piątek, 23 lipca 2021

Letnie przymrozki w Czechach – padły rekordy!

 


W dniu 21.VII w kilku miejscach Republiki Czeskiej w nocy słabo przymroziło, a gdzieniegdzie padły rekordy temperatury. I tak np. w Jizerce k./Korenova (N 50°48′57″ - E 015°22′14″) na Jablonecku meteorolodzy rankiem odnotowali -0,5°C, przy czym został pobity rekord chłodu na tym terenie wynoszący +0,5°C w 2013 roku. Nowy rekord ma także płaskowyż Rokytska (N 49°00’ – E 013°24’) na Szumawie, gdzie temperatura spadła do -0,2°C. Podobny mrozik był i na innych stacjach meteo – Kvilda-Perla i Březníku – jak podaje Czeski Urząd Hydrometeorologiczny – ČHMÚ.

Jednakże poprzednie rekordy nie zostały pobite w Kvilda-Perle (N 49°1′55,82″ - E 013°34′15,81″) i Březníku (N 49°9′2″ - E 013°25′30″). 21 lipca największy mróz w Kvildzie miał miejsce w 1996 roku, kiedy termometr wskazywał -7°C. Na Březníku w 2002 roku było -0,5°C. Na Rokytsku dzisiejsza temperatura pobiła ośmioletni rekord o dwie dziesiąte stopnia.

Według meteorologów we wtorek rano w kraju było stosunkowo zimno, jednak na Jizerce było o dwa stopnie cieplej niż dziś rano. Meteorolodzy ogłosili we wtorek, że dzisiejszej nocy temperatury w dolinach mogą być znacznie niższe, a niektóre zmrozowiska zasłużą na swoją nazwę, i temperatury spadną poniżej zera. Najniższa jak dotąd temperatura lipca w Czechach jest od 20 lipca 1996 r., kiedy to stacja Kvilda-Perla odnotowała temperaturę -7,6°C, dodał ČHMÚ.

W dzień będą w Czechach daleko wyższe temperatury i wyniosą wg prognoz 20-24°C, a na południu Moraw +26°C. Gorąco ma być w czwartek (22.VII), a w weekend temperatura ma dojść znów do tropikalnej trzydziestki.

 

Źródło: https://www.seznamzpravy.cz/clanek/na-nekolika-mistech-v-cesku-dnes-mrzlo-padly-teplotni-rekordy

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

wtorek, 20 lipca 2021

System Alfy Centaura ma dobre warunki do życia

 

Alfa Centaura (Toliman) i jego słońca A i B.

Amber Jorgenson

 

Promieniowanie rentgenowskie nie sprawia zagrożenia dla planet orbitujących obie gwiazdy Tolimana, które są podobne do Słońca.

Alfa Centaura czyli Toliman jest systemem gwiezdnym najbliższym Ziemi i składa się z dwóch słońcopodobnych gwiazd. Znajduje się on nieco ponad 4 ly, albo 25 trylionów mil lub 40 trylionów kilometrów, satelita Chandra odkrył, że obie gwiazdy mogą mieć warunki do podtrzymania życia na tamtejszych egzoplanetach.

Poszukiwania egzoplanet nadających się do zamieszkania rozciągają się daleko i szeroko, przesuwając granice tego, do czego zdolne są nasze nowoczesne teleskopy. Zapewniamy jednak, że nie ignorujemy tego, co jest na naszym własnym podwórku. Naukowcy uważnie przyglądają się Alfa Centaura, najbliższemu Ziemi systemowi, w którym znajdują się gwiazdy podobne do Słońca. A teraz obszerne badanie opublikowane w Research Notes of the AAS oczyszcza dwie najjaśniejsze gwiazdy Alpha Centauri z kluczowego czynnika sprzyjającego zamieszkiwaniu: niebezpiecznego promieniowania X – czyli rentgenowskiego.

W ramach badania, Obserwatorium Rentgenowskie Chandra (NASA) obserwowało trzy gwiazdy Alfa Centaura, które znajdują się zaledwie 4 lata świetlne od Ziemi, dwa razy w roku od 2005 roku. W celu określenia, czy planety znajdujące się na ich orbitach mogą być zamieszkiwane, Chandra monitorował ilość promieniowania rentgenowskiego, które każda gwiazda wyemitowała do swojej strefy nadającej się do zamieszkania - ekosfery. Nadmiar promieniowania rentgenowskiego może siać spustoszenie na planecie, zdmuchując jej atmosferę, powodując szkodliwe skutki dla potencjalnych mieszkańców i tworząc niszczycielską pogodę kosmiczną, która może zepsuć każdą używaną technologię. Ale na szczęście potencjalne planety krążące wokół dwóch z trzech gwiazd nie muszą się tym martwić. W rzeczywistości te gwiazdy mogą faktycznie stworzyć lepsze warunki planetarne niż nasze własne Słońce.

- Jako że jest ona relatywnie blisko, system Alfy Centaura jest przez wielu postrzegany jako najlepszy kandydat do poszukiwania znaków życia – mówi Tom Ayers z Uniwersytetu Kolorado w Boulder, CO w czasie konferencji prasowej. – Kwestią jest czy odkryjemy planety z warunkami sprzyjającymi życiu jakie znamy?

Trzy gwiazdy tworzące system α Centauri  nie są dokładnie sobie równe, niektóre są bardziej przyjazne dla życia niż inne. Dwie najjaśniejsze gwiazdy w układzie to para znana jako α Cen A i α Cen B (w skrócie Toliman AB), które krążą tak blisko siebie, że Chandra jest jedynym obserwatorium wystarczająco precyzyjnym, aby rozróżnić ich promieniowanie rentgenowskie. Dalej w układzie znajduje się α Cen C, znana jako Proxima, która jest najbliższą Ziemi gwiazdą niepodobną do Słońca. Obie pary AB są niezwykle podobne do naszego Słońca, z Tolimanem A prawie identyczną pod względem wielkości, jasności i wieku, a Toliman  B tylko nieco mniejsza i ciemniejsza.

Toliman A i Toliman B mogą wyglądać odmiennie na tym zdjęciu wykonanym przez Kosmiczny Teleskop Hubble'a, ale bez bardzo precyzyjnych instrumentów, dwie podobne do Słońca gwiazdy wydają się być pojedynczym jasnym obiektem na niebie. (ESA/NASA)

Jeśli chodzi o promieniowanie rentgenowskie, α Cen A w rzeczywistości zapewnia bezpieczniejsze środowisko planetarne niż Słońce, emitując niższe dawki promieniowania rentgenowskiego do swojej ekosfery; α Cen B tworzy środowisko, które jest tylko nieznacznie gorsze od Słońca, uwalniając tylko pięciokrotnie większe ilości promieni rentgenowskich.

- To bardzo dobra wiadomość dla α Cen AB, jeśli chodzi o zdolność możliwego życia na dowolnej z ich planet do przetrwania ataków promieniowania z gwiazd – powiedział Ayres. - Chandra pokazuje nam, że życie powinno mieć szansę na egzystencję na planetach wokół którejkolwiek z tych gwiazd.

Toliman A i Toliman B

Proxima to już osobna historia. Jest to znacznie mniejszy czerwony karzeł, który emituje około 500 razy więcej promieniowania rentgenowskiego do swojej ekosfery niż Ziemia otrzymuje od Słońca i może promieniować 50.000 razy więcej podczas masywnych rozbłysków rentgenowskich, o których wiadomo, że rzucają w kosmos. O ile promieniowanie rentgenowskie duetu AB nie jest zagrożeniem dla życia, o tyle ogromna dawka wyrzucana przez Proximę zdecydowanie nim jest.[1]

I na szczęście jedyna egzoplaneta zidentyfikowana w Alpha Centauri krąży wokół niezamieszkałej Proximy.[2] Jednak naukowcy nie tracą nadziei. Kontynuują poszukiwania egzoplanet wokół pary AB, chociaż ich ciasna orbita utrudnia dostrzeżenie czegokolwiek pomiędzy nimi. Ale nawet jeśli poszukiwania nadal będą puste, szeroko zakrojone badania Chandry pomogą naukowcom zbadać wzorce promieniowania rentgenowskiego gwiazd podobnych do naszego Słońca, co pozwoli nam zidentyfikować potencjalne zagrożenia dla Ziemi. A jeśli natkniemy się na planety krążące wokół tych dwóch gwiazd, możemy po prostu znaleźć ślady życia na naszym własnym podwórku. 

 

Moje 3 grosze

 

Wygląda na to, że mamy trudny orzech do zgryzienia. W ogóle sprawa istnienia układów planetarnych wokół podwójnych i w ogóle wielokrotnych gwiazd jest mocno problematyczna. Obawiam się, że większych planet w układzie Tolimana AB po prostu nie ma, bo dwie bliskie sobie gwiazdy wyłapały grawitacyjnie wszystkie grudki materii leżące wewnątrz ich orbity.

Co innego z ciałami niebieskimi będącymi poza ich orbitą, takimi jak Toliman C Proxima. Owszem, mogą mieś trwałe orbity, ale daleko od obu słońc i co za tym idzie daleko poza ekosferą Tolimana. Planety mogą być tak wymrożone jak nasz Pluton i życia białkowego na nim nie uświadczysz. Ale nie znaczy to, że nie mogło tam się rozwinąć życie w oparciu o inny chemizm. Mogą istnieć jacyś Kryonidzi czy Krynoidzi już nawet u nas, w Układzie Słonecznym, na lodowych pustkowiach Plutona czy Sedny…

Jest jeszcze druga strona medalu – życie może się rozwijać i prosperować w jakichś planetarnych podziemiach Proximy b, gdzie nie zagrozi mu ani promieniowanie X rodzimej gwiazdy ani kosmiczny mróz. Jest jeszcze trzecia możliwość – to, co zabija nas, dla Nich może być źródłem energii i życia. Im więcej zabójczego promieniowania X, tym lepiej dla Nich. Tak więc nie przekreślałbym możliwości istnienia życia na Proximie b i Proximie c – którą już ponoć odkryto…

I jeszcze z drugiej beczki.

A może jest tak, że są to rozumne maszyny stworzone przez cywilizację, która dawno wygasła, a co genialnie prorokował Stanisław Lem w swych dziełach? Kosmos jest tak wielki, a przepaście Czasu tak głębokie, że może w nim istnieć dosłownie wszystko. Stanisław Lem doskonale to rozumiał, dlatego uważam, że jego „Bajki robotów” nie są wcale takimi bajkami, jakimi się być wydają…

Ale czy takie „życie robocie” można nazwać życiem…? Uważam, że tak.


Komentarze Czytelników

 

Drogi Platonie – czyżbyś zapomniał już o swym artykule „Przybysze z Kosmosu – żywi czy martwi”. Bo wiesz – być może jest tak, że my, żywe organizmy, jesteśmy tylko formą przejściową pomiędzy światem żywego intelektu a światem maszyn rozumnych, o czym wspominał cytowany przez Ciebie Stanisław Lem. Co więcej – być może Kosmos jest pełen takich właśnie maszyn rozumnych, które ewoluują dalej, aż do stadium Kosmicznego AC z nowelki A.C. Clarka.

A zatem być może mamy a na pewno będziemy mieli do czynienia z Rozumem, ale nie w postaci żywych istot, ale rozumnych lecz martwych maszyn. Lem to właśnie przewidział i przekazał w swych powieściach i opowiadaniach takich jak: „Niezwyciężony”, „Księga robotów”, „Bajki robotów”, „Cyberiada” i in. (Daniel Laskowski) 


Źródło:  https://astronomy.com/news/2018/06/alpha-centauri-system-could-have-favorable-conditions-for-life?utm_source=asyfb&utm_medium=social&utm_campaign=asyfb&fbclid=IwAR3jxh53M6kxtHmN8XqT-jZxc3Skju75ohm9ax_jkpeIk31TbMN4ASjgTw0  

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

 

 



[1] Proxima jest gwiazdą zmienną rozbłyskową, która potrafi rozbłysnąć nawet o całe 2 magnitudy…

[2] Proxima b.

poniedziałek, 19 lipca 2021

Dzień, w którym szkło spadło na ziemię

 


Vladislav Tchakarov

 

Dzień, w którym na Ziemi spadł deszcz, był tym samym dniem, w którym prawie wszystkie gatunki na Ziemi nagle się skończyły.

Naukowcy znaleźli dowody na to, co dokładnie mogło zniszczyć dinozaury 66 milionów lat temu. Przyczyna masowego wyginięcia dinozaurów, które nastąpiło w późnej kredzie i wczesnym paleolicie, pozostaje jedną z największych naukowych tajemnic. Istnieje wiele hipotez próbujących to wyjaśnić, ale żadna z nich nie została dotychczas uzasadniona.

Ostatnio jednak w Północnej Dakocie naukowcy odkryli unikalne „pole śmierci” pełne skamieniałości zwierząt i ryb, pochodzące z tego samego okresu, co może dać odpowiedź nie tylko na pytanie, co spowodowało wyginięcie, ale także jak do niego doszło.

 

Niesamowite odkrycie

 

Skamieniałe ryby są ułożone jedna na drugiej. Sugeruje to, że zostały razem wyrzucone na brzeg, gdzie pozostały. To uderzenie asteroidy było śmiertelne dla większości gatunków na Ziemi, w tym dinozaurów.

W 2013 roku paleontolog Robert DePalma odkrył cmentarzysko skamieniałości na terenie wykopalisk w formacji Hell Creek. Znalazł tam skamieniałe szczątki ryb ułożone jedna na drugiej, a także spalone pnie drzew, martwe ssaki, owady, kości mozazaurów, mikroorganizmy morskie, głowonogi morskie i częściowe szczątki Triceratopsa.

Już wtedy podejrzewał, że to nagromadzenie martwych stworzeń w jednym obszarze może być wynikiem uderzenia asteroidy, które zabiło dinozaury.

 

Jak wyglądał ostatni dzień dinozaurów?

 

Wiadomo, że około 66 milionów lat temu na Półwysep Jukatan spadł meteoryt o średnicy około 10-15 kilometrów. Zgodnie z główną hipotezą pył z eksplozji na wiele lat zmniejszał przezroczystość atmosfery, co spowodowało globalne ochłodzenie planety, co doprowadziło do wyginięcia nie tylko dinozaurów, ale także 75% wszystkich gatunków zwierząt.

Odkrycie skamieniałości w formacji Hell Creek pomogło naukowcom zrekonstruować wydarzenia, które miały miejsce bezpośrednio po upadku.

Małe tektyty, powszechnie nazywane deszczem szklanym, o wielkości około 1 milimetra, odkryto również in situ. W obu warstwach znalezionych skamieniałości występuje nadmiar irydu, a tylko w warstwie najniższej występują tektyty. W konsekwencji skamieniałości powstały w wyniku dwóch różnych wydarzeń.

Po pierwsze, w wyniku uderzenia w wodach śródlądowego morza na terytorium współczesnej Dakoty Północnej uniosły się gigantyczne fale. Następnie z nieba zaczął spadać „szklany deszcz” tektytów (kulki gorącej skały o średnicy około 5 milimetrów), które podpaliły większość roślinności na lądzie.

Podnoszące się morze zamieniło się w 10-metrową ścianę wody. Kiedy dotarło do ujścia wpadającej do niego rzeki, niezliczone ryby słodkowodne zostały wyrzucone na brzeg, gdzie przez prawie pół godziny były bombardowane szklanym deszczem.

Drugie wydarzenie obejmowało również kolejną potężną falę, która zalała wybrzeże i zakopała ryby, dinozaury i wszystkie inne gatunki pod tektytami i piaskiem. Małe kulki ze „szklanego deszczu” znaleziono w skrzelach ponad połowy wszystkich ryb. A złoża skamieniałości są pokryte gliną o wysokim stężeniu irydu – metalu, który prawie nigdy nie występuje na Ziemi, ale występuje w dużych ilościach w asteroidach.

 - Kiedy zaproponowaliśmy hipotezę uderzenia, aby wyjaśnić wielkie wyginięcie, była ona oparta tylko na znalezieniu anomalnego stężenia irydu – odcisku palca asteroidy lub komety – powiedział Alvarez. - Od tego czasu stopniowo gromadziły się dowody. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że znajdziemy takie łoże śmierci.

Warto wspomnieć o kilku przybliżonych szacunkach obliczonych przez Waltera Alvareza, profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Odniósł się do prędkości spadających tektytów i zasugerował, że mogły spadać na Ziemię z oszałamiającą prędkością 100-200 mil na godzinę.

Jak byś się czuł, gdyby coś takiego uderzyło cię tysiąc razy w ciągu kilku sekund? Według Alvareza, przy tej prędkości szklany deszcz zabiłby cię, podobnie jak prawdopodobnie w przypadku niezliczonych zwierząt i dinozaurów.

Podzielam to samo zdanie co do osób stojących za odkryciem tego „pola śmierci” – może to być początek nowej ery dla historycznych odkryć dotyczących dinozaurów. Żadne inne miejsce kopalne na świecie nie ma takiej obfitości szczątków z mniej więcej okresu, kiedy nie tylko dinozaury, ale większość gatunków na świecie dobiegła końca.

 

Źródła:

• Ben Guarino, T. (n.d.). Catastrophic New Details From The ‘Day The Dinosaurs Died’ Uncovered in Fossils. Retrieved December 05, 2020, from https://www.sciencealert.com/catastrophic-new-details-from-the-day-the-dinosaurs-died-uncovered-in-fossils

• Mack, E. (2019, September 10). The Day The Dinosaurs Died, Told In Horrifying New Detail. Retrieved December 05, 2020, from https://www.forbes.com/sites/ericmack/2019/09/09/the-day-the-dinosaurs-died-told-in-horrifying-new-detail/?sh=543394286df5

• UCBerkeleyNews. (n.d.). 66-million-year-old deathbed linked to the dinosaur-killing meteor. Retrieved December 05, 2020, from https://eurekalert.org/pub_releases/2019-03/uoc–6md032919.php?fbclid=IwAR1Kh5q-kVbTa1Eeg9IDJhIJho_MJhFuxZD-s7G-kMk5Sd6oOHag7DAs61s

 

Źródło - https://curiosmos.com/the-day-when-glass-rained-upon-the-earth/

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 18 lipca 2021

Niebezpieczne fale upałów

 

Martwe z powodu przegrzania się zwierzęta morskie wyrzucone na kanadyjskie plaże...

To, co dzieje się teraz w Europie zaczyna być naprawdę niebezpieczne. A na drugiej półkuli też dzieją się straszne rzeczy, które dokładnie potwierdzają to, że Efekt Globalnego Ocieplenia stał się twardym faktem, a nie przypuszczeniem lansowanym przez ekologicznych oszołomów.

 

Fala upałów w Kanadzie zabiła ponad miliard organizmów morskich

 

Eksperci twierdzą, że bezprecedensowa fala upałów, która nawiedziła zachodnie wybrzeże Kanady na początku lipca, zabiła ponad miliard organizmów morskich. Według nich jest to sygnał ostrzegawczy na przyszłość, który pokazuje, jak bardzo wrażliwe na ekstremalne temperatury są ekosystemy ze względu na zmiany klimatyczne.

W zachodniej Kanadzie i północno-zachodnich Stanach Zjednoczonych temperatury w miejscowościach wzdłuż wybrzeża wzrosły do ​​czterdziestu stopni Celsjusza, bijąc historyczne rekordy a ze względu na ekstremalne warunki pogoda trwała kilka dni i nie dawała wytchnienia ludziom ani Naturze.

Uważa się, że intensywne i nieubłagane upały zabiły do ​​pięciuset osób w Kolumbii Brytyjskiej i przyczyniły się do setek pożarów lasów, które strażacy gasili na kilka dni. Jednak ekolodzy obawiają się, że ma to również niszczący wpływ na życie morskie.

Christopher Harley, biolog morski z University of British Columbia, obliczył, że niezwykłe ciepło może zabić ponad miliard morskich organizmów. Według niego destrukcyjność fali upałów jest widoczna już podczas spaceru po plaży.

- Kiedy spacerujesz po wybrzeżu, muszle chrzęszczą pod twoimi stopami nie jest normalne. Ale teraz było ich tak wiele wokół, że nie można było uniknąć nadepnięcia na martwe zwierzęta – powiedział „Guardianowi”.

Zapach gnijących małży był praktycznie wszechobecny – gdy przyjrzał się im dokładniej, okazały się w zasadzie „ugotowane”. Temperatura wody wzrosła tak wysoko, że organizmy te, przyzwyczajone do znacznie niższych temperatur, nie były w stanie przetrwać. Ślimaki, rozgwiazdy i małże leżą w płytkiej wodzie.

- To było dla mnie niezwykle silne, głębokie przeżycie – powiedział on.

 

Temperatury w SW Kanadzie i NW stanach USA, gdzie padł kolejny rekord wysokiej temperatury w dniu 29.VI.2021 roku

Obawy o jakość wody

 

Ślimaki morskie są odporne, ale według biologa nie przetrwały tegorocznego szoku termicznego. Ponadto masowa śmierć mięczaków może tymczasowo wpłynąć na jakość wody morskiej, ponieważ te stworzenia pomagają ją filtrować i oczyszczać; dzięki nim morze na tych terenach jest na tyle przejrzyste, że światło słoneczne wnika głęboko i dostarcza energię do lokalnych ekosystemów.

- Może istnieć kilkadziesiąt, a nawet sto gatunków żyjących na metrze kwadratowym – powiedział Harley. Obliczył rozmiar strat na podstawie tego, jak blisko siebie żyły jadalne małże. - Tysiące mogą zmieścić się na powierzchni wielkości pieca. I są setki kilometrów skalistych plaż, które są gościnne dla muszli – opisał.

 

I jeszcze jeden materiał, tym razem z Chile:

 

Podniesiono alarm

 

Klimatolodzy obawiają się, że zostaną oskarżeni o panikę, chociaż wielu z nich jest zaniepokojonych.

- Prawdziwym powodem do niepokoju jest skrajna natura rejestru - mówi weteran Brian Hoskins. To, co modele klimatyczne planują na przyszłość, jest tym, co dostaniemy, jeśli będziemy mieć szczęście. Zachowanie modeli może być zbyt konserwatywne.

Innymi słowy, w niektórych miejscach prawdopodobnie jest nawet gorzej niż przewidywano.

Naukowcy używają modeli komputerowych, aby odgadnąć przyszłe zachowania klimatu Ziemi. Ale zazwyczaj są one ogólnie ustalone w temperaturze globalnej, a nie w sposób dokładny w konkretnych rekordach dla konkretnych miejsc.

Naukowcy teraz starają się przewidzieć niektóre z tych zjawisk pogodowych, które zaskakują polityków.

To nie tylko fale upałów, ale również gwałtowne deszcze wywołujące niszczące powodzie na poziomie lokalnym. Odpływy zostały zbudowane, gdy nikt nie myślał, że naturalny i nieszkodliwy gaz jak CO2 może wywołać spustoszenie.

Narodowa Służba Meteorologiczna Wielkiej Brytanii ma nadzieję, że nowy, genialny mega komputer będzie w stanie zrobić projekcje na znacznie bardziej zdefiniowaną skalę, chociaż niektórzy wykazują sceptycyzm co do ich zdolności do tego.

Tymczasem temperatura wciąż rośnie i zmienia dane naukowe. Co więcej, maksimum w Kanadzie było napędzane wzrostem temperatury globalnej o zaledwie 1,2°C od poziomów poprzedzających erę przemysłową.

Planeta prawdopodobnie zmierza do podwyższenia temperatury o 1,5°C na początku przyszłej dekady, a temperatura wzrośnie do 2°C lub więcej, jeśli polityka nie zmieni się radykalnie.

Jak będzie wyglądać sytuacja z podwyżką o 2°C, która do niedawna była uważana za stosunkowo  „bezpieczny” poziom zmian?

Bryony Katherine Worthington, brytyjska aktywistka środowiskowa i żyjący członek Izby Lordów, powiedział mi:

- Naukowcy już nie są zaniepokojeni, są przerażeni.

 

Bezpieczny budżet węglowy

 

- Martwią się, że nie ma bezpiecznego lądowania. Pracujemy nad ideą bezpiecznego budżetu węglowego (ilość węgla, którą możemy emitować w atmosferze, nie zmieniając klimatu). Ale co jeśli nie ma bezpiecznego budżetu na węgiel? Co jeśli budżet węglowy „bezpieczny” jest zerowy? Nie możemy „osłodzić” możliwych scenariuszy.

Politycy pracują nad tym, aby uniknąć najgorszego scenariusza, ale nawet była premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher, pod koniec lat 80., skomentowała, że przeprowadzenie takiego eksperymentu z budżetami węglowymi na naszej jedynej planecie to byłoby szaleństwo. W 1989 r. ONZ zwróciły uwagę ze swoim ostrzeżeniem, że gazy cieplarniane „zmieniają środowisko naszej planety w sposób szkodliwy i niebezpieczny”.

Thatcher, która była chemikiem, powiedziała:

- Prawdopodobnie zmiana w przyszłości będzie bardziej fundamentalna i bardziej powszechna niż cokolwiek, co znamy do tej pory. Konsekwencje są porównywalne do odkrycia podziału atomu. W rzeczywistości, wyniki mogą być jeszcze większe. Nie ma sensu kłócić się o to, kto jest odpowiedzialny, a kto powinien zapłacić. Możemy rozwiązać problemy tylko poprzez ogromne międzynarodowe wysiłki współpracy.

To było niezwykłe prorocze, a jej słowa były jeszcze bardziej zdumiewające, gdy zostały wypowiedziane przez niesamowitego, światowego przywódcę prawicy, której nie można było wykluczyć, jakby była niezręczną hipiską.

- Gdyby świat zwrócił uwagę na swoje ostrzeżenie, wyobrażasz sobie, gdzie byśmy teraz byli? – powiedziała ona.

Ale stanowisko Thatcher zostało skrytykowane przez „sceptyków klimatycznych”, niektórych z nich finansowanych przez kampanię dezinformacyjną prowadzoną przez firmy produkujące paliwa kopalne. Bogate narody miały obsesję na punkcie wzrostu gospodarczego, zamiast ratować planetę przed hipotetycznym zagrożeniem, a rozwijające się gospodarki wzmocniły swoje „prawo” do zanieczyszczenia powietrza tak jak uczyniły to bogate narody. Bogate kraje oszczędziły pieniądze, które zaoferowali biednym narodom, aby uzyskać czystą technologię. Międzynarodowe negocjacje zakończyły się systematycznie niepowodzeniem w doprowadzeniu do trudnych i radykalnych zmian, które Thatcher uznała za niezbędne. Wreszcie wiele narodów wiodących zaczyna opracowywać politykę redukcji emisji w następnych dziesięcioleciach. Nie tylko „kopuła cieplna” ich martwi. Ostatnio wiele dowiedzieliśmy się o klimatach na Antarktydzie, Himalajach i Arktyce.

 

Średnie roczne ocieplenie na świecie. Polska znajduje się w strefie CEU.

Pierwsze jaskółki

 

Niektórzy naukowcy ostrzegają, że istnieją obszary świata, które staną się niezamieszkalne, jeśli będą kontynuować obecne trendy. Więc co robią nasi przywódcy, abyśmy byli bezpieczni? Przywódcy o tym mówią i z pewnością niektórzy naprawdę zamierzają powstrzymać zmiany klimatyczne. Jednak konsekwencje globalnego ocieplenia już zaczęliśmy je dostrzegać, podczas gdy główne narody planują stopniowo eliminować emisje do 2050. r. Prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden mówi, że emisja CO2 zostanie zmniejszona o połowę w tej dekadzie w porównaniu z poziomami z 2005. roku. Ale Republikanie przeciwstawiają się proponowanym inwestycjom w czystą technologię.

General Motors i inne firmy obiecały, że sprzedadzą tylko pojazdy o zerowej emisji do roku 2035. Ale Biden nie ustalił daty elektryfikacji floty samochodów USA. Ponadto jego wysłannik ds. klimatu John Kerry otrzymał krytykę za podkreślenie, że styl życia Amerykanów nie musi się zmieniać, podczas gdy eksperci twierdzą, że ochrona klimatu wymaga nowej technologii i zmian behawioralnych, takich jak jedzenie mniej mięsa i jeździć mniejszymi samochodami.

Istnieją nawet luki w polityce narodów czołowych takich jak Wielka Brytania, gdzie rząd planuje program budowy dróg w wysokości 27.000 milionów dolarów (około 37.400 milionów dolarów).

I mimo, że korzystanie z kolei upadło podczas pandemii, premier Boris Johnson przeznacza ponad 100.000 milionów dolarów na projekt kolejowy HS2, o którym nikt nie będzie wiedział na pewno, czy będzie neutralny w użyciu węgla, ale do końca stulecia.

Światy technologii i biznesu wykazują pozytywne oznaki. Koszt energii słonecznej i wiatrowej na przykład spada. Ale te nadal zaopatrują jedynie około 14 % całkowitego zapotrzebowania na energię na świecie, według Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA).

Tymczasem pęknięta rura gazowa w Zatoce Meksykańskiej 2 lipca zamieniła ocean w płomienie. A w Londynie fundusz inwestycyjny dla ekologicznych branż nie mógł uzyskać minimalnego finansowania i został odrzucony. W Azji planowana jest budowa 600 nowych elektrowni węglowych, choć pewne jest, że niektórzy inwestorzy wycofują się, gdy w końcu zdają sobie sprawę, że węgiel jest kiepskim wkładem długoterminowym.

W tym kontekście miliarderzy na świecie konkurują z wykorzystaniem dużych ilości energii, aby zabrać turystów w kosmos; to jest rodzaj inicjatywy, która mogłaby poradzić sobie ze zmianami klimatycznymi.

Oto problem: polityka i biznes budzą się w obliczu kryzysu klimatycznego. Ale zmiany na naszej planecie wydają się być szybsze niż odpowiedzi naszego społeczeństwa.

Wygląda na to, że Thatcher miała rację: od dziesięcioleci potrzebowaliśmy dramatycznej akcji.

W ciągu ponad 30 lat zajmując się klimatycznymi tematami, zawsze podjąłem ryzyko perspektywy w swoich historiach, ponieważ Thatcher miała rację mówiąc, że planeta jest tylko jedna. I chcę, żeby Hazel i jej przyszłe wnuki się z tego cieszyły.

 

Źródła:

·        CTV - https://ct24.ceskatelevize.cz/veda/3339354-vlna-veder-v-kanade-zabila-vic-nez-miliardu-morskych-zvirat

·        BBC

Opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 17 lipca 2021

Die Glocke - tajemnicza technologia III Rzeszy. Jako pierwszy opisał ją Polak

 


Bartłomiej Sieja

 

Pod koniec II wojny światowej III Rzesza mogła liczyć już tylko na cud. I Hitler ten cud przepowiadał. Miały nim być projekty znane jako “Wunderwaffe”, a jednym z nich pojazd pionowego startu powietrznego Die Glocke, czyli Dzwon.

    Pod koniec II wojny światowej Adolf Hitler zapowiadał produkcję tajnej broni

    Po wojnie pojawiło się wiele teorii na temat m.in. latających spodków produkowanych w III Rzeszy

    Pod koniec lat 90. polski autor ogłosił, że posiada informacje na temat Die Glocke - napędu antygrawitacyjnego.

Po przytłaczającej serii zwycięstw w pierwszych latach II wojny światowej, III Rzesza zdawała się być głównym rozgrywającym na mapie świata i potęgą dosłownie niepowstrzymywalną. Zakusy Hitlera rosły jednak wraz z kolejnymi sukcesami, co musiało w końcu doprowadzić pasmo zwycięstw do końca. Przegrana pod Stalingradem w 1943 roku i kontrofensywa aliantów z osławionym lądowanie w Normandii w 1944 przyczyniły się do przechylenia szali zwycięstwa i zmusiły III Rzeszę do odwrotu.

 

Ku upadkowi III Rzeszy

 

Hitler do samego końca wierzył jednak w przewagę technologiczną swojego kraju. III Rzesza była domem dla wielu naprawdę wyjątkowych naukowców, których lista dokonań robi ogromne wrażenie. Niemcy nie bali się eksperymentować z nowymi typami pojazdów, wprowadzając na wyposażenie armii pierwsze samoloty odrzutowe, czy też tak zwane “latające skrzydła”. Mając do dyspozycji pierwsze komputery (Z1, Z2 i Z3), obliczenia aerodynamiczne stawały się znacznie prostsze i skomplikowane równania możliwe były do wykonywania “od ręki”.

Paradoksalnie, to właśnie pogoń za coraz to nowszymi technologiami, mogła kosztować Niemców wiele przegranych bitew. Podczas, gdy zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie, stawiali na relatywnie proste konstrukcje i unifikację np. w zakresie wykorzystywanej amunicji, tak wyposażenie III Rzeszy było pod koniec wojny mocno zróżnicowane, nie mówiąc o tym, że naboje z jednego typu karabinu bardzo rzadko pasowały do innego.

Jednoczesne rozpoczynanie prac nad nawet kilkudziesięcioma skomplikowanymi projektami także nie pozostawało bez wpływu na budżet państwa. To, w jakim rozkroku stanęli inżynierowie III Rzeszy pokazuje chociażby projekt bombowca o ujemnym skosie skrzydeł Junkers Ju 287. Pierwszy prototyp został wykonany dosłownie z wykorzystaniem elementów innych samolotów, by jak najbardziej uciąć koszty.

 

Ostatnia nadzieja Hitlera

 

Z drugiej strony postęp technologiczny w dziedzinie militariów był dla Hitlera powodem do dumy i propagandy. Gdy już wszystko wskazywało na to, że zarówno Sowieci od wschodu, jak i Brytyjczycy z Amerykanami od zachodu będą w stanie dojść nawet do Berlina, pozostała jedynie propaganda. Cele były dwa - przekonać własnych obywateli i żołnierzy, że pomoc jest już na wyciągnięcie ręki, jak i odstraszyć nieco wrogów. A to nie było zadanie łatwe - bitwa na łuku kurskim pokazała, że Rosjanie są w stanie zwyciężać przewagą liczebną i mimo znacznie większych strat, wygrywać kolejne bitwy.

O tym, jakie tajne projekty miały się ukrywać pod określeniem Wunderwaffe, zaczęto spekulować w zasadzie od samego zakończenia II wojny światowej. Większość niemieckiej elity naukowców znalazła nowe domy i prace dla dotychczasowych wrogów, ale wiele projektów zostało zapomnianych i najpewniej zniszczonych w obawie przed wpadnięciem w obce ręce.

 

Supertajna broń

 

Od tego czasu pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne lub fantastyczne opowieści o tajnych broniach Hitlera. Od wykorzystania zjawisk paranormalnych (i nawet próbach stworzenia armii nieumarłych) po latające spodki. I właśnie ten ostatni temat wrócił do ogólnoświatowej dyskusji tak historyków, jak i fanów teorii spiskowych za sprawą polskiego pisarza Igora Witkowskiego i jego książek “Supertajne bronie Hitlera” (1998-2001, 8 tomów), czy “Prawda o Wunderwaffe” (2007).

Trzeba mieć jednak na uwadze, że Witkowski porusza w swoich książkach wiele tematów z pogranicza fantastyki i historii, a za przykłady niech posłużą takie tytuły, jak “Wilkołaki Hitlera” (2009), czy “Chrystus i UFO” (2009). Już samo to wskazuje, że fakty historyczne, wykorzystywane przez Witkowskiego, mogą służyć kreowaniu teorii spiskowych.

Polski pisarz twierdzi w swoich książkach, że jeszcze w latach 90. skontaktował się z nim człowiek, który w PRL miał kontakty, bądź pracował w służbach wywiadowczych kraju i poinformował o istnieniu dokumentów, według których III Rzesza opracowała supertajne rodzaje napędów. Jednym z wynalazków, tworzonych w ramach projektu nazwanego Chronos, miał być właśnie Dzwon (niem. “Die Glocke”).

Stworzony przez Witkowskiego opis urządzenia znajduje się w “Supertajnych broniach Hitlera”:

Zasadniczą część dzwonu stanowiły dwa masywne cylindry-bębny o średnicy jednego metra, które w trakcie eksperymentu wirowano w przeciwnych kierunkach z ogromnymi prędkościami. Bębny wykonane były ze srebrzystego metalu i obracały się wokół wspólnej osi. Był nią dość niezwykły rdzeń o średnicy rzędu kilkunastu–dwudziestu centymetrów przymocowany swym dolnym końcem do masywnego postumentu dzwonu. Wykonany był z ciężkiego, twardego metalu. Przed każdą próbą w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości ok. 3 cm. Miał on długość ok. 1–1,5 metra i wypełniony był dziwną metaliczną substancją o złoto-fioletowym odcieniu i zachowującą w temperaturze pokojowej konsystencję lekko ściętej galarety.

Witkowski powiązał te informacje z plotkami na temat budowy antygrawitacyjnych silników, którymi interesował się już wcześniej. Był wręcz przekonany o tym, że Dzwon jest projektem silnika dla pojazdów pokroju Haunebu, czyli latających spodków, jakie miały być rzekomo budowane w tajnych zakładach Gór Sowich.

 

Czym mógł być Dzwon?

 

Temat Die Glocke został podchwycony również za granicą. Brytyjski dziennikarz zajmujący się tematami militarnymi i lotniczymi, Nick Cook, w 2001 roku opisał Dzwon w swojej książce “The Hunt for Zero Point”. Posunął się on nawet o krok dalej od Witkowskiego w swoich rozważaniach na temat możliwego wykorzystania Die Glocke, sugerując, że mógł to być nawet projekt wehikułu czasu. Wskazał on również, że SS-man – generał SS Hans Kammler, miał przekazać Amerykanom informacje o Dzwonie w zamian za wolność.

Zakładając, że projekt Die Glocke rzeczywiście istniał, można się zastanowić nad tym, czym mógł być w rzeczywistości. Jeżeli miał być napędem antygrawitacyjnym, to na pewno nie był projektem udanym i trudno wierzyć w to, że III Rzesza rozwijała go od 1942 roku do końca wojny. Znacznie większe prawdopodobieństwo ma teoria, że Dzwon był projektem powiązanym z energią atomową - mógł być akceleratorem cząstek (cyklotronem), znanym już od lat 30.

 

Dzwon w wizji artysty

Czy Dzwon został wymyślony?

 

Najbardziej prawdopodobna teoria jest jednak taka, że Witkowski historię o “przekazaniu informacji” wymyślił, bądź też na podstawie prawdziwego wydarzenia o kontakcie z osobą mającą informacje o projekcie, obudował własne teorie na temat interesujących go napędów antygrawitacyjnych. Dowody na takie rozwiązanie sprawy zebrał w swoim artykule “Dzwon (die Glocke) – koniec tajemnicy” Bartosz Rdułtowski, również pisarz, a jednocześnie wieloletni czytelnik książek Witkowskiego.

Rdułtowski wskazuje, że większość opisów Dzwonu, jego działania i budowy, jest parafrazą opisów technologii antygrawitacji z poprzednich książek Witkowskiego w tych tematach. Podsumowanie “dochodzenia” wskazuje niemal jednoznacznie, że Die Glocke to w całości wymysł pisarza:

    Na zasadniczy trzon opisu „dzwonu”, który Igor Witkowski zaprezentował w 1998 roku, składały się więc informacje, które już rok wcześniej opisał w swojej książce o UFO i napędzie antygrawitacyjnym! Tylko że wówczas nie dotyczyły one zagadki najtajniejszego projektu III Rzeszy, a jedynie powojennych badań nad antygrawitacją!

Jedynym dowodem, że Die Glocke mogło kiedykolwiek istnieć, jest więc polski autor książek o UFO i wszystkie tropy na ten temat zaczynają się właśnie u niego. Pytanie, czy mu wierzyć pozostawiam już wam. (Onet.pl)

 

Moje 3 grosze

 

Sprawa Dzwonu obśmiewana przez sceptyków i traktowana serio przez entuzjastów, ma swoje drugie dno. Powiem wprost – najprawdopodobniej rację ma Nick Cook, który w Dzwonie widzi wehikuł czasu. Doszedłem bowiem do podobnego wniosku po przestudiowaniu działalności nazistowskich „uczonych” z Ahnenerbe w Azji i Ameryce Południowej oraz krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu.

Mówi się, że poszukiwali oni tam śladów Ariów – przodków „prawdziwych Niemców” i właśnie zapożyczyli wschodnią symbolikę do swych celów – m.in. swastykę, która dla Hindusów jest świętym symbolem szczęścia, ognia i Słońca. Rzecz jest nawet logiczna, jak spojrzymy na nią z tej strony. Ale jako że medal ma dwa końce, to spójrzmy na to z drugiej strony, a mianowicie – czy w Przeszłości nie ma śladów po współczesnych Ariach, którzy dostali się tam z Teraźniejszości III Rzeszy? Idąc śladem takiego myślenia, jeżeli emisariusze Hitlera znaleźli się w Przeszłości na wymienionych terenach, to powinni po sobie pozostawić jakieś ślady: materialne w postaci chronoklazmicznych artefaktów, przekazu kulturowego w postaci mitów, legend, baśni, przekazów ustnych, itd. itp., oraz przekazu genetycznego – którego możemy szukać dopiero dzisiaj, kiedy mamy fizyczne możliwości odczytywania kodu DNA. Naziści mogli jedynie robić pomiary antropometryczne i na ich podstawie ocenić, czy takie wizyty w Przeszłości Ludzkości miały miejsce.

W każdym razie idea, że naziści pracowali nad technikami chronomocji ma sens. W takim kontekście Dzwon mógł być po prostu wehikułem czasu. Czy zadziałał? Trudno powiedzieć, należałoby jeszcze raz zbadać miejsca, w których naziści poszukiwali swych przodków – Ariów. No i oczywiście archiwa Ahnenerbe, w których powinny znajdować się wyniki badań z lat 1935-1945 i wcześniejszych. 

No i sprawa z Kecksburga, PA, z dnia 9.XII.1965 roku. Opisano ją na tym blogu na stronie: https://wszechocean.blogspot.com/2015/06/i-zadrzay-domy.html, więc tam odsyłam zainteresowanych. To, co tam spadło i wpadło w ręce Amerykanów zjawiskowo przypomina właśnie Dzwon – Amerykanie nazwali to bell-jar device – urządzenie dzwon-dzbanek ze względu na kształt. Należy więc przypuszczać, że technologia ta jest obecnie rozpracowywana i unowocześniana – o ile incydent z Kecksburga jest autentykiem…

Incydent z Kecksburga ma to do siebie, że niewiele o nim wiadomo. Polska Wikipedia podaje, co następuje:

9 grudnia 1965 nad prowincją Ontario w Kanadzie oraz północno-wschodnimi stanami USA przeleciał nietypowy bolid, któremu towarzyszyła hukowa kanonada – meteoroid miał rozsiewać w locie rozżarzone metalowe fragmenty które spadając na pola, wywołały w niektórych miejscach pożary traw. Media i eksperci uspokajali ludność twierdząc, że to tylko najprawdopodobniej kosmiczny kamień jednak kilka chwil po obserwacji bolidu, w lesie koło wsi Kecksburg spadł z nieba tajemniczy obiekt. O godzinie 16:45 Bill Bulebush montował w swoim samochodzie CB-radio, kiedy nagle usłyszał dochodzące z góry „skwierczenie”:

Wysiadłem z auta i podszedłem do drogi, gdzie mogłem to obserwować z lepszej perspektywy. To wyglądało tak, jakby ten obiekt nie mógł się zdecydować, co ma zrobić. To coś unosiło się w powietrzu i robiło zwroty, kierując się ku rozpadlinie. Wsiadłem więc w samochód i ruszyłem polną drogą.

Około 18:30 do stacji radiowej w Greensburgu zadzwoniła Frances Kalp mieszkająca na farmie oddalonej około kilometra od Kecksburga, która powiedziała dziennikarzowi stacji Johnowi Murphy’emu że jej dzieci widziały katastrofę „czegoś” w miejscowym lesie. Murphy zawiadomił o tym policję stanową lecz wkrótce po tym jak zjawili się w lesie, dowiedział się od policjantów że „nie mogą niczego znaleźć” i że przekazują sprawę US Army. Wojskowi zjawili się bardzo szybko otaczając las szczelnym kordonem i nie pozwalając nikomu zbliżyć się do miejsca katastrofy. John Murphy wspominał potem, że w międzyczasie podsłuchał relację jednego z policjantów, który mówił o zauważonym między drzewami „pulsującym niebieskim świetle”.

Bill Bulebush znalazł się w grupce miejscowych dobrze znających okoliczne lasy, którym udało się dostać na obszar, gdzie spadł tajemniczy obiekt zanim pojawiło się tam wojsko. Bulebush kierował się szlakiem połamanych przez upadający obiekt drzew, wyczuwając w powietrzu silną woń siarki. Gdy dotarł na miejsce katastrofy zobaczył „to coś co nie miało drzwi, łączeń, niczego. Spoczywało na ziemi, jakby stygło”. Inni którzy widzieli obiekt, twierdzili zgodnie że kształtem przypominał żołądź albo pocisk i nie był zbyt duży – jego wysokość ocenili na około 3 metry. Inni świadkowie sugerowali, że poszycie obiektu emitowało światło albo że był on otoczony przez jakieś „pole siłowe” a w locie wyglądał jak ognista kula. Dwóch świadków którzy widzieli obiekt w lesie w odległości kilkudziesięciu metrów, opowiadało że błyskał na niebiesko „jakby ktoś spawał”. Dwóm strażakom polskiego pochodzenia którzy przeczesywali las, udało się podejść bardzo blisko obiektu: jeden stwierdził że znaki na kadłubie na pewno nie były rosyjskie, a drugi że owe znaki przypominały mu „egipskie hieroglify” i że obiekt wydawał się nienaruszony, a żarzące się poszycie sprawiało wrażenie, jakby dopiero co odlano go z metalu:

Dla mnie wyglądał jak żołądź. Nie miał skrzydeł ani silnika. Nie miał stateczników. Nie miał ogólnie tego, po czym mógłbym rozpoznać znany sobie samolot. Z tyłu miał coś jakby „zderzak”, a na nim właśnie te hieroglify – jakby gwiazdy, kółka, linie i różne takie. Do dzisiaj niczego podobnego nie widziałem. Staliśmy wokół i oglądali ten obiekt, aż z lasu wyszło dwóch ludzi, którzy stanowczo nakazali nam odejść.

 

Grupa świadków, którzy obserwowali wojskowych krzątających się między drzewami, mówiła o ciężarówce, która wywiozła stamtąd okryty plandekami stożkowaty obiekt.

Badanie incydentu w Kecksburgu od początku stanowiło duży problem. Policja i wojsko zaprzeczały, by cokolwiek znaleziono a gazeta „Tribune-Review” z Greensburga, która opisała zdarzenie ze wszystkimi dziwnymi szczegółami, w kolejnym wydaniu opublikowała (prawdopodobnie wymuszone) dementi, stwierdzając, że w lesie upadł meteoryt.

Dziennikarz John Murphy intensywnie badał sprawę z zamiarem przedstawienia wyniku swoich ustaleń w radiowym reportażu „Obiekt w lesie”. Na krótko przed tym Murphy’ego odwiedzili funkcjonariusze służb specjalnych, którzy wymusili na nim zwrot najcenniejszych materiałów. Po wyemitowaniu ocenzurowanej i okrojonej wersji reportażu Murphy stracił zapał do dalszego badania sprawy i niechętnie o niej mówił. Zmarł w 1969 podczas wakacji w okolicach miasta Ventura w Kalifornii, potrącony przez niezidentyfikowanego kierowcę.

Ufolog Stan Gordon dotarł do oficjalnych dokumentów na temat incydentu w Kecksburgu, które były przechowywane przez Siły Powietrzne USA. Wynikało z nich, że zdarzeniem interesowały się różne ośrodki zaczynając od Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) na Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego (KSC) kończąc, musiało więc mieć ono duże znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. Z tych dokumentów wynika że o 2:00 w nocy odwołano poszukiwania, niczego nie znajdując i że forsowane przez wojsko i władze wytłumaczenie mówiło o obserwacji meteoroidu.

 

W 1966 a więc rok po incydencie badacz zjawisk niezwykłych Ivan T. Sanderson, sporządził dokładną analizę obserwacji bolidu, które poprzedzały zdarzenie w Kecksburgu. Doszedł on do wniosku, że jasny obiekt, pozostawiający wyraźną smugę dymu, był widoczny aż przez sześć minut. Poruszał się wolniej niż spadająca gwiazda, ale zbyt szybko jak na samolot i bez wątpienia to on spadł do lasu koło farmy Frances Kalp. Na przestrzeni lat pojawiali się wojskowi oferujący różnego rodzaju przecieki. Jeden z nich twierdził, że widział „metalowy żołądź” w bazie lotniczej we wsi Lockbourne w stanie Ohio a drugi, że w bazie Wright-Patterson niedaleko Dayton również w Ohio.

Ekspert od technologii kosmicznej James Oberg zasugerował, że za incydent w Kecksburgu odpowiedzialne były szczątki radzieckiej sondy kosmicznej Kosmos 96, która wystartowała z zamiarem dotarcia do Wenus, ale nie zdołała opuścić orbity okołoziemskiej w wyniku usterki. Sonda miała kształt stożka, ale była znacznie mniejsza od tego z Pensylwanii. Zgodnie z raportem United States Space Command (USSPACECOM), szczątki radzieckiej sondy spadły w Kanadzie kilkanaście godzin przed incydentem w Kecksburgu. Specjalista NASA Nicholas L. Johnson zajmujący się między innymi kosmicznymi śmieciami wykluczył, by te dwie sprawy cokolwiek łączyło.

Dziennikarka Leslie Kean wygrała z NASA proces o udostępnienie informacji na temat incydentu w Kecksburgu. Poszukiwania dokumentów, nadzorowane przez sąd, zakończono w 2009, a wnioski Kean opisała w specjalnym raporcie w którym nie znalazły się żadne nowe ustalenia. NASA miała obowiązek badać przypadki katastrof zagranicznych statków kosmicznych na terytorium Stanów Zjednoczonych, ale w sprawie incydentu w Kecksburgu agencja miała niewiele do powiedzenia. Według Leslie Kean i innych ufologów w Kecksburgu nie rozbił się radziecki statek kosmiczny ale jakiś tajny pojazd amerykański generujący promieniowanie radioaktywne.

 

Ciekawe, nieprawdaż? A może Niemcom udało się wyrzucić Dzwona na orbitę w 1945 roku, z której spadł dopiero w 1965? Coś takiego w zasadzie było możliwe, bo rakiety nośne już mieli, albo ten Dzwon przemieszczał się nie tyle w przestrzeni, ile w Czasie? Jeżeli wydarzenie w Kecksburgu jest prawdą, to teraz Amerykanie mają tą technologię i dokonują prób przemieszczania się w Czasie – chronomocji. Ciekawe tylko, czy mają ją również Rosjanie???   


Opinie Czytelników

 

To nie takie proste pozbyć się masy, gdyby to było łatwe to już dawno byśmy fruwali jak duchy. Lewitacja nadprzewodnikowa trochę trąca o to, ale wkład energii jest niewspółmierny do efektów, jest ograniczony i w takiej formie nigdy nie znajdzie praktycznego zastosowania do swobodnego żeglowania w przestrzeni. Obawiam się, że nigdy nie osiągniemy takiego stanu, jaki demonstrują zjawiska UFO. Musieliby się z nami podzielić taką wiedzą. Nieraz myślę, że tajemnica tkwi w skojarzeniu materii i antymaterii, a to byłby zupełnie inny świat, zupełnie dla nas niedostępny - teraz i w przyszłości. Może po śmierci wchodzimy w taki obszar? Łatwo sobie wyobrazić co by się działo, gdybyśmy potrafili, albo wygasić kosmiczną falę grawitacyjną, albo wytworzyć taką antyfalę, przecież świat rozleciałby się w jeden wielki chaos. Hitler może coś i kombinował, ale to nie była antygrawitacja jaką chcielibyśmy mieć, a jej osiągi były z pewnością marniejsze od drona. (Avicenna)

Dzięki! Materia i antymateria, to ma sens, ale pod warunkiem, że mielibyśmy technologię przemysłowego otrzymywania antymaterii. A tego jeszcze nie potrafimy. (Platon)

Pisanie o "Dzwonie" na podstawie "Supertajnych broni Hitlera" jest już mocno nieaktualne. Wiele lat później znacznie więcej pisałem o tym np. w książce "Nowa prawda o Wunderwaffe", gdzie są już albo zreprodukowane dokumenty dotyczące tego projektu, albo w bibliografii są odnośniki do dokumentów archiwalnych z nim się wiążących. Poświęciłem na weryfikowanie tej historii kilkanaście lat, jeżdżąc do archiwów na trzech kontynentach (!), a poza tym po wielu programach dokumentalnych włączyło się w poszukiwania także kilku badaczy zagranicznych. W efekcie tego, udało się dotrzeć do różnych materiałów, które całą historię wzbogaciły i ułatwiły zrozumienie o co w niej naprawdę chodziło. Nie jest to już obraz prosty, jak w "Supertajnych broniach Hitlera", ale dla większości czytelników jest mimo wszystko zrozumiały. Są w każdym razie dokumenty (z amerykańskiego archiwum NARA) mówiące wprost, że Niemcy eksperymentalnie podchodzili do grawitacji kwantowej w związku z pracami nad napędem. Jest to ciekawe z wielu powodów. Po pierwsze ukazuje postęp naukowo-techniczny w nieznanym dotychczas świetle. Po drugie pokazuje plany SS na prowadzenie wojny w wymiarze strategicznym, z użyciem broni masowego rażenia (rewolucyjne obiekty latające miały ją przenosić). A po trzecie, ciekawie zazębia się to z podobnymi pracami współczesnymi, bo jeśli np. siły zbrojne USA zgłaszają patenty oparte na tych samych zjawiskach fizycznych, to świadczy jednoznacznie, że można mówić o kontynuacji. Widać, że jest to ten sam kierunek. Najtajniejszy projekt badawczy III Rzeszy zaczyna więc ukazywać swój aspekt przyszłościowy, więc jeszcze o nim usłyszymy. (Igor Witkowski)