbergera i SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna. Obie wyspy znajdują się w niewielkiej odległości od HRVA Peenemünde: Rudden – 7,5 km zaś Oie – 15,7 km. Wydaje się zatem, że test ten miał miejsce na małej wysepce Greifswalder Oie, co zgadzałoby się z relacją niemieckiego lotnika i obserwatora naziemnego SS-Obersturmbannführera Waltera Schulkego, co podaje w swych artykułach Iwan Barykin.[2]

W swych relacjach Schulke opowiada o eksperymencie z bombą o potwornej sile rażenia, który został przeprowadzony w okolicach Peenemünde. A zatem ten adres by się zgadzał. Wprawdzie Schulke mówił tam o Rugii, ale czy tak było na pewno, za to nie ręczę. Być może doszło do nieporozumienia, bowiem nazwy Rugia - po niemiecku Rügen i Rudden (Ruden) są do siebie fonetycznie podobne, a spisywał te rewelacje Rosjanin, który też mógł się przesłyszeć i zniekształcić nazwę wyspy…

A co z innymi skarbami Dolnego Śląska? Dzieła sztuki. Nie zostało ich zbyt wiele. Rozkradzione, wywiezione są teraz gdzieś na Zachodzie – w Europie i Ameryce znajdują się do dziś dnia w prywatnych kolekcjach i nie ma siły, która je stamtąd zabierze i zwróci prawowitym właścicielom. Podobnie z precjozami i kamieniami. Gemy zostały sprzedane, a precjoza przetopione. Większość poszła do skarbca Banku Watykańskiego w zamian za pomoc i ochronę zbrodniarzy hitlerowskich, którzy uciekali przed wymiarem sprawiedliwości i musieli sobie jakoś ustawić życie na wolności. Część trafiła w ręce urzędników z różnych krajów jako łapówki. To, co zostało rozkradli osadnicy i autochtoni. Nie ma więc złotych pociągów czy złotych ciężarówek. Dlatego uważam, że poszukiwania na Dolnym Śląsku są próżną robotą i niezbyt sensownym uganianiem się za ignis fatuus nazistowskiego złota…   

środa, 6 marca 2024

Złoto Führera

 


Znów oglądam programy Bogusława Wołoszańskiego o dolnośląskich skarbach zdeponowanych tam przez nazistów i ciągle odnoszę wrażenie, że poza autentycznymi skarbami zrabowanymi w całej Europie, naziści usiłowali także otrzymać złoto na drodze transmutacji pierwiastków – podobnie jak robili to w swym czasie alchemicy.

Oczywiście nie chodziło o produkcję złota przy pomocy przemian chemicznych, bo jest to niemożliwe, ale o produkcję złota na drodze przemian jąder atomowych – w reaktorach jądrowych. Na szczęście dla Ludzkości, problem polega na tym, że złoto jest niezwykle odporne na manipulacje i nie jest tak łatwo je zsyntetyzować. Przypomnijmy jego właściwości:

Złoto jest ciężkim, miękkim i błyszczącym metalem, najbardziej kowalnym i ciągliwym spośród wszystkich znanych metali. Czyste złoto ma jasnożółty kolor i wyraźny połysk, nie utlenia się w wodzie czy powietrzu. Chemicznie złoto należy do metali przejściowych i pierwiastków grupy 11. Z wyjątkiem helowców (tzw. gazów szlachetnych) złoto jest najmniej reaktywnym pierwiastkiem. Złoto długo przed okresem spisanej historii było drogocennym i poszukiwanym metalem szlachetnym używanym w biciu monet, jubilerstwie, sztuce i zdobieniach.

Złoto jest odporne na poszczególne kwasy, ale roztwarza się w wodzie królewskiej (łac. aqua regia, nazwana tak ze względu na to, że rozpuszcza właśnie złoto – metal kojarzony z władzą królewską). Roztwarza się również w zasadowych roztworach cyjanków, które były używane do wydobywania złota. Złoto rozpuszcza się również w rtęci, tworząc amalgamat. Złoto jest nierozpuszczalne w kwasie azotowym, który roztwarza srebro i inne metale, co przez długi czas było wykorzystywane jako próba na obecność złota (np. w monetach).

Metal rodzimy występuje jako samorodki lub ziarna w skałach litych, żyłach i osadach aluwialnych. Mniej powszechnie występuje jako związki złota, zazwyczaj z tellurem. […]

Szacuje się, że do końca 2022 roku w całej historii zostały wydobyte 208 874 tony złota. Odpowiada to objętości 10.800 m³ lub sześcianowi o krawędzi nieco ponad 22 m. Światowe zasoby wydobytego złota w 46% zużyte zostały w jubilerstwie, w 39% w różnych inwestycjach, a 15% na inne cele (przemysł, elektronika). Złoża złota pozostałe pod ziemią, opłacalne do wydobycia, oceniane są na 52 tys. ton. Od 2015 roku światowe wydobycie złota co roku przekracza 3 tys. ton. Przy aktualnym poziomie wydobycia znane opłacalne złoża wystarczyłyby na ok. 17 lat. […]

Jednym z głównych celów alchemików było przekształcenie różnych substancji, głównie ołowiu, w złoto. Miało odbyć się to w wyniku kontaktu danej substancji z mityczną substancją zwaną kamieniem filozoficznym. Chociaż im nigdy się to nie udało, alchemicy rozpowszechnili zainteresowanie tym co można robić z substancjami, przez co położyli podwaliny pod naukę, którą dzisiaj nazywamy chemią. Alchemicznym symbolem złota był okrąg z punktem w środku (), który był również symbolem astrologicznym i starożytnym chińskim znakiem oznaczającym słońce. Obecnie otrzymywanie złota z innych substancji jest możliwe m.in. przez przekształcenie rtęci na drodze wychwytu neutronu przez 196Hg. […]

Atom złota zbudowany jest z 79 protonów i 90–126 neutronów tworzących jądro oraz 79 elektronów (w stanie podstawowym) o konfiguracji 1s22s22p63s23p63d104s24p64d104f145s25p65d106s1 (zapis skrócony: [Xe]4f145d106s1).

Złoto ma jeden trwały izotop, 197Au, będącym jednocześnie jedynym naturalnie występującym izotopem złota. Znanych jest kilkadziesiąt radioizotopów otrzymanych syntetycznie, których masy atomowe są w zakresie od 126 do 205. Najstabilniejszym spośród nich jest 195Au, który ma czas połowicznego rozpadu, T½ równy 186,1 dni. Najmniej stabilnym jest 171Au, o T½ = 30 µs, który rozpada się w wyniku emisji protonu. Większość radioizotopów złota o masach poniżej 197 u ulega rozpadowi w wyniku kombinacji emisji protonu, rozpadu α i rozpadu β+ (antymateria!). Wyjątkami od reguły są 195Au, który rozpada się przez wychwyt elektronu oraz 196Au, który w 93% rozpada się przez wychwyt elektronu oraz w 7% przez rozpad β+.

Zostały opisane przynajmniej 32 izomery jądrowe o zakresie mas atomowych 170 do 200. W przedziale tym tylko 178Au, 180Au, 181Au, 182Au i 188Au nie mają izomerów. Najstabilniejszym jest 198mAu o T½ = 2,27 dnia. Najmniej stabilnym jest 177mAu o T½ = 7 ns. 184mAu ma trzy ścieżki rozpadu; rozpad β+, przejście izomeryczne i rozpad α.

W Polsce wydobywa się złoto jedynie ze złóż rud miedzi (w których złoto stanowi niewielką domieszkę) w rejonie Lubina, Polkowic, Rudnej. Produkcja złota odbywa się w hucie miedzi w Głogowie. Wielkość produkcji w 2015 wyniosła 2,7 tony, w 2016 r. 3,54 tony, a w 2017 r. 3,649 tony.

Wystąpienia złota współcześnie nieeksploatowane:

·     Dolny Śląsk (dorzecza rzek: Izery, Kwisy, Bobru) – przyjmuje się, że na tym terenie wydobyto w latach 1175–1240 około 50 ton złota. Obecnie, szacunki mówią o łącznie 350 tonach złota pod Dolnym Śląskiem.

·     okolice Złotego Stoku – szacuje się, iż na tym terenie wydobyto ok. 16 ton złota

·     okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego

·     Wielisławki

·     Wlenia - Radomice, Klecza, Pilchowice

·     okolice Bolesławca

·     Czarnów koło Kamiennej Góry

·     Radzimowice koło Wojcieszowa

·     Międzyrzecze Dolne, k. Bielska-Białej.[1]

Być może część podziemnych instalacji kompleksu Riese miała być rafinerią złota i uranu wydobywanego na Dolnym Śląsku.

Ale czy tylko wydobywanego?

Jesteśmy zdania, że chodzić może także o złoto syntetyczne – otrzymane wskutek przemian jądrowych z innych metali.

W 1924 roku, znany japoński chemik dr Hantaro Nagaoka przeprowadził eksperyment wytworzenia złota z rtęci na drodze ostrzału jader atomów rtęci-180 elektronami i uzyskania w ten sposób złota-179 wedle magicznej formuły:

180Hg + e- => 179Au + n

Udało się mu to w wyniku zastosowania napięcia 150 kV w jednym z pierwszych akceleratorów cząstek. Rozpędzone elektrony wybiły jeden lub dwa protony z jąder rtęci, w wyniku czego powstały jądra złota i platyny (Pt). Jak widzimy, elektron wniknął w jeden z protonów i atom rtęci zmienił się w atom złota-179 – tego najtrwalszego izotopu oraz neutron. Eksperyment ten ponoć powiódł się o tyle, że Nagaoka otrzymał wprawdzie ułamek miligrama złota, ale niestety – ilość zużytej energii elektrycznej wielokrotnie przekraczała wartość uzyskanego w ten sposób złota i cała sprawa wzięła w łeb. Ale jako że tonący brzytwy się chwyta, Hitler łapał się każdej możliwości by ratować idącą na dno III Rzeszę.

Cały problem polegał na tym, że III Rzesza miała tylko jeden cyklotron a USA miały ich 30. Żeby rozwinąć prace nad produkcją złota trzeba było zbudować potężne cyklotrony, które mogłyby podołać temu zadaniu. No i wybudowano – a dokładniej dwa lub cztery (co do tego nie ma pełnej zgodności) w mieście Breslau – dziś Wrocław. Być może rację ma Bogusław Wołoszański, że były to wirówki do separacji izotopów uranu, z mieszaniny których otrzymywało się pożądany izotop 235U*, który nadawał się do bomb A.  i ta wersja jest najbardziej prawdopodobna.

I tutaj pojawia się tzw. „muchołapka” vel Stonehenge Hitlera z Ludwikowic Kłodzkich. Ta zadziwiająca konstrukcja z żelbetu składa się z dwunastobocznego wieńca wspartego na tyluż słupach. Ta konstrukcja nie daje spokoju wielu badaczom i jest ona źródłem wielu hipotez, czasem nader dziwnych. W kontekście tego, co napisałem powyżej, wydaje się iż jest to nie tyle separator izotopów ale ogromnym cyklotronem służącym do bombardowania targetów z różnych pierwiastków przez strumień cząstek elementarnych rozpędzanych do prędkości relatywistycznych. Coś à la współczesne synchrofazotrony czy GHC Wielki Zderzacz Hadronów używany przez CERN… I kto wie, czy celem finalnym prac nie miała być broń D – dezintegracyjna, czyli po prostu antymateria? Wszak uczeni wiedzieli już od 1924 roku, że antymaterię – w postaci antyelektronów czyli pozytronów można było uzyskać w toku przemian jądrowych, co w praktyce uzyskano w 1932 r. Na razie wiedzieli o szybkich antyelektronach – cząstkach β+ których kolizje z elektronami dają dużą ilość energii:

e- + e+ => 2γ (1,022 GeV)

Dzisiaj źródłem pozytronów są dwa izotopy: 22Na i 68Ge, a także inne, cięższe pierwiastki.

Na plus tego rozumowania świadczy fakt, że do „muchołapki” podłączono potężne kable energetyczne, które musiały transportować ogromne ilości energii elektrycznej do elektromagnesów tego super-cyklotronu. I jest jeszcze jedno, a mianowicie – w czasach III Rzeszy wierzono, że antycząstki poruszają się wstecz strumienia Czasu. Oznaczałoby to, że antymateria zachowuje się jak kontromot i porusza się z Przyszłości do Przeszłości. Gerd Burde w swym filmie o tajemnicach III Rzeszy twierdzi wprost, że nazistowskie UFO to w gruncie rzeczy były chronołazy, którymi mogli oni przedostać się do mitycznej Atlantydy i Hyperborei… Na szczęście okazało się, że to nieprawda i antymateria nie wytwarza ani antygrawitacji i nie cofa Czasu. Tym niemniej wciąż niejasna jest sprawa tajemniczego urządzenia jakim jest Die Glocke – Dzwon, a które mogłoby być takim chronoskafem… Przypominam, że to wszystko, o czym tu piszemy, było znane i badane w latach 30. i 40. XX wieku we wszystkich laboratoriach Niemiec, Japonii, UK i USA, a więc wiodących krajów świata.

Ale to już temat z innej ballady.



[1] Wikipedia.

środa, 23 listopada 2016

Prawda o Riese: Apel do poszukiwaczy i ludzi dobrej woli.



Sowiogórski Olbrzym - prawda o Riese: Apel do poszukiwaczy i ludzi dobrej woli.: W związku z ograniczaniem swobód obywatelskich co jest niedopuszczalne w cywilizowanym kraju zwracam się z prośbą do kolegów i koleżanek... 

To, co się dzieje w dziedzinie poszukiwań w naszym kraju to kompletna paranoja! Klęska rozumu w naszym kraju dosięgła także i tej dziedziny! Ściga się poszukiwaczy-amatorów, a jednocześnie z kraju wywożone są - głównie do Niemiec - bezcenne artefakty naszej Przeszłości! - co wiem z własnej praktyki w służbie ochrony granic najpierw Polski Ludowej dzisiaj RP nr III/IV. Dlaczego tak jest? Czy tylko dlatego, że ktoś się chce nachapać przy tej okazji? Tak czy inaczej - podpisuję się pod apelem wszystkimi kończynami!  ⍾

sobota, 9 stycznia 2016

Skarby Sępiej Góry



Sowiogórski Olbrzym - prawda o Riese: Skarby Sępiej Góry: Nastał nowy rok już 2016 :), "złoty pociąg" z 300 tonami złota dalej spoczywa pod nasypem :-). To pomyślałem sobie że jeśli jeden...

*

Obejrzałem w TVP film na temat Złotego Pociągu, z którego tak na dobrą sprawę nic nie wynikało: jedni mówią że jest, inni że nie ma. Na dwoje babka wróżyła, a prawda jest - jak zwykle - gdzieś pośrodku. Dlatego też nagrałem go sobie na DVD i odłożyłem a/a... Tymczasem pojawiają się nowe problemy i nowe relacje, jak powyżej, które polecam Czytelnikom i zainteresowanym skarbami Dolnego Śląska.  

wtorek, 30 grudnia 2014

Na tropach nazistowskich dyskoplanów na Dolnym Śląsku


Vlad Gusc

 

Pod koniec lat 50. XX wieku została opublikowana książka Rudolfa Lusara z której świat się dowiedział o tym, że grupa niemieckich inżynierów pracowała nad całym szeregiem całkowicie nowych samolotów – dyskolotów czy dyskoplanów – z całkiem nowymi właściwościami taktyczno-technicznymi i lotnymi. 


Od tego czasu po świecie zaczęły błądzić cudowne niemieckie Haunebu i Vril, i od dziesięcioleci stanowią one pożywkę dla rozlicznych teorii spiskowych. Jednakże przed kilkoma laty świat dowiedział się o nowym sensacyjnym fakcie – w górach Dolnego Śląska został znaleziony kompleks najtajniejszych urządzeń pod nazwaniem Die Glocke – czyli Dzwon. Nie mogliśmy sobie odmówić przyjrzenia się bliżej tej legendzie...


A zatem od początku. W 1959 roku, były major Wehrmachtu Rudolf Lusar wydał bestseller pt. „Tajne bronie Niemiec w Drugiej Wojnie Światowej“ w którym twierdzi, że grupa niemieckich inżynierów z SS-Sonderbüro-13: Otto Habermohl, Rudolf Schriever, Giuseppe Beluzzo i Richard Mitte[1] od 1941 roku stworzyli pierwsze prototypy dyskoplanów w laboratoriach w okolicy miast Breslau/Wrocławia, Drezna i w Pradze.

Działający model bojowego dyskolotu o średnicy 68 m, który miał na swej spodniej części zainstalowaną wieżę z samobieżnego działa Panther i sprzężony kaem plot. został wyprodukowany we Wrocławiu pod koniec 1944 roku.

Autor na tle "Muchołapki" w Ludwikowicach Kłodzkich

Należy zwrócić uwagę na następujący szczegół – jako jednostki napędzającej pojazd użyto oryginalnego „wirowego silnika“ Victora Schaubergera i 12 pomocniczych silniczków Jumbo-004B, które umieszczono na obwodzie pojazdu i które wykorzystywały tzw. Efekt Coandy.[2] (1)

Urządzenie zostało nazwane Dyskiem Beluzzo na cześć głównego projektanta z Biura-13 Giuseppe Beluzzo (a właściwie Giuseppe Bellonzo, 25.XI.1876-21.V.1952). W 1944 roku, rakietowy poligon w Peenemünde – gdzie testowano te dyskoloty – został zbombardowany przez Anglików[3], i dzięki temu grupy robocze Beluzzo i Mittego ze swymi urządzeniami z oczywistych powodów zostały przesunięte poza zasięg bombowców sił Sprzymierzonych do Pragi. Tam w praskich zakładach ČKD rozpoczęły się przygotowania do seryjnej produkcji nowej cudownej broni.

Ta historia spłodziła szereg miejskich legend o tajemniczej koncentracji zakładów produkcyjnych SS w Sudetach, które zostały dokładnie pokazane w scenariuszu rosyjskiego serialu TV pt. „Zwiadowcy” (2) i na stronach różnych powieści fantastycznych.[4]

W różnych źródłach produkt niemieckich inżynierów jest nazywany błędnie Dyskiem Belonzo, co jest nieszczęśliwą pomyłką tłumacza książki Luzara, który niedokładnie zapisał nazwisko z włoskiego źródła. Po wydaniu książki, ten błąd wędrował z publikacji do publikacji, aż w końcu się stała literacką popularną nazwą.

A potem nagle świat dowiedział się o najnowszej wieści – w polskich górach Dolnego Śląska – w okolicy miejscowości Ludwikowice/Ludwigsdorf, został znaleziony jeden kompleks startowy. Tworzy go żelbetowa konstrukcja, składająca się z 12 masywnych słupów wysokich na 15 m, spojonych belkami, które tworzą krąg o średnicy 33 m, w górnej części belek są śruby do mocowania jakiejś aparatury czy urządzeń pomocniczych.[5] Ten obiekt znajduje się na 50°37'43 "N - 16°29'39"E. (3)

Według znanych zaoceanicznych fachowców od antygrawitacji i Spiskowej Teorii Dziejów – STD, to właśnie tutaj, z tej strefy w latającym talerzu Adolf Hitler poleciał na Antarktydę.

Pozwolę sobie jeszcze przypomnieć o tym, że wyżej wymieniony „startowy kompleks“ znajduje się w bezpośredniej bliskości ostatniej tajnej bazy Führera o nazwie Der RieseOlbrzym. Obiekt ten jest wspominany w dziesiątkach artykułach i książkach, ale jego stosunkowa niedostępność stworzyła więcej zagadek i pytań bez odpowiedzi, zaś na początku 2005 roku brytyjski TV Channel 4 sporządził film dokumentalny, w którym podano poniższy sensacyjny fakt:
W 1946 roku został wydany polskim władzom sądowniczym SS-Gruppenführer Jacob Sporrenberg, który w śledztwie prowadzonym przez polski i radziecki kontrwywiad miał nadzieję uzyskać łagodniejsze potraktowanie za przekazane konkretne informacje.[6]


Sporrenberg był pierwszym dowódcą „specjalnej ekipy ewakuacyjnej“ podlegającej Gauleiterowi Dolnego Śląska SS-Gruppenführerowi Karlowi Hanke, który nie podlegał nikomu niższemu od Martina Bormanna.[7] Miał on ewakuować bronie odwetowe do Ameryki Południowej.

Pod specjalnym rozkazem SS-Obergruppenführera Hansa Kammlera, na początku kwietnia 1945 roku, Sporrenberg osobiście uczestniczył w egzekucji dokonanej na 64 grupach uczonych pod kierownictwem dr Hugo Hirzfelda, a to wszystko odbyło się w jednym z tajnych laboratoriów w górach niedaleko Waldenburga/Wałbrzycha. W dokumentalnym filmie wypowiadał sie jakiś polski „ekspert“ pewien tego, że potwierdza to w 100% świadectwa polskich weteranów kontrwywiadu, których nazwisk nie podaje z powodów oczywistych. Przedłożył on ten argument, że przestudiował protokoły z przesłuchań Sporrenberga przez radziecki kontrwywiad.

Następnie na filmie pokazał sie jeden z założycieli i twórców mitu – Nick Cook, o którym później.

Jednakże, jak to było udowodnione, pokazano sensacyjny projekt, o którym nie było żadnej wzmianki, to tajny projekt Die GlockeThe Bell czyli Dzwon, którego clou stanowił tajemniczy aparat latający na zasadzie efektu antygrawitacyjnego.

Dokładne badania tego tematu i dowody, które mają go potwierdzać są śmiechu warte.

Tym niemniej fundamenty legendy i wydarzenia wokół tego miejsca i wydarzeń z lat 1944-1945 zaczynają przypominać teatr absurdu...

Podobnie jak pracownicy brytyjskiej TV nie wysilili się, by dokonać jakiegokolwiek sprawdzenia tych faktów. 

Przyznaję, że w pierwszej fazie informacje o likwidacji tajnego laboratorium bardzo skomplikowało przygotowania do naszej ekspedycji, zaistniała bowiem konieczność zbadania obiektów pod względem rozminowania ich, jak i bezpieczeństwa biologicznego i chemicznego. Oleju do ognia dolało także to, że nie mieliśmy danych o charakterze prac prowadzonych przez tamtych naukowców. Jednak rok prac przygotowawczych, badania wszystkich dostępnych zasobów i poszukiwania informacji historycznych, w końcu ujawniło plątaninę fikcji i fantazji...


Co jest wiadomo o polskim etnografie?


Oto lokalny polski etnograf Igor Witkowski (4), który był kiedyś oczarowany książką R. Luzara (zakładamy, że w latach 1999-2000), i jednak kiedy spotkał ogromne struktury, o których mowa powyżej, to nie mógł zrozumieć ich sensu. Gdzież indziej, jeśli nie w domu rodzinnym mógł szukać największych tajemnic nazistów?

Ruiny nadziemnego i podziemnego kompleksu przemysłowego na terytorium swego kraju zainspirowały go do genialnego wniosku – jest to platforma startowa dla niemieckiego „latającego talerza“ i stąd on startował. O odkryciu poinformowano cały świat!

Internet dawał takie możliwości, więc z Witkowskim wkrótce skontaktował się zamorski badacz technologii antygrawitacyjnych Nick Cook (5), prawie pracujący nad swą nową książką. Polski entuzjasta był tak przekonujący ze swym projektem Die Glocke, istniejącym jedynie w jego wyobraźni. Tym niemniej pan Cook łyknął przynętę...

W 2001 roku, Nick Cook wzmiankuje o „kompleksie startowym“ w swoim bestsellerze pt. „W pogoni za Punktem Zerowym“ („Hunt for Zero Point“). W nim znajdowało sie nowe wyjaśnienie celu powstania tej konstrukcji, które wymyślił kolejny autor – Robert Dale-Arnt Jr. w swej książce „Dyskoloty Trzeciej Rzeszy (1922-1945 i w dalszych latach)“ – w oryg. „Disc Aircraft of the Third Reich (1922 – 1945 and Beyond). (6)

Od początku 2002 roku, kiedy to powstał sensacyjny brytyjski film telewizyjny, wyżej wymieniony obiekt wskutek różnych „ulepszeń szczegółów“ zyskał swe nowe miano – Nazi Bell

Rzecz biegnie dalej – Nicholas Goodrick-Clarke (7) publikuje w książce „Czarne Słońce” („Black Sun”) że w Dzwonie znajdował się ciekły radioaktywny metal Xerum-525[8] i w fantazji autora na koniec dyskolot odleciał z Hitlerem i jego wesołą kompanią na pokładzie w kierunku Aldebarana…

Chciałbym zwrócić uwagę na to, że miejscowy etnograf Igor Witkowski jest już w książkach i artykułach nazywany „wojskowym historykiem” i wreszcie „specjalistą od lotnictwa”!

Sztafetę fantazji na temat tajemniczej budowli kontynuował następny amerykański badacz antygrawitacyjnej tematyki Tim Ventura (8), który pisze o niej w wielu artykułach, a także w książce pt. „Einsteinowa antygrawitacja” – „Einstein’s Anti-Gravity”.
Później temat pola startowego dla latającego talerza nazistów zainteresował Allana Sterlinga i Johna Deringa (9), dla których ta żelbetonowa konstrukcja zagubiona gdzieś w górach Dolnego Śląska, stała się całkowicie bezspornym faktem istnienia tajnego laboratorium, pracującego dla Projektu Vril-7 i wymyślonego Dzwonu.

Prawdopodobnie zapytacie, co robić z takimi bezspornymi faktami, które przekazał SS-Obergruppenführer Sporrenberg i dr Hirzfeld?

Wymyślony superagent Rzeszy Jakob Sporrenberg ma do tego taki stosunek, jak filmowy Indiana Jones. Nie uwierzycie, ale ta legenda została wzięta ze szmatławej powieści przygodowej autora „Indianiady” – Jamesa Rollinsa, który wyszedł w 2006 roku pt. „Black Order”… (10)

Jest jasnym, że dr Hugo Hirszfeld[9] nigdy nie istniał, ale prototyp Sporrenberga jest autentyczną osobą. SS-Obergruppenführer Jakob Sporrenberg i choćby nie wiem, co robił – nie mógł w żaden sposób ewakuować tajemniczych niemieckich technologii 4.4.1945 roku, bowiem jego prototyp już 5 miesięcy przed tymi wydarzeniami (!), w dniu 21.11.1944 roku objął stanowisko szefa policji i służb bezpieczeństwa w południowej Norwegii, gdzie był do końca wojny i wpadł w ręce Brytyjczyków. Został on przekazany władzom polskim w dniu 3.10.1946 roku, a w roku 1950 został za ludobójstwo osądzony i skazany przez polski sąd na karę śmierci i publicznie powieszony w Warszawie, w dniu 6.12.1952 roku. Jest oczywistym, że żadne szczególne protokoły ze śledztwa w jego sprawie prowadzonego przez „radziecki kontrwywiad”, jak o nich mówi Witkowski, nie istnieją…[10]

Zaś krokiem ostatnim jest owa tajemnicza żelbetowa konstrukcja. Nie jest to nic innego, niż pozostałości po przemysłowej chłodni kominowej w fabryce dynamitu Dynamit A. G. „Fabrik Ludwigsdorf zur verwertung chemister Erzeugnisse”. Produkty tego zakładu były szeroko używane przez górników i wiertaczy na całym szeregu budów, wykopach i tunelach oraz podziemnych instalacjach na terenie Sudetów. Ani jednego z telewizyjnych redaktorów albo autorów nie zainteresowało dziwna w sąsiedztwie „kompleksu startowego” dyskoplanu obecność fabryki dynamitu, która znajdowała się w odległości 70 m od niej.

Legendę obalono. 


---oooOooo---
        

Komentarz Igora Witkowskiego


Całe to wyjaśnienie roli muchołapki opiera się na braku znajomości szczegółów - na tej zasadzie to należałoby pojechać do Instytutu Lotnictwa w Warszawie i powiedzieć pracownikom, że ich muchołapka musi być chłodnią. To zupełnie nie tak i przyjmując podejście quasi-religijne do nikąd nie dojdziemy. Prawda jest taka, że są szczegóły, które z rolą jako konstrukcji wsporczej chłodni nie dają się pogodzić.

Po pierwsze: pomieszczenie i kanał energetyczny pod basenem muchołapki, zamiast np. śladu po rurociągach (trzeba sobie uzmysłowić, że przy średnicy basenu 40 m całość miałaby wysokość z grubsza 25 pięter, więc nie chodziłoby o rurki, tylko o rurociągi w klasycznym rozumieniu tego słowa).

Poza tym niemożliwe jest aby konstrukcja chłodni była otynkowana od środka. W chłodni jest przegrzana para wodna.

Poza tym brak fundamentu pod obrzeżem basenu, na którym całość miałaby się wspierać - te 25 pięter. Brzeg basenu to coś wielkości krawężnika, bez fundamentu pod nim. To nie miałoby po prostu sensu.
Niestety takie podejście jest jednak regułą - powierzchowne, wypływające z emocji, a nie z wiedzy itp. Szkoda gadać... Poza tym może lepiej byłoby pojechać. Przyjrzeć się z bliska porównać, a po tym formułować „teorie”. Brak treści.


---oooOooo---


Zgodnie z zasadą audiatur altra pars poszukałem w Internecie, i znalazłem coś takiego:


"Muchołapka" - Ludwikowice Kłodzkie


Temat oklepany jak mało który, jednak postanowiliśmy wybrać się w poszukiwaniu słynnej "muchołapki". Podobno była to wyrzutnia rakiet, lądowisko UFO, współczesna wersja Stonehenge...

Z wykształcenia jestem chemikiem i patrząc okiem chemika   widzę zwykłą podstawę chłodni kominowej.

Cokolwiek by to nie było przyciąga turystów  (tak, takich wariatów jak moja rodzina, również :)) i co widzi przeciętny turysta? Dzikie wysypisko śmieci (zonk), sama konstrukcja również powoli się sypie.

Ot, taka sobie  krótka wycieczka 2 listopada 2012 r.
GPS N 50°37′41.73″ , E 16°29′40.11″




I dalej…


Ludwikowice tajemnice "Muchołapki"

Ludwikowice Kłodzkie, dużo tajemnic, wymysłów, obśmiewania Muchołapek jako lądowiska Vrila V7.  Osławiona “muchołapka” Igora Witkowskiego była zapewne jakimś jego niefortunnym dopasowaniem budowli do przedstawianego pomysłu. Fakt jest taki że blok energetyczny posiadał swoje dwie chłodnie kominowe. Wiem że po wojnie stały przy bloku energetycznym dwie chłodnie i spokojnie sobie pracowały. Muchołapka była niewątpliwie chłodnią ale nie należała do elektrowni lecz do podziemnego zakładu usadowionego w kopalni, stała przy szybie Walter po którym została mokra plama – dosłownie, tak samo jak po szybie Kunegunda. Resztki betonowej infrastuktury dolnego basenu chłodni zostały wycięte po wojnie bo przeszkadzały w pływaniu w basenie. Jedna z tych części załączona jest na zdjęciu, pomalowane były niebieską farbą która zachowała się do dziś. Ciekawostką są chodniki odwadniające Włodykę daleko poza szybem Kunegunda o których nikt praktycznie nic nie wie ponieważ od tamtej strony nie było chodników kopalnianych.



"Muchołapka na GoogleEarth


I jeszcze jeden głos:


Historyczne uwarunkowania bzdurnej ufologii


Do naszej redakcyjnej skrzynki dotarł list od przyjaciela, (…) Jego list szeroko traktuje o teoriach oscylujących wokół "cudownej broni" Hitlera w postaci konstrukcji latających, których nikt nigdy nie widział no, chyba że w prozie pana Witkowskiego, faceta, którego lubię za..., zapomniałem. Dla "rasowych", ortodoksyjnych niby-ufologów, to prawdziwa herezja, bo oni wiedzą swoje, na podstawie relacji "historycznych źródeł", które można..., no, właśnie.

W pierwszym odruchu tekst skomentowałem zaledwie kilkoma zdaniami:
Brednie, brednie i jeszcze raz brednie! O Ludwikowicach wypisałem jezioro atramentu, zajmowałem się tym na tyle długo (łącznie z moimi wielokrotnymi tam wizytami), aby porównując te pozostałości z innym identycznym obiektem we Wrocławiu, ugruntować swój pogląd, że to chłodnia i nic więcej. Co do kanałów, to można również mnożyć kolejne teorie, łącznie z tą, że był tam zamontowany centralny odkurzacz do ściągania mchu i paproci, jak w słynnej dobranocce. Pan Igor miły, wesoły , smutny, pokorny, robiący za tło produkcji zza oceanu, może te kity wciskać jankesom i tylko jankesom,  pospołu z jego przyjaciółmi […]. Niech pomantrują, poskaczą wokół ogniska, przepłoszą kilka orbsów z byłymi, a obecnie znienawidzonymi przez nich współpracownikami na czele i niech wspólnie porobią zdjęcia duchów na cmentarzu, bo tyle to wszystko warte.

Osobiście całą tę wesołą twórczość pana Igora spuściłbym razem z wodą ze spłuczki do lokalnego kanału, niech skiśnie i zamieni się w nawóz.

Tajemniczym panem Igorem jest..., i tutaj mam problem, bo nie wiem jak sklasyfikować autora książek, które napisał je o... niczym. Nie to nie jest pomyła, powtórzę raz jeszcze...o niczym. Żyjemy w czasach, kiedy opublikowanie czegokolwiek nie stanowi najmniejszego problemu. Za przeproszeniem, nawet lokalny polityk - idiota, który niczego sensownego nie stworzył i nie stworzy, z myślą o ludziach, którym ma służyć, również staje się autorem czegoś na kształt książki, "bo to panie prestiż, poważanie i zazdrość u współbliźnich".

Podobnie jest z innymi autorami. Obecnie na rynku mamy taką ilość "złych książek", że wybór czegoś naprawdę cennego jest niemożliwy, może dlatego najpoczytniejszym autorem w Polsce stał się pewien gastarbeiter, który chodzi boso przez świat i prawi morały.

Od wielu lat mam przyjemność wymiany korespondencji z historykiem wojskowości, który twórczość pana Igora określił jednym zdaniem - "nocny koszmar każdego dokumentalisty".

Kiedy tę mieszankę połączyć z kolejnymi domysłami na poziomie "brukowej, kompletnie przekłamanej ufologii" wychodzi nam scenariusz... drugiej części idiotycznego filmu pt. "IRON SKY".

Hitler w latającym spodku z wieżą czołgową w drodze na Antarktydę - czytam w tekście od przyjaciela, a dlaczego nie na Fobosa, czy Nibiru? Im dalej tym lepiej, a pierwiastek aryjskości z pewnością przyjmie się nie tylko w tej galaktyce, ale w miliardzie innych, "bo to panie..., idiotów we wszechświecie nie brakuje!" Poważnie!

USS Eldridge na "Muchołapce" i...

...nazistowskie bojowe UFO... 

Pan Igor od czasów współpracy z jedną z  anglojęzycznych ekip telewizyjnych nieodmiennie "wciska" do naiwnych głów oczywistość (dla niego), że słynny betonowy pierścień wsparty na kolumnadzie w Ludwikowicach, popularnie zwany "muchołapką" (doprawdy trzeba chorego umysłu, aby właśnie tak nazwać to wielkie rozpadające się nic) jest platformą startową dla niemieckich dyskoplanów. Wspomniana ekipa telewizyjna dokonała świetnej wizualizacji, gdzie ukazano startujący spodek. Nie mieli wyobraźni, nawet to skopali, umieszczając spodek nie na pierścieniu, co oczywiste (platforma startowa), a w jego wnętrzu.

Jeżeli komuś opadają w takich momentach ręce, to to jest ta właściwa chwila.

Kompleks Riese od lat rozpala wyobraźnię poszukiwaczy skarbów? To pospolici złodzieje, którzy z użyciem detektorów metali dokonują rabunku. Część z nich podtrzymuje mity o nieprzebranych skarbach, które ukryto właśnie w okolicach wielkiego kompleksu. Przewrotnie zapytam..., a po co?

Jeżeli owe cenne precjoza zasypano, wysadzono bądź zamurowano, to cała ta działalność nie miała sensu, bo nikt o zdrowych zmysłach nie eliminuje sobie "ułatwionej ścieżki dostępu", by kosztowności wydobyć, wywieźć i spieniężyć, prawda?

Oczywiście, jest prawie pewnym, że podziemne miasto mogło być  kluczowym elementem układanki Hitlera w celu wyprodukowania broni masowego rażenia. Ta teoria broni się sama, wobec... i teraz najlepsze - scen żywcem wziętych z jednego z odcinków "Czterech pancernych i psa", gdzie to główni bohaterowie stykają się z niezwykłym zjawiskiem promieniowania. 

Ufologowie mają tę scenę w podświadomości (hi!)? Na tej kanwie można napisać i 100 książek o wartości adekwatnej do dzieł pana Igora.

Osobiście namawiałbym Go do tego, aby porzucił pióro, a zamienił je na "piórko" i z jego pomocą tworzył komiksy, te sprzedadzą się na pniu, wszak idioci nie lubią czytać, wolą obrazki i to te nieruchome, bo ich przeciwieństwo zbyt mocno obciąża mózgi.

I konkluzja.

Ufologia w połączeniu z wydumanymi teoriami wyciągniętymi z wojskowych archiwów, które wymyślono, nie jest dobrą pożywką dla ugruntowania poglądów zbliżających nas do prawdy. Stanowi za to bezcenne źródło śmiechu, który budzi się we mnie po lekturze książek, które mają wartość... makulatury.

Mariusz R. Fryckowski


---oooOooo---


Mocno powiedziane, ale niestety tak właśnie jest – nasza, polska ufologia ma to do siebie, że zeszła na manowce psychotroniki i innych „nauk tajemnych”, które wiązane są z „duchowością” – cokolwiek to znaczy – i jej mitologią. Mimo tak miażdżącej krytyki i sceptycyzmu uważam, że prawda jest – jak zwykle – gdzieś pośrodku, bo sądzę, że nawet najbardziej „uduchowione” majaki i mrzonki psychotroniki mają swe fizykalne podstawy i kiedyś zostaną one zbadane i ujęte w karby matematyki. Ale to już osobna sprawa.

„Muchołapka” faktycznie nie jest żadną tajemnicą i szkoda czasu nad nią dyskutować – w tym przypadku zdanie ludzi z branży – inżynierów-chemików jest decydujące. Jeżeli nieopodal znajdują się ruiny zakładów chemicznych, to jej obecność jest całkowicie uzasadniona. Być może „Muchołapka” miała coś maskować jako cel pozorny i odwracający uwagę, ale w takim razie co to było?

Natomiast Vlad Gusc niemal całkowicie pomija milczeniem istnienie prawdziwie tajemniczego kompleksu Riese, podziemnych tuneli i korytarzu w Książu czy tajemnic Zamku Czocha i innych śląskich zamków. I nie, nie chodzi tu o skarby, o których opowiada red. Bogusław Wołoszański, bo już ich po prostu od dawna nie ma. Niemcy może byli zbrodniczymi fanatykami, ale głupimi nie byli i tak je ukryli, żeby je można było szybko podjąć, albo – co jest jeszcze bardziej możliwe – zostały one wywiezione w ogóle z Niemiec, o czym już pisałem na moim blogu – co atoli jest już osobną sprawą.

Natomiast Riese – o czym jestem przekonany – było niemieckim odpowiednikiem amerykańskiego Alamogordo i Projektu Manhattan, gdzie pracowano nad hitlerowską bronią rakietowo-jądrową czy nawet termojądrową. Z tym się zgadzam. Rozmawiałem ze świadkami, którzy widzieli w Oberwüstegiesdorf/Głuszycy Górnej lory kolejowe wiozące rakiety V-2… Zresztą Riese najbardziej przypomina mi uniwersalny schron przed skutkami działania broni A, B i C, nad którymi Niemcy pracowali cały czas, w czym całkowicie zgadzam się z badaczami Riese z Dolnego Śląska.

Osobiście uważam, że sprawa „Muchołapki” jest zamknięta, natomiast sprawa Riese jest wciąż otwarta i niejedno jeszcze będzie można tam znaleźć i kto wie, czy nie będą to plany unikalnych konstrukcji lotniczych i nie tylko. Pewnikiem jest to, że Niemcy przed i w czasie II Wojny Światowej prowadzili poszukiwania – poza mitycznymi Hiperborejczykami i Aghartyjczykami – przede wszystkim tajemniczych, acz straszliwych broni masowej zagłady, o których naczytali się w staroindyjskich, sanskryckich poematach. To są fakty.

W naszej pracy „Wunderland: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” (Warszawa 2001) postawiliśmy hipotezę, że Niemcy – poza różnymi latającymi machinami – pracowali nie tyle nad teleportacją, ale nad chronomocją – możliwością przenoszenia się w Czasie. Nie mamy na to dowodów, ale rzecz jest możliwa choćby dlatego, że Hitlerowi zależało na uzyskaniu dodatkowego wymiaru do prowadzenia działań wojennych. Konsekwencje i możliwości chronomocji opisał dokładnie Stanisław Lem w „Powtórce” (1979), którą polecam Czytelnikowi. Polecam także „Dzienniki gwiazdowe”, w których przedstawił on historię naszej planety jako rezultat zawiści i wojenek podjazdowych garstki szalonych naukowców, którzy mieli możliwość podróżowania w Czasie i zmieniania Rzeczywistości. Niemcy – na szczęście dla ludzi i świata – nie mogli już prowadzić tych badań, bo zabrakło im czasu i środków.   To jeszcze nienapisany rozdział, bo o ile mi wiadomo – nikt nie prowadził żadnych poszukiwań w tym kierunku, jedynie możliwość taką zarysował Gerd Burde w swym filmie.[11] 

Tak czy inaczej jak uważam, nie powinniśmy wylewać Dzwonu z kąpielą, bo jeszcze za mało wiemy o hitlerowskich planach i pracach naukowych i pseudonaukowych.           


Przekład z j. czeskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

--------
Przypisy:
(2)                       https://www.youtube.com/watch?v=81dopADp23o
(4)                       http://igorwitkowski.com/ http://en.wikipedia.org/wiki/Nick_Cook
(6)                        http://en.wikipedia.org/wiki/Nicholas_Goodrick-Clarke
(8)                       http://pesn.com/2005/11/16/9600203_New_Nazi_Bell/
(9)                       http://en.wikipedia.org/wiki/James_Rollins    
--------
--------
Więcej na ten temat:
„Kde se berou fantazie o nacistických létajících discích“ (2). KPUFO.CZ, 08. 12. 2012. Internet: http://www.kpufo.cz/portal/view.php?cisloclanku=2012120801




[1] Według innych źródeł – Miethe.
[2] Taki właśnie pojazd został pokazany przez rysownika w książce dla dzieci Krystyny Korewicko-Adamskiej pt. „Podróż na Księżyc”, w którym księżycowe UFO wyposażone są w główny silnik odrzutowy unoszący cały aparat w górę oraz kilkanaście małych silników na obwodzie nadających mu ruch postępowy. Konstrukcja ta została opisana na stronie: http://wszechocean.blogspot.com/2013/05/lato-1952-spitzbergen-europejskie.html. Rzecz jest o tyle ciekawa, że książka ta ukazała się w 1961 roku…
[3] Podczas wojny Peenemünde było kilkakrotnie bombardowane przez lotnictwo bombowe brytyjskie (RAF) i amerykańskie (USAAF). Pierwszy nalot przeprowadzony został przez brytyjskie lotnictwo bombowe w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r. podczas tak zwanej Operacji Hydra. W nalocie udział wzięło 596 samolotów bombowych RAF, które zrzuciły 1795 ton bomb. W wyniku ataku zginęło, według oficjalnych danych niemieckich, 815 osób, głównie jeńców wojennych oraz Walter Thiel, szef prac nad silnikami. Celem nalotu RAF był tylko ośrodek Heer Peenemünde-Wschód konstruujący rakiety V-2, wywiad ani dowództwo brytyjskie nie zdawało sobie sprawy z położonego w jego sąsiedztwie ośrodka doświadczalnego Luftwaffe Peenemünde-Zachód, zajmującego się konstruowaniem m.in. broni V-1. Po tym nalocie zapadła decyzja o przeniesieniu produkcji rakiet V-2 do zakładów podziemnych. Jednocześnie rozpoczęto wzmacnianie istniejących schronów i budowę nowych w kwaterze głównej Hitlera Wilczy Szaniec oraz w kwaterze Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH) Anna w Mamerkach i kwaterze Himmlera w Pozezdrzu (Hochwald). W lipcu i sierpniu 1944 r. amerykańskie lotnictwo bombowe USAF przeprowadziło trzy naloty na Peenemünde, bombardując tym razem także ośrodek doświadczalny Luftwaffe Peenemünde-Zachód. 18 lipca 1944 r. miał miejsce pierwszy z tych trzech nalotów na Peenemünde. W przeciwieństwie do nalotu RAF był to nalot dzienny, przeprowadzony pod osłoną lotnictwa myśliwskiego. 379 ciężkich bombowców B-17 "latające fortece" zrzuciło 920,6 ton bomb na Peenemünde – (Wikipedia)
[4] Chodzi o serial „Rozwiedczyki: Posliednij boj”, reż. Aleksander Zamiatin, 2008.
[5] Obiekt ten w polskiej literaturze jest nazywany „Muchołapka”.
[6] Władze brytyjskie aresztowały Sporrenberga 11 maja 1945, a następnie wydały go Polsce. Stanął przed polskim sądem oskarżony o dopuszczenie się licznych zbrodni wojennych i przeciw ludzkości (w tym przeprowadzenia akcji Erntefest – zamordowanie 40.000 Żydów). Jacob Sporrenberg został skazany na karę śmierci i powieszony w 1952 - Wikipedia.
[7] Karl Hanke objął stanowisko SS-Reihsführera po Heinrichu Himmlerze i pełnił to stanowisko jedynie kilka dni. 
[8] Prawdopodobnie chodziło o jakiś izotop rtęci lub amalgamat mający nietypowe właściwosci.
[9] Pisownia autora – nie wiadomo czy nazwisko to brzmi Hirzfeld czy Hirszfeld? Różnica niewielka, ale w takich przypadkach może być zasadnicza, bo może chodzić o dwie różne osoby.
[10] Twierdzenie to jest dosyć ryzykowne, bowiem radziecki kontrwywiad SMIERSZ zapewne przesłuchiwał go w chociażby w sprawie jego zbrodni na Białorusi, gdzie zwalczał radziecką partyzantkę.  
[11] „Tajemnice Trzeciej Rzeszy”, reż. Gerd Burde, Hamburg 1993.