Powered By Blogger

piątek, 25 sierpnia 2017

DUJAWICA NAD JORDANOWEM (przypomnienie)


19 listopada 2004 roku - to popołudnie na długo pozostanie w pamięci mieszkańców Jordanowa. No bo jest co pamiętać – takiej dujawicy – która przypominała bardziej arktyczne czy antarktyczne burze śnieżne, syberyjską purgę albo kanadyjski uruski pajtun z książek Curwooda, Londona czy Coopera, z grzmotami i wściekle wiejącym północno-zachodnim wiatrem podobnym do syberyjskiego hiusa czy burania – bardzo dawno tutaj nie było.

Wielki przyjaciel naszego miasta – red. Andrzej Zalewski z Euro-Eko Radio zapowiadał to już od 15 listopada, a tak po prawdzie, to należało się spodziewać czegoś takiego od trzech tygodni, kiedy to jeden z huraganów pustoszących Florydę poszedł na północny Atlantyk w stronę Europy, gdzie przekształcił się właśnie 19 listopada w bardzo głęboki niż – o godzinie 14:00 w Jordanowie barometr wskazywał jedynie 926 hPa! Rekordowy spadek ciśnienia! – na poziomie morza wynosiłoby ono 959 hPa. Normalne ciśnienie na poziomie morza wynosi 1013 hPa... Na efekty nie trzeba było długo czekać – powstał potężny huragan. A oto zapis chronologiczny wydarzeń tych dni:









Piątek, 19 listopada

Godzina 12:30 – wieje jeszcze ciepławy wiatr znad Orawy, temperatura sięga +4ºC, siąpi drobny deszczyk, ciśnienie wynosi 933 hPa. W poprzednich dwóch dniach spadło 12,98 i 17,31 l/m² wody deszczowej. Jeszcze jest ciepło, ale nad zachodnim horyzontem gromadzi się czarny wał chmur, a góry Pasma Babiogórskiego zakrywa woal ciężkich oparów.

13:30-14:00 – wiatr nasila się i zmienia kierunek – z południowo-zachodniego na zachodni i północno-zachodni. W powietrzu pojawiają się pierwsze śnieżynki.

14:30 – uderzenia wiatru są coraz potężniejsze, drzewa nisko gną się pod nimi. Deszcz ze śniegiem zacina niemal poziomo.

15:00 – lecą pierwsze dachówki i łamią się pierwsze drzewa. Wiatr coraz potężniejszy – 10º w skali Beauforta w porywach 11ºB... OSP zostaje poderwana alarmem. Od Rynku i Zakrętów słychać jodłowanie strażackich syren. Przez ulicę przejeżdża samochód strażacki na sygnale i zajmuje stanowisko niemal vis-à-vis naszego domu z załogą na stand by. Telefonuje do nas jedna mieszkanka Bystrej Podhalańskiej i opowiada nam o powalonych drzewach na Zakrętach i na Mąkaczu. Sama omal nie padła ofiarą szyldu, który urwał się i roztrzaskał u jej stóp... Wiatr szaleje i przechodzi w zamieć. W radiu słychać głośne trzaski wyładowań atmosferycznych, ale ryk wichury skutecznie zagłusza grzmoty.

15:50 – decydujemy się wyjść na miasto i zbadać sytuację. Na Rynku leży zwalonych lub złamanych kilka drzew. Pochylony słup z drutami i wyrwane dachówki na dachu baszty budynku Poczty Polskiej i Urzędu Gminy. Ktoś informuje nas o zerwanych dachach kilku domów w Jordanowie. Jednak ku naszemu zaskoczeniu prąd wraca do Rynku i na przyległe ulice. Tylko ul. Banacha i połowa ul. Mickiewicza są wciąż ciemne. Prędkość wiatru spada do około 8ºB. Zapalamy świece i w domu robi się romantycznie, jakbyśmy cofnęli się w czasie do XIX wieku...

16:20 – wracamy do domu. Prądu nie ma w dalszym ciągu.

16:36 – prąd wraca na chwilkę, ale potem ponownie siedzimy przy świecach. Wiatr znowu uderza „dziesiątką”. Za oknami szaleje zamieć, jak w wierszach Gałczyńskiego czy Puszkina... – brakuje tylko fortepianu Chopina.

16:40 – wysyłamy telefoniczny meldunek o sytuacji red. Zalewskiemu.

16:43 – w kierunku Bystrzańskiego Działu jedzie wóz strażacki na sygnale, potem drugi. Wychodzimy sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że wiatr złamał świerka przy rozwidleniu dróg Na Podlaski i ku Bystrej Podhalańskiej. Przy okazji dowiadujemy się o innych szkodach poczynionych przez wichurę: zerwanych dachach domów, wywalonych i złamanych drzewach. Wiatr się trochę uspokaja – wieje „siódemka”, a śnieg nadal pada. Powraca elektryczność.

17:19 – gasną ponownie światła. W międzyczasie dostajemy SMS-y z Olesna i Zgorzelca, gdzie wichury przeszły nieco wcześniej. Tam też sypie i wieje, ale już słabiej. W Oleśnie zerwało linie wysokiego napięcia i nie ma prądu w całym powiecie!

17:24 – powrót elektryczności, witamy to z ulgą i gasimy świece. W „Telekurierze” TVP-3 mówią o dużych stratach spowodowanych przez szalejący orkan na obszarze południowych województw naszego kraju.

18:10 – znowu gaśnie światło, ale ciemności rozświetla Księżyc w pierwszej kwadrze przezierający poprzez okna w pędzących chmurach.

18:12 – mamy ponownie prąd. Czekamy na dalsze wypadki. Wiatr słabnie już wyraźnie, a śnieg rzednie stopniowo.

18:28 – pojawiła się całkowita pokrywa śnieżna o grubości 1-2 cm. temperatura spada do -4ºC, a ciśnienie podnosi się do 939 hPa. To rekord – gradient wynosi bowiem aż 3,5 hPa/h – taka „jazda” zdarza się tylko w Arktyce czy na Antarktydzie!!! Wiatr powoli słabnie, ale od gór wciąż słychać jego szum i ponure, złowrogie wycie...











Sobota, 20 listopada:

06:47 – składamy kolejny meldunek o pogodzie do Euro-Eko Radio. Wiatr uspokaja się coraz bardziej – wieje już poniżej „piątki”. Temperatura utrzymała się na poziomie -4ºC, ale ciśnienie poleciało w górę i wynosiło 947 hPa.

07:20-08:20 – idziemy zrobić resztę zdjęć do tego artykułu. Z kimkolwiek rozmawiamy ten twierdzi, że jak długo żyje, to nie pamięta takiej dujawicy! Pozbawione dachów domy wyglądają żałośnie. Przypomina to Miami po przejściu huraganu, co jest o tyle na miejscu, że ten niż właśnie przybył do nas właśnie znad Zatoki Meksykańskiej, a którego działanie podziwialiśmy na zdjęciach, które otrzymaliśmy pocztą elektroniczną od naszych amerykańskich przyjaciół z Miami, Naples i Clearwater na Florydzie. Oni byli o tyle w lepszej sytuacji, bo tam temperatura rzadko kiedy spada poniżej +20ºC nawet w zimie! Może wskutek efektu szklarniowego u nas będzie tak samo za parę lat? Nieco później nadchodzą wieści ze Słowacji, gdzie doszło do największej od 100 lat katastrofy ekologicznej na obszarze południowego stoku Tatr! A u nas cudem nic się nikomu nie stało!!! 

Abstrahując od ogromu nieszczęścia, które dotknęło, dotyka i jak możemy się spodziewać – będzie nas dotykało, niestety na nasze własne globalne życzenie (efekt cieplarniany spowodowany zagładą lasów i glonów wodnych, dziura ozonowa wygryziona przez freony, etc. etc.) spójrzmy zaczynając budowę naszego wymarzonego domku łaskawszym okiem na jeszcze istniejącą architekturę z XIX i 1. połowy XX wieku i przejmijmy od niej jeżeli już nie piękno fasad czy portali, ale chociażby tylko mądrość konstrukcji, lub chociażby samą orientację przestrzenną budynku względem terenu otaczającego nasze przyszłe rodzinne gniazdo.















Dziś pamiętamy jedynie o wmurowaniu monet pod węgieł domu, natomiast nasi przodkowie zaczynali od odpowiedniego zorientowania bryły budowli na tzw. „godzinę 11”, co zapewniało optymalne oświetlenie ścian i wnętrza budynku w ciągu całego dnia. Jeżeli uwzględnimy do tego jeszcze tzw. dach brogowy lub szczytowy, a w strychowej części nie zapomnimy o „wiatrownicy” – czyli nieosłoniętych otworach, aby wiejący wiatr swobodnie przewiewał strych wyrównując tym samym różnicę ciśnień na nawietrznej i zawietrznej stronie dachu, dając tym samym szansę na odciążenie jego drewnianej konstrukcji. Takie położenie daje też dobry opór wiatrom wiejącym z kierunków północy i południa oraz z północnego-zachodu. Ale to jeszcze nie wszystko.

Obsadźmy jeszcze nasz ogród od północnego-zachodu drzewami – jak to onegdaj bywało – i możemy się czuć nieco spokojniejsi o nasze rodzinne domostwa. Przestańmy się li tylko zachwycać mądrością Francuzów, którzy właśnie od tej strony ochraniali drzewami Wersal, aby wiatry znad Kanału La Manche nie przewiewały amfiladowych komnat, ale przyjrzyjmy się pałacom, dworom i starym kościółkom i cerkwiom osłoniętym naszymi polskimi, jakże malowniczymi lipami, które latem dają ożywczy cień, słodki miodny zapach, a zimą malowniczą koronę z oszronionych i ośnieżonych gałęzi, czule tulące niejedno ptasie gniazdko. I może jeszcze jeden plus dla naszego rodzimego drzewostanu jest ten, że możemy być pewni, iż na wiosnę znów lipy wypuszczą pąki, w przeciwieństwie do śródziemnomorskich żywotników, cyprysików i innych obcych „badziewi”, na siłę wsadzanych w rodzimy krajobraz!
    



Tak zatem jeszcze raz udowodniono nam, że lekceważenie Przyrody i jej praw jest przez nią bezlitośnie karane. Niektórzy z nas otrzymali kolejne ostrzeżenie, którego nie powinno się zignorować, bo cena ignorancji jest bardzo wysoka – czasami ta najwyższa – własne życie.

A teraz na zakończenie będzie nieco na luzie – po tym orkanie odwiedziliśmy jordanowską malarkę panią E.S., której obrazy od czasu do czasu można podziwiać na łamach Nieznanego Świata. Otóż pani S. będąc bioenergoterapeutą stwierdziła, że w okolicach Jordanowa w roku 2000 postawiła cztery piramidy energetyczne, które mają je chronić od ataku żywiołów. I faktycznie – poza powodzią w lipcu 2001 roku, Jordanów jest omijany przez kataklizmy Natury, które od czasu do czasu nawiedzają te okolice... I jak tu nie wierzyć w „energie”??? 

Robert K. Leśniakiewicz

     Wiktoria Leśniakiewicz                    

środa, 23 sierpnia 2017

NASA ukrywa satelity kosmitów na orbicie Ziemi



Odkryto dowody na to, że NASA ukrywa satelity kosmitów na orbicie Ziemi.

Pierwszemu obiektowi nadano nazwę kodową „Czarny rycerz”.

Szereg mediów, powołując się na anonimowego ufologa, poinformowało: odkryto dowody na to, że NASA celowo ukrywa przed ludźmi obecność satelitów kosmitów na orbicie Ziemi. Według danych, jeden z takich obiektów został odkryty już w 1954 roku.

Według danych ufologów, USA celowo skrywają przed społecznością pierwszy statek kosmiczny. Dano mu nazwę „Czarny rycerz”. Konspirolodzy twierdzą, że NASA wkrótce postara się usunąć fotografię z publicznego dostępu, jednak już zwrócono na nią uwagę.

Specjaliści twierdzą również, że „Rycerz” wymieniał się sygnałami z gwiazdą Izar i gwiazdozbiorem  Wolarza, mieszczącym się w odległości 13 tysięcy lat świetlnych od Ziemi.


Źródło – „Sputnik News” - https://pl.sputniknews.com/swiat/201708126066398-NASA-kosmici-ufo/


Moje 3 grosze


Czyżby w Rosji zaczął się dopiero sezon ogórkowy? Z drugiej strony, skoro tak jest, to dlaczego ani Amerykanie, ani Rosjanie nie wysłali tam wyprawy...? Przecież mają środki techniczne, więc w czym problem? Chyba tylko w tym, że tego obiektu tak naprawdę ... nie ma?... 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Hitlerowskie poligony broni A



Ostatnio w związku ze Złotym Pociągiem z Wałbrzycha pojawiło się wiele publikacji na temat hitlerowskich tajnych broni i możliwości Niemców w zakresie ich skonstruowania i wykorzystania.

Należy zacząć od podstawowego pytania: czy Niemcy posiadali w swym arsenale bronie masowego rażenia - BMR? Wiadomo, że na pewno posiadali broń C – broń chemiczną – gazy bojowe: tabun, sarin, Cyklon B, iperyt, iperyt luizytowy, adamsyt, itd. itp. – które po wojnie znalazły się m.in. w Bałtyku i straszą tam do dziś dnia. Któregoś dnia woda morska przeżre żelazne beczki i chemiczny diabeł wydostanie się z pudełka. Efekty tego możemy tylko przewidywać. Wydobycie i utylizacja tych BŚT jak na razie przekracza możliwości finansowe wielu krajów. Gdyby tak cała Unia Europejska ruszyła Bałtykowi na ratunek, to być może dałoby się coś z tym zrobić. Niestety, UE nie potrafi się dogadać ze sobą nawet w najprostszych kwestiach – np. tzw. „uchodźców” i „migrantów”, więc w kwestii BŚT na dnie Bałtyku nie ma o czym mówić…  

Nad bronią biologiczną - B pracowano zapewne w obozach zagłady pod kierownictwem takich zbrodniarzy wojennych jak SS-Haupsturmführer dr Josef Mengele i jemu podobnych. Jednak największe osiągnięcia miał japoński zbrodniarz wojenny gen. dr Ishii Shiro, który mordował wrogów Japonii przy pomocy hodowanych bakterii i pasożytów. Najprawdopodobniej wyniki badań zostały odtransportowane do tajnych laboratoriów na terytorium Stanów Zjednoczonych, a winni tej potworności uniknęli wymiaru sprawiedliwości i dożyli swych dni na garnuszku u Wuja Sama. 

A broń A? - ostatnio jej temat znów stał się modny po ujawnieniu części dokumentacji Aliantów, z której wyłania się następujący obraz: Amerykanie pracowali nad bronią atomową w Los Alamos w ramach Projektu Manhattan. Prace te były śledzone przez Rosjan, którzy przesyłali informacje na jej temat do centrali w Moskwie, gdzie w radzieckich laboratoriach dublowano postępy prac Amerykanów, tak więc oni ujawnili swoją bombę A w 1949 roku, bo mieli ją wcześniej – najprawdopodobniej już w 1946 roku. Nie zapominajmy, że to właśnie w tym roku na skandynawskim niebie pojawiły się tajemnicze spök raketer alias ghost rockets nadlatujące z kierunku ZSRR i krajów przezeń opanowanych. Pisałem o tym w opracowaniu pt. „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe”, WiS2, Warszawa 2008. Do którego odsyłam Czytelnika.

Tymczasem Niemcy podsłuchiwali to, co Ambasada ZSRR w Waszyngtonie wysyłała do Moskwy i zgromadziła ogromną ilość depesz, których szyfry łamano w Zamku Czocha przy pomocy komputera lampowego o kryptonimie Schwertfisch. Rezultaty przesyłano do ośrodków zajmujących się bronią jądrową, a być może także termojądrową. Tak przynajmniej podaje to Bogusław Wołoszański w cyklu swych programów TV. Czy tak było? – tego nie wiem, ale wiele na to wskazuje, że tak być mogło…


Okolice Homla


Rezultatem tego było skonstruowanie bomby atomowej o małej mocy <10 kt TNT, a jej pierwszy egzemplarz został ponoć wypróbowany w okolicach Homla (Białoruś) już jesienią 1943 roku w ramach Projektu Lokki – zob. O. Fajg – „Uranowy Klub i atomowy fugas” - http://wszechocean.blogspot.com/2016/06/uranowy-klub-i-atomowy-fugas.html. Rzecz w tym, że nie ma relacji osób trzecich, ale za to są materialne ślady tego wybuchu – pozostałości po radioaktywnym obłoku peksplozyjnym.

Jednakowoż jest pewne małe, ale wredne „ale” – otóż skażenia te mogły powstać później w czasie atomowych testów przeprowadzonych w okolicach Orenburga i Orska, na stepach Kazachstanu czy Ukrainy w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia. Tego niestety nie wiemy. Być może są jakieś dane na ten temat, ale jak na razie są one całkowicie nieosiągalne.

Jednego jestem pewien – jeżeli rzeczywiście doszło tam do eksplozji nuklearnej, to byłaby to pierwsza bomba A zdetonowana przez człowieka, albo przynajmniej pierwsza bomba A zdetonowana przez naszą cywilizację. Przypominam, że oficjalnie pierwsze urządzenie jądrowe o mocy 20 kt odpalono na Jordana de Muerte w dniu 16.VII.1945 roku, zaś pierwszą bojową bombę A o mocy <20 kt zrzucono na Hiroszimę w dniu 6.VIII.1945 roku, a oba te wydarzenia są dziełem Amerykanów.

Na temat bomby z Homla niewiele wiadomo. Białoruscy ekolodzy namierzyli coś, co nazwano HSG – Homelską Strefą Geopatogenną, w której panuje podwyższony poziom promieniowania, ale czy jest on związany z nazistowskim testem jądrowym – tego nie jestem pewien. Osobiście sądzę, że HSG powstała w kwietniu 1986 roku, kiedy na tamtejsze pola spadł radioaktywny fall-out po katastrofie w Czarnobylskiej EJ.


Wyspa Rugia


Według niektórych autorów, w marcu 1945 roku, na bałtyckiej wyspie Rugia została odpalona druga nazistowska bomba A o mocy 10 kt. Istnieje relacja niemieckiego lotnika, który lecąc w okolicach Lubeki ujrzał potężny błysk biało niebieskiego światła i po chwili na horyzoncie wyrósł potężny grzyb dymu. Żeby było ciekawiej, przyrządy w samolocie zwariowały i trudno było z nimi dojść do ładu. A zatem mamy do czynienia z niektórymi objawami wybuchu jądrowego: błysk kuli ognistej, grzyb powybuchowy i uderzenie pulsu elektromagnetycznego – PEM.

Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie dokładnie ów grzyb był widziany. Nie ma danych, na jakiej wysokości znajdował się świadek. Jest to o tyle ważne, że znając wysokość lotu można obliczyć czy mógł on w stanie go ujrzeć – zakładając, że wybuchu rzeczywiście dokonano na Rugii. Okazuje się, że mógłby to zobaczyć lecąc na wysokości ≥2500 m, na wschodnim horyzoncie, w odległości ok. 187 km dzielących Lubekę od centrum Rugii. A zatem ta część Legendy może być prawdziwa.

Skoro tak, to czy pozostały po tym jakieś ślady? W końcu eksplozja o równoważniku 10.000 ton TNT musiałaby pozostawić ślady fizyczne na powierzchni wyspy – np. krater, a także jakieś pozostałości chemiczne po wybuchu nuklearnym. Czy ich szukano? Nie wiem, ale obawiam się, że tak jak w przypadku Homla, wyniki pomiarów zostałyby zafałszowane przez wyziewy z pobliskiej Nord IV EJ w Lubminie, która była równie awaryjna jak ta w Czarnobylu... No i znajdowała się w odległości zaledwie 40 km na SE od centrum Rugii.

Wydaje mi się, że próby takie mogły być dokonywane na małych wyspach u wybrzeży Rzeszy: Rudden albo Greifswalder Oie/Oie. Niedaleko, bo na zachodnim wybrzeży wyspy Uznam/Usedom znajdował się Heeres Raketen VersuchenAnstallt czyli Wojskowy Instytut Badań Rakietowych – HRVA w Peenemünde (dziś znajduje się tam Muzeum Badań Rakietowych) pod kierownictwem gen. dr inż. dypl. Waltera Roberta Dornbergera i SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna. Obie wyspy znajdują się w niewielkiej odległości od HRVA Peenemünde: Rudden – 7,5 km zaś Oie – 15,7 km. Wydaje się zatem, że test ten miał miejsce na małej wysepce Greifswalder Oie, co zgadzałoby się z relacją niemieckiego lotnika i obserwatora naziemnego SS-Obersturmbannführera Waltera Schulkego.


W swych relacjach Schulke opowiada o eksperymencie z bombą o potwornej sile rażenia, który został przeprowadzony w okolicach Peenemünde. A zatem ten adres by się zgadzał. Wprawdzie Schulke mówił tam o Rugii, ale czy tak było na pewno, za to nie ręczę. Być może doszło do nieporozumienia, bowiem nazwy Rugia - po niemiecku Rügen i Rudden są do siebie fonetycznie podobne…


Poligon Ohrdruf


Trzeci poligon, na którym odpalono bombę A miał znajdować się w okolicy miejscowości Ohrdruf k./Gotha w Turyngii. To właśnie tam dokonano detonacji bomby A, w czasie której jako celu użyto ludzi – więźniów obozu koncentracyjnego i radzieckich jeńców wojennych. Wedle Legendy – wypróbowano na nich nową, śmiercionośną broń masowego rażenia – radgum. (zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2015/07/kod-apokalipsy-radgum.html; http://wszechocean.blogspot.com/2015/10/tajemnica-kopalni-kaiserode.html; http://wszechocean.blogspot.com/2014/10/der-riese-przeciwatomowy-schron-hitlera.html.)

Pojawiły się spekulacje, że była to bomba A, „zakisła” bomba H względnie bomba zawierająca antymaterię (broń D – od słowa „dezintegracja”)! Antymateria jako broń była od zawsze marzeniem wszelkich świrów marzących o władzy nad światem, więc dlaczego nie miałby się nią zainteresować Hitler i jego zbrodnicza banda?

Próba w Jonastal miała mieć miejsce w dniu 4.III.1945 roku, a jej ofiarami byli więźniowie KL Buchenwald i radzieccy jeńcy wojenni. Konstruktorami tej bomby mieli być członkowie Drugiego Towarzystwa Uranowego (Zweite Uranverein) pracujący pod kierownictwem: Waltera Bothego, Klausa Clusiusa, Kurta Diebnera, Otto Hahna, Paula Hartecka, Wernera Heisenberga, Hansa Kopfermanna, Nicolausa Riehla i Georga Sttetera.

W założeniach specjalistów i ministra Alberta Speera, bomba A miała być skonstruowana w 1942 roku. Na szczęście trudności gospodarcze, problemy związane z uzyskaniem rud uranu, ciężkiej wody (D2O) i separacją izotopów opóźniły prace o dwa lata…


Bomba „brudna” i termobaryczna


Zwolennicy poglądu, że III Rzesza nie posiadała broni jądrowej wysuwają hipotezę, że naziści pracowali nad tzw. „brudną” bombą atomową. „Brudna” bomba atomowa, to BMR stanowiąca marzenie dzisiejszych terrorystów: jest to mówiąc najogólniej ładunek wybuchowy w otulinie z radioizotopów w rodzaju 60Co*, 90Sr*, 137Cs*, itd., które po jej eksplozji skażają teren na kilkanaście lat. Nad tą BMR pracowano w III Rzeszy, ale jej nie użyto.

Bomba termobaryczna, czy jak kto woli, paliwowo-powietrzna jest bronią o dużej mocy rażenia – przede wszystkim falą uderzeniową, a jej moc jest porównywalna z mocą małego ładunku nuklearnego. Jej działanie sprowadza się przede wszystkim do wybuchu przestrzennego a nie punktowego, jak w przypadku ładunku zwykłego materiału wybuchowego. Wybuch inicjujący rozpyla w powietrzu jakiś środek łatwopalny (np. benzynę, alkohol czy naftę – stąd nazwa – bomba paliwowo-powietrzna), który zapalając się gwałtownie, wybuchowo, powoduje powstanie silnej fali uderzeniowej – jej czynnika rażącego. Jej działanie można było zobaczyć w czasie zdetonowania amerykańskiej MOAB czy rosyjskiej FOAB. Jedno jest pewne – nieszczęsny Tu-154M prezydenta Kaczyńskiego nie mogła być zniszczona eksplozją przestrzenną. Gdyby tak było, to moc eksplozji rozniosłaby samolot na atomy i nie byłoby z niego co zbierać.

Być może, jak uważają niektórzy historycy, to właśnie takie bomby były testowane na niemieckich poligonach. Ale czy są jakieś ślady w dokumentach pozostawionych przez nazistowskich uczonych? Tego nie wiem. Jeżeli nawet były jakieś ślady, to są ukryte głęboko archiwach w Waszyngtonie i/albo Moskwie. Nie zapominajmy, że mogło to wszystko wpaść w ręce Amerykanom w trakcie Misji ALSOS, Misji Paperclip czy innych akcjach wymierzonych w hitlerowskie tajne BMR – podobnie zresztą jak czynili to Rosjanie na zajętych przez siebie terenach. Pod koniec II Wojny Światowej nikt już nie miał złudzeń, co do nietrwałości koalicji antyhitlerowskiej, i każdy z jej uczestników chciał sobie wykroić jak najwięcej z tego tortu, jakim była złowroga spuścizna nazistowskich naukowców.


Co się stało 12.VIII.1945 roku?


Wracając do broni A należy wspomnieć także pewien zagadkowy incydent, który miał miejsce w sierpniu 1945 roku, na morzu w rejonie koreańskiego portu Hynnam/Hyngnam. Opisane to zostało w artykule Michaiła Burlieszina - http://wszechocean.blogspot.com/2011/09/prawdziwe-poczatki-zimnej-wojny-1.html i dalszy.

Dziwny to był incydent. Kiedy radzieckie wojska wchodziły do miasta, na horyzoncie pojawił się potężny błysk, a potem wzniósł się w niebo obłok przypominający w kształcie grzyba à la grzyb atomowy…

Pojawiła się hipoteza mówiąca, że była to eksplozja japońskiej bomby A, ale rzecz w tym, że Japończycy nie byli w stanie wyprodukować dostatecznej ilości materiału rozszczepialnego, który usiłowali dowieźć im Niemcy na pokładach U-bootów. Czyli co?

Istnieją dwie odpowiedzi. Pierwsza brzmi tak – w okolicach Hynnam doszło do upadku jakiegoś meteorytu, który – podobnie jak ten z Syberii – eksplodował w powietrzu z mocą małej bomby atomowej. Możliwe? – możliwe.

Jest jeszcze druga możliwość. Było to ostrzeżenie Wuja Sama pod adresem Wujaszka Joe. Po prostu Amerykanie chcąc pokazać Rosjanom, kto tu rządzi, urządzili im przedstawienie. Zrzucili bombę A do Morza Japońskiego koło Hynnam, gdzie akurat wmeldowały się wojska radzieckie. Widownia była na miejscu: wojska radzieckie 17 Frontu – 34 A i 59 A, a chodziło o to, by dowodzący siłami ZSRR marszałek Rodion J. Malinowskij przekazał informację o tym Josifowi Wissarionowiczowi… Przekaz był jasny: Rosjanie - nie wchodźcie do Japonii!

I o to właśnie chodziło. Niestety, obawiam się, że rzecz jest jeszcze tajna i nieprędko ujrzy światło dzienne.

Tak więc raczej nie była to japońska atomówka, którą zdetonowano bez sensu – wystarczyło zostawić ją w mieście, ustawić zegar i uciec. Byłoby duże bum i kilka tysięcy Rosjan i Koreańczyków zamieniłoby się w parę… - mogło to być takie amerykańskie ostrzeżenie. Odpowiedzią na nie była fala UFO nad Skandynawią - ot, takie rosyjskie ostrzeżenie.

A potem zaczęła się Zimna Wojna…


Opinie z KKK


W sumie to teraz tylko ciekawostka. Mamy już różne bomby mogące zniszczyć ludzkość. Jednakże zastanowić się należy, że gdyby II WŚ potrwała jeszcze ze dwa trzy lata to moglibyśmy mówić po niemiecku!?  Docenić chyba trzeba niemieckich naukowców i pseudo-naukowców, że w trakcie wojny tworzyli nowoczesną technologię z której całe garście wzięli sobie później Amerykanie i Rosjanie. Z pewnością Niemcom pomogli  w tym bardzo niewolnicy nie tylko z Europy, kosztem wielkich cierpień i milionów zamęczonych na śmierć. Także myślę, że teraz trudno będzie znaleźć dowody na eksperymenty z bronią, bo liczniki trzeszczą w wielu, wielu miejscach po różnych powojennych eksperymentach. Dobrze było by się zastanowić jak przebiegają badania na temat antymaterii, bo ostatnio coś cicho o tym, a jak cicho to podejrzane 😊 (K A ZE K)


Jestem pewien, że Niemcom coś się udało skonstruować. Ale to „coś” nie zdążyło wystrzelić, bo czule się tym zaopiekowali Amerykanie i Rosjanie. Teraz mamy tego skutki – loty kosmiczne, wojny gwiezdne i zagrożenie z Kosmosu, które w każdej chwili może zlecieć nam na głowy… 😲 (Daniel Laskowski) 


I jeszcze jedno: czy Niemcy budując Riese nie mieli zamiaru wybudować fabryki wzbogaconego uranu i ciężkiej wody – D2O? Czytając Twoją książkę natrafiłem na passus mówiący o tym, że Niemcy ze szczególną uwagą zabezpieczali cieki wodne twierdząc, że woda będzie im później potrzebna. No bo we Wrocławiu mógł być reaktor jądrowy albo cyklotron, czyli urządzenia do otrzymywania izotopów. No a do reaktora był potrzebny uran i ciężka woda, którą produkowano by właśnie w Górach Sowich – właśnie w Riese.  (Daniel Laskowski) 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Mój wywiad (1)


Pierwsza część mojego wywiadu dla Tagen TV - https://youtu.be/IS9D2mqpETc 

Totalnej EUroparanoi ciąg dalszy



Światem znów wstrząsają informacje o zamachach na niewinnych ludzi, które przeprowadzają arabscy terroryści powiązani z ISIS. Barcelona w żałobie, Hiszpania przestała być krajem bezpiecznym dla turystów i swoich własnych obywateli. Ludzie modlą się na miejscach ataków, palą znicze, gromadzą się i przez to staja się łatwym celem dla kolejnych religijnych popaprańców spod znaku ISIS.

Trudno to zrozumieć. Hiszpanie tak doświadczeni przez ETA i zamachy sprzed kilkunastu lat powinni zabrać się ostro za tą plagę. Przede wszystkim zamknąć granicę dla wszelkiego rodzaju „uchodźców”, którzy nie są uchodźcami i „migrantów”, którym  marzy się niemiecka ziemia obiecana pod rządami kanclerz Merkel hojnie rozdającej socjal pomiędzy tych ludzi, którzy bynajmniej nie mają najmniejszego zamiaru integrować się z Europejczykami, a wręcz odwrotnie – będą tworzyć getta islamskie i wywierać presję na otaczających ich chrześcijan i ateistów, korzystając w pełni z przysługujących im praw i nie dając w zamian niczego – w najlepszym przypadku.



Najczęściej przedstawia się ich jako ludzi biednych. OK., w takim razie niech mi ktoś wytłumaczy, jak tych biedaków stać na opłacenie przerzutu przez Morze Śródziemne à 1500-3000 USD od łebka??? Pytam: kto im to finansuje? ISIS? A może CIA?

I jeszcze à propos finansów ISIS, to jak to jest, że jego emisariuszom udaje się sprzedawać dzieła sztuki na czarnym rynku, a pieniądze uzyskane w ten sposób zasilają ISIS i w rezultacie czego zwracają się przeciwko nam. Gdzie są policje, gdzie są prokuratury? Jak to jest, że istnieje całe podziemie handlarzy dziełami sztuki powiązanych z terrorystami, którym nie można dobrać się do skóry? Chyba tylko dlatego, że politycy europejscy mają w tym swoje udziały.  
  
Mówi się, że za przemytem ludzi stoją wyspecjalizowane organizacje w Libii czy Maroku. OK., dlaczego zatem Europa nie przeprowadzi po prostu akcji wojskowej wymierzonych w ich centrale? Jakoś Europejczycy nie wahali się wprowadzić swych sił do Libii Kadafiego, więc w czym problem teraz? Problem jest w tym, że to był Kadafi, sól w oku Wuja Sama – a teraz w Libii podobno panuje „demokracja”, więc nie wolno. No i dlatego przemytnicy będą nadal uprawiać swój intratny proceder, a władze UE będą udawać, że nic się nie dzieje i nie ma żadnego problemu – poza ciągłym napływem „uchodźców” i „migrantów”. I tym sposobem ten geszeft się kręci. Ciekawym, kto na tym zarabia? Jak dotąd niczego nie zrobiono w tej kwestii. Przemytnicy robią się coraz bogatsi, Europejczycy są coraz mniej bezpieczni. Lato terroru w pełni!

W tym kontekście kompletnie niezrozumiałym jest postawa euro-lewicy, której akty terroru nie przeszkadzają. O ile euro-lewactwo (które z lewicą nie ma niczego wspólnego) popiera ten potop kolorowych na kontynent, bo anarchia i bałagan jest wpisany w ich pseudo-ideologię, o tyle milczenie lewicy dziwi. Ba! – niektórym politykom lewicy ten potop nie przeszkadza, a wręcz są za nim. Nie zdają sobie całkowicie sprawy z tego, że z fanatykami religijnymi nie ma co paktować, bo oni nie są żadnymi partnerami. To są ograniczeni, ciaśni światopoglądowo, otumanieni religią ludzie, do których przemawia jedynie brutalna siła i nic więcej.

Jestem lewicowcem, ale nie życzę sobie, by jakiś afrykański czy azjatycki pastuch siłą nawracał mnie na islam, podobnie jak żaden klecha nie nawróci mnie na PiS-lam. Nie ma takiej opcji. I to lewica powinna zrozumieć – a im prędzej, tym lepiej dla nas wszystkich.

Nie cierpię kłamców i złodziei z PiS, ale w tym jednym jedynym przypadku przyznaję im całkowitą rację – żadnych „migrantów”, żadnych „uchodźców” w Polsce! Nie chcę, by Polska zamieniła się w pole bitwy pomiędzy chrześcijanami a islamistami czy zwalczającymi się grupami etnicznymi i religijnymi. Dlatego neutralność światopoglądowa państwa jest warunkiem sine qua non spokoju w Polsce. W każdym innym wypadku może dojść do rozruchów na tle religijnym, a to jest coś, czego nikt zdrowy na umyśle sobie absolutnie nie życzy!

Nie zapominajmy, że logika terroryzmu zakłada to, że KAŻDY Z NAS, W KAŻDEJ CHWILI MOŻE PAŚĆ JEGO OFIARĄ! I to jest coś, czego zachodni politycy i piewcy multi-kulti zdają się nie rozumieć. Nie da się stworzyć wielokulturowego państwa i społeczeństwa bez integracji, a integracja jest tym, czego fanatycy religijni boją się najbardziej – bo wtedy oni tracą żłób i koryto oraz ogromne wpływy… - wszak tylko o to chodzi w religiach. To wychodzi także w Europie, a osobliwie w Polsce, gdzie Kościół katolicki okopał się na zajmowanych pozycjach i będzie ich bronił do upadłego…

Owszem – powinniśmy pomagać tym ludziom w potrzebie. Ale powinniśmy pomagać autentycznym uchodźcom z terenów ogarniętych wojnami czy klęskami żywiołowymi, ALE TAM, GDZIE ONE MAJĄ MIEJSCE. Możemy pomagać np. kopać studnie głębinowe w Darfarze, walczyć z wirusem Ebola w Liberii czy Sierra Leone, postawić na nogi afrykańskie rolnictwo i przemysł – jednym słowem dać tym ludziom wędkę, a nie ryby, które przyjdą im lekko, łatwo i bez wysiłku – i w rezultacie demoralizuje ich jeszcze bardziej. Ale do tego potrzebny jest zbiorowy wysiłek całej UE, a nie pojedynczych jej członków. Przyjmowanie coraz większej liczby „uchodźców” i „migrantów” mija się z celem i jest drogą donikąd. A raczej jest drogą do fizycznego unicestwienia europejskiej kultury i Europejczyków w ogóle – że przypomnę dokonania Talibów w Afganistanie i innych krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu, gdzie fanatycy religijni z pasją godnym lepszej sprawy niszczyli tameczne pomniki Przeszłości, jako niezgodne z Koranem.

Europejczycy muszą się obudzić, jeżeli chcą istnieć. Argument o tym, że terrorystami i zamachowcami są osoby urodzonej już w Europie i poddane islamskiej indoktrynacji nie wytrzymuje krytyki, bowiem następni „imigranci” z braku zajęcia zasilą szeregi ekstremy, a kler muzułmański będzie prał im mózgi i ustawiał do wojny z niewiernymi. W najlepszym przypadku, ci ludzie zasilą przestępcze podziemie, ale muzułmanami być nie przestaną, więc na jedno wyjdzie… Będą działać nam na szkodę.

Trzeba przede wszystkim skończyć z fałszywie pojmowaną tolerancją. Tolerancja, to słowo-wytrych, które jest nadużywane w polemikach politycznych. Nadmiar tolerancji i wynikająca z niego polityczna poprawność doprowadziły Europę do stanu, w którym wojna hybrydowa z islamem jest już oczywistością, a jej ofiary padają na ulicach europejskich miast. Nasze WOTK powinny być rozmieszczone nie na ścianie wschodniej, ale zachodniej, skąd grozi nam realne islamskie zagrożenie. Powinny wspierać Policję i Straż Graniczną w fizycznej ochronie naszych granic. I tylko takie działanie nadają im sens i rację bytu.

Jeżeli w Polsce dojdzie do zmiany rządów, co jest możliwe, to przyszły rząd MUSI trzymać ostry kurs w stosunku do reszty UE właśnie w kwestii „uchodźców” i „migrantów”. Musi, bo po pierwsze – Polski nie stać na przyjmowanie i utrzymywanie armii ludzi, którzy nie nadają się do jakiejkolwiek pracy; ludzi obciążonych uwarunkowaniami politycznymi, etnicznymi i przede wszystkim religijnymi; ludzi, którzy nie integrują się z naszym społeczeństwem i przede wszystkim ludzi, dla których Europejczyk to wróg – co zawdzięczamy polityce kolonizacyjnej krajów Europy Zachodniej.

I dlatego właśnie uważam, że to Europa Zachodnia powinna – i ma moralny obowiązek – przyjąć i utrzymywać tych wszystkich „uchodźców” i „migrantów”, bo pierwej wykorzystywała ich bez opamiętania i jakichkolwiek hamulców.

Polska nie ma takiego obciążenia hańbą kolonializmu, ale – niestety – wzięła udział w dwóch wojnach prowadzonych w interesie nie własnej niepodległości, ale interesach amerykańskich banksterów, na czym wyszła jak Zabłocki na mydle. Zniszczyliśmy własne dobre imię na Wschodzie i stanęliśmy u boku światowych żandarmów. I za to przyjdzie nam zapłacić frycowe…