poniedziałek, 31 stycznia 2022

Śmierć w winie

 

Ukraińska winnica w rejonie Odessy

Tamara D. Gurowskaja

 

Śmierci czasami bywają bardzo absurdalne i wraz z tym i straszne. Ta historia jest o jednej z nich.

 

Bogaty sowchoz

 

W 1979 roku, mój mąż Ukrainiec zabrał mnie i syna z Przymorskiego Kraju, gdzie mieszkałam, do swego kraju rodzinnego. Przyjechaliśmy mieszkać do Obwodu Chersońskiego, a konkretnie do sowchozu „Krasnyj Majak”. Jako młodej rodzinie dali nam dobry dom. Mąż zatrudnił się w fabryce win, a ja pracowałam w winnicy.

Sowchoz był bogaty, nie ma co mówić. Winne cysterny nie nadążały wywozić alkoholowego produktu do miejsca rozlewni w mieście Nowaja Kachowka. Ale pewnego razu jeszcze przed naszym przyjazdem, w sowchozie miał miejsce straszne wydarzenie, o którym jeszcze długo mówiło się w okręgu.


Nie mógł się wydostać

 

Pewien ślusarz postanowił ukraść nieco wina, wziął wiadro i nic nikomu nie mówiąc, poszedł na koniec terenu zakładu, gdzie znajdowała się wielka betonowa amfora o wysokości pięciokondygnacyjnego domu do magazynowania napoju. Wylazł po drabinie na górę, otworzył właz i pochylił się, by zaczerpnąć wiadrem wina. Ale amfora nie była wypełniona, i musiał się głęboko pochylić. Najwidoczniej nogi mu ujechały i ślusarz wpadł do wnętrza, a wydostać się już nie mógł i utonął.

Na następny dzień zorientowano się, że nie ma go ani w domu, ani w pracy. Zaczęli go szukać i wreszcie zauważyli otwarty zbiornik. Wypompowali wino i przez dolny luk wydobyli ciało. Straszna śmierć… (Śmierć to on mioł piekną – jakby to powiedział Jądruś Pyzdra…)

Podobne wypadki kradzieży w fabryce się zdarzały, ale złodzieje chodzili co najmniej dwóch ubezpieczając się nawzajem…

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii” nr 35/2021, s. 11.

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 30 stycznia 2022

Zniszczone miasto

Powódź w Leńsku w 2002 roku


Michaił Aistow

 

To jest historia z mojego dawnego wojażu służbowego do Jakucji, gdzie prawie 20 lat temu strasznie rozszalał się żywioł wody.

 

Woda wszystko „zgoliła”

 

Wszyscy interesowali się Leńskiem (Syberia, ułus[1] Leński, N 60°43’ – E 114°57’) z oczywistego powodu: w czasie powodu miasto niemal całkowicie znalazło się pod wodą. lodowe zatory spowodowały przecięcie koryta rzeki i spiętrzenie wody. W krótkim czasie woda podniosła się do stanu alarmowego i przekroczyła zapory oraz wały wypłynęła na ulice Leńska zmiatając wszystko na swej drodze.

Mieszkańcy opowiadali mi straszne historie, w tej liczbie o tym, jak woda z lodem po spustoszeniu dzielnic miasta wciąż się podnosiła. Wszystkie drużyny ratownicze przybyły na miejsce po alarmie, ale już było za późno, miasto zostało zatopione. Wkrótce przybyło także kierownictwo kraju – wysocy oficjele z Moskwy. Jak mi powiedziano, wszystkie zagadnienia związane z ratowaniem mieszkańców były rozwiązywane operatywnie i skutecznie.

 

Morze po horyzont

 

Kiedy woda spłynęła, przybyłem i ja na „oględziny” popowodziowe. Było to we wrześniu 2002 roku. Celem mojej delegacji do Leńska – poszukiwanie nowych mieszkań dla ludzi, którzy stracili swe miejsca zamieszkania. Na ulicy Nowosybirskiej pracowały brygady budowlane z Nowosybirska. Kiedy jeszcze byłem w samolocie, to moja sąsiadka podzieliła się ze mną wrażeniami z tego wydarzenia. Otóż opowiedziała ona, że żywioł pojawił się znienacka i domy momentalnie poszły pod wodę. Oni wraz z ojcem i synem wyszli na dach, ale woda wciąż przybierała, zagnała ich na sam szczyt dachu. Stali po pas w wodzie trzymając się komina, a wokół morze rozpościerało się aż do horyzontu.


Leńsk - krajobraz po przejściu fali powodziowej przypominający Japonię po tsunami w 2011 roku... 


Straszny obraz

 

I tak stali oni jakąś godzinę – czy dwie. Wydawało im się, że zguba jest nieuchronna. I naraz woda szybko zaczęła opadać. Być może dlatego – jak im się wydawało – że przerwano zatory na rzece. Do rana stali na dachu, a potem zleźli z niego. Dom cudem wytrzymał atak żywiołu. A oto wszystkie sąsiednie domy pływający lód literalnie zgolił z powierzchni ziemi. Woda zeszła pozostawiając po sobie przerażający obraz.

Oczywiście ujrzałem następstwa tej tragedii. I to wystarczyło, by wyobrazić sobie to, co się tutaj działo. Następne spacery po mieście pokazały, że woda nie na żarty poszalała w miejscowych warsztatach i fabrykach, zlikwidowała elektryczne oprzyrządowanie, zniszczyła większość podstacji transformatorów. Poziom wody w niektórych miejscach sięgał pierwszego piętra. Podtopiło hotel wraz z nadbrzeżem, na którym się znajdował. Także miejski park samochodowy poniósł straty. Miejskie ciężarówki powinny były pracować na miejscowych wałach p.powodziowych i zostały popsute. Specjaliści wzdychali: Straty na miliony rubli 

Należy jeszcze wspomnieć o tym, że po powodzi pojawiło się w Leńsku wiele głodnych, bezdomnych psów. Domy ich gospodarzy były zniszczone, zabrane przez wodę. A one biegały sobie wolno. Z jednym takim stadem przyszło mi się spotkać. Przyznaję, że przestraszyłem się nie na żarty, ale one na mnie nie napadły.

No i są pewne plusy tych wydarzeń. Słyszałem, że Leńsk zostanie obudowany wałami p.powodziowymi, ale nie miałem okazji tam pojechać i zobaczyć to na własne oczy.

 

Źródło – „Niewydimannyje Istorii” nr 35/2021 s. 10

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 



[1] Jednostka administracyjna w Jakucji odpowiadająca rejonowi w Rosji.

piątek, 28 stycznia 2022

Amerykański szpieg

 


Nikołaj W. Maksimienko

 

W swym życiu niejednokrotnie przyszło mi spotykać się z tradycjami i zwyczajami różnych narodów. Opowiem wam o jednym z takich zdarzeń.

 

„Chińscy Kazachowie”

 

W końcu 1962 roku, będący wtedy technikiem-hydrologiem Ałakulskiej Inspekcji Hydrograficznej, zostałem oddelegowany do odległego rejonu Obwodu Semipałatyńskiego w celu inspekcji pomiarowego posterunku wodnego na jednym z dopływów Urdżar. Moją podróż zacząłem pociągiem, następnie samolotem-kukuruźnikiem, dalej okazją do dyrekcji sowchozu, a wreszcie 12 km piechotą. Wcześniej tu nie byłem i dlatego musiałem się orientować w terenie wedle schematu, który zostawili moi poprzednicy.

Przed wyjściem z pociągu zmieniłem swoje ubranie na owczy półkożuszek i walonki, płaszcz i pantofle włożyłem do plecaka, w którym jeszcze miałem teodolit i śpiwór. Na dodatek do ogromnego plecaka niosłem jeszcze trójnóg do teodolitu i sondę.

Z sowchozu wyszedłem w po południu. Już się zmierzchało, kiedy doszedłem do głębokiego parowu, na drugim brzegu którego znajdowała się ogromna kopa siana, a za nimi widoczne były kibitki – niskie przenośne domki Kazachów. To był auł, którego większość mieszkańców stanowili „chińscy Kazachowie” – jak tu nazywano Kazachów-repatriantów z Chin. Po rosyjsku oni w ogóle nie mówili.

 

W gościnie u nauczyciela

 

Uprzedzając fakty powiem, że jak się okazało, że zszedłem ze szlaku i wyszedłem na auł położonego o 3 km od miejsca docelowego. Na stogu siana zobaczyłem człowieka z widłami, który zrzucał siano w dół, a jakiś drugi człowiek ładował je na konne sanie. Jeden z Kazachów zobaczył mnie i wskoczył na konia i podjechał naprzeciwko mnie. Nie dojechał do mnie i jakieś 50 m ode mnie naraz się zatrzymał i nie patrząc na moje okrzyki, pognał z powrotem.

Do stogu doszedłem kiedy już było zupełnie ciemno, ale tam już nikogo nie było. Bez względu na mój strach przed spuszczonymi psami, podszedłem do pierwszej lepszej kibitki, zastukałem do drzwi i wszedłem. Jej mieszkańcy w łamanej ruszczyźnie wyjaśnili mi, że są „chińskimi Kazachami” i po rosyjsku nie rozumieją, ale za to pokazali, gdzie mieszka „rosyjski (znaczy: miejscowy) Kazach” – nauczyciel szkoły podstawowej.

Nauczyciel – mężczyzna pełen werwy, lat około pięćdziesięciu – mieszkał z żoną, też nauczycielką, w wiejskim domu, jakie masowo budowano na tych ugorach. W pierwszym pomieszczeniu stała płyta kuchenna z kipiącym czajnikiem. Zaprowadzono mnie do drugiego pomieszczenia , w którym na dywanie stał niski stolik, wokół którego leżały pikowane poduszki, na których usiadłem z gospodarzem.

 

Sprawa honoru

 

Gospodyni przyniosła i postawiła na stoliku półmisek z boursakami (kawałkami drożdżowego ciasta przypominającego pączki smażone na oleju) wazę z cukrem i cukierkami, miejscowe domowe masło, a sama wyszła do drugiej izby. Należy powiedzieć, że przez cały dzień zjadłem tylko paczkę herbatników kupioną rano na lotnisku i byłem bardzo głodny. Tak więc rzuciłem się na jedzenie popijając je słodką kazachską herbatą. Gospodarz okazał się wspaniałym rozmówcą: był on na bieżąco ze wszystkimi ważnymi wydarzeniami w kraju i za granicą.

Po jakimś czasie do izby weszła gospodyni i śmiejąc się zaczęła o czymś opowiadać mężowi po kazachsku. On też się roześmiał, a kiedy kobieta wyszła, zwrócił się do mnie tymi słowami:

- Właśnie opowiedzieli mojej żonie, że w aule pojawił się jakiś dziwny człowiek: zapewne amerykański szpieg. Oni ciebie uważają za niego!

Najwidoczniej ten jeździec nie dojechawszy do mnie zauważył niesiony przeze mnie statyw i miarkę nie wiedział, co to jest i doszedł do wniosku, że takie wyposażenie może mieć tylko szpieg. Przestraszył się i uciekł.

Weszła znów gospodyni niosąca wielką tacę, na którym stał półmisek z dymiącym beszbarmakiem[1] i butelka wódki. A to wszystko wtedy, gdy mój żołądek był już pełen boursakami i herbatą!  Tak to zapoznałem się z kazachskim zwyczajem narodowym , związanym z przyjęciem gościa.

Nakarmiwszy gościa do oporu – to mentalny obowiązek każdego Kazacha. To jest sprawa honoru - nakarmić: już to zaproszonego przyjaciela, już to zwyczajnego podróżnego czy nieoczekiwanego gościa. A ja byłem kudajy konakiem – zwykłym wędrowcem.

 

Źródło – „Niewydumannyje istorii” nr 35/2021 s. 8-9

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   


[1] Potrawa z mięsa baraniego w ostrym sosie, popularna w Azji Środkowej.

czwartek, 27 stycznia 2022

Paszcza Smoka


 

Anatolij I. Rożuk

 

Rzeka Głubokij Jar, która ma swój początek wysoko w górach, w tających lodowcach, toczy swe wody w wąskich, górskich wąwozach. Przeskakuje z kamienia na kamień. Nieoczekiwanie rzeka znika wpadając w wielką, czarną dziurę, którą nazwano onegdaj Paszcza Smoka. Z tym unikalnym zjawiskiem Przyrody zaznajomiliśmy się, kiedy odpoczywaliśmy w górach Kaukazu. (Formacja ta znajduje się najprawdopodobniej w okolicy opisanej współrzędnymi N 43°34’ – E 040°37’ na Kaukazie Zachodnim – przyp. tłum.)

 

Na dnie wąwozu

 

Z poziomu ziemi wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż z pokładu helikoptera, ale – jak sądzę – nie mniej monumentalnie. Stojąc na dnie wąwozu-studni, nad sobą widzisz maleńki okrągły otwór z kawałkiem nieba, otoczonej zielonymi gałęziami bujnej południowej roślinności.

Z wysokości nieba, na dno szczeliny mającej okrągły kształt, spada potok wody. W czasie jasnej, słonecznej pogody, kiedy od letniego upału nie ma gdzie uciec, tutaj – na dnie ogromnej studni – wcale nie jest gorąco. Z przewieszek wąwozu wiszących nad turystami, spadają w dół wielkie krople lodowatej wody, od których nie da się schronić. Spadają one już to na głowę, już to na odzież.

Główny potok rzeki spada do głębin szczeliny z dużej wysokości. Spadając w dół z kamiennego występu, woda leci na całe dno studni i zmierza do rzeki Mzymta.

 





Gigantyczny krater

 

Tam też znajduje się podziemna jaskinia, zawalona pniami rozmaitych drzew i kamieniami różnych rozmiarów, przyniesionych przez rzekę z wysokich gór na dno studni.

Jest więc pewnym, że ten potok wody nie zawsze płynie spokojnie i nieszkodliwie. Na wiosnę, kiedy w górach tają lodowce albo w lecie, kiedy w tych górach maja miejsce ulewy, niewielki strumyk wodospadu zamienia się w ryczącą rzekę. Wąwóz-studnia momentalnie wypełnia się wodą, której strumienie zaczynają wirować w kształcie wielkiego krateru i łamie wszystko na swej drodze. Coś takiego zdarza się nieraz na stulecie czy tysiąclecie, o czym mówi forma ścian wyciętych przez wodę w górskiej glebie. Ostrzegam wszystkich: nie wchodźcie w taką pogodę w Paszczę Smoka!

 

Ryzyko jest zawsze

 

Przewodnik opowiedział nam, jak to kilka lat temu miał tam miejsce tragiczny wypadek, kiedy nieoczekiwana ulewa zastała na dnie wąwozu grupę turystów w składzie 18 osób. Oni nie zdołali wyjść ze szczeliny i wszyscy zginęli. Ich ciała były tak przemielone przez wodę, że nie udało się ich znaleźć do dziś dnia…

Ryzyko nieoczekiwanej zmiany pogody jest w górach zawsze. I tylko doświadczony przewodnik jest w stanie zapewnić turystom bezpieczeństwo. I właśnie dlatego ten wodospad otrzymał taką nazwę, która przylgnęła doń na stałe.

W Paszczy Smoka byliśmy tam całą rodziną, a z wnuczką Anią sfotografowaliśmy się wraz z „Niewymyślonymi historiami”, które wzięliśmy ze sobą na drogę.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii” nr 35/2021, s. 3

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    

środa, 26 stycznia 2022

Nadchodzi El Niño!

 

Przewidywane efekty zjawisk La Nina i el Nino na świecie - tempertury

Nastąpią wielkie zmiany w cyrkulacji powietrza już w 2022 roku.  Po sezonowych prognozach nadchodzi najnowsza aktualizacja ENSO – i są bardzo podobne wzorce prognoz, takie jak podczas ostatniej aktualizacji latem 2021 - https://mkweather.com/2022-2023-forecast-chances-for-el -nino//. Według Climate.gov, trzy zimy w czasie La Niña z rzędu nie są bezprecedensowe — miało to miejsce w latach 1973–1976 i 1998–2001 — ale są stosunkowo niezwykłe - https://www.climate.gov/news-features/ blogi/enso/listopad-2021-la-ni%C3%B1a-update-movie-night/.

Jednak już w drugiej połowie lata 2022 powinniśmy przerzucić się ze słabej La Niña na słabą El Niño, a jesienią 2022 i zimą 2022/2023 (oraz w ciągu roku 2023) El Niño powinno się umacniać.

Powinno to oznaczać głównie cieplejsze warunki pogodowe na Ziemi, trochę słabszy sezon huraganów 2022, tak jak w ekstremalnych poprzednich 2 sezonach 2020 i 2021 roku, ale zbyt dobre prognozy na następną zimę (zimy małej epoki lodowcowej to 2/3 El Niño).

Podobnie w pierwszej połowie 2022 roku, podobnie jak w niemal wszystkich latach 2020 i 2021, La Niña będzie nadal oddziaływać na całą Ziemię.

Według szacunków ECMWF El Niño powinien przybyć już w drugiej połowie roku 2022 i jest bardzo prawdopodobne, że będzie trwał przez cały rok 2023, może 2024, a nawet 2025.

El Niño jest na świecie kojarzone głównie z gorącymi i suchymi warunkami pogodowymi, powinny pojawić się dotkliwe susze i/lub pożary. W niektórych regionach sytuacja jest jednak odwrotna (mapy wskaźników stresu w rolnictwie poniżej).

Słabsza La Niña a później El Niño w drugiej połowie sezonu wegetacyjnego 2022, tak jak w całym 2023 roku, powinna przynieść korzystniejsze warunki w rolnictwie dla Europy Zachodniej i Środkowej (mapy wskaźników stresu rolniczego), ale bardzo złe warunki dla Europy Wschodniej i Azji Środkowej (żyzne stepy, uprawa zbóż) w drugiej połowie sezonu 2022 i w 2023 roku, w przeciwieństwie do lat 2020, 2021 i pierwszej połowy 2022 roku.

Sezon huraganów pod koniec lata 2022 i jesienią 2022 powinien być słabszy, co oznacza mniejsze zagrożenie poważnymi powodziami dla południowych i wschodnich stanów USA, Karaibów i Meksyku oraz ewentualną cieplejszą jesień 2022 również w Europie.






Wykresy obrazujące zmiany temperatury w przypadku zmian zjawiska La Nina w El Nino i rozwój zmian temperatury od grudnia 2021 roku

Zbliżająca się faza El Niño powinna sprawić problemy z suszą głównie w pasie zbożowo-kukurydzianym w USA w drugiej połowie sezonu w 2022 i 2023 roku, podczas gdy wskaźnik naprężeń w rolnictwie na południu USA powinien być korzystniejszy, w przeciwieństwie do lata 2020, 2021 i pierwszej połowie 2022 roku.

W latach 2020, 2021 i pierwszej połowie 2022 r. wskaźnik stresu rolniczego, dzięki wielu opadom, jest dobry dla Azji Południowo-Wschodniej, ale zły dla Chin, podczas gdy druga połowa roku 2022 i rok 2023 powinien przynieść złe warunki rolnicze dla Azji Południowo-Wschodniej i lepsze warunki dla części Chin dzięki El Niño. W Indiach obie skrajności, La Niña i El Niño, są w części kontynentalnej niekorzystne (neutralne lato 2022 powinno być dobre).

Podczas gdy El Niño oznacza lepszy wskaźnik stresu rolniczego dla południowej Brazylii i gorszy dla Argentyny, wschodniej Brazylii i Kolumbii/Wenezueli, La Niña jest zupełnie odwrotnie, z lepszymi warunkami we wschodniej Brazylii i gorszymi w wielu innych regionach.

La Niña w Australii ma korzystniejszy wskaźnik stresu w rolnictwie (ale powodzie, silne burze, sezon pająków i plaga myszy) niż El Niño, El Niño przynosi suszę i poważne pożary. Słabszy sezon cyklonowy w Australii spodziewany jest w sezonie letnim 2022/23.

El Niño ma znacznie gorszy wskaźnik stresu agrarnego dla Afryki niż La Niña, dlatego lata 2020, 2021 i pierwsza połowa 2022 są/będą tu szczęśliwsze, tak jak druga połowa 2022 i rok 2023.

Ogólnie rzecz biorąc, ciepłe globalne lata powinny wrócić, a La Niña już nie będzie źródłem ochłodzenia dla części Ziemi. Może stopniowo pojawi się Godzilla El Niño.

Ogólnie rzecz biorąc, wiele wzorców obiegu na świecie powinno się zmienić – dołączamy tabelę korelacji parametrów obiegu dla miesięcy w roku (intuicyjna).

 

Źródło: https://mkweather.com/el-nino-is-coming-autumn-2022-a-big-changes-in-circulation-patterns-worldwide/?fbclid=IwAR2Q3nn8xuob4Pz3l-tMA7D2wELfLOSjXJPhr8voRdxuyoU149zxGYi8RXA

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 24 stycznia 2022

W poszukiwaniu Megalodonów

Przykładowy ząb kopalnego Megalodona


Baddo Badest

 

Skamieniałe szczątki Megalodona znaleziono w płytkich morzach tropikalnych i umiarkowanych wzdłuż wybrzeży i szelfu kontynentalnego na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. We wczesnym i środkowym okresie epoki Miocenu (która trwała od 23 do 5,3 mln lat temu) duże akweny morskie oddzielały Amerykę Północną od Ameryki Południowej i Europy oraz Azję od Afryki i Bliskiego Wschodu, co prawdopodobnie ułatwiało przemieszczanie się z jednego basenu oceanicznego do innego. Przez cały Miocen rozmieszczenie Megalodonów rozszerzyło się z obszarów położonych na Morzu Karaibskim i Morzu Śródziemnym, w Zatoce Bengalskiej oraz wzdłuż wybrzeży Kalifornii i południowej Australii, aby objąć wody u wybrzeży północnej Europy, Ameryki Południowej, południowej Afryki, Nowej Zelandii i Azji Wschodniej. Jednak w epoce pliocenu zasięg geograficzny Megalodonów znacznie się skurczył i pod koniec epoki zginął.

 

Cechy fizyczne

 

Megalodon był największą znaną rybą, co zostało oparte na odkryciu setek skamieniałych zębów i garstki kręgów. Podobieństwa kształtu zębów między Megalodonami a współczesnymi żarłaczami białymi (Carcharodon carcharias) sugerują, że oba gatunki mogły być bliskimi krewnymi, a zatem Megalodon prawdopodobnie przypominał ten gatunek z wyglądu – to znaczy jako masywną rybę w kształcie torpedy ze stożkowatym pyskiem, duże płetwy piersiowe i grzbietowe oraz mocny ogon w kształcie półksiężyca. Szacunki długości ciała są obliczane na podstawie statystycznej zależności między rozmiarem skamieniałych zębów Megalodona a zębami i masą ciała współczesnych białych rekinów i innych żyjących krewnych. Dane te sugerują, że dojrzałe dorosłe Megalodony miały średnią długość 10,2 metra (około 33,5 stopy), największe osobniki mierzyły 17,9 metra (58,7 stopy). Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że największe formy mogły mieć długość do 25 metrów. Badania szacują, że masa ciała dorosłego wahała się od około 30 ton metrycznych (1 tona metryczna = 1000 kg; około 66.000 funtów) do ponad 65 ton metrycznych (około 143.000 funtów), przy czym dorosłe samice są większe (zarówno pod względem długości, jak i masy) niż dorosłe samce.







Ząb Megalodona ze wszystkich stron - poraża jego wielkość i ostrość...

Zęby Megalodona są podobne do zębów współczesnych białych rekinów, ponieważ są trójkątne, ząbkowane i symetryczne. Różnią się od współczesnych zębów rekina białego tym, że są większe i grubsze, ząbki na każdym zębie występują w regularnych odstępach i posiadają bourlette (ciemniejszy obszar w kształcie szewronu w pobliżu korzenia zęba). Największy zachowany ząb Megalodona mierzy 17,8 cm (6,9 cala) długości, prawie trzy razy dłuższy niż u współczesnych białych rekinów (które zwykle mają około 5,4 cm (2,1 cala) długości). Ponadto Megalodon miał okrutne ukąszenie; jego średnica ugryzienia wynosiła 3 metry (około 9,8 stopy), kilka razy większa niż średnica ukąszenia białych rekinów średniej wielkości.

 

Rozmnażanie i terytorialność

 

Uważa się, że Megalodon wydawał żywe młode. Nie wiadomo jednak, czy gatunek był jajożyworodny (w którym jaja są zatrzymywane w matce aż do wyklucia) czy żyworodny (w którym zapłodnione zarodki czerpią stałe pożywienie od matki). Szacunki dotyczące wielkości ciała przy użyciu młodocianych zębów sugerują, że nowo narodzone młode mogły mieć co najmniej 2 metry (6,6 stopy) długości.

Niewiele wiadomo na temat zalotów Megalodonów, ale wydaje się, że gatunek używał szkółek dla swoich młodych. W badaniu z 2010 r. zidentyfikowano żłobek Megalodonów wzdłuż wybrzeża Panamy, który charakteryzował się obecnością młodych zębów z różnych etapów życia. Naukowcy zakładają, że ta płytka, ciepła woda żłobka zapewniła młodym Megalodonom dostęp do zróżnicowanej gamy mniejszych, bardziej obfitych zdobyczy i umożliwiła dorosłym lepsze przechwytywanie ataków innych drapieżnych gatunków rekinów, takich jak głowomłoty. Uważa się, że wraz z wiekiem młode rekiny zapuszczają się na głębsze wody, by ścigać większe zwierzęta.

Niewiele wiadomo o rozproszeniu osobników po osiągnięciu dojrzałości. Ponieważ uważa się, że Megalodon zajmował niszę ekologiczną podobną do niszy białego rekina, niektóre badania zakładają, że Megalodon prawdopodobnie obejmował obszary porównywalne pod względem wielkości do zasięgu współczesnych białych rekinów – około 1000 km² (386 mil kwadratowych).





Różne kolory zębów kopalnych Megalodonów



O Autorce

 

Jestem pani Baddo ze Spartanburg (Pd. Karolina) USA znana jako Baddest z powodu wielu niebezpiecznych przygód, w które wyruszyłam w poszukiwaniu zębów Megalodonów w zatoczkach, górach i wielu innych misjach… Mam doświadczenie z Megalodonami i innymi rekinami...

Możesz dać mi znać, jeśli będziecie potrzebować skamieniałości zębów Megalodonów, w których są dostępne w dużych ilościach w moim sklepie.

niedziela, 23 stycznia 2022

Thule/Qaanaaq, 21.I.1968 r.

 


Stanisław Bednarz

 

Pogubione bomby wodorowe, jedna się nie znalazła, Duńczykom nie powiedzieli.

54 lata temu USA  musiało  się zmierzyć z jednym z najpoważniejszych wypadków z udziałem broni jądrowej. Na Grenlandii rozbił się bombowiec B-52G z czterema bombami termojądrowymi. Jednej z nich, rozbitej na drobne fragmenty, nie udało się odnaleźć. Spoczywa do dzisiaj pod lodami Grenlandii.

Katastrofa bombowca miała miejsce kilkanaście kilometrów od bazy lotniczej Thule dziś Qaanaaq. Postawione tam w latach 50. stacje radarowe odgrywały bardzo ważną rolę w systemie ostrzegania. Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (SAC) zarządzające flotą ciężkich bombowców z bronią jądrową wpadło na pomysł częstego monitorowania bazy. Miały to robić bombowce wracające z patroli nad Arktyką. Były przy tym w pełni uzbrojone w broń jądrową, bowiem ich zadaniem była ciągła gotowość do uderzenia na ZSRR.

Jak wiadomo, samoloty psują się i ulegają wypadkom, uznawano jednak, że ważniejsze jest odstraszanie ZSRR. W połowie lat 60. masowo pojawiły się jednak rakiety międzykontynentalne i politycy oraz Pentagon zaczęli dążyć do ograniczenia ryzykownych patroli bombowców SAC. Proces ten znacząco przyśpieszyła seria wypadków zwłaszcza tego nad hiszpańskim Palomares, w 1966 roku… Pomimo tego SAC, które w latach 50. było niezwykle potężne i wręcz zdominowało siły zbrojne USA, nie chciało tracić swojego znaczenia na rzecz rakiet.

Upór SAC zemścił się 21 stycznia 1968 roku. Wszystko przez kilka zwykłych poduszek. Samolot, który rozbił się obok bazy Thule, był nowoczesnym jak na tamte czasy bombowcem strategicznym B-52G. Maszyna wystartowała 21 stycznia nad ranem z Platsburgh w stanie Nowy Jork. Na pokładzie była załoga licząca pięć osób plus dodatkowy pilot i nawigator, niezbędni z uwagi na bardzo długi lot.










Do zguby bombowca doprowadził nieświadomie ów dodatkowy pilot, major Alfred D’Mario. Przed startem schował nad jednym z grzejników w kabinie trzy dodatkowe poduszki piankowe. Przez sześć godzin lot przebiegał normalnie. Zasiadający za sterami D’Mario uruchomił więc dodatkowy dopływ ciepłego powietrza z silników. Nastąpiła jednak drobna awaria systemu ogrzewania - powietrze z silników nie było schładzane tak jak powinno i trafiało do kabinowych grzejników gorące. Załoga szybko zaczęła się pocić, a po chwili poczuła swąd spalenizny. To zapaliły się poduszki leżące na gorącym grzejniku. Lotnicy starali się ugasić pożar, ale kabinę zaczął wypełniać dym, a płomienie przepalać kable elektryczne.. W ciągu kilku minut dym w kabinie stał się tak gęsty, że nie było widać przyrządów i nic na zewnątrz. Płomienie przepaliły wszystkie kluczowe kable i samolot stracił zasilanie.

Załodze nie pozostało nic innego jak skakać. Szóstka ewakuowała się przy pomocy katapult i wyszła z katastrofy prawie bez szwanku. Mniej szczęścia miał drugi pilot, Leonard Svitenko próbował wyskoczyć ze spadochronem przez luk w dnie kadłuba, ale nieszczęśliwie uderzył głową w część maszyny i zginął na miejscu. Pozbawiony załogi B-52 dalej opadał, powoli wykonał zakręt o 180 stopni i spadł na pokrytą lodem Zatokę Gwiazdy Północnej, około 12 kilometrów od bazy w Thule.

Uderzenie spowodowało eksplozję materiałów wybuchowych w czterech bombach termojądrowych Mk-28 (w bombach termojądrowych tą właściwą wielką eksplozję inicjuje wybuch kilkudziesięciu kilogramów normalnych materiałów wybuchowych). Na szczęście zadziałały systemy bezpieczeństwa i nie doszło do reakcji łańcuchowej. Siła uderzenia w lód, a następnie eksplozja ładunków i trwający kilka godzin pożar paliwa doprowadził jednak do rozrzucenia radioaktywnych substancji po okolicy.

Szczątki bombowca spoczęły na obszarze długim na pięć, a szerokim na 1,5 kilometra… Równocześnie wysłano wiadomość do USA, gdzie natychmiast ogłoszono alarm Broken Arrow. Do Thule szybko wyruszyły specjalne zespoły SAC mające za zadanie jak najszybciej zlokalizować bomby i ocenić skalę ewentualnego skażenia. Szybko okazało się, że nie będzie to zadanie łatwe. Był środek arktycznej zimy i temperatury oscylowały wokół –40°C. Szybko ustalono, że bomby nie są w całości, bowiem zawarty w nich materiał radioaktywny był rozrzucony po okolicy.

Skalę problemu powiększało to, że katastrofa miała miejsce na terytorium Danii… Duńczycy zażądali, aby wojsko USA zebrało cały śnieg i lód, który miał kontakt z szczątkami samolotu i materiałami radioaktywnymi. Operacja przyniosła umiarkowany sukces. Odnaleziono części i materiały rozszczepialne odpowiadające trzem bombom. Reszta radioaktywnych substancji, z których można by złożyć czwartą bombę, najprawdopodobniej przedostała się przez lód (i spoczęła na dnie morza...) Sprawa została zamknięta. O pozostawieniu resztek bomb na Grenlandii nie poinformowano jednak Duńczyków. Sprawa wyszła na jaw dopiero po zakończeniu Zimnej Wojny, kiedy odtajniono dokumenty. Wywołało to potężny skandal określany przez Duńczyków jako Thulegate… Powietrznych dyżurów bombowców strategicznych zaprzestano niedługo później.

 

Moje 3 grosze

 

A to ciekawe, bowiem o tym, że były tam 4 bomby i że jedna z nich zatonęła w lodowatych wodach Oceanu Arktycznego było wiadomo jeszcze w latach 60. Trąbiła o tym komunistyczna propaganda i wygląda na to, że chłopcy z GRU a za nimi z naszego GZP WP mieli doskonałe rozeznanie sytuacji. Oczywiście Amerykanie zostali przyłapani ze spuszczonymi portkami i musieli jakoś wyjść z tego z twarzą…

Piszemy o tym wypadku w naszej książce właśnie na temat katastrof nuklearnych - cywilnych i wojskowych instalacji. Katastrofa w Thule (dziś Qaanaaq). NB, Grenlandia miała być niezatapialnym lotniskowcem i zarazem bazą ICBM. Planowano rozmieszczenie tam wyrzutni dla 600 ICBM z głowicami jądrowymi w ramach planu Ice Worm. W latach 50. i 60. zbudowano tam bazę o nazwie Camp Century, która miała za zadanie szpiegować ZSRR i kraje UW oraz stację radiolokacyjną obejmującą Arktykę. Na szczęście dla świata obie te inwestycje nie wypaliły wskutek nieprzerwanego ruchu lodowego pancerza Grenlandii – dzisiaj baza ta jest udostępniona turystom zwiedzającym Grenlandię.

sobota, 22 stycznia 2022

Dywizja afgańskich kamikadze

 


W „Faktach po mitach” nr 3/2022, na stronie 9 znalazłem następującą notatkę, którą pozwolę sobie zacytować:

 

Afganistan: dywizja samobójców 

Afgańscy talibowie coraz śmielej pokazują prawdziwe oblicze.

Część komentatorów dała się nabrać zapewnieniom talibów, że przez ostatnich 20 lat ulegli transformacji i odrzucili ekstremizm. Nic bardziej mylnego – organizacja w czasie pierwszych miesięcy rządów popełniła wiele zbrodni i zaczęła wprowadzać fundamentalistyczne reformy. Rzecznik talibów zapowiedział, że zamachowcy-samobójcy staną się regularną częścią afgańskich sił zbrojnych. Jak zapewnił „Nasi mudżahedini będą częścią armii i będą siłami specjalnymi zorganizowanymi pod zarządem Ministerstwa Obrony. Siły specjalne zostaną ustanowione w określonych liczbach i używane do specjalnych operacji.” Talibowie zagrozili też Amerykanom, że jeśli umieszczą wojska w ambasadzie w Kabulu, to oni w zemście rozmieszczą w afgańskiej ambasadzie w Waszyngtonie ok. 2 tys. zamachowców. Czy jeszcze ktoś ma wątpliwości, co do prawdziwej natury liderów tego ugrupowania?

 

Koniec cytatu. No i fajno jest – talibowie stworzyli nowy rodzaj wojsk – Grupy Terrorystyczno-Dywersyjne à la japońscy kamikadze. I to na razie w sile dywizji – czyli jakieś 16-20 tys. ludzi – przepraszam – terrorystów. Coś jak fedavitów od Starca z Gór i jego twierdzy Alamut/Almhut. Jednym słowem – Assassynów. Bezlitosnych i skutecznych morderców, przed którymi drżał cały Bliski Wschód i najeźdźcy z Europy – Krzyżowcy. Historia, jak widać, lubi się powtarzać tyle razy, ile tylko może. A raczej tyle razy, ile razy jej na to pozwolimy. Tyle, że tym razem ich ostrza będą wymierzone w USA i NATO.

I oczywiście także w Polskę.

Od wielu miesięcy śledzę wypociny redaktorów prasy lewicowej i liberalnej plotących jakieś banialuki o tym, jak to są biedni „migranci”, „uciekinierzy” czy „uchodźcy” i inni amatorzy łatwego życia na Zachodzie, i jakże cierpią na polskiej granicy, której nie mogą przejść nielegalnie. Owszem, mogliby przejść legalnie i poprosić o azyl, ale oni wolą przez zieloną granicę, bo to szybciej do tego Euroraju, w którym nie trzeba nic robić i kasa sama leci, białe kobiety można gwałcić i zabijać, frajerów nożna ograbiać i podrzynać im gardła, a policja jest bezsilna i nic nie robi…

Prawdę powiedziawszy sytuacja ta dobitnie pokazała, jak Łukaszenka oraz siły za nim stojące, zdradził ideę słowiańskiej jedności. No, w sumie nieźle się obłowił na „migrantach”, więc ma to wszystko gdzieś. Kolejne lata rządzenia Białorusią i łatwa kasa zdemoralizowały go do cna. To nic, że świat stanął właśnie na krawędzi III Wojny Światowej, to nic, że ze Wschodu grożą nam dywizje wyszkolonych zabójców – on ma kasę i jego przydupasy też, a Polacy ból głowy – co go wybitnie cieszy…

I pomyśleć, że w naszym kraju są ludzie, którzy łakną w naszym kraju tych rzesz „migrantów”. W głównej mierze związani są z PO, KO i innymi ugrupowaniami liberalnymi. Nie dziwię się Ochojskiej, że tak się wścieka i pomstuje – dla niej tacy przybysze to gratka – która przeszła jej koło nosa. Dla nich byłoby najlepiej, gdyby wpuścić tą agresywną hołotę do Polski, a oni by jej „udzielali pomocy” – oczywiście nie za darmo… Działalność charytatywna to biznes, który przynosi znaczne korzyści. Dość wspomnieć lata 80-te, kiedy na Zachodzie był run na pomoc dla „biednych i uciskanych” solidarnościowych bonzów. Na tej „pomocy” wyrosła niejedna fortuna – i tam i u nas.

Ale wróćmy do tego, co szykuje nam banda szmatogłowych fanatyków religijnych. To, co zawsze – terror, śmierć, zamachy, bomby, porwania, itd. itp. Lewackie i liberalne półgłówki usiłują nam wmówić, że to nieprawda i że wcale tak nie jest. Niestety właśnie tak jest, co pokazują nam wydarzenia w Europie i USA, gdzie mają miejsce ich pokazówki indywidualne i grupowe. Polska jak na razie jest na uboczu tego konfliktu, ale jak długo? Jak długo będzie trwał atak na nasze granice? – piszę „granice”, bo talibscy assassyni będą chcieli dostać się do naszego kraju w każdy możliwy sposób i każdą możliwą drogą. Taka jest logika tej wojny, której niektóre polskie oszołomy nie są w stanie pojąć – pieniądze i przesłoniły im rozum. No cóż – większość z nich to nacja, która na widok kasy dostaje małpiego rozumu i bierze każde gówno, byle opakowane w kolorowy papierek. Efekty widzimy.   

I jeszcze z mojego ogródka. Rząd prawicy i liberałów w swej niebotycznej głupocie zlikwidował Wojska Ochrony Pogranicza i na ich miejsce powołał Straż Graniczną. WOP nadawałby się idealnie do tej roboty: miał bazę i zaplecze oraz doświadczonych ludzi. Ale ci ludzie byli solą w oku nawiedzonym debilom z prawicy. Teraz taka formacja byłaby jak znalazł. Podobnie jak WSI i UOP oraz inne służby, które rozmontowane zostały przez wariata – małpę z brzytwą w ręku i doiciela państwowych pieniędzy. Ale idioci, którzy są za to odpowiedzialni, nie byli w stanie spojrzeć dalej w przyszłość. Teraz mamy tego trujące owoce. Fanatyzm i głupota nigdy nie popłaca. A to jest dopiero początek.

Polska znajduje się na drodze do Euroraju i dlatego też nasze granice będą cały czas „gorące”. Zdrada Łukaszenki i Putina też się im nie opłaci. Po utworzeniu Kalifatu Europejskiego islamistom pozostanie tylko Rosja i to na nią obruszy się islamska nawała. Chyba że… Rosja będzie po raz wtóry wyzwalała Europę spod tym razem totalitarno-religijnego jarzma. Tak czy inaczej, świat już nie będzie taki sam.