Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skarb Inków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skarb Inków. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 maja 2013

TEMPLARIUSZE, WULKANY I ZŁOTE BOLIDY




Od niemal dwóch tysięcy lat roztrząsa się problem istnienia bądź nieistnienia jednego z najsłynniejszych i najważniejszych artefaktów chrześcijaństwa – świętego Graala. Święty Graal to kielich, z którego Jezus Chrystus pił w czasie Ostatniej Wieczerzy w Wieczerniku, a do którego zebrano Jego krew po Ukrzyżowaniu – jak chce tego tradycja arturiańska. Jak dotąd nikt tego legendarnego kubka nie znalazł, pomimo intensywnych poszukiwań trwających już od dwóch tysiącleci… Z biegiem czasu Święty Graal stał się symbolem wzniosłych poszukiwań, najwyższego, najszlachetniejszego celu, do którego należy dążyć słuszna i prawą drogą, poprzez cierpienie i walkę w słusznej sprawie. Jego poszukiwania było jedynym godnym czynem godnym rycerza bez skazy i zmazy. Tak chce tego Legenda.


A jak może wyglądać prawda? Prawda może wyglądać tak, że święty Graal wpadł w ręce Krzyżowców w czasie jednej z wypraw krzyżowych zwanych Krucjatami, i został przewieziony do Europy gdzieś w XI czy XII wieku. Istnieje całkiem realna możliwość, że relikwia ta wpadła w ręce tajemniczych i potężnych Rycerzy Świątyni - Templariuszy.


Nie będę tutaj przypominał dziejów wzlotu i upadku Braci Świątyni, a jedynie wspomnę, że ich skarbów do dziś dnia nie odnaleziono, pomimo intensywnych poszukiwań prowadzonych już przez ich pogromcę, króla Francji, Filipa IV Pięknego i jego dwóch ministrów: Enguerrana de Marigny’ego i Guillaume de Nogareta za zezwoleniem i błogosławieństwem ówczesnego papieża z Avinionu Klemensa V - Bertranda de Got. I nie znaleźli. Owszem, coś tam od czasu do czasu się znalazło, ale te „skarby” były zaledwie mikroskopijną częścią ułamka największego skarbu Templariuszy, a do dziś dnia nie natrafiono nawet na jego ślad. Badacze epoki i poszukiwacze skarbów stoją przed murem tajemnicy, którego nie da się w żaden sposób naruszyć, bo wszystkie drogi okazały się być równie skomplikowane, co fałszywe. Historia poszukiwań skarbu Rycerzy Świątyni przypomina labirynty Dimitriady... - i jest równie nieprzenikniona. Ta ponura tajemnica niepokoi i mało kto jest w stanie oprzeć się jej niesamowitemu urokowi - jak napisał kiedyś Tadeusz Rojek w „XIII tajemnicach historii”.


Ian Wilson - znany brytyjski syndolog  twierdzi, że Templariusze byli w posiadaniu kilku artefaktów pozostałych po Jezusie Chrystusie, a były to m.in.: Całun Turyński, włócznia Longinusa - którą przebito Jego bok i właśnie Graal. Całun Turyński znajduje się w Turynie, włócznia Longinusa w Wiedniu, zaś święty Graal przepadł bez wieści. Odnalazł go tylko Indiana „Indy” Jones, ale to tylko w filmie - dość zresztą udanym...


11 marca 1314 roku, Wielki Mistrz Templariuszy Jacques de Molay oświadcza królowi Filipowi IV:
- Muszę przyznać, że tylko dla uratowania życia i uniknięcia straszliwych tortur nie broniłem swego zakonu... Oświadczam, że zakon jest niewinny! Nie dopuściliśmy się ani jednej zbrodni, o jakie nas oskarżają. Należał do nas Cypr, Świątynia Salomona, Templ, który górował nad całym Paryżem, i wiele zamków. Kiedy napadnięto na nas, posiadaliśmy wielkie skarby i najlepsze zbrojownie. Z całego złota, świątyń,   r e l i k w i i   ś w i ę t y c h,  dzwonów, monstrancji, obrazów, ołtarzy i świętych przybytków została nam tylko myśl o Bogu...
- Daruję ci życie i wolność, jeżeli odwołasz to, co powiedziałeś, a powiesz, gdzie są ukryte skarby Templariuszy - wycedził król.
-   S ą   b a r d z o   d o b r z e   u k r y t e   i   s ą   p r z e k l ę t e !   Ciebie też przeklinam!...


I przekleństwo się spełniło, bo chociaż Jacques de Molay spłonął na stosie wraz z Geoffreyem de Charnay, to ich oprawcy pożegnali się z życiem w dniach od 20 kwietnia do 20 listopada 1314 roku. Klemens V zmarł na udar mózgu. Nogaretowi serce odmówiło posłuszeństwa i zmarł na zawał. Marigny okazał się zdrajcą stanu i został powieszony jako angielski i flamandzki szpieg. Najstraszliwszą śmiercią zmarł sam animator pogromu Zakonu Świątyni- król Filip IV - którego na polowaniu zaatakował raniony odyniec. Spłoszony królewski koń wysadził go z siodła, ale strzemiona zaplątały się i koń zawłóczył na śmierć jeźdźca... Nie można go było poznać, cała twarz była okrutnie zmasakrowana i tylko po ubiorze można było dokonać identyfikacji zwłok. Cała Francja szeptała, że to Templariusze zgotowali królowi tak straszliwy koniec...


No i skarbu szukano we Francji i poza Francją - głównie tam, gdzie znajdowały się templaryjskie komandorie: w Anglii, Hiszpanii, Portugalii, Szkocji, Włoszech i Niemczech... - a wszystko z jednym rezultatem - zerowym!


Potem zaczęto szukać skarbu Templariuszy poza Europą i tym, co popularnie nazywa się Starym Światem. Pewien dość „ciepły” ślad wiedzie poszukiwaczy do Etiopii, a dokładniej do miejscowości Aksum (Axum), gdzie do dziś dnia kwitnie kult innego świętego przedmiotu - Arki Przymierza - drugiego po Arce Noego artefaktu starotestamentowego. Zostało udowodnione, że w Aksum jeszcze do XIV, a nawet XV wieku działali Bracia Świątyni, którzy najprawdopodobniej przywieźli Arkę Przymierza z terenów dzisiejszego Izraela lub Palestyny. Mogło być także odwrotnie - to Templariusze przybyli do Aksum po Arkę Przymierza, by ją wywieźć - podobnie jak świętego Graala i Całun Turyński do Europy, i to właśnie w Aksum zastał ich fatalny dla Zakonu dzień 13 października 1307 roku. Wstrzymano zatem transfer Arki przymierza i utworzono komandorię, która przetrwała jeden - dwa wieki. Kto wie, czy to właśnie w Arce Przymierza nie przechowuje się poza szczątkami Tablic Mojżesza także świętego Graala? Jak dotąd, to nikt nie wziął takiej możliwości pod uwagę... Święty Graal w Afryce!? A czemu nie!?


Drugi trop, to Wyspa Dębów - Oak Island - położona w Zatoce Fundy w Nowej Funlandii. Hipoteza o Templariuszach, którzy pozostawili w głębokim na 48 metrów szybie, zabezpieczonym wieloma kanałami zalewowymi, swych skarbów jest bardzo chwytliwa i tłumaczy w zasadzie wszystkie zagadki Oak Island, ale pomiary czasu budowy szybu Money Pit wskazują na to, że wybudowano go, co najmniej dwa wieki po pogromie Zakonu Świątyni, a zatem trudno jest przypuszczać, by Templariusze w ciągu dwustu lat z okładem trzymali skarb w jakiejś tajnej komandorii, a następnie cichcem przewieźli go na Oak Island i tam go zakopali... Technicznie mogli to zrobić - posiadali odpowiednie środki i tzw. „know-how”, ale sęk w tym, że konstrukcja na Wyspie Dębów jest   u n i k a l n a   i    n i g d z i e   dotychczas nie stosowana przez Templariuszy, ani kogokolwiek innego - ergo przemawia to na korzyść hipotezy templariańskiej. Poza tym nie ma tam żadnego znaku wskazującego na działalność Braci Rycerzy Świątyni. Wygląda zatem na to, że trop ten jest fałszywy.


Słuchając wspomnianego na wstępie programu radiowego odniosłem niejasne wrażenie, że rozwiązanie zagadki Graala i w ogóle skarbu Templariuszy - bo zakładam milcząco, że to właśnie oni mieli go we własnym posiadaniu - leży dosłownie o krok. Podejrzenie, iż to Templariusze wywieźli swój największy depozyt z Europy pogłębiło się w momencie, kiedy ujrzałem ozdoby zamku i katedry Tomár  w Portugalii. Twierdza Tomár była komandorią Templariuszy, w której mieszkali Bracia-Żeglarze i kto wie, czy to właśnie oni, a nie Christoforo de Colon zwany Kolumbem odkryli Amerykę w latach 1100-1300! I to właśnie wyjaśniałoby, dlaczego ten ostatni tak pewien swego, kiedy w 1492 roku płynął z Palos na Hispaniolę - on po prostu   z n a ł   d r o g ę  do Ameryki, którą odbyli już niejednokrotnie Bracia Rycerze Świątyni. Pisze o tym m.in. Piri Reis - admirał turecki: 
Niewierny imieniem Colombo odkrył te ziemie (Amerykę) - owemu Colombo wpadła w ręce książka, z której się dowiedział, że na końcu Morza Zachodniego, zupełnie na Zachodzie znajdują się   w y s p y   i    z i e m i e ,  złoża metalu i drogie kamienie. Wspomniany Colombo długo studiował tę książkę, a następnie zwrócił się do różnych możnych Genueńczyków mówiąc im:  „Dajcie mi dwa okręty, abym mógł tam pojechać i odkryć te ziemie...” Odpowiadali mu: „O dziwny człowieku! Jak można dotrzeć do krańców Morza Zachodniego? Giną one przecież w nocy i mgle!”  


Ciekawe, nieprawdaż? Książka, o której pisze Piri Reis, mogła pochodzić z czasów Aleksandra Wielkiego. Ale może nie była ona tak strasznie stara? Może dotarła ona do rąk Wielkiego Nawigatora z którejś z tajnych komandorii Templariuszy lub... Krzyżaków? - czyli Rycerzy Szpitala Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego oraz Kawalerów Mieczowych?  Centrala tego zakonu mieściła się - uwaga! polonicum - w Malborku. Po kasacji Templariuszy część z nich przeniosła się do tego właśnie zakonu. Książka, o której pisze Piri Reis, mogła faktycznie być jakąś egipską czy grecką relacją z podróży do Ameryki, którą Templariusze znaleźli gdzieś na Bliskim Wschodzie, przełożyli na łacinę i przywieźli do Europy, gdzie mogła się znaleźć w jakiejś bibliotece, jako prohibit. Ktoś, komu zależało na odkryciu Ameryki - a raczej na dorwaniu się do skarbów obu tych kontynentów - pomógł Kolumbowi właśnie dając mu to dzieło. Czy był to jakiś Neotemlariusz? To możemy teraz tylko zgadywać.


Osobiście jednak jestem zdania, że Templariusze wywieźli i ukryli swe skarby gdzieś indziej. Jak już powiedziałem, wykluczam Wyspę Dębów w Kanadzie, a w zamian proponuję trzy adresy skrytek, co zawdzięczamy... Panu Juliuszowi Verne!


Juliusz Verne napisał trzy powieści, w których wspólnymi mianownikami są: złoto, wulkany i terytoria polarne czy subpolarne: „Wyprawa do wnętrza Ziemi” (1864), „Wulkan złota” (1902) i „Łowcy meteorów” (1905). O „Wyprawie do wnętrza Ziemi” już pisałem. Być może szyfrogram Arne Saknussemma, który naprowadził prof. Otto Lidenbrocka  na trop odkrycia drogi do wnętrza Ziemi był de facto wskazówką, gdzie szukać skarbu Templariuszy, bądź - co jest jeszcze bardziej fantastyczne, ale realne - wiana Uminy Berzeviczy primo voto Tupac Amaru vel Condorcanqui... Tak zatem ten fantastyczny skarb może znajdować się we wnętrzu krateru islandzkiego wulkanu Snefelljökull (1.446 m n.p.m.), wznoszącego się na 64°49’ N - 023°46’ W, nieopodal wsi Olafsvik i Hellissandur, a którego nie można mylić z wulkanem Snaefelljökull wznoszącego się w interiorze Islandii. Wiedzie doń droga zalewana wodą przypływu, łącząca miejsce depozytu skarbu z powierzchnią Faxaflói... – jak założył to dr Ludvik Souček i za nim dr Miloš Jesenský w swoich pracach na ten właśnie temat.

Trasy możliwej ewakuacji templariuszowskich skarbów z Europy na Daleką Północ

Drugi adres i zarazem chronologicznie druga powieść, to „Wulkan złota” - wydana u nas w 1923 roku i wznowiona w szczecinie w śladowym nakładzie w 1996 roku. Jest to powieść awanturnicza o wulkanie, który zamiast lawy wypluwał ze swego wnętrza czyste złoto. Juliusz Verne podaje dokładne położenie geograficzne tego cudu: 68°37’ N - 136°15’ W, a zatem ów Golden Mount znajduje się gdzieś w okolicy ujścia rzeki Mackenzie do Mackenzie Bay, w paśmie górskim Richardson Mts., nieopodal miasteczka Aklavik w Kanadzie. Nawiasem mówiąc, to nazwa Aklavik brzmi czysto skandynawsko i kojarzy się z językami skandynawskimi - słowo „vik” czy „vick” znaczy tyle, co „zatoczka”... - a zatem Zatoczka Akla - Aklavik. I znowu, jak w przypadku islandzkim, Golden Mount stoi nad brzegiem morza czy zatoki morskiej, i ponownie woda dokonuje tutaj aktu dezintegracji i zniszczenia złotonośnego wulkanu, a ogromne bogactwo, które w sobie kryje - przepada na wieki... Teraz nie dziwię się, że po przeczytaniu tych trzech powieści, słynny czeski pisarz i badacz Nieznanego dr Ludvik Souček napisał swą najlepszą trylogię: „Tajemnica ślepych ptaków”, „Znak Jeźdźca” i „Jezioro Słoneczne”, w których wykorzystuje wszystkie pomysły Juliusza Verne’a dostosowane do realiów lat 70. XX wieku! Czego tam nie ma!? - są tam Przybysze z Kosmosu, skarby i ponure wnętrza wygasłych wulkanów na Islandii...


Trzeci adres Juliusz Verne podał w powieści „Łowcy meteorów”: to południowy cypel wysepki Upernavik na 72°51’30” N - 055°35’18” W, gdzie miał spaść ściągnięty przez szalonego i genialnego wynalazcę, ogromny bolid ze złota, wart setki trylionów (ówczesnych) franków... Niestety, kiedy wynalazca ów - Monsieur Zefiryn Xirdal - zobaczył, że ten złoty podarunek z Kosmosu uczynił więcej szkód, niż pożytku, zatopił go w Morzu Baffina...


Co chciał nam powiedzieć Juliusz Verne w tych trzech niezwykłych powieściach? Otóż sądzę, że pan Verne natrafił na jakiś ślad skarbów - być może skarbów Templariuszy - i chciał nam to przekazać w zawoalowanej formie powieści fantastyczno-awanturniczo-podróżniczo-naukowej. Sam nie mógł tych skarbów wydobyć - zresztą pytanie za 64.000 dolarów - kto uwierzyłby takiemu pisarzowi-fantaście!!!???... No kto? - pytam. Znając mentalność ludzi nauki, przemysłu i biznesu z XIX i XX wieku mogę spokojnie odpowiedzieć:   n i k t ...   Owszem, Juliusza Verne’a uznaje się za genialnego wizjonera technicznego - wszak przewidział wynalezienie m.in. statku podwodnego, samolotu, helikoptera, projektora kinowego, żarówki, radia, lotu w Kosmos, itd. itp. Ale tutaj chodziło tylko o wyobraźnię techniczną i technologiczną, natomiast w dalszym ciągu nikt nie mówi o tym, że Pan Verne interesował się także poszukiwaniami węża morskiego czy złotych meteorów, albo drogi do wnętrza pustej Ziemi, w której można spotkać dinozaury i pierwotnych ludzi... Tego już dziewiętnasto- i dwudziestowieczni uczeni i przemysłowcy nie potrafili strawić. I dlatego właśnie tych skarbów nikt nie odnajdzie - a zatem czyżby działała tutaj klątwa Jacquesa de Molay’a?...


Jak to się wszystko odbyło? Być może Juliusz Verne znalazł jakieś nieznane nauce dokumenty, z których wynikało, że skarb Templariuszy ukryto gdzieś na Dalekiej Północy. Był on na Islandii i w USA, więc znał realia tam panujące na tyle, by postaci i warunki, w których im przyszło żyć i działać ukazały się prawdopodobnie na stronicach jego powieści. Być może spuścił on się na dno krateru Snefelljökull i ujrzał tam coś, co zmusiło go do napisania „Wyprawy...” – no może nie w kraterze, bo ten jest zaczopowany przez lodowiec na amen, ale w jakiejś jaskini czy lawowym tunelu u jego podnóża? Nie, nie był to skarb - być może była to inskrypcja czy artefakt... - resztę znamy.


Czy i kiedy mogli Templariusze wywieźć swe skarby z Francji? Oczywiście, że tak! kiedy owej fatalnej dla nich nocy 12/13 października 1307 roku, królewscy seneszale i bajliwi wtargnęli do templaryjskich komandorii aresztując Braci Świątyni, to pewna ich część uniknęła aresztowania i od razu zaczęła działać, by uchronić majątek Zakonu przed pazernością króla i jego ministrów oraz papieża, który na pewno miał w tym i swoją działkę łupów... (Papież później uwolnił Templariuszy specjalną bullą znaną jako Pergamin z Chinon od zarzutu herezji, pozostawiając jednak w mocy pozostałe zarzuty.)


Skarby zostały wywiezione do krajów, gdzie Zakon Świątyni mógł działać bez żadnych problemów: Hiszpanii, Portugalii, Szkocji i Anglii. Najprawdopodobniej translokacja skarbu odbyła się do Szkocji, gdzie rządził wtedy sir Henry Sinclair of the Orkneyes. Ten człowiek miał wszelkie możliwości dotarcia do Islandii i Grenlandii, a nawet do kanadyjskiej Dalekiej Północy... - co umożliwia przebieg tzw. letniej granicy strefy lodowej na Północnym Oceanie Lodowatym, na Morzu Baffina, Morzu Arktycznym i Morzu Beauforta. Wtedy - w XIV wieku - były to morza potworów i ciemności, o których Europejczycy bali się nawet pomyśleć... Ale Templariusze nie byli ludźmi tuzinkowymi. Mieli oni do swej dyspozycji wiedzę uczonych trzech kontynentów Starego Świata i wiedzieli o wiele więcej, niż przeciętny Europejczyk. Zgromadzona przez nich wiedza europejska, arabska, żydowska, egipska, chaldejska i koptyjska, a może nawet chińska i hinduska umożliwiła im stworzenie gigantycznego imperium finansowego, a znajomość sztuki żeglarskiej i nawigacji po otwartym oceanie dawała im możliwość wywiezienia swych skarbów w każdy dowolny punkt kuli ziemskiej! To nie jest eufemizm - oni naprawdę potrafili to zrobić!


 Dr Miloš Jesenský podejrzewa, że Templariusze mogli mieć jakieś kontakty z Pozaziemianami, a łącznikiem pomiędzy Nimi a Templariuszami była figurka Baphometa (Bafometa), którego - jak to było wtedy w zwyczaju - wzięto od razu za samego diabła in persona i potraktowano odpowiednio...


Ewakuacja skarbów mogła przebiegać w dwóch fazach. W fazie pierwszej - która trwała w zimie 1307-1308 przemycono go z Francji do Anglii via Kanał La Manche - lub, co jest bardziej prawdopodobne - do Anglii via Hiszpania i Portugalia, bo Filip Piękny mógł zablokować wybrzeża, ale trudniej było upilnować granicę lądową, z czego skorzystali Templariusze.


Faza druga zaczęła się na wiosnę 1308 roku, i statki ze skarbami popłynęły na północ do Islandii i Grenlandii, a może także do Zatoki Fundy i do ujścia Mackenzie - co wskazuje załączona mapka. Dwufazowość tej operacji była determinowana zalodzeniem Północnego Oceanu Lodowatego. To, ze nie pozostało śladu po tej operacji też jest całkowicie zrozumiałe i oczywiste - Bracia Świątyni zacierali wszystkie ślady wiodące do skarbów, by nie wpadli na nie szpiedzy Filipa IV Pięknego, Marigny’ego i Nogareta, co NB im się znakomicie udało. Jednakże zostawili znaki czytelne i zrozumiałe dla wtajemniczonych lub dla ludzi o przenikliwych i pełnych wyobraźni umysłach - czyli takich, jak Juliusz Verne lub Ludvik Souček...


A co stało się z tymi, którzy te skarby ukryli? No cóż - to dobre pytanie. Może udało im się wrócić do Europy i tam przekazać informację o miejscu ukrycia skarbów swym współbraciom, albo zginęli gdzieś w drodze powrotnej w starciu z Indianami, Eskimosami albo siłami natury. Podejrzewam jednak, że komuś udało się wrócić i stąd wiedza pana Verne’a...


Tak czy owak, należałoby sprawdzić wszystkie lokalizacje wymienione w tym artykule: wulkan Snefelljökull na Islandii, okolice Upernawik (Uppernivick, Uppernavick) na Grenlandii - jest to grupa wysepek z miejscowością o tej nazwie - oraz ujście rzeki Mackenzie w Kanadzie w okolicach Aklavik. Natomiast Oak Island w tym przypadku jest tylko typowym elementem dezinformującym - lepem na muchy dla naiwnych poszukiwaczy...


Czy byłaby możliwa taka żegluga? Zasadniczo tak, w lecie, od czerwca do połowy sierpnia Szlak Północno-Zachodni jest możliwy do sforsowania i Templariusze mieliby jedynie do sforsowania pak lodowy pomiędzy wyspami Archipelagu Królowej Elżbiety, powyżej 70° N. Od września do maja szlak ten jest zatarasowany pakiem dryfującym i sprawia trudności nawet dla współczesnych statków wyposażonych w stalowe burty i potężne maszyny...


Może znajdzie się ktoś dysponujący środkami i pójdzie wytyczonym tutaj szlakiem Wielkiej Przygody, na końcu którego być może czeka albo legendarny skarb w postaci świętego Graala (bo wciąż mam nadzieję, że jest to jednak artefakt), figurki Baphometa i masy złota i kosztowności, albo - jak chcą tego dr Souček i dr Jesenský - także dowody, materialne dowody na Kontakt ludzi z Obcymi! To też byłoby niezłe!... (zob. M. Jesenský - http://hyboriana.blogspot.com/2012/07/bogowie-atomowych-wojen-11.html) A jeżeli nawet nie znajdzie niczego, to zawsze pozostanie mu piękno i romantyka Wielkiej Przygody!

niedziela, 5 maja 2013

SKARB Z OAK ISLAND: CZY W OGÓLE ISTNIAŁ? (3)




No właśnie – gdzie zatem leży ów Umbilicus Telluris?


Odpowiedź znalazłem u Juliusza Verne’a. Jest coś zastanawiającego w kryptogramie Arne Saknussemma, który mówi o znalezieniu drogi do wnętrza Ziemi. Był w tym jakiś fałsz. No i rzeczywiście! Był! Przecież Islandia to dawna Ultima Thule starożytnych. To właśnie o niej pisał w „Medei” Seneka:


Venient annis saecula seris
Quibus Oceanus vincula rerum
Laxet, et ingens pateat tellus
Tethysque novos detegat orbes
Nec sit terris ULTIMA THULE.


Dla człowieka Średniowiecza i Odrodzenia Islandia (i Grenlandia) to przede wszystkim odległe krainy wulkanów i lodowców. To wejście do samego Piekła w kraterze Hekli… - ale o tym wiedział każdy, a zatem jaki jest sens szyfrowania – i to aż czterostopniowego (!!!) tej informacji???



Bo ta notatka, którą Verne umieścił w pierwszych rozdziałach swej powieści o wyprawie profesora Otto Lidenbrocka i jego niesfornego siostrzeńca Axela do środka Ziemi była zaszyfrowana aż czteropoziomowo:

0.  Najpierw Arne Saknussemm napisał tekst po islandzku (NB, nie ma czegoś takiego, jak język staroislandzki, jest język islandzki i koniec, bo niewiele zmienił się od tysiąca z okładem lat…), którego wersja wyjściowa brzmiała tak: W Jokulu Sneffels zejdź do krateru, który muska cień Skartarisa przed kalendami lipcowymi, a dotrzesz zuchwały podróżniku aż do środka Ziemi. Czego dokonałem. Arne Saknussemm.
1.  Następnie przetłumaczył clair na łacinę: In Sneffels Yoculis kem delibat umbra Scartaris Julii intra calendas descente, audas viator, et terrestre centrum attiges. Kod feci. Arne Saknussemm. Kiepska to łacina, ale zrozumiała dla mieszkańców szesnastowiecznej Europy, a zatem Arne Saknussemm postanowił utrudnić ludziom odczytanie tego komunikatu i…
2.  …napisał całą informację wspak: mmessunkaS enrA .icef dok .segnitta murtnec ertserret te ,rotaiv sadua ,etnecsed sadnelac artni iiluJ siratracS arbmu tabilet mek meretarc silucoY sleffenS nI.
3.  Trzecim stopniem było przeanagramowanie liter kryptogramu poprzez rozpisaniem ich na macierz tak, by uniemożliwić odczytanie go bez klucza, a następnie, żeby jeszcze bardziej utrudnić jego odczytanie…
4.  …zapisał całość runami Futhatk, co dało następujący obraz:

Szyfrogram był całkowicie niezrozumiały dla laika i nawet wtajemniczeni mieli z nim kłopot. Pytanie brzmi: co chciał ukryć Arne Saknussemm – a właściwie Snorri Sturluson (1179-1241) – chciał nam powiedzieć? Dziwi was mnóstwo niezgodności pomiędzy tekstem podanym przez Verne’a, a tekstem zapisanym Futharkiem? - nie jest tak, jak myślicie. Pomiędzy najstarszym pismem runicznym, a „Kryptogramem Saknussemma” jest odstęp 1.500 lat, z biegiem których pismo to zdążyło się zmienić.  Autor wskazuje nam na to wkładając w usta swego bohatera te słowa:
- Rękopis i dokument nie zostały napisane tą samą ręką - stwierdził. - Kryptogram jest późniejszy aniżeli książka - mam na to niezbity dowód. Oto pierwsza litera kryptogramu jest podwójnym „m”, którego próżno by szukać w książce Turlessona, jako że tą literę dodano dopiero do alfabetu islandzkiego dopiero w XIV wieku. A więc pomiędzy powstaniem tej książki a napisaniem dokumentu upłynęło co najmniej dwieście lat.


Tekst pergaminu ukrywa w sobie jeszcze jeden „haczyk”, otóż jest on dostatecznie długi, by zawierał wszystkie znaki alfabetu z ery „postfutharkowej”. Jest ich 17. Zwróćmy uwagę, że autor odróżnia znaki liter „i” (oraz „j”) od „y” jedynie poprzez rozmiar napisanych znaków. Nie istnieje to w alfabetach zredukowanych w „postfutharkowej” erze. A to oznaczałoby, że zostały one wyprodukowane na potrzebę przekonwertowania tekstu łacińskiego na runiczny, albowiem łacina była w ówczesnych czasach „esperantem” wszystkich uczonych.  Saknussemm nie był wyjątkiem. Norweski król i późniejszy święty Olaf Trygvaason wysłał niemieckiego duchownego Tangbrandta, by dokonał chrztu Islandii, aliści został on z wyspy przepędzony. Zatem św. Olaf posłał tam karną ekspedycję księży pod wodzą o. Tormoda. Norweska kolonia na Islandii powstała w tym samym czasie, kiedy schrystianizowano wyspę i w roku 1000 każdy mieszkaniec wyspy został ochrzczony. W roku 1106 do biskupstwa w Skalholte przybyło drugie w Hótar i tam - a to jest dla nas niezmiernie ważna informacja - rozwijało się islandzkie piśmiennictwo. Gdyby więc runa odpowiadająca literze „y” była wytworzona dodatkowo, to możemy liczbę znaków zmniejszyć do 16. I tak przetworzony i uproszczony Futhark był używany i w XVI stuleciu!


Jak już tu powiedziałem, pochodzenie pisma runicznego jest do dziś dnia zagadką. Podobieństwo znaków runicznych do znaków innych alfabetów pokazuje tabela w Dodatku 4.[1] Wedle tej tabeli i tabelek z Dodatków 5, 5a i 5b  możemy jeszcze rozpisać „Testament Saknussemma” w jeszcze innych rodzajach alfabetów runicznych. Szczególnie cenne są tabele z Dodatków 5, 5a, 5b. Ostatnia tabelka - patrz Dodatek 6 - ukazuje zapis imienia i nazwiska Arne Saknussemm przy pomocy różnych run, w tym run z książki Verne’a. Jak widać, imię i nazwisko to w „Wyprawie do wnętrza Ziemi” nie jest pisane jednym rodzajem znaków runicznych, co mogło świadczyć o przeprowadzonej przez autora selekcji znaków do zapisu łacińskiego tekstu za pomocą run, albo o indywidualnym stylu autora! O tym sposobie możemy się dowiedzieć więcej, kiedy sobie przestudiujemy tekst „Testamentu...” , który po długich kombinacjach odszyfrował prof. Lidenbrock przy wydatnej pomocy swego siostrzeńca. (M. Jesenský – „Testament Saknussemma”, zob. http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/sprawa-nr-004x-testament-saknussemma-1.html i dalsze)


Zajmijmy się tym szczególnym tworem w łacińskim oryginale: kod feci - co uczyniłem, czego dokonałem. Zamiast poprawnego wyrazu quod autor napisał kod, który wyszedłby spod pióra islandzkiego pisarza w tym czasie, kiedy to łacina cycerońska chyliła się ku upadkowi i zaśmiecały ją różne barbaryzmy. Podobnie rzecz ma się z wyrazem kem – poprawnie quem – „który”. Na Islandię zanieśli łacinę mnisi, którzy używali jej w czasie obrzędów kościelnych. Wyrazy kod i kem są tu kluczem do zrozumienia tego, że autor mógł się posługiwać nim zawsze, a zatem stanowił on pewien wyróżnik - identyfikator - po którym można było rozpoznać rękę tylko i wyłącznie jednego autora – Saknussemma.


A dlaczego tak było – odpowiedź na to pytanie spróbował dać słynny czeski pisarz dr Ludvk Souček (1926-1978) w swej trylogii „Tajemnica ślepych ptaków” (1968)[2], „Znak Jeźdźca” (1970) i Jezioro Słoneczne” (1972), pisze o śladach i artefaktach pozostałych po pobycie na Ziemi Przybyszów z Kosmosu. Mimochodem pisze on także o ogromnym skarbie  stanowiącym depozyt norweskiego konunga jarla Ottara z Nidaros, którego Kosmici porwali na Marsa i gdzie założył on kolonię w Solis Lacus – Jeziorze Słonecznym.


I znowu skarb – oto dlaczego Arne Saknussemm vel Snorri Sturluson a za nim Jules Verne podali ta informację. Być może Inkowie (bo i taka teoria się pojawiła) czy Templariusze zdeponowali tutaj swe skarby, a na Oak Island nie pozostawili niczego poza ignis fatuus – błędnym ognikiem, który spełnił idealnie swe zadanie – przez dwa z górą wieki ściągał uwagę głupców opętanych żądzą złota chciwców, którzy topili całe fortuny w Money Pit. Zaiste to był klasyczny monkey business


Wygląda zatem na to, że złoto Inków z El Dorado czy Skarb Narodów Templariuszy leży gdzieś pod górą wulkaniczną w okolicy miejscowości Ólafsvik. I to dlatego Juliusz Verne napisał po „Wyprawie do wnętrza Ziemi” inna powieść pt. „Wulkan złota”. Wulkan Snaefellsjökull o wysokości 1446 m n.p.m. faktycznie istnieje i znajduje się w odległości 23 km na południe od Ólofsvik, na 64°49’ N - 023°46’ W. To właśnie jest ów Sneffels z powieści Verne’a. a trzeba nam wiedzieć, że na Islandii istnieją jeszcze dwa wulkany o podobnie brzmiącej nazwie – Snaefell, ale pierwszy leży w interiorze wyspy – na północny-wschód od Vatnajökull, mierzy sobie 1833 m, a jego wysokość względna wynosi 1000 m, i znajduje się na 64°48’ N - 016°06’ W. Poza nim jest jeszcze trzeci szczyt o wysokości 1383 m – znajdujący się w Parku Narodowym Vatnajökull, o tej samej nazwie, mniej więcej na 64°08’ N - 016°34’ W. Jest to mniej znana góra od dwóch pozostałych i też znajduje się w interiorze Islandii. Jest jeszcze jedna rzecz, która nie zgadza się z opisem Verne’a, a mianowicie – z żadnej z nich nie można zobaczyć brzegów Grenlandii, która jest odległa od nich więcej, niż 35 mil. Warunek ten może być z biedą spełniony jedynie wtedy, gdy znajdujemy się na szczycie Drangajökull na półwyspie Strandir nad zatoką Ísafjardhar, na 66°09’12” N - 022°14’07” W. Ale… - ale wysokość tego lodowca wynosi tylko 925 m, a zatem nie pasuje to do wysokości verne’owskiego Sneffelsa, który ma być wysoki na 5000 stóp francuskich (1 stopa = 0,32 m), czyli około 1600 m. Ale to może być równie dobrze wytwór fantazji Pana Juliusza, a poza tym dokładność XIX-wiecznych map Islandii pozostawiała sobie to i owo do życzenia…


Co zatem należy zrobić, by potwierdzić lub zanegować tą hipotezę? Oczywiście należałoby udać się na Islandię i zbadać kratery czterech wulkanów: Snaeffelsjökull, obu Snaefell’ów i Drangajökull. Być może w jednym z nich znajdzie się jakaś wskazówka, gdzie dalej szukać tego skarbu Inków lub/i Templariuszy – bo nie zapominajmy, że tego tropu nie można zanegować. Będzie z tym tylko ten problem, że wszystkie te kratery są pokryte lodowcami i z tego też względu w ich wnętrzu nie można było ukryć niczego. Są one zawalone milionami ton lodu. Co zatem pozostaje? Pozostają jaskinie i tunele lawowe u ich podstawy oraz poboczne stożki pasożytnicze, o ile w ogóle takowe istnieją.


Implikacje odkrycia takiego skarbu byłyby różnorakie, a zatem byłaby to ogromna sensacja historyczna, która zmieniłaby historię Europy, bo niektóre jej rozdziały trzeba by było napisać od nowa. Dla poszukiwaczy przygód i badaczy oraz łowców Nieznanego w rodzaju „nieznanoświatowego” Romana Warszowskiego czy Macieja Kuczyńskiego byłaby to nie lada gratka! Nie ma już żadnych granicznych barier, które tak nam krępowały ręce w poprzednim wieku. Może ten materiał zainspiruje kogoś i obierze on Islandię jako cel swej Wielkiej Przygody? Jeżeli nawet nie znajdzie on skarbu Inków czy złota Templariuszy, to pozna ten niesamowity, dziki i nieskażony cywilizacją kraj lodu i ognia… - co samo w sobie jest warte wszystkich skarbów tego świata.  


* * *


Te słowa napisałem w 2000 roku i jak dotąd nie straciły niczego ze swej aktualności. Skarbów tych nie znaleziono i są one gdzieś ukryte – być może w lokalizacjach, które podałem w artykule. Z drugiej strony złoto Inków i skarb Rycerzy Świątyni mogły już zostać znalezione i zostały przejęte. Skarb Inków lub jego część – jak twierdzi Wiktoria Leśniakiewicz – został wydany na życie i wykształcenie potomka Tupaca Amaru rezydującego na Zamku Dunajec w Niedzicy – co atoli stanowi już osobną historię – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/04/sprawa-nr-018h-testament-uminy.html, zaś skarb Templariuszy został znaleziony i wykorzystany przez Nicolasa Flamela jeszcze w XV wieku, o czym już pisałem – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2013/02/nicolas-flamel-tworca-kamienia.html a także http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/wedrowki-swietego-graala.html.


I co ciekawe – ten mój tekst nigdzie się nie ukazał drukiem – czyżby był zbyt fantastyczny? A może komuś na tym zależy na tym, by skarby te nadal rozpalały ludzką wyobraźnię?


Do tej sprawy jeszcze powrócę…       



[2] Lata polskich wydań danej książki. 

czwartek, 23 sierpnia 2012

SPRAWA NR 018/X - TESTAMENT INKÓW (2)


A jednak tunel?...


Pisząc swą książkę na temat szklistego tunelu w Babiej Górze, prof. Jan Pająk cytuje relację osobnika o imieniu Wincenty, który pochodził z jednej z podbabiogórskich wiosek. Najprawdopodobniej z Lipnicy Wielkiej, Lipnicy Małej czy Zubrzycy, bowiem leżą na południowych stokach Babiej Góry i przy granicy ze Słowacją, ergo tam, gdzie można było najłatwiej i najszybciej dotrzeć do wylotu tego szklistego korytarza. Trochę mnie to dziwi, że Wincenty zdradził sekret tego tunelu – bowiem tego rodzaju sekrety w góralskich rodzinach – a jeszcze jak chodzi o skarby – są trzymane w największej tajemnicy i obowiązuje tutaj zmowa milczenia. Zachodzi pytanie: dlaczego Wincenty złamał to „prawo omerty”[1]? Odpowiedź jest jedna – mógł to zrobić, ponieważ wylot Tunelu o Szklistych Ścianach został zawalony w połowie lat 40. przez Rosjan. Jak do tego doszło? Otóż pisząc książkę o broni V-7 w czasie zbierania materiałów, zwróciłem uwagę na to, że w latach 1945-46 w rejonie Babiej Góry przebywali radzieccy żołnierze podający się za artylerzystów dokonujących pomiarów meteorologicznych. Czy to nie jest dziwne: artylerzyści i meteorolodzy robiący pomiary na Babiej Górze! Przecież to bzdura! Nie było ich dużo – 1 pluton, – czyli 30 – 40 żołnierzy. Po zakończeniu „pomiarów” zeszli z gór przy okazji paląc schronisko na południowej stronie kopuły szczytowej Diablaka i wynieśli się do swoich.






Teraz rozumiem, czego oni tam szukali i jakie to „pomiary” robili. Szukali Tunelu o Szklistych Ścianach tylko po to, by go zawalić i tym samym uniemożliwić ucieczkę z sowieckiej strefy okupacyjnej hitlerowskim zbrodniarzom i wszystkim tym, którzy mieli powody, by uciec z tego „raju dla ludu pracującego miast i wsi” do Ameryki czy gdziekolwiek indziej – a jak już nadmieniłem powyżej, NKWD i SMIERSZ[2] dokładnie wiedziało o istnieniu tej i innych tajemnic od swych kolegów z Gestapo i SD, którzy z kolei mogli wydobyć je torturami z jakiegoś Polaka czy Słowaka, który miał pecha wpaść w ich łapy. Po wojnie tutejsi górale znaleźli zawał w miejscu wylotu Tunelu o Szklistych Ścianach i uznali, że można o tym powiedzieć komuś z zewnątrz. Tak treść Legendy dotarła do prof. Pająka...  Resztę znamy.

Podobnie rzecz się mogła mieć z Księżycową Jaskinią, która znajduje się gdzieś w słowackiej części Pienin. Tam z kolei mogli dotrzeć do niej Niemcy lub Rosjanie i znaleźć skarb Berzeviczych...  W takim przypadku klątwa inkaskich kapłanów mogła spaść na nazistów lub/i stalinowców, z jednakowym skutkiem. Oba państwa totalitarne znikły z powierzchni Ziemi... Pozostało nam tylko wierzyć w to, że te skarby gdzieś jednak się znajdują w łonie Tatr, Beskidów czy Pienin i czekają na swego odkrywcę, który je weźmie i przeznaczy na odrestaurowanie Imperium Inków w Ameryce Łacińskiej...


Zapora vs. oszołomy.


 I na zakończenie jeszcze jedna (wybacz Czytelniku!) dygresja - pan Aleksander Rowiński pomstuje w swej książce na tych, którzy zbudowali tamę, elektrownie i dzięki którym istnieje Jezioro Czorsztyńskie, że zapaskudzili przepiękny krajobraz, że ingerowali w Przyrodę, itd. itp. Nie ma racji. Krajobraz wzbogacił się o jeden element, który nadał mu wymiar żywiołu wody. Jezioro Czorsztyńskie jest pięknym akwenem położonym wśród gór i dlatego czułem się nad nim jak nad Loch Ness – szczególnie wczesnym rankiem lub wieczorem, kiedy oświetlały je ranne lub wieczorne zorze. Ciekawe, że wszyscy moi goście, których ciągałem nad jezioro mieli to skojarzenie!... A i w letnie, słoneczne dni krajobraz ten tchnął świeżością wody, która osłabiała lejący się z nieba żar. Moi zagraniczni goście byli zawsze zachwyceni trafnością lokalizacji tego jeziora wśród lasów i gór, a dwa stojące tam zamki dodawały urody temu jezioru. A szczególnie w czasie pogodnej, złotej polskiej jesieni czy babiego lata i wszyscy podkreślali romantykę tego miejsca, więc nie ma co nad tym się zapłakiwać! Przyroda i krajobraz na tym – wbrew pozorom – nie straciły... Poza tym jeszcze gdyby nie było tej zapory i zbiornika retencyjnego, to gigantyczne fale Megapowodzi z 1997 r. zmyłyby Nowy Sącz do morza. Podobnie zresztą było w następnych latach – 1998 i 1999...  Za to wszystko pan Rowiński powinien potępić tych, którzy dopuścili do masowego wyrębu lasów górskich, i dzięki którym koniecznością stała się budowa Jeziora Czorsztyńskiego! To oni są winni temu, a nie budowniczowie tamy.

Zagadka wyjaśniona?

Myślę, że zagadka historyczna, jaką jest Księżycowa Jaskinia, zostanie wkrótce wyjaśniona. Podobnie zresztą, jak zagadka Tunelu o Szklistych Ścianach. Dla mnie są to dwa oblicza jednej tajemnicy – jak dwie twarze Janusa/Geminusa... Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych ma nadzieje rozwiązać tą zagadkę przy pomocy słowackich kolegów. Ostatnio zagadką tą zainteresowali się też Amerykanie i być może zostanie ona definitywnie rozwiązana w 2003 roku! Jak widać z powyższego materiału, nie trzeba jechać do Ameryki, by przeżyć pasjonującą przygodę – wystarczy sięgnąć na półkę z książkami. Nie chcemy skarbów Uminy i jej Inków, bo dla nas największym skarbem jest intelektualna Przygoda i luksus w niej uczestniczenia, jej romantyka – a to jest cenniejsze niż całe złoto tego świata. Problem w tym, że w sprymitywizowanym społeczeństwie polskim końca XX wieku jest mało ludzi, którzy powierzają myślenie swojemu mózgowi, a nie komputerom...

* * *

Efektem m.in. moich poszukiwań stały się dwie książki, które napisałem wraz z dr Milošem Jesenským: „Tajemnica Księżycowej Jaskini” (Cackatoo 2006) i „Powrót do Księżycowej Jaskini” (Tolkmicko 2010), w których dajemy konkretne wskazówki co do poszukiwań tej i innych osobliwości słowackiego i polskiego Spiszu. Zainteresowanych odsyłam do w/w pozycji. Jesteśmy absolutnie pewni, że Skarbu Inków w polskich czy słowackich górach już nie ma. Został przeznaczony na wychowanie potomków Inków i konspirację ich otaczającą.

Nie ujawniamy położenia Księżycowej Jaskini. Zrobiliśmy to celowo i to dlatego, by nie naruszać spokoju polskich i słowackich gór przez bandy oszołomów szukających wrażeń i artefaktów potwierdzających fakt przybycia do nas Innych.

Nie chcemy, by dostały się one w ręce ludzi, którzy wzorem hitlerowskich okultystów chcieli obrócić je na szkodę Ludzkości. Wszak sytuacja w Polsce przypomina tą z lat 20. i 30 w Niemczech, kiedy to na fali powszechnego ogłupienia i sprymitywizowania powstawały tajne i złowrogie stowarzyszenia w rodzaju Thule czy Vril, stanowiące potem podwaliny ideologii czarnego zakonu SS. Już to raz przerobiliśmy i na powtórkę nie mam ochoty. Nie ma nic gorszego, niż cwany przywódca jakiejś tajnej sekty, który kieruje armią niedokształconych pół- i cwierć-inteligentów po zawodówce czy liceum bez matury, ale za to z głowami nabitymi mętnymi ideami i okultystycznymi bzdurami. Takim był Himmler, Mengele, Rosenberg, Axmann i inni hitlerowscy zbrodniarze-pseudonaukowcy.

Historia powtarza się tyle razy, ile jej na to pozwolimy...           



[1] Obowiązujące w organizacjach mafijnych prawo absolutnego milczenia na temat rodziny i jej spraw, którego złamanie karane jest śmiercią.
[2] Utworzona w czasie II wojny światowej w ZSRR organizacja kontrwywiadowcza. Jej nazwę utworzono z dwóch słów: SMIERt’ Szpionom – co znaczy „Śmieć szpiegom” – i kierowana ona była przez I. Abakumowa.

środa, 22 sierpnia 2012

SPRAWA NR 018/X – TESTAMENT INKÓW (1)






Napisanie tego artykułu zawdzięczam splotowi niezwykłych przypadków, przeczytaniu dwóch artykułów w „Gazecie Krakowskiej” i „Nieznanym Świecie”, przejrzeniu pewnego komiksu i przeczytaniu kilku książek na temat skarbów Inków w Polsce.
Nie, nie próbowałem znaleźć skarbu Uminy Berzeviczy, choć miałem na to ogromną ochotę. Nie wierzę w to, by był on w Polsce – już raczej mógłby się on znajdować gdzieś we wnętrzu krateru Snefeljokull na Islandii czy gdzieś u ujścia Mackenzie w północnej Kanadzie, co udowadniałem w jednym ze swych artykułów. NB, po przeczytaniu dwóch artykułów na temat klątwy inkaskich kapłanów rzuconej na skarb, – który rzekomo ma znajdować się w Zamku Tropsztyn, czy zgoła pod nim – miałem zamiar przedstawić swój punkt widzenia na tą sprawę. Niestety, nie dane mi było. Próbowałem dwukrotnie napisać sążnisty artykuł i dwukrotnie ktoś czy coś skasował mi plik do ostatniego bita! Jak widać klątwa kapłanów inkaskich działa także na komputery! Z kolei mojej siostrze Wiktorii przyśniła się Umina na polu namiotowym w Carcassonne, we wrześniu 1994 r. i we śnie oznajmiła jej, że skarb da się zabrać tylko temu, kto obróci go na pożytek jej rodakom. Już miała zdradzić miejsce jego ukrycia, ale w tym momencie Wiktoria obudziła się i niczego się nie dowiedziała...

Księżycowa Jaskinia i skarb Uminy?

A jednak wydaje mi się, że na jedną zagadkę historyczną, nałożyła się druga, o której poniżej.
W 1996 roku, wraz ze znanym już polskiemu czytelnikowi słowackim historykiem i ufologiem dr Milošem Jesenským, opublikowałem na łamach „Wizji Peryferyjnych” nr 2 i 3,1996 – artykuły na temat jednej z największej zagadki Tatr – Księżycowej Jaskini. Księżycowa Jaskinia (po słowacku Mesiačná albo Polmesiačná jaskynia) wedle relacji pierwszego człowieka nauki, który ją zwiedził w dniach 23 – 28 października 1944 roku – kpt. dr Antonina Horáka – będącego dowódcą małego pododdziału słowackiej armii powstańczej w czasie trwania Słowackiego Powstania Narodowego – miała ona znajdować się na obszarze Tatr Niskich, pomiędzy miejscowościami Plavnice a Lubocna, nieopodal wsi Yzdar (Ždiar) – jak podał to w swej książce Thomas de Jean. Na podstawie tej relacji, dwaj czescy łowcy Nieznanego: inż. Ivan Mackerle i Michal Brumlík  ustalili jej położenie geograficzne na: 49002’N - 020007’E – na obszarze Tatr Niskich, pomiędzy wsiami Vikartovce a Liptovska Tepličká. Druga lokalizacja została podana przez dr Jesenský’ego na obszarze Levočskich Vrhov, pomiędzy wsiami Kečera i Magurič, na pozycji 49012’N - 020044’E. Mnie z kolei bardziej odpowiadała lokalizacja w Tatrach Bielskich w Babiej Dolinie lub na stokach Stežki opodal Kežmarskich Žl’abov, w obu wypadkach w pobliżu znajduje się wieś Ždiar – i także ze względu na występujące tam struktury geologiczne: wapienie i dolomity leżące na piaskowcach. Zainteresowanych odsyłam do lektury „Wizji Peryferyjnych”. Jak dotąd – mimo udostępnienia turystom i naukowcom Tatr Bielskich i Levočskich Vrhov (znajdowały się tam poligony czechosłowackiej armii, potem wojska słowackiego) – nikt nie odkrył żadnego śladu opisywanej przez dr Horáka tajemniczej Księżycowej Jaskini...
Potem jeszcze wpadłem na pomysł, by połączyć w jedno dwie legendy – legendę Księżycowej Jaskini i... Tunelu o Szklistych Ścianach, który wedle relacji prof. dr inż. Jana Pająka i Kazimierza Pańszczyka zawartej w ich książce pt. „Tunele spod Babiej Góry” miał znajdować się gdzieś na południowym (słowackim) stoku Babiej Góry. Zbierając materiał do naszej wspólnej z dr Jesenským książki traktującej o tajnych broniach III Rzeszy – „WUNDERLAND: Mimozemské technologié Třeti Ríše”, (Ústi nad Labem, 1998, Warszawa 2001), zwróciłem uwagę na niezwykłe podobieństwo obu tych Legend. W obu przypadkach chodziło o jaskinie wytworzone sztucznie w skałach wapiennych lub piaskowcowych, przez nieznanych Twórców, dysponujących niesamowitymi możliwościami technicznymi. Obydwie jaskinie czy też tunele miały służyć okolicznej ludności jako schrony dla siebie i co cenniejszego dobytku i obydwie są kojarzone z platońską Atlantydą! W obu jaskiniach zachodzą dziwne zjawiska i obie mogą mieć połączenie z całym systemem jaskiń na całym świecie. No i na koniec jeszcze jedna ciekawostka – obydwie te jaskinie były poszukiwane przez nazistowskich uczonych i wojskowych w czasie II wojny światowej i najprawdopodobniej – a właściwie na pewno – przez wojska radzieckie po jej zakończeniu! A to oznacza, że ta tajemnica taka tajemnicą wcale nie była, NB, co jest bardzo łatwe do wyjaśnienia, bo ten sekret mógł wydać jakiś Volksdeutsch z Goralenvolku pracujący dla Gestapo (i co za tym idzie, do 1940 roku także dla NKWD, – bo obie te służby wywiadowcze aktywnie ze sobą współpracowały w czasie, kiedy III Rzesza i Związek Sowiecki kochały się miłością wzajemną, a której rezultatem był m.in. Katyń...) czy słowacki zdrajca współpracujący z kolaboranckim rządem ks. Tiso. Tacy Hiwisi (Hilfwilinger – służba pomocnicza SS i Policji hitlerowskiej na terenach okupowanych) nie mieli żadnych zahamowań i niczego do stracenia, a do zyskania wszystko – ergo mogli zdradzić Niemcom (i za ich pośrednictwem także wywiadowi sowieckiemu) wszystkie sekrety – w tym legendę o skarbach Uminy i jej Inków oraz tajemnice Księżycowej Jaskini i Tunelu o Szklistych Ścianach!... To doskonale tłumaczy, dlaczego Niemcy i Rosjanie tak bardzo interesowali się tymi formacjami. Hitlerowcy chcieli dotrzeć do mitycznej podziemnej krainy Agharty, zaś Rosjanie chcieli te przejścia zawalić tak, by nikt nie mógł uciec ze strefy ich panowania... Podobnie było w Słowackim Krasie, gdzie naziści i enkawudziści sondowali kompleks jaskiń Domica – Baradla Barlang po obu stronach słowacko – węgierskiej granicy.

Przełamany pat.

Impas trwał do początku sierpnia 2000 roku.
Na początku sierpnia 2000 r. nieoczekiwanie zadzwonił do mnie Naczelny „Nieznanego Świata” z poleceniem przeczytania książki red. Aleksandra Rowińskiego „Pod klątwą kapłanów – Skarb Inków ukryty nad Dunajcem” (Warszawa, 2000), w której miałbym użyteczne informacje odnośnie trasy ucieczki z Peru Uminy i jej Indian oraz skarbu Inków, który finalnie rzekomo ukryto w Tropsztynie. W kilka dni później pojechałem tam z Anią, by zwiedzić to niezwykłe miejsce, gdzie w sklepiku kupiłem egzemplarz rzeczonej książki. Przeczytaliśmy ją jednym tchem, bo inaczej się tego nie da przeczytać... Potem we wrześniowym numerze „Nieznanego Świata” przeczytałem dwa artykuły na temat tej książki i faktów w niej zawartych, pióra Marka Rymuszki i Romana Warszewskiego. Ponieważ Umina ostrzegła mnie, bym się nie zabierał za ten temat – odpuściłem sobie ta sprawę i scedowałem ją na dr Jesenský’ego – w końcu to on jest historykiem w tym towarzystwie, – który zainteresował się nią, właśnie z punktu widzenia historyka.
Rozumuję tak: kto, jak kto, ale Berzeviczy głupi nie był. Przez kilkanaście lat wymykał się hiszpańskim spec-służbom i przeżył, a zatem nie można ślepo ufać przesłankom, nawet tym, które wydają się być pewnymi i historycznie uzasadnionymi. Jeżeli nawet sławetne quipu (kipu) zawierało jakieś informacje, to były one zaszyfrowane i nikt nie był w stanie ich odczytać, poza amautami – to pewnik. A może Sebastian rzucił je na przynętę w celu zmylenia przeciwników? Tego też nie da się wykluczyć. Jak operatywne były hiszpańskie służby specjalne, to można zobaczyć w książkach popularno - naukowych prof. Zenona Kosidowskiego, powieściach historycznych Konrada Osterloffa czy w powieści szkatułkowej „Le manuscripte trouvé à Zaragoza”, gdzie w jednej z historii opowiadanej przez Naczelnika Cyganów [Historia margrabiego[1]) de Torres Rovellas] Jan Potocki ukazuje stosunki w koloniach hiszpańskich i straszliwy głód złota, potworny wyzysk i wilcze prawa tam panujące – a nade wszystko okrucieństwo Inkwizycji i sił policyjnych w stosunku do Indian i nie tylko, bo ostrze represji kierowało się przeciwko każdemu, kto był niewygodny rządzącym tam juntom. Podejrzewam, że ów „tropsztynski ślad” jest jedynie zmyłką, a prawdziwy skarb znajduje się gdzieś na Słowacji. Dlaczego? Dlatego, że Berzeviczy widział to, co się działo w koloniach pod hiszpańskim butem i znał tajemnicę Księżycowej Jaskini, więc ją wykorzystał do ukrycia skarbu Uminy!
Skąd to wiadomo?
Na to pytanie odpowiedź znalazł red. Aleksander Rowiński, który na stronach 99 – 100 swej książki podaje, co następuje:
Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (...). Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landeckim a Niedzickim Zamkiem jaskinie jeszcze większe (...) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini, jak pięknej, dawnej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba mieć znów pół dnia i świecę za D.[2]) Ex conscientiosa Relatione[3]) pewnego bardzo starego (...) zwanego Wideres Frantz , przez to Antrum[4]) idzie się od rana do wieczora. W innych Antro był przed kilku laty   p a n   B e r z e v i c z i ,  znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych, grubsze niż nogi konia (...).  Trzecie Antrum nazywa się Baranya-djra[5]) ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda. Jak powiada pan Berzeviczi, słyszał on szum wody w innym Antro, ale tam się nie udał...[6]
To tekst notatki pastora Łomnicy – Georga Buchholtza Starszego – sporządzonej w 1719 roku, w 77 roku jego życia, a która to notatka znajduje się dzisiaj w Archiwum Miejskim w Levočy. Faktycznie, jedna duża jaskinia znajduje się koło Czerwonego Klasztoru, w tym antrum był pan Berzeviczy, a gdzie dwa pozostałe?... Być może jednym z nich jest właśnie Księżycowa Jaskinia??? Red. Rowiński słusznie wypunktowuje informację o podziemnym przejściu pomiędzy zamkami w Niedzicy i Landeku, – czyli dzisiejszej Levočy. Osobiście nie sądzę, by możliwe było w owym czasie wykopanie tunelu o długości niemalże 40 km -  która dzieli Niedzicę od Levočy. Nie ma śladu wyrzucanego z niego urobku, co musiałoby mieć miejsce przy kopaniu tak długiego tunelu... A jednak istnieje jeszcze jedna możliwość: pod oboma zamkami znajduje się system naturalnych jaskiń, do których wybito tylko krótkie tunele łącznikowe! To akurat leżało w możliwościach technicznych ludzi z XVIII i XIX wieku!... Oczywiście w opisywanym przez Buchholtza przypadku mogło chodzić o ojca lub dziadka Sebastiana Berzeviczy’ego, co nie znaczy, że Sebastian nie mógł znać lokalizacji tego kompleksu jaskiń, wręcz przeciwnie! Doskonale go zapamiętał i potem wykorzystał.
Zwróćmy uwagę jeszcze na jeden passus w tekście Buchholtza – ten opisujący te jaskinie, jako cudownie suchą starą piwnicę. Czy nie kojarzy się to z innymi opisami sporządzonymi przez dr Horáka – dotyczącymi Jaskini o Metalowych Ścianach (czyli Księżycowej Jaskini) oraz prof. Pająka – o Tunelu pod Babią Górą???... Powróćmy jeszcze na chwilę do inkaskich skarbów.
  I co z tego? Ano to, że Sebastian Berzeviczy, jeżeli miałby gdzieś ukrywać swe skarby, to tylko i wyłącznie w górach – a dokładniej w jaskiniach! Zamek Niedzicki czy Tropsztynski mógłby być spenetrowany przez „hiszpańskie KGB” stosunkowo łatwo, – czego zresztą dowiodło morderstwo Uminy. Ale szukać skarbów w jaskiniach Pienin czy Tatr – o! to już zupełnie inna para kaloszy. Wtedy te góry były jeszcze stosunkowo mało znane i były penetrowane tylko przez górali i poszukiwaczy skarbów zrzeszonych w Bractwie św. Wawrzyńca zwanego także Bractwem Siedmiu Gwiazd, którego centrale znajdowały się na ziemiach polskich w dwóch miastach: Krakowie – na Małym Rynku i Wrocławiu – na Rynku Solnym. Było to ponadnarodowe bractwo składające się z alchemików, obieżyświatów, obiboków, ex-żołnierzy, mieszczan i szlachetnie urodzonych – słowem ludzi wszystkich stanów i narodowości – w tym i Hiszpanów... – pozostających na usługach Inkwizycji i królewskich tajnych służb...
Kto wie, czy rzeczone Bractwo nie jest odpowiedzialne za tajemniczą śmierć jednego z najdziwniejszych ludzi XIX wieku mieszkających w Polsce – Niemca po ojcu i Polaku po matce, poczytnym pisarzu, lekarzu, obieżyświacie i awanturniku – dr Teodorze Teudolcie Tripplinie. Jeżeli istnieje reinkarnacja, to jego kolejnym wcieleniem był inny niespokojny duch polskiej literatury – tym razem już XX wiecznej – Antoni Ferdynand Ossendowski... Obydwaj mieli do czynienia ze skarbami, obydwaj zginęli w niewyjaśnionych do dziś dnia okolicznościach i obydwaj byli niezwykle popularni w kraju. Dr Tripplin udał się do Italii, potem do Hiszpanii, a po powrocie do kraju od razu udał się na Zamek Dunajec, zwiedza Spisz. I jest wścibski, nawet bardzo wścibski... Pan Rowiński dziwi się, że w całej dostępnej twórczości dr Tripplina nie ma ani słowa o Inkach – i nie będzie! Tripplin dopiero poszukiwał faktów i dokumentów i jeżeli mam rację, to został on   z a m o r d o w a n y   w 1881 roku  przez kogoś, komu bardzo zależało na tym, by nie ujrzały one światła dziennego! Dokumenty i notatki dr Tripplina zostały zniszczone, lub ukryte tak, by ich nikt szybko nie znalazł... Nie ma tutaj miejsce na klątwę Inków, a na zwykłą sprawę kryminalną, w której ciekawość świata i chęć docieczenia prawdy historycznej splotły się z żądzą zysku i zemsty. Zainteresowanych odsyłam do książek wrocławskiego historyka dr Jacka Kolbuszewskiego – „Skarby Króla Gregoriusa”, „Bractwo Siedmiu Gwiazd”, „Dziwne podróże – dziwni podróżnicy” i innych. Bractwo Siedmiu Gwiazd było idealną - mówiąc fachowo - przykrywką  dla działalności hiszpańskiego wywiadu politycznego, co umożliwiło eliminację Uminy. Niedzicka kryjówka przestała być bezpieczna i należało ukryć Antonia Benesza alias Berzeviczy alias Condorcanqui alias Tupaca Amaru III w inny sposób – poprzez adopcję i rozmycie tropu. Współczuję jedynie historykom bez krzty wyobraźni, którzy domagali się dokumentów i relacji świadków...  Jeżeli Berzeviczy liczył na coś, to właśnie na taki rodzaj głupoty, który nakazuje formalizm w poszukiwaniach celu – celem w tym przypadku był Antonio. Służby specjalne kierują się w działaniu specyficzną logiką operacyjną, która bazuje na informacjach i przewidywaniu. Jej przeciwieństwem jest formalne i sztywne podejście do problemu – Hiszpanie popełnili ten błąd i Antonio przeżył...  Skarbu też nie odnaleziono, ale podejrzewam, że Umina miała jedynie ułamek procenta tego, co udało się Inkom wywieźć z Eldorado!...  Jeżeli skarb istniał i znajdował się w Niedzicy na Zamku Dunajec, to mógł zostać wyekspediowany na miejsce zdeponowania w trzy lokalizacje:
·        Zamek Tropsztyn nad Jeziorem Czchowskim i dalej do Gdańska, skąd wyekspediowano je do Kanady czy na Islandię lub gdziekolwiek;
·        Księżycowa Jaskinia w Levočskich Vrhach lub Spišskiej Magurze, albo...
·        ... Tatry Bielskie ewentualnie Tatry Wysokie.
W pierwszym przypadku, skarby popłynęły Bóg jeden raczy wiedzieć, dokąd... – mogły się znaleźć na Islandii, w północnej Kanadzie, jak i na dnie Atlantyku. Mogą też znajdować się pod Zamkiem Tropsztyn, ale to jest akurat najmniej pewne.
W drugim przypadku – najbardziej prawdopodobnym – Sebastian Berzeviczy i jego Indianie ukryli skarb w jakiejś nieznanej nam jaskini – być może właśnie w Księżycowej Jaskini, za czym przemawiają fakty opisane przez  pastora Buchholtza Starszego.
Trzecia możliwość jest mniej prawdopodobna, bowiem Sebastian Berzeviczy  wiedział o tym, że Tatry Bielskie, Wysokie, Niskie i Zachodnie są przedmiotem szczególnej eksploracji ze strony Bractwa Siedmiu Gwiazd i kamuflujących się pod tym szyldem agentów „hiszpańskiej Securitate”, którzy tylko czekali na to, by ktoś schował jakieś kosztowności w Tatrach! Tymczasem, jak wynika z zapisków pastora Buchholtza, Pieniny były już wyeksploatowane i wyeksplorowane – wszak pisze on o starych sztolniach po kopalniach miedzi!... A zatem mało kto już zapuściłby się w te rejony w poszukiwaniu czegokolwiek.





I to jest pierwsza przesłanka mówiąca za tym, by Księżycowej Jaskini czy Tunelu o Szklistych Ścianach szukać na terenie Pienin lub Lewoczskich Wierchów, ale jest i druga – otóż na terenie tych ostatnich znajdują się dwie miejscowości o dziwne znajomych (z raportu dr Horáka) nazwach: Plavnica alias Plavnice i Stara L’ubovňa alias Lubocna... Wprawdzie nie ma tam żadnej wioski o nazwie Ždiar alias Yzdar, ale może tu chodzić o... polski Żegiestów?! Czego jak czego, ale   takiej   możliwości    nikt   nie brał pod uwagę! Nazwa Yzdar występuje w angielskim tekście raportu dr Horáka, a to, że chodzi o słowacki Ždiar, było sugestią Czechów i Słowaków, którzy badali tą sprawę. Nazwa Żegiestów została zniekształcona, bowiem Anglosasi maja tendencje do zniekształcania i skracania nazw i nazwisk słowiańskich – są one dla nich – delikatnie mówiąc – nieprzyswajalne... Chciałbym zobaczyć rodowitego Amerykanina, któremu kazano by wymówić poprawnie nazwę Żegiestów! – już słyszę te syczenia i charkoty, ten „Zheghiestov”... Opowiadanie dr Horáka było trzykrotnie tłumaczone za słowackiego na czeski, potem na angielski, a potem znowu na czeski i finalnie na polski... – starczy? Takie wielokrotne przekłady, to mina poślizgowa, na której położył się niejeden tekst!
W Żegiestowie czy okolicy zapewne mieszkał niejeden Słowak z córkami Anką i Olgą. Mógł on nosić nazwisko Slavek lub spolonizowane Sławek, względnie mógł nosić imię Slavomir czy polskie Sławomir. To pogranicze, gdzie obie kultury przenikały się wzajemnie, podobnie jak grunty – przecież jeszcze dzisiaj Polacy mają swe grunty na terenie Słowacji i vice-versa, to właśnie dla nich stworzono przejścia graniczne MRG – Małego Ruchu Granicznego na przepustki, a nie na paszporty. W tych „buraczanych” przejściach MRG za czasów PRL-u ruch był większy, niż na normalnych przejściach „paszportowych”! - tak było, co wiem z własnego doświadczenia.

CDN.


[1] Markiz.
[2] Denar.
[3] Według skrupulatnego doniesienia.
[4] Korytarz.
[5] Barania Dziura.
[6] Źródła słowackie podają, że na terenie słowackich pienin znajduja się trzy duże jaskinie: Jazeriča jaskynia, Kozia jaskynia i Aksamitka.