wtorek, 20 listopada 2018

Incydent Vela: WBP czy powtórka z Tunguski? (1)




To dziwne wydarzenie zwane Incydentem Vela miało miejsce 39 lat temu, na Oceanie Indyjskim, w pobliżu wyspy Księcia Edwarda i Wysp Crozeta. Mało brakowało, a mógłby to się stać casus belli pomiędzy jądrowymi Supermocarstwami. Pamiętam dość skąpe informacje na ten temat, który został rozwinięty dopiero przez polską propagandę w latach 80-tych, w czasie krytyki programów reaganowskich „wojen gwiezdnych” i na fali wzrastającej obawy przed III Wojną Światową, która zostałaby rozegrana przy użyciu wszelkich BMR, a broni jądrowej w szczególności. Zainteresowanych odsyłam do prac takich autorów, jak prof. dr inż. Zbigniew Schneigert. A oto, co piszą o tym źródła internetowe:

Incydent Vela także znany jako Błysk na Południowym Atlantyku[1] był niezidentyfikowanym, podwójnym błyskiem światła, który został wykryty przez amerykańskiego satelitę Vela Hotel w dniu 22.IX.1979 roku, w okolicy Wyspy Księcia Edwarda nieopodal Antarktyki. Ze względu na jego charakterystykę oraz inne okoliczności mu towarzyszące przypuszczano, że błysk ów był rezultatem niezgłoszonego testu jądrowego przeprowadzonego przez RPA i Izrael. Chociaż nigdy nie ustalono jego pochodzenia, to zaproponowano kilkanaście hipotez, w roku 2016 badacze z Narodowego Archiwum Bezpieczeństwa Uniwersytetu im. George’a Washingtona stwierdzili, że debaty na ten temat skierowały się jednak w stronę testu broni jądrowej. W 2018 roku nowe studium twierdzi, że była to próba broni jądrowej, którą przeprowadził Izrael.

Jako że ten podwójny błysk jest charakterystyczny dla prób z bronią jądrową w atmosferze, tym niemniej zasugerowano, że ów sygnał powstał wskutek uderzenia meteoroidu w obiektywy kamery satelity Vela. Wszystkie poprzednie 41 podwójnych błysków wykrytych przez satelity Vela Hotel miały swe potwierdzenia poprzez wybuchy jądrowe. Pewne informacje na ten temat zostały utajnione (gdzie i dlaczego?)

Satelita obserwacyjny Vela 5B/Vela 10/OPS 6911

Ten „podwójny błysk” został wykryty w dniu 22.IX.1979 roku, o godzinie 00:53 GMT czyli o 03:53 EAT[2] przez amerykańskiego satelitę OPS 6911/Vela 10/Vela 5B, który miał na pokładzie aparaturę służącą do wykrywania wybuchów nuklearnych na zasadzie Traktatu o Częściowym Zakazie Prób Jądrowych. Na dodatek mógł on wykrywać promieniowanie γ, X i neutrony, a poza tym satelita miał także dla mierniki będące w stanie wykrywać podwójne błyski światła związane z wybuchami atomowymi w atmosferze: krótkiego błysku pierwotnego i dłuższego błysku wtórnego. 

Satelita zameldował charakterystyczny podwójny błysk małej atmosferycznej eksplozji nuklearnej o mocy 2-3 kt TNT na Oceanie Indyjskim pomiędzy Wyspami Crozeta (należącymi do Francji) a Wyspą Księcia Edwarda (RPA) na S 47° - E 40°.

Przypuszczalna lokalizacja wydarzenia

Dane uzyskane z innych systemów, takich jak SOSUS[3] i MILS[4], które powstały dzięki USA i NATO w celu wykrywania i śledzenia radzieckich okrętów podwodnych i śledzenia i wykrywania miejsc trafień głowic bojowych, co daje możliwość uzyskania danych na temat możliwości wykrycia eksplozji atomowych w regionie. Dane te nie dostarczyły zadowalających dowodów wybuchu jakiejś głowicy nuklearnej. Samolot zwiadu nuklearnego USAF wykonał 25 lotów nad tym akwenem Oceanu Indyjskiego w dniach 22.IX – 29.X.1979 roku pobierając próbki atmosfery. Studia nad kierunkami wiatrów potwierdzają, że opad promieniotwórczy po eksplozji w południowej części Oceanu Indyjskiego mógł być zawleczony aż do Pd-zach. Australii. 

Meldowano, że niski poziom izotopu 131I* (krótkookresowy produkt reakcji jądrowej)[5] został odkryty u owiec w SW Australii oraz w stanie Victoria i na Tasmanii. Owce w Nowej Zelandii nie wykazywały w ogóle skażenia jodem-131.

Jonosferyczne obserwatorium Arecibo na Puerto Rico, wykryło anomalne fale w jonosferze, rankiem 22.IX.1979 roku, które poruszały się z SE na NW, czego nigdy wcześniej  nie zaobserwowano.

Po opublikowaniu wiadomości i tym wydarzeniu, amerykański Departament Obrony wyjaśnił, że była to albo eksplozja bomby atomowej, albo kombinacja naturalnych zjawisk takich jak: piorun, meteoryt czy odblask od Słońca.

Wstępny szacunek sporządzony przez Narodową Radę Bezpieczeństwa przy pomocy Naval Research Laboratory w październiku 1979 roku głosił, że wywiad amerykański jest przekonany, że to wydarzenie było wybuchem jądrowym o małej mocy, chociaż nie znaleziono żadnych radioaktywnych skażeń i nie ma żadnych danych sejsmicznych i hydroakustycznych. W późniejszym raporcie NSC sprostowano słowo „nieznany” i stwierdzono wprost, że była to robota RPA.

Administracja prezydenta Cartera zażądała od OSTP[6] powtórnego zbadania Incydentu Vela Hotel 6911 przy użyciu wszelkich możliwych środków i ostatecznego potwierdzenia, czy owe tajemnicze błyski były rezultatem wybuchu jądrowego. Wynik był bardzo ważny dla Cartera i jego prezydencji oraz staraniom o reelekcję w 1980 roku, w kwestii atomowej nieproliferacji i rozbrojenia. Trzy miesiące wcześniej podpisano układ SALT II i oczekiwał na ratyfikację przez Senat USA. Izrael i Egipt już podpisały go w Camp David pół roku wcześniej.

Niezależny panel naukowców i inżynierów był upoważniony przez Franka Pressa, który był doradcą ds. naukowych prezydenta Cartera i przewodniczącym OSTP, do przebadania dowodów i określenia prawdopodobieństwa, że ten incydent był eksplozją jądrową. Przewodniczącym tego panelu naukowego był dr Jack Ruina z MIT, a także byłym dyrektorem Departamentu Zaawansowanych Badawczych Projektów Obronnych. Raportując w lecie 1980 roku, panel ten odnotował, że były pewne kluczowe różnice w optycznych sygnaturach bieżących wybuchów jądrowych, szczególnie w intensywności zmierzonej przez dwa detektory tegoż satelity. Odtajniony aktualnie raport zawiera detale pomiarów zrobionych przez satelitę Vela Hotel.

Eksplozja ta została wychwycona jedynie przez czujniki tylko tego jednego satelity z kilku będących na orbicie satelitów Vela, inne tego rodzaju satelity obserwowały inne części Ziemi, albo warunki atmosferyczne uniemożliwiły im obserwację tej eksplozji. Satelity Vela  wychwyciły 41 atmosferycznych testów nuklearnych – odpalonych przez takie kraje jak Francja i Ch.R.L. – każda z nich była potwierdzona przez inne środki, w tym testy radioaktywnego opadu. Brak jakiegokolwiek potwierdzenia jądrowego pochodzenia Incydentu Vela sugeruje także, iż ten sygnał „podwójnego błysku” był fałszywym „sygnałem zoo” nieznanego pochodzenia, prawdopodobnie spowodowanym przez uderzenie mikrometeorytu. Takie „sygnały zoo” często są brane za wybuchy jądrowe i otrzymywano je kilka razy wcześniej. […] Innymi słowy mówiąc, te dwa błyski nie pochodziły od eksplozji nuklearnej.

Victor Gilinsky (były członek Komisji ds. Regulacji Nuklearnej) argumentował, że odkrycia dokonane przez panel naukowy mają polityczną motywację. Jest cały szereg danych wskazujących na to, że to wybuch jądrowy był źródłem „podwójnego sygnału”. To było poruszające się anomalne jonosferyczne zaburzenie, które namierzono w Obserwatorium Radioastronomicznym w Arecibo na Puerto Rico w tym samym czasie, ale parę tysięcy mil dalej na północnej półkuli Ziemi. Pomiary wykonane w Australii Zachodniej przeprowadzone parę miesięcy później wykazały podwyższony poziom skażenia radioaktywnego. Dokładne badania wykonane przez Nowozelandzkie Narodowe Laboratorium Atomowe nie wykazały żadnych nowych skażeń, podobnie jak ufundowane przez Amerykanów Laboratorium Nuklearne. Naukowcy z Los Alamos National Laboratory, którzy pracowali w programie Vela Hotel zapewnili, że detektory satelitów Vela Hotel działały prawidłowo.

Leonard Weiss – w tym czasie dyrektor personalny w Senackiej Podkomisji ds. Proliferacji Energii Atomowej – podniósł także obawy odnośnie odkryć zwołanego ad hoc Panelu argumentując, że został on powołany przez administrację Cartera w odpowiedzi na rosnące wzrost kłopotliwych opinii, że był to izraelski test nuklearny. Specyficzne informacje na temat izraelskiego programu jądrowego nie zostały udostępnione panelowi, którego sprawozdanie dało w rezultacie wiarygodne zaprzeczenie, którego tak poszukiwała administracja.
Jeżeli rzeczywiście była to eksplozja atomowa, to powinna być widziana w kole o promieniu 300 mi/4800 km, które obejmowałoby obszar Oceanu Indyjskiego, Południowego Atlantyku, południowego krańca Afryki i małą część Antarktydy.

A teraz o możliwych sprawcach tego incydentu:

·        Izrael – na krótko przed Incydentem Vela, amerykański wywiad przedłożyły dokument, z którego wynikało, że Izrael najprawdopodobniej posiada swoją własną broń jądrową. Zgodnie z dziennikarką Seymur Hersh, wykryto właśnie trzeci połączony izraelsklo-południowoafrykański test jądrowy na Oceanie Indyjskim i Izraelczycy wysłali tam dwa okręty IDF[7] wraz z „kontyngentem izraelskich wojskowych i ekspertów atomowych” w celu przeprowadzenia testu. Autor Richard Rhodes także konkluduje, że incydent ten był testem jądrowym, przeprowadzonym przy współpracy z RPA i że amerykańska administracja zaciemniła ten fakt w celu uniknięcia komplikacji stosunków z RPA. Tym niemniej Leonard Weiss oferuje dużą liczbę argumentów wskazujących na to, że test był izraelski, i stwierdza że ówczesna administracja USA kontynuuje politykę zaciemniania tej sprawy w celu odciągnięcia uwagi publiczności od faktów, które mogłyby ją przedstawić w złym świetle. W roku 2008 ukazała się książka „Nuclear Express: A Political History of the Bomb and its Proliferation” autorstwa Thomasa C. Reeda i Danny’ego B. Stillmana, którzy także twierdzą, że ów „podwójny błysk” był konsekwencją połączonego izraelsko-południowoafrykańskiego testu jądrowego. Dawid Albright oświadczył w swym artykule o „podwójnym błysku” w „Biulletin of the Atomic Scientists”, że: Gdyby błysk z 1979 roku był spowodowany przez test nuklearny, to większość ekspertów zgodziłaby się, że najprawdopodobniej był to test izraelski.
W roku 2010 doniesiono, że w dniu 27.II.1980 roku, prezydent Jimmy Carter odnotował w swym pamiętniku: Wzrastają podejrzenia wśród naszych uczonych, że to Izraelczycy faktycznie przeprowadzili próbny wybuch atomowy na oceanie, nieopodal południowego końca Afryki.
Leonard Weiss z Centrum Międzynarodowego Bezpieczeństwa i Współpracy przy Uniwersytecie Stanforda pisze: Waga dowodów na to, że Incydent Vela był izraelskim testem nuklearnym, w którym pomogła RPA, jest przytłaczająca.
Reed napisał, że jest przekonany o tym, że Incydent Vela był testem izraelskiej bomby N – neutronowej. Test ten przeszedłby niezauważony gdyby Izraelczycy nie wybrali „okienka” , kiedy – wedle opublikowanych danych – żaden aktywny satelita Vela Hotel nie obserwował tego rejonu świata. I chociaż 10-letni satelita Vela wykrył błysk eksplozji, to oficjalnie był on „na emeryturze”, tym niemniej był w stanie odbierać takie sygnały. Na dodatek Izraelczycy przeprowadzali ten test w czasie tajfunu. Od 1984 roku, zgodnie z zeznaniami Mordechaja Vanunu, Izrael rozpoczął masową produkcję bomb neutronowych.   
·        Południowa Afryka, RPA – w opisywanym czasie RPA miała własny program badań nuklearnych, i który upadł z powodu położenia geograficznego. Tym niemniej, RPA włączyła się do Traktatu o Częściowym Zakazie Prób Jądrowych w 1963 roku, i od czasu zakończenia apartheidu[8] ujawniono tam większość informacji na temat południowoafrykańskiego programu atomowego. Zgodnie z raportami międzynarodowych inspektorów IAEA - Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej ONZ, Południowa Afryka nie mogła skonstruować samodzielnie bomby atomowej do listopada 1979 roku – dwa miesiące po incydencie z „podwójnym błyskiem”. Dalej IAEA donosi, że wszystkie możliwe południowoafrykańskie bomby atomowe były rozliczone. Raport CIA z 21.I.1980 roku sporządzony dla Agencji Kontroli Uzbrojenia i Rozbrojenia konkluduje, że:
- Reasumując, CIA znajduje argumenty, że RPA przeprowadziła test nuklearny 22 września za nieprzekonujące, mimo tego, że jeśli wybuch nuklearny miał miejsce w tym dniu, to Republika Południowej Afryki jest najbardziej prawdopodobną kandydatką do odpowiedzialności.
Rezolucja nr 418 Rady Bezpieczeństwa ONZ z dnia 4.XI.1977 roku, wprowadziła embargo na broń w stosunku do RPA, które obejmowało zakaz podejmowania jakiejkolwiek kooperacji w tym zakresie przez wszystkie kraje świata - w tym także zakaz produkcji i rozwijania broni jądrowych.
Sasha Polakov-Suransky pisze, że w 1979 roku, RPA nie była jeszcze zaawansowana technicznie do przeprowadzenia prób z urządzeniami nuklearnymi:
- W czasie pierwszego tygodnia października, Departament Stanu zorientował się, że RPA prawdopodobnie nie jest sprawcą, i że to Izrael jest bardziej możliwym winowajcą.
·        ZSRR – w 1979 roku, DIA raportowała, że ten test mógł być przeprowadzony przez ZSRR z naruszeniem Traktatu o Częściowym Zakazie Prób Jądrowych z 1963 roku. 20 lat wcześniej, w 1959 roku, ZSRR przeprowadził 3 tajne, podwodne testy nuklearne na Pacyfiku z naruszeniem dwustronnego moratorium z 1958 roku pomiędzy USA a ZSRR (zob. mapka, która tego faktu nie potwierdza), moratorium z 1958 roku było unilateralnie i oficjalnie zniesione przez ZSRR w 1961 roku.

Próby nuklearne od 1945 roku

·        Indie – Indie dokonały pierwszej próby nuklearnej w 1974 roku o kryptonimie Uśmiechnięty Budda. Możliwość, że to Indie dokonały tego testu została wzięta pod uwagę, od kiedy stwierdzono możliwość operowania indyjskiej marynarki na wodach Dalekiego Południa – jednakże odrzucono to jako niepraktyczne i bez sensu (biorąc pod uwagę fakt, że Indie podpisały i ratyfikowały Traktat z 1963 roku i nie ukrywały nigdy swych możliwości wyprodukowania broni atomowej).
·        Pakistan – memorandum połączonych wywiadów sporządzone dla NSC  i zatytułowane „The 22 September 1979 Event” analizował możliwość Pakistanu prowadzenia prac nad broniami nuklearnymi w sekrecie.
·        Francja – od czasu „podwójnego błysku” jeżeli one naprawdę miały miejsce, to wydarzyły się nie tak daleko od francuskich Wysp Kerguelena i jest możliwe, że to Francuzi zdetonowali tam małą bombę N[9] albo małą taktyczną głowicę jądrową.[10]


CDN.



[1] Chodzi o południowy Ocean Indyjski.
[2] Czas miejscowy Wyspy Księcia Edwarda.
[3] Sound Surveillance System – system wykrywania i śledzenia okrętów podwodnych.
[4] Missile Impact Location System – system wykrywania i śledzenia ICBM.
[5] Jego T1/2 = 8,03 doby.
[6] Office of Science and Technology Policy – Biuro Polityki Naukowo-Technicznej.
[7] IDF – Izraelskie Siły Zbrojne. 
[8] Polityka segregacji rasowej uprawiana w RPA do 1994 roku.
[9] Francuzi przeprowadzali próby z głowicami A na Saharze w latach 60-tych i na atolu Moruroa/Mururoa w latach 1966-1996. Prawdopodobnie to tam detonowano także głowice N.
[10] Małe, taktyczne głowice jądrowe o mocy 1-5 kt mogą być wystrzeliwane z dział naziemnych (amerykańskie M 65 Atomic Annie, kaliber 280 mm, zasięg 29 km) (radzieckie 2A3 Kondensator 2P, kaliber 406 mm, zasięg 26,6 km) i okrętowych (USS Iowa, kaliber 406 mm, zasięg 40-42 km).

sobota, 17 listopada 2018

‘Oumuamua może być pozaziemską skrzynką pocztową – mówi ekspert




Sprawa pierwszego ciała niebieskiego spoza Układu Słonecznego nadal wzbudza ogromne emocje i wciąż nie milką dyskusje na jego temat. U nas niemal się o tym nie mówi i nie pisze, co mnie nie dziwi. Polskie społeczeństwo jeszcze nie dorosło do takiej tematyki. A oto materiał z iDNES.tv.cz z dnia 14.XI.2018 roku:


- Mój pogląd jest taki, że chodzi tu o ciało niebieskie naturalnego pochodzenia, ale życzyłbym sobie, żeby tak nie było – powiedział na temat pierwszego „gościa” z innej gwiazdy astronom Petr Scheirich z Instytutu Astronomii Czeskiej Akademii Nauk.

Obiekt nazwany 1I/2017 U1 ‘Oumuamua udało się zaobserwować w październiku ubiegłego roku. Już przy pierwszych pomiarach okazało się, że z taką prędkością i z takiego kierunku nie może się on utrzymać na wokółsłonecznej orbicie, a zatem pochodzi on z innego układu gwiezdnego.

‘Oumuamua w swym ruchu przez nasz Układ Słoneczny zachowywał się całkiem niezwykle. Obiekt po przeleceniu punktu przysłonecznego poruszał się wolniej, niż powinien się poruszać. Różnica pomiędzy wynikami obserwacji a obliczeń był bardzo mały, ale dokładnie zaobserwowana.

Wedle niektórych jest to całkowicie nietypowa kometa. Ale ze względu na to, że mamy o tym ciele niebieskim niewiele informacji (poruszało się ono tak szybko, że znikło teleskopom po kilku tygodniach) być może istnieją inne wyjaśnienia. Np. takie, że chodzi o pozaziemską sondę badawczą z żaglem słonecznym. Na pierwszy rzut oka jest to głupi pomysł, ale niepodważalny:
- Na podstawie tego, co dziś wiemy nie potrafimy tego definitywnie rozstrzygnąć i w przyszłości się to nie zmieni – podsumował sytuację Petr Scheirich.


Co możemy powiedzieć?


- Bez wątpienia obiekt ten nie pochodzi z naszego systemu słonecznego – mówi Petr Scheirich – ale z jak dalekiego, tego nie możemy powiedzieć. Kształt cygara, który przeszedł przez media, jest tylko jedną z możliwych interpretacji i wcale on nie musi mieć takiego kształtu - mówi czeski astronom. Kształt cygara był pierwszą interpretacją obserwacji o zmianach w jasności obiektu. Jednak dalsze monitorowanie pokazało, że zdecydowanie nie jest to jedyny.

- Wiemy także, że widmo jego powierzchni jest takie, jak widmo niektórych ciał niebieskich Układu Słonecznego – opisywał dalej Scheirich stan naszej wiedzy i precyzuje. – W zasadzie jest ono podobne do spektrum asfaltu.

‘Oumuamua jest zatem pokryty cienką warstwą materiału, który w wyniku bombardowania wiatrem słonecznym uzyskał czarną barwę – dokładnie tak, jak niektóre małe obiekty w Układzie Słonecznym. Niestety z tego nie możemy zakładać, że nasz „gość” ma taki skład chemiczny. Kiedy podobny obiekt z Układu Słonecznego zbliża się do Słońca, to uwalnia się z niego widzialny pył i gaz. ‘Oumuamua na wszystkich zdjęciach wygląda jak jedno wyraźnie punktowe ciało – a zatem będzie ono miało trochę inny skład niż znane nam komety.
- W rzeczywistości nie znamy nawet dokładnych rozmiarów obiektu – możemy je jedynie wyliczyć na podstawie ilości wysyłanego przezeń światła odbitego. Jeżeli jest on naturalnego pochodzenia i ma tak ciemną powierzchnię jak obiekty z peryferii Układu Słonecznego, to mógłby on mieć rozmiary rzędu kilku setek metrów – powiedział Petr Schreirich.  – Jeżeli by szło o coś lżejszego, np. obiekt sztuczny, to jego rozmiary mogłyby wynosić kilkadziesiąt metrów.

Niestety nie wiemy też, skąd do nas ten obiekt przyleciał. Potrafimy wskazać część nieba, ale znajduje się w niej kilkadziesiąt gwiazd, z których obiekt ten mógłby pochodzić. Zakłada się, że obiekt ten został „wyrzucony” z otoczenia gwiazdy w czasie, w którym formowały się wokół niej planety.
- Coś podobnego przebiegało także w Układzie Słonecznym. Wielkie planety jak Jowisz „wykopały” mniejsze obiekty z naszego Układu precz – wyjaśnia Petr Scheirich.


Czego tu chcieli?


Zaobserwowana prędkość z jaką ‘Oumuamua leciał w naszym kierunku pozwala sądzić, że trwało to miliony lat. To, owszem, wcale wedle Scheiricha nie oznacza, że nie jest to sonda międzygwiezdna.  
- Zaawansowana cywilizacja już przed milionami lat mogła wiedzieć, że w Układzie Słonecznym znajduje się planeta nadająca się do życia – mówi czeski astronom. Ludzkość ma taką możliwość tylko w ograniczonej mierze, ale przecież my także wciąż będziemy udoskonalać metody detekcji takich planet.

Z drugiej strony, na takie badania jest to ciało zbyt powolne. Gdyby to była sonda, to byłoby wskazane nadać jej większą prędkość.
- Jest to jeden dowód na to, że – jak sądzimy – jest to naturalne ciało niebieskie – mówi Petr Schreirich.

Prędkość ‘Oumuamuy całkowicie odpowiada hipotezie o „wyrzuceniu” z jakiegoś układu planetarnego w czasie jego powstawania, a to dlatego, że w takich przypadkach obiekty uzyskują jedynie małą prędkość, jednakże ta „mała prędkość” jest stale o wiele wyższa od tej, którą miały nasze sondy Voyager 1 i 2, kiedy opuszczały Układ Słoneczny.

Niestety, jest to tylko prawda w kategoriach ogólnych. Niestety, obiekt ten odkryliśmy, kiedy znajdował się blisko Słońca, gdy dzięki „spadaniu” na Słońce uzyskał znaczną prędkość.
- Przeleciał on obok Ziemi ze znaczną prędkością, którą straci odlatując od Słońca, ale i tak nie mamy żadnego sposobu, by go dogonić – powiedział Petr Schreirich.
      
     
I jeszcze doniesienia z polskich mediów:


Jak informuje „The Independent”, naukowcy z NASA przedstawili nowe informacje dotyczące tajemniczego obiektu Oumuamua. Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda twierdzili wcześniej, że może być to statek badawczy wysłany przez obcą cywilizację.

Naukowcy z NASA w listopadzie 2017 roku skierowali Kosmiczny Teleskop Spitzera, który dokonuje obserwacji w podczerwieni na obiekt Oumuamua. Już wtedy uznano go za pierwszy znany obiekt przybywający do Układu Słonecznego z przestrzeni międzygwiezdnej. 

Jak informuje „The Independent”, okazało się że Oumuamua emitował za mało promieniowania podczerwonego, aby Teleskop Spitzera mógł go wykryć. Dzięki temu badacze z NASA mogli określić jego maksymalne wymiary i ustalili, że w zależności od przyjętych założeń, co do składu chemicznego, Oumuamua ma średnicę nie większą niż 440, 140 bądź 100 metrów.

Rozmiary te są zgodne z wynikami badań, które opublikowano na początku bieżącego roku. Sugerują one, że za niewielkie zmiany w prędkości oraz kierunku Oumuamy odpowiada emisja gazów, która nastąpiła pod wpływem promieniowania słonecznego. Wydalony gaz zachowywał się jak ster, który popycha obiekt. Żeby hipoteza ta była prawdziwa, obiekt musiałby być stosunkowo mniejszy niż typowe komety układu słonecznego. 

Obserwacje, które wcześniej przeprowadzono za pomocą wielu naziemnych teleskopów, w tym Teleskop Kosmiczny Hubble`a bazowały na świetle odbitym od powierzchni Oumuamuy. Różnice w jasności obiektu sugerują badaczom, że Oumuamua jest bardzo wydłużony i najprawdopodobniej, w najdłuższym wymiarze, ma około 800 metrów.

Dzięki określonemu limitowi wielkości obiektu naukowcy obliczyli, że Oumuamua odbija około dziesięć razy więcej światła niż typowa kometa w Układzie Słonecznym. Może być to efekt emisji gazów oraz zmian na powierzchni obiektu, jakie zaszły gdy zbliżał się on do Słońca po podróży w przestrzeni międzygwiezdnej. 

- Oumuamua od samego początku był pełen niespodzianek, więc chcieliśmy zobaczyć, co może pokazać Spitzer - powiedział David Trilling, autor nowego badania i profesor astronomii na Uniwersytecie Północnej Arizony. - Fakt, że Oumuamua był zbyt mały, by Spitzer mógł go wykryć, jest w rzeczywistości bardzo wartościowym wynikiem badań - podkreślił. 

Na początku listopada pisaliśmy o tym, że naukowcy z Harvard Smithsonian Center for Astrophysics, w artykule opublikowanym w prestiżowym magazynie „Astrophysical Journal Letters” stwierdzili, że Oumuamua może być „w pełni sprawną sondą wysłaną w kierunku ziemi przez obcą cywilizację.  


Źródła:

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

piątek, 16 listopada 2018

Australijska megafauna


Megalania

Konstantin Fiedotow


Latem 2018 roku w Australii znaleziono jeszcze jeden gatunek jadowitego węża. Serpentolodzy szli na plażę i w kupie kamieni znaleźli parę nieznanych wcześniej węży, które potem nazwano Vermicella parscauda.

Przedrostek „mega” (M, 10^6) oznacza coś tak wielkiego, ni mniej ni więcej tylko milion razy od znanych nam rozmiarów. Jeżeli idzie o faunę Australii, to ludzie rzeczy znajomi mówią, że nic dobrego tam nie ma. Tyle tam jadowitych węży, że spoza nich nie widać kangurów. A tutaj jeszcze przedstawcie sobie – coś „mega”! Musi, co to jest jakiś koszmar…

Szkielet Thylacoleo

Thylacoleo


Tak więc nie trzeba się bać. Australijską megafauną zoolodzy nazywają tych mieszkańców Zielonego Kontynentu, którzy już od dawien dawna nikomu nie zagrażają od co najmniej 40.000 lat. To właśnie o tych zwierzętach wam opowiemy. I zaczniemy od lwa workowatego.

Zabawne, bo w Australii wszystkie miejscowe gatunki ssaków są workowate (torbacze). Także te, które już dawno wymarły. Także lwy. Prawdę rzekłszy, to australijscy Aborygeni jeszcze zastali ich żyjącymi. Tak czy inaczej, wykopaliska świadczą o tym, że w tym czasie, w którym Australia zaczynała się zasiedlać przez ludzi, torbacze tam jeszcze zamieszkiwały i to całkiem nieźle, z komfortem! Znaleziony przez paleontologów szkielet lwa workowatego pozwala na dojście do wniosku, że był to całkiem groźny koleżka, o wadze ponad 150 kg i uzbrojeniem w postaci potężnych pazurów, potężnych kłów i porażającej szybkości. Nie było zwierząt równych jemu w całej Australii i nie było takich, które by mu podskoczyły. Uczeni odkryli przystosowania, które dobrze służyły mu w tym dalekim świecie. Po pierwsze, workowaty lew miał zęby jak u gryzonia, ale o gigantycznych rozmiarach – one pozwalały mu na łatwe przegryzanie łusek ofiar i dobrać się do szyi. Po drugie, ten dziwny lew miał ogon. Ale nie taki z zabawnym chwaścikiem na końcu, jakie mają dzisiejsze lwy, ale potężnie opancerzony i bardzo mocny ogon, na którym drapieżnik mógł się oprzeć w czasie walki (jak kangur), albo wykorzystać go w charakterze broni. Trudno sobie wyobrazić współczesnego lwa, który uderzałby przeciwnika ogonem. Ale ten dziwny australijski lew mógł walić przeciwnika ogonem (jak Ankylosaurus), i tym sposobem wyprawić go na długo na aut. Uczeni stworzyli obraz tego unikalnego zwierzęcia i zachwyceni uzyskanym rezultatem nazwali swe odkrycie Thylacoleo.

Thylacoleo atakuje Diprotodona (rekonstrukcja)

Diprotodon


Z nazwy wynika, że rzecz jest o jakimś dinozaurze. To, że Diprotodon okazuje się być torbaczem, nie trzeba mówić – to jest zrozumiałe, boż jest on z Australii. Mierzył on sobie 2 m w kłębie, całkowita długość mierzyła około 3 m, zaś ważyło to cudo jakieś 2,5 tony, jak porządny jeep. Żywiło się roślinnością. I na dodatek miało palce, doskonale przystosowane do rycia nor. To już jest zupełnie niepojętne: na co jednemu z największych na kontynencie (a wśród torbaczy na całym świecie) zwierzęciu kopać dla siebie norę? I jakich rozmiarów powinna być taka nora? To już nie nora, ale cały podziemny kompleks jaskiniowy!

Kiedy mały Diprotodon zaczynał poznawać świat, to mama mu tłumaczyła, że tutaj, w Australii nie ma się on kogo bać. No, w zasadzie poza Thylacoleo (który jeszcze nie wymarł) i jeszcze Quinkaną – lądowym krokodylem i Megalanią – gigantyczną jaszczurką.

Ale cała ta wiedza nie wyszła Diprotodonowi na dobre. Wymarł on nie przez napadające go krokodyle czy mega-jaszczurki, ale z pewnych – do dziś dnia niewyjaśnionych – przyczyn. Mówi się o zmianach klimatu. A w zamian za Diprotodona na Zielonym Kontynencie pojawił się wombat – dalszy i mniejszy specjalista od robót ziemnych.

Procoptodon

Procoptodon


Zgadnijcie, czyj to przodek! No rzecz jasna – kangura, wszak najsłynniejszy australijski symbol powinien mieć jakiegoś przodka. Tak więc poznajcie Procoptodona: torbacz (to oczywiste), wzrost do 3 m, silne tylne nogi, długi ogon, mocne szczęki jak u amerykańskiego komandosa, i coś podobnego do kopyt na zadnich nogach.

Zwierzę to mogło żywić się gałązkami z najwyższych drzew, gdzie nie dosięgnie tam doskoczy. Mógł swobodnie ze stukiem kopyt uciec od każdego drapieżnika, mógł także dać ogonem w nos każdemu atakującemu amatorowi jego mięsa. Był to bardzo wesoły i szanowany mieszkaniec tego kontynentu. Zapewne dzisiejsze kangury ciepło i miło wspominają swego dalekiego przodka, który także wymarł z nieznanych przyczyn.


Alfred Newton


Alfred Newton był to jeden z angielskich ornitologów, który siedział u siebie w gabinecie i zajmował się dokładnym opisywaniem różnych wymarłych ptaszków. Ich okazy przysyłał mu brat – sir Edward Newton. Kiedy Newtonowi (nie Issacowi, nie Edwardowi a Alfredowi – nie mylić) zaproponowali nazwanie pewnego ptaka na jego cześć, to on wybrał największego – dawną gęś o wzroście co najmniej 2 m i o masie 240 kg. Jak widać, taka gęś do żadnego piekarnika się nie zmieści. Chociażby dlatego, że jak wszyscy bohaterowie tego materiału, ona dawno już wymarła.

Alfred (gęś a nie ornitolog) najszybciej mógł być padlinożercą, chociaż mógł też być drapieżnikiem albo trawożercą – tego nie wie nikt. Miał on skrzydła, mocne nogi i jeszcze mocniejszy dziób.


Meiolania, Megalania i Quinkana


Nie, to nie są rośliny, choć nazwy mają podobne do roślin. Meiolania to gigantyczny żółw. Po prostu mega-żółw, super-żółw o długości do 5 m od czubka pyska do czubka ogona. Sam pancerz mierzy 2,5 m – gotowy kadłub dla małego jachtu, i to jeszcze z zakąską w środku. Inna rzecz, że dostać taki kadłub nie było wcale łatwo. Nasza Meiolania w odróżnieniu od współczesnych żółwi nie chowała głowy, ogona i łap do pancerza w oczekiwaniu aż przeciwnik się znudzi i zrezygnuje albo ją zabije. Meiolania miała w ogonie kolce (jak Stegosaurus, Wuerhosaurus lub Hesperosaurus), na łapach pazury, a na głowie – rogi. Tak więc trudno było jej rzucić wyzwanie. Nie wiadomo, kto by zwyciężył w takim starciu.

O Megalanii właściwie niczego nie wiadomo. Nikt jeszcze nie znalazł jej szkieletu, ale jest założenie, że ona była potężna – o długości do 10 m – największa na naszej planecie jaszczurka, która na dodatek jeszcze była jadowita! Tym niemniej Aborygeni twierdzą, że Megalania jeszcze nie wymarła.

A co się tyczy Quinkanii, to jest to ten sam krokodyl, o którym tutaj wzmiankowałem. Quinkania dorastała do 6 m i miała śmieszne (dla ówczesnych krokodyli) proste tylne nogi. Te właśnie nogi pozwalały Quinkanii na szybkie bieganie na lądzie (dlatego nazwano ją lądowym krokodylem), a jej piłowate zęby były w stanie rozciąć ofiarę na sztuki.

Ptaki Moa i orzeł Haasta

Moa i orzeł Haasta


Moa to ptak zamieszkujący ongi wyspy Nowej Zelandii do czasu przybycia pierwszych ludzi – Maorysów. Moa miał wzrost 3,6 m, żywił się trawą, był nielotem i nie zdążył się przestraszyć człowieka i wszystkich przedstawicieli tego gatunku wymordowały istoty o wyższym rozumie.

Orzeł Haasta – był to jedyny drapieżnik (poza człowiekiem), którego obawiały się ptaki Moa. Orzeł ten także żywił się ptakami Moa, ale robił to nieczęsto i selektywnie. Wyróżniał się on potężnymi pazurami, które były w stanie pogruchotać kości i niezwykłą siłą – przy wadze ciała 10-14 kg, orzeł Haasta mógł podnieść w powietrze ptaka Moa, który ważył nawet ćwierć tony!


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 34/2018, ss. 38-39
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz