Powered By Blogger

piątek, 17 kwietnia 2026

CE z USO na Atlantyku

 


Świadkowie: Kapitan Ardanza i załoga, SS Naviero,

Lokalizacja: 120 mil od przylądka Santa Maria Grande, Brazylia;

Data: 30.VII.1967[1]

Czas: 18:15 BRT

Podsumowanie raportu:

„...Kapitan Ardanza dostrzegł świecący obiekt na morzu, nie dalej niż około 15 metrów od prawej burty. Miał kształt cygara, a jego długość oszacował na około 32-33 metry. Miał silną niebiesko-białą poświatę, nie wydawał żadnego dźwięku i nie pozostawiał śladu na wodzie. Nie było śladu peryskopu, relingu, wieży ani nadbudówki… żadnych powierzchni sterowych ani wystających części… [to] krążyło [wokół statku] przez 15 minut… [szacowana prędkość] do 25 węzłów. [To] nagle zanurkowało i przeszło tuż pod [statek], po czym szybko zniknęło w głębinach z dużą prędkością. Podczas ruchu jasno świecił pod wodą… Wykluczono możliwość, że widziany obiekt był wielorybem lub konwencjonalnym okrętem podwodnym… Przypadek został sklasyfikowany przez argentyńskie władze morskie jako „Niezidentyfikowany Obiekt Podwodny”.

 

„Phenomenes Spatiaux” nr 15 (marzec 1968), s. 30

W barcelońskim wydaniu „Vanguardia” z 1 października 1967 roku ukazała się informacja przesłana nam przez pana Joana Crexellsa, któremu dziękujemy. Oto tłumaczenie:

„Spodek morski”. Do komentarzy i domysłów na temat rzeczywistego istnienia latających spodków dodano teraz poważne i wiarygodne świadectwo Juliana Ardanzy, kapitana argentyńskiego (sic) statku handlowego „Naviero”. Po przybyciu do Buenos Aires w pełni potwierdził on to, co powiedział już w swoim komunikacie radiowym wysłanym z morza: „Na wysokości Brazylii zaskoczył go dziwny obiekt, który emitował silną niebieskawą poświatę i płynął równolegle do jego statku przez 18 minut. W pewnym momencie obiekt zanurkował i wpłynął pod statek, by wynurzyć się po drugiej stronie. Miał kształt cygara. Przypominał okręt podwodny, ale bez wieży dowodzenia ani żadnej wystającej części na powierzchni. Zaobserwował go również pierwszy oficer Julio Montoya i kilku marynarzy, co wywołało alarm. Do spotkania doszło na wysokości Zatoki Santa Catarina[2], naprzeciwko brazylijskiego wybrzeża. Kapitan zaprzeczył, że to okręt podwodny. A tym bardziej wieloryb. Z prędkością 25 węzłów obiekt oddalił się, pozostawiając za sobą intensywne światło. „Po przybyciu kapitan Ardanza został oblężony przez dziennikarzy, a jego zeznania wzbogaciły i tak już bogatą kronikę podobnych wydarzeń, które miały miejsce w Argentynie w ostatnich dniach”.

Komentarz:

Co najciekawsze – podobny obiekt zaobserwowano w czasie katastrofy MF Estonia na Bałtyku w nocy 27/28.IX.1994. Wedle oświadczenia naocznego świadka – obiekt taki zderzył się z promem wybijając dziurę w kadłubie, co stało się faktyczną przyczyną jego zatonięcia. I co najciekawsze – obiekt ten był całkiem biały i wydawało się, że świecił delikatną poświatą. Oczywiście, jak zwykle w takich wypadkach, nikt temu Szwedowi nie dał wiary póki nie dokonano oględzin wraku, podczas których ujawniono dziurę w sterburcie o rozmiarach 3 x 5 m. No i oczywiście wszystko utknęło w martwym punkcie – jak zwykle…

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz



[1] Znajduje się również pod 07-20-1967 – CF-

[2] S 27°33′06″ - W 048°28′44″

czwartek, 16 kwietnia 2026

CE4X w Pd. Australii

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Clifton Bore, Australia Południowa

Data: styczeń 1974

Godzina: popołudnie

Opis incydentu:

Ben, 38-letni mężczyzna, poszukiwał skamieniałości na odległej pustyni Sturts Stony Desert z towarzyszką. Ben poprosił kobietę, żeby została w pobliżu samochodu, ponieważ nie znała okolicy, podczas gdy on szukał dalej. Gdy był około 2 kilometrów od samochodu, nagle podeszły do ​​niego dwie istoty, które miały zaledwie około metra wzrostu. Pod wieloma względami wyglądały jak ludzie miały krótkie włosy, ale wydłużone z tyłu głowy. Długość ich ramion wydawała się znacznie krótsza niż zwykle. Ich twarze były normalne, ale mówili szybko i niezrozumiale. Mieli na sobie srebrne skafandry. Skinęli mu, żeby poszedł za nimi i dotarli do srebrnego pojazdu w kształcie „bułki do hot dogów”, o długości około ośmiu metrów i wysokości dwóch metrów. Ben nie mógł pojąć, jak mógł wcześniej nie widzieć tego obiektu. Istoty skinęły na niego, żeby wszedł, a on pochylił się, aby to zrobić. Choć z zewnątrz mały, wnętrze statku było ogromne. Najwyraźniej przestrzeń wewnątrz obiektu nic nie znaczyła. Wewnątrz znajdowało się wiele innych podobnych istot, najwyraźniej płci żeńskiej. Benowi zaproponowano napój. Przestraszony odmową, wypił go i zemdlał. Kiedy odzyskał przytomność, leżał na podłodze statku. Te dwie istoty wciąż mu towarzyszyły. Poczuł się odrzucony z jakiegoś powodu i zignorowany. To, co zobaczył, bardzo go zaniepokoiło. Dwie dziewczynki o białym kolorze skóry, wyglądające na ludzi, ubrane normalnie, w wieku około dziewięciu i dwunastu lat, znajdowały się w czymś w rodzaju klatki. Wyglądały, jakby były w transie. Po chwili ponownie pojawiły się otwarte drzwi i Ben wyszedł. Znów znalazł się na pustyni i po prostu odszedł. Wracając do samochodu z towarzyszką, odkrył, że minęło półtorej godziny. To dziwne doświadczenie bardzo go zaniepokoiło.

Dodatek HC nr 2027

Źródło: Bill Chalker, „The Oz Files”

Typ: G

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

środa, 15 kwietnia 2026

Sitno: Strategiczny skarbiec Templariuszy?

 


Franciszek Kovár

 

Sitno: Strategiczny skarb Templariuszy? Kiedy legenda staje się protokołem bezpieczeństwa.

 

Więcej niż tylko reputacja?

 

Oficjalna historia o nich milczy, ale góry środkowej Słowacji opowiadają inną historię. Czy wspaniałe Sitno naprawdę może być sekretnym centrum zakonu Templariuszy? Akceptując teorię, że każda legenda ma swój racjonalny rdzeń, dochodzimy do fascynującego wniosku: opowieści o Śpiących Rycerzach i Skarbach to nie tylko bajki dla dzieci, ale wyrafinowane informacje.

 

Śladami Miloša Jesenskégo

 

Rozważając obecność „Ubogich Rycerzy Chrystusa” na naszym terenie opieram się na twórczości znanego badacza Miloša Jesenskégo. W swoich dziełach argumentuje, że brak wzmianek pisemnych nie jest dowodem na nieistnienie porządku, lecz na skutek ich konsekwentnego ukrywania. Po przymusowym zniesieniu zakonu w 1312 r. ich utwory zostały po prostu „przykryte” lub przepisane pod nazwiskami innych zamówień, zazwyczaj Joannitów.

 

Legenda jako średniowieczny „Firewall”

 

Dlaczego elitarni rycerze chcieliby potrzebować legend? Templariusze byli mistrzami strategii i psychologii. Czy wiedzieli, że najlepszy mur to ten w ludzkim umyśle. Stworzenie aury „przeklętego” miejsca pełnego diabłów, demonów i bram piekielnych sprawdziło się jako idealna bariera. W średniowieczu strach przed wieczną zagładą był namacalną rzeczywistością. Gdyby na zamku doszło do niewyjaśnionych zjawisk - np. nocnych przewozów ładunków czy nieznanych rytuałów - oznaczenie miejsca "piekielne" stworzyło strefę psychologiczną niczym pole minowe.  Strach w sercach ciekawskich był skuteczniejszy niż jakikolwiek kamienny mur.

 

„Śpiąca armia” - metafora ukrycia

 

Najsłynniejsza legenda o wojsku śpiącym w wnętrznościach Sitna nabiera w tym kontekście logicznego wymiaru. To nie musi być magia, ale zdeformowane wspomnienie tajnej obecności wojskowej. Jeśli w Sitnie przetrwała grupa rycerzy (chyba nielegalnie po 1312), ich okazjonalne wyjścia w białych szatach z czerwonym krzyżem, ludzie uznali to za objawienia i duchy.

 

Skarbiec w środku kopalni

 

Obecność Templariuszy w Sitnie ma głęboki sens ekonomiczny. Jako bankierzy średniowiecza potrzebowali nadzoru nad źródłem bogactwa - drogich metali (złota i srebra) z pobliskiej Banskiej Štiavnicy i Kremnicy.

* Względy strategiczne: Śmieci mogły służyć jako bezpieczne miejsce do przechowywania cennych przedmiotów poza zasięgiem królewskich urzędników.

* Węzeł logistyczny: Ze szczytu zamku był doskonały przegląd ruchu na drogach w kierunku miejscowości górniczych.

 

Co mówi dzisiejsza nauka?

 

Podczas gdy legendy mówią o bramach do podziemi, współczesna geologia w Sitnie ujawnia sieć szczelin i naturalnych jaskiń. Te przestrzenie można łatwo zmodyfikować na magazyny lub kryjówki. To, co średniowieczny człowiek postrzegał jako oddech diabła, to być może tylko naturalne oddechy góry, które Templariusze sprytnie wykorzystali na swoje potrzeby.

 

Historie napisane przez zwycięzców, legendy przez ocalałych

 

To, że na Sitnie nie mamy oficjalnych pism o Templariuszach, jest logiczne - zwycięzcy je namierzyli i zniszczyli lub przejęli. Ale prawda często pozostaje zakodowana w ludowej narracji. Sitno pozostaje jednym z najgorętszych kandydatów do miejsca, w którym pisano się kiedyś tajna historia Słowacji.

 


Komentarz

 

W marcu 2013 roku brałem udział w konferencji na temat bytności i działalności Templariuszy na Słowacji w Bytčy. To właśnie wtedy przyszło mi na myśl, że właśnie na Słowacji mogli Rycerze Świątyni ukryć swe najcenniejsze skarby – w tym Świętego Graala, Arkę Przymierza i inne. Słowacja w XIV wieku była mało znaną, górską krainą i żeby znaleźć tam coś – praktycznie niepodobna. I rzeczywiście – Sitno i otaczające go legendy idealnie wpisują się w narysowany powyżej schemat. W podziemiach Sitna faktycznie mogą znajdować się wyżej wymienione artefakty.

To jest bardzo możliwe.

I jeszcze jedno – Śpiący Rycerze. Ta legenda u nas jest wciąż żywa na obszarze Tatr – w Giewoncie i Beskidów – w Czantorii, a także Czech – Góra Blanik. Być może rzecz dotyczy jednego źródła – Gór Szczawnickich i innych gór w których stacjonowali Ubodzy Rycerze Świątyni.     

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz


wtorek, 14 kwietnia 2026

CE3 w Estonii

 


Bruce F. Oliver

 

Miejsce: dystrykt Viljandi, Estonia.

Opis incydentu:

    W kwietniu 1977 roku estońscy ufolodzy Tunne Kelam i Jüri Lina dotarli do kobiety, która twierdziła, że w dzieciństwie doświadczyła epizodu polegającego na lądowaniu niezidentyfikowanego obiektu latającego i obecności humanoidalnych postaci.

    Z obawy przed ujawnieniem i dla zachowania prywatności zdecydowała się nie ujawniać swojej tożsamości.

    Powiedziała, że kiedy mieszkała we wsi Liiduvöre i miała sześć lat, latem 1950 roku, była przed domem rodzinnym, kiedy zauważyła przedmiot rozciągnięty na polu koniczyny otoczonym lasem. Wkrótce poczuł nagły impuls, aby podejść bliżej.

    Po zbliżeniu się zauważyła cztery humanoidalne postacie w pobliżu miejsca. Były nieco wyższe od niej i nosiły jasnozielone ubrania. Ich twarze były odsłonięte i wykazały nietypową czerwonawą kolorystykę, natomiast coś podobnego do kapturów nadało im owalny kształt. Ich ruchy były powolne i niezdarne

    Obiekt miał około sześciu metrów długości. Jego kończyny były srebrne, a środkowa część ciemna, oznaczona otworem jak drzwi. Nie było skrzydeł ani kół. W pewnym momencie jedna z figurek kopnęła w bok obiektu, jakby testowała jego strukturę.

    Próbowała z nimi porozmawiać, ale odpowiedzi przyszły mylące i niezrozumiałe. Zadając pytania i wskazując na przedmiot, zauważyła oczy figurek wbite w nią, bez wyrazu. Scena wywołała u niej nagły i intensywny strach.

    Gnana strachem, pobiegła z powrotem do domu. Przed wejściem spojrzała wstecz i zobaczyła, jak obiekt wznosi się powoli, cicho, aż znika w niebie. Wciąż wstrząśnięta, powiedziała babci, co zobaczyła, a potem mamie, ale nikt jej nie uwierzył.

Tekst, badania i obraz autorstwa: Enigmas Fantásticos © 2026 — Bruce F. Oliver

 Źródło: Raport zbadany przez ufologów Tunne Kelam i Jüri Lina, opublikowany w Flying Sacer Review (FSR), vol. 24, #1, 1978.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

niedziela, 12 kwietnia 2026

Pętla Tribečka: Kiedy jasny letni dzień wciąga Cię w nieznane


František Kovar

 

Góry Tribeč są dla wielu synonimem tajemnic. Wybraliśmy jednak wędrówkę ze zdrowym sceptycyzmem. Naszym celem była trasa ze Skýcova do Ješkowej Ves. To był jeden z tych pięknych, zwykłych letnich dni, kiedy niebo bez jednej chmury, a słońce przyjemnie grzeje w koronach drzew. Nic nie wskazywało na to, że ta wycieczka powinna być z drogi.

 

Komfort zastąpiony dzwonieniem w głowie

 

Przez pierwsze dwie godziny cieszyliśmy się klasyczną letnią wędrówką. W lesie pachniało igłami, światło padało na chodnik i szybko szliśmy do przodu. Jednak komfort stopił się w jednej chwili. Nagle wszyscy zaczęliśmy czuć się słabi, ale bardzo nieprzyjemnie gwizdać w uszach. To nie był dźwięk z otoczenia, a raczej dziwny ciśnienie, który od razu wyprowadził nas z równowagi.

W tym momencie przeżyliśmy kolejny szok. Wyjęliśmy telefony, żeby sprawdzić lokalizację, ale nawigacja kompletnie oszalała. Pokazywała absurdalne współrzędne, a strzałka na mapie skoczyła chaotycznie, jakbyśmy w sekundę przesuwali się setki metrów dalej. Pomimo tego, że jeszcze było słonecznie i jasno, opanowało nas intensywne uczucie dezorientacji i niepokoju. Las, który jakiś czas temu był przyjazny, nagle stał się dziwny i zagmatwany.

 

Spotkanie z rzeczywistością na skraju lasu

 

Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy ani w jakim kierunku iść. Postanowiliśmy zrobić jedyną logiczną rzecz - zejść ze wzgórza w nadziei, że trafimy na jakąś ścieżkę. Kiedy wreszcie wyszliśmy z gęstego zarośla na łące zobaczyliśmy starszego mężczyznę, który piłuje drewno. To spojrzenie dało nam ogromny spokój. Podeszliśmy do niego i trochę zaskoczeni zapytaliśmy: „Proszę p[owiedzieć, gdzie jesteśmy? Zgubiliśmy się, jak trzeba iść do Ješkowej Vsi.” Facet wyłączył piłę, spojrzał na nas i całkowicie spokojnym głosem odpowiedział: „Gdzieś ty był? Jesteś w Skýcovie”.

 


Tajemnica, która pozostaje w lesie

 

Mieliśmy poczucie jakbyśmy zostali pokonani. Szliśmy dwie godziny z rzędu, zgodnie z wskazówkami i naszymi szacunkami, w kierunku dalej, ale góry po prostu zawróciły nas w ten jasny letni upał i wróciły do miejsca, w którym zaczęliśmy wycieczkę. Nie wiemy, czy była to anomalia magnetyczna, która pomyliła nie tylko nasze urządzenia, ale i zmysły. Ale od tamtego dnia legend Tribeč już nie traktujemy lekko.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz