poniedziałek, 24 czerwca 2019

Lodowy „Octavius”




Igor Nikitin


Oczywiście większość ludzi słuchając wystąpień uczonych dotyczących Efektu Globalnego Ocieplenia (EGO) i, niemal jednocześnie, nowej Epoki Lodowej doświadcza pewnego rodzaju rozdwojenia rzeczywistości. I w rzeczy samej: jak może być jednocześnie ocieplenie i ochłodzenie? Okazuje się, że jedno wynika z drugiego i są na to historyczne dowody.


„Pojutrze”


W 1956 roku, geofizycy Maurice Young i William Dunn postawili hipotezę, zgodnie z którą zlodowacenie (Epoka Lodowa) następuje zawsze po okresie EGO. Topnienie lodowych czap polarnych (w czasie EGO) doprowadza do właściwie niemożliwej do przewidzenia zmiany klimatu  - w tym do skoków temperatury do niemożliwych wartości. Taki właśnie skok temperatury pokazano właśnie w filmie „The Day After Tomorrow” z 2004 roku, kiedy to z powodu zatrzymania się Wielkiego Oceanicznego Konwejera (przemieszczającego wody i masy powietrzne wokół planety) temperatura powietrza w pewnych punktach Ziemi spadła do -100ºC, co spowodowało w tych miejscach śmierć wszystkiego co żyje.


Spotkanie z Octaviusem i wnętrze kubryku według relacji załogantów z Geralda


To już nie film


Jednakże są to tylko hipotezy i hollywoodzki film fabularny. A czy może się zdarzyć, że temperatura spadnie tak szybko iż ludzie nie będą w stanie zrobić czegokolwiek by się ratować? Jakby nie było, istnieje jedna historyczna relacja o podobnym wydarzeniu. To jest historia statku Octavius

W sierpniu 1775 roku, wielorybniczy statek Gerald płynął wzdłuż brzegów Grenlandii. Naraz od pobliskiej góry lodowej odpadła ogromna kra lodowa z wmarzniętym w nią drewnianym statkiem, na burcie którego można było odczytać jego nazwę – Octavius

Wszedłszy na pokład statku-widma, wielorybnicy odkryli, że jest on literalnie wypełniony trupami. Cała załoga – od kapitana do jungi[1] - była na miejscu, ale ci ludzie – sadząc ze wszystkiego – zmarli od momentalnie następującego zimna. Kilku marynarzy „spało” na kojach, kapitan siedział na swym fotelu, sternik stał wczepiony w koło sterowe. Ale najbardziej zagadkową kompozycję stworzyło ciało jednego z marynarzy: on klęczał na kolanach z krzesiwem w ręku, a przed nim na pokładzie leżała garść strużyn. Sądząc z tego wszystkiego – chciał on rozniecić ogień, ale już nie zdążył nawet skrzesać iskry…


Zamiast do Chin – na północ


Z przerażeniem obejrzeli oni statek-widmo, udali się oni w dalszą drogę, nie zapominając zabrać ze sobą dziennik okrętowy Octaviusa, a właściwie to, co z niego zostało. Z zapisów stało się jasne, że 10.IX.1761 roku, Octavius wyszedł z Liverpoolu i płynął do Chin. Dalsze zapisy się nie zachowały, ale z ostatnich można było wywnioskować, że statek jakimś sposobem wpadł w lodową pułapkę – obszar ostrego spadku temperatury. Na tym nieliczne zapisy z dziennika okrętowego się urwały. A samego Octaviusa od momentu jego spotkania z wielorybnikiem już nikt więcej nie widział…


Źródło – „Tajny i zagadki”, bn/2019, s.3
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Chłopiec okrętowy.

sobota, 22 czerwca 2019

Smoleńsk – jeszcze jedna hipoteza




Janusz Młynarski



Kiedy pisaliśmy nasze opracowanie na temat tajemniczych katastrof lotniczych, to zwróciliśmy uwagę na pewne dziwne zjawiska zaobserwowane w 2010 roku, a które – jak się wydaje – mogłyby mieć związek z katastrofą prezydenckiego Tupolewa. A dokładniej chodzi o błędne wskazania GPS. I okazuje się, że nie tylko my... A zatem:


Teoria alternatywna, czyli, jak Amerykanie zabili Lecha Kaczyńskiego


Jeśli niektórzy - nie mając ku temu najmniejszych podstaw - mają prawo, z pełnym przekonaniem twierdzić, że Lech Kaczyński zginął w zamachu sprokurowanym przez Putina, to ja mam prawo twierdzić, że stoją za tym Amerykanie. W każdym razie moja teoria nie jest bardziej kretyńska od macierewiczowej, a rzekłbym nawet, że mniej.

Przez cztery lata dzielące nas od katastrofy smoleńskiej rzadko i niechętnie zabierałem głos na temat katastrofy smoleńskiej. Budziło w mnie niesmak, to, co Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz oraz wyznawcy „religii smoleńskiej” z nią wyprawiają. Drażniła mnie zaciekłość i zapiekłość „smoleńczyków”, obrzucanie tych, co myślą inaczej obelgami. Przez te cztery lata byłem prawie pewien, że katastrofa była skutkiem całego ciągu zaniedbań, bałaganiarstwa, chorych ambicyjek i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Wersja, iż, to robota Rosji, kompletnie do mnie nie przemawiała i tak jest nadal, ale – jak zaznaczyłem – byłem „prawie pewien”, bo od czasu, do czasu nachodziły mnie różne myśli. Najpierw mgliste (nie mające nic wspólnego ze „sztuczną mgłą smoleńską) - jednak z czasem coraz wyraźniejsze. I nie biegły one w kierunku wschodnim, lecz zachodnim Mijały Europę, a później długo krążyły nad Ameryką.


Prezydent i prezes stają okoniem


Jest rok 2008, PiS już nie rządzi, ale prezydentem RP jest nadal Lech Kaczyński, choć jest on wiernym sojusznikiem USA, we wszystkim co dotyczy współpracy wojskowej, to jednocześnie staje okoniem, kiedy Amerykanie żądają dalszej liberalizacji polskiej gospodarki. Ta liberalizacja ma pomóc międzynarodowej finansjerze w dorwaniu się do istniejących jeszcze polskich banków, fabryk, kopalni oraz pomóc w sprywatyzowaniu polskiej służby zdrowia.

Pamiętajmy - Lech Kaczyński aż 18 razy wetował w Sejmie ustawy dające globalistom wolną rękę w ogałacaniu Polski z resztek majątku narodowego. Ostatnie jego weto dotyczyło reformy emerytalnej wiodącej wprost do prywatyzacji ubezpieczeń społecznych. Dodatkowym argumentem przemawiającym za amerykańskim sprawstwem zamachu jest obecność na pokładzie Sławomira Skrzypka – prezesa NBP.

Przypomnijmy pewne fakty. Na początku roku 2010 pomiędzy NBP i rządem zaistniał się spór w związku z zamiarem odnowienia przez rząd elastycznej linii kredytowej, ale Skrzypek nie zgadzał się na to, nie chcąc, by Polska zadłużała się w najbardziej złodziejskim banku na świecie. Kto rządzi w MFW? Wiadomo.

Po śmierci Sławomira Skrzypka, jego miejsce zajął Marek Belka, który zaraz po zaprzysiężeniu złożył wniosek do MFW o dostęp do kredytu. Idźmy dalej. Co jeszcze zyskiwały USA na śmierci prezydenta Kaczyńskiego? O, bardzo wiele. Sprawiły np. to, że w dającej się przewidzieć przyszłości, żadna siła polityczna nie odważy się polepszać stosunków z Rosją, by nie narazić się na potępienie. Antyrosyjskie resentymenty łatwo w Polsce rozbudzić i łatwo je eskalować i tak się dzieje. Nie trzeba chyba dodawać, że takie działania są na rękę Amerykanom, a po części i UE. Widzą bowiem, jak łatwo Polakami manipulować, jak ich rozgrywać i przeciwko sobie i innym. Dlatego, to nas, a nie Węgrów, Czechów, czy Słowaków napuszcza się na Rosję, na Białoruś. W ten sposób Ameryce, przy wsparciu naszych polityków udało się w Polsce uzyskać przychylny klimat do umieszczenia np. tarczy antyrakietowej. Mało kto myśli o tym, że owa tarcza jest dla Polski większym zagrożeniem niż jej brak, podobnie jak obecność obcych wojsk na terenie Polski. Dodatkową korzyścią dla „naszych amerykańskich przyjaciół” jest możliwość pozbywania się wszelkiego militarnego złomu i na dodatek za dobre pieniądze.

Sądzę, że Lech Kaczyński naiwnie myślał, że mącąc w Gruzji i na Ukrainie (wspierając banderowca i amerykańskiego agenta Juszczenkę), a kąsając Rosję, ugra coś dla Polski, ale się przeliczył, co należy zapisać po stronie błędów.


Co Rosjanie znaleźli w Gruzji?


Kolejne pytanie: Jeśli, zamachu dokonali Rosjanie, to dlaczego nie odpalili tej „bomby” na wysokości np. 10 tys. metrów, lecz nad lotniskiem? Debile? Nie, ponieważ, to nie byli Rosjanie, ale wszystko urządzono tak, by wskazywało na nich. Rosjanie odpaliliby zdalnie ładunek w powietrzu, jeszcze nad Polską – nie byłoby ciał, nie byłoby wraku. Nie zrobili tego, ponieważ nie mieli żadnego powodu, by dybać na życie Lecha Kaczyńskiego.

A teraz cofnijmy się kilka lat wstecz. Rok 2008. Trwa agresja Gruzji na Osetię Południową, na jednym z odcinków granicy dochodzi do starcia pomiędzy oddziałami gruzińskimi, a rosyjskimi. Tym drugim sztab podaje gdzie jest najlepsze miejsce do zajęcia pozycji. Żołnierze korzystają z cywilnego GPS, który przez chwilę „wariuje”, ale po chwili znów działa i doprowadza ich do miejsca, w którym dostają się pod silny ostrzał ze strony gruzińskiej. Wycofują się. W obozie zdają raport dowództwu z całego zdarzenia, żołnierze mają pretensje, że wysłano ich prosto pod ogień wroga, dowództwo nie daje wiary opowieści o GPS, bo wydając rozkaz zajęcia pozycji wskazali miejsce najlepsze z możliwych opierając się na obrazie z satelity.

Żołnierze zostają ukarani za niewykonanie rozkazu. Mija kilka dni i podobny przypadek spotkał rosyjskich artylerzystów – ogólnodostępny sygnał GPS został przekierowany – współrzędne zostały przesunięte o 300 metrów. Gdy Rosjanie wkroczyli do Gruzji w ich ręce trafił gruziński hummer. Po dokładnym przeszukaniu samochodu znaleziono w nim dyski twarde i kopią zapasową oprogramowania do zarządzania GPS oraz notatki. Sprzęt pochodził z USA, a obsługiwali go żołnierze amerykańcy, co wynikało z zapisów w notatkach. Dzięki temu Rosjanie dowiedzieli się, że Amerykanie dysponują sprzętem, który potrafi fałszować wskazania GPS i przekierowywać system nawigacji satelitarnej.


Co pomyślał Putin 10 kwietnia 2010?


Katastrofa była szokiem nie tylko dla Polaków. Dla Władymira Putina również, choć może z tą różnicą, że raczej nie żałował ofiar. Zapewne pierwszą jego myślą było: „kto?”,a drugą, będącą jednocześnie odpowiedzią na pierwsze pytanie, była: „Ameryka”. Trzeciego pytania: „Dlaczego?” - zadawać sobie już nie musiał, bo druga odpowiedź odpowiadała również na trzecie. Do akcji wkroczyły rosyjskie służby specjalne, które prowadziły równoległe śledztwo do oficjalnego. Po kilku tygodniach Putin wiedział już co się stało z prezydenckim tupolewem.

Otóż samolot ten wyposażony był w system nawigacji satelitarnej produkcji USA. GPS podał fałszywe współrzędne geograficzne i równie fałszywe dane o odległości od miejsca lądowania. W złych warunkach pogodowych pilot nie miał czasu, aby zareagować i wyciągnąć samolot z nurkowania. Samolot na 500 m przed lotniskiem znajdował się na wysokości 5 m podczas, gdy piloci byli przekonani, że znajdują się na 60 metrach! Bzdury? Cztery lata temu portal Niezależna.pl, podał mniej więcej to samo, tyle, że winę za fałszowanie danych przypisali Rosjanom, powołując się na opinię, jakiegoś eksperta o inicjałach K.M. - Polaka mieszkającego od lat za granicą. Ów ekspert miał nawet dowodzić tego przed Parlamentem Europejskim.


Milczenie mediów, czyli niewygodna hipoteza


Jest jednak pewien problem – otóż system nawigacji satelitarnej, w który wyposażony był feralny samolot, był - jak się już rzekło – produkcji amerykańskiej i tylko Amerykanie mogli wprowadzać do niego zmiany, czyli fałszować wskazania GPS. Wspominały też o tym inne media i eksperci, ale ciągle ze wskazaniem na Rosjan. Wzmianki o tym pojawiły się również na rosyjskich portalach internetowych, ale szybko zniknęły. Dziwnym trafem polskie środki przekazu również w tej kwestii zamilkły, za to zaczęły się mnożyć „sztuczne mgły”, „hele” „trotyle” i inne niestworzone teorie. Dlaczego? Można, by tu snuć różne domysły – wygląda na to, że nikomu nie jest na rękę badanie tego wątku.

Amerykanie - cały czas zakładam, że to ich robota – bardzo tego nie chcą, bo prawda jednak mogłaby wyjść na jaw, jakie miałoby to skutki - lepiej nie myśleć. A Rosjanie? Dysponują dowodem, lub dowodami, że zamach jest dziełem Amerykanów – mają wrak, mają oryginalne czarne skrzynki, mają wszystkie dane z wieży kontrolnej i wreszcie – mają GPS z rozbitego samolotu. Mają to wszystko i czekają, a na razie robią, co im się podoba i jak będzie trzeba, to ujawnią. Warto też zastanowić się dlaczego NATO nie pomogło nam w śledztwie, dlaczego „nasi amerykańscy przyjaciele” nie udostępnili nam zdjęć satelitarnych, nagrań z nasłuchu i w ogóle nie udzielili nam żadnej pomocy?


Kaczyński nie twierdzi, że Putin


Myślę, że Jarosław Kaczyński postawił sobie podobne pytania jak Putin: „Kto i dlaczego?”. Jako człowiek – bez wątpienia – inteligentny, dość szybko musiał dojść do wniosku, że najwięcej na śmierci jego brata i Sławomira Skrzypka korzystają Amerykanie. Zwróćmy teraz uwagę na fakt, że Kaczyński bardzo rzadko i oględnie wypowiada się na temat winowajców. Powiedział wprawdzie, że „Tusk ma krew na rękach”, ale – jak później wyjaśnił – chodziło mu – o niedopilnowanie przez rząd spraw związanych z podróżą prezydenta do Katynia, z bezpieczeństwem lotu, zaniedbania, których konsekwencją była katastrofa. W 2012 roku, w „Uważam Rze" ukazał się wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, który stwierdził, on, że „na 99 procent doszło do zamachu”oraz, że "Motywów mogło być wiele. Mogło chodzić o zemstę - Leszek naraził się bardzo różnym wpływowym ośrodkom politycznym, biznesowym, powiązanym ze służbami albo składającym się z ludzi służb."

To bardzo ogólne i niewiele mówiące stwierdzenie i właściwie można je dopasować do każdej teorii. Może, to być Rosja, mogą też i Stany Zjednoczone, ale mogą to być równie dobrze rodzime „ośrodki polityczne, biznesowe, powiązane ze służbami specjalnymi”. Wszystko jednak wskazuje na „przyjaciół” zza oceanu.

Dlaczego Jarosław Kaczyński, nie rozważał głośno takiej ewentualności? Jeżeli nadal bierze pod uwagę powrót do władzy i budowę IV Rzeczpospolitej, to nie może zrazić do siebie USA, bo lepszy taki sojusznik niż żaden. Może wydaje mu się, że za jego rządów Ameryka zrobi z Polski swojego przedstawiciela i powiernika w Europie? A może – po prostu - nie wierzy w żaden zamach?


Macierewicz i „błazenada smoleńska”


Antoni Macierewicz jest znacznie mniej wstrzemięźliwy w wygłaszaniu opinii na temat przyczyn katastrofy. On nie przypuszcza, on wie, że to był zamach i nie ma wątpliwości, że to robota Putina, oraz współpracującego z nim Tuska. Próbuje, to udowodnić przy pomocy ekspertów-klaunów, którzy słyszą głosy dobywające się wiadra, dla których pryzma spróchniałych desek, to brzoza, a eksperymenty z puszką po piwie, czy gotowanie parówek, to dowody naukowe. Cała ta błazenada ma na celu dostarczanie pożywki wyznawcom „religii smoleńskiej”. Dopóki jest ich czym karmić, dopóty są. A Macierewicz jako „zaopatrzeniowiec”, jest niezastąpiony. Wiele z tego co mówi, Kaczyńskiemu nie przeszłoby przez gardło, a on nie ma oporów i radykalna część elektoratu PiS łyka te brednie i jeszcze po rękach całuje. I właśnie tych radykałów ma trzymać przy PiS Macierewicz.

Tak jest lepiej dla prezesa, ponieważ Macierewicz ma już w PiS tyle zwolenników, że mógłby stworzyć samodzielną partię, a to jest najgorsza rzecz, jaka Kaczyńskiego mogłaby spotkać.


Kiedy Rosja ujawni prawdziwą prawdę?


Czy zagadka katastrofy pod Smoleńskiem zostanie kiedykolwiek wyjaśniona? Istnieje taka szansa, ale tylko wówczas, gdy Amerykanie bardzo czymś wkurzą Rosją, ale – jak widać – są na dobrej drodze.


                                                      *******
 
Być może to, co napisałem, to jedna wielka bzdura, być może informacje, na których się opierałem są fałszywe, a wnioski błędne i nie mające z logiką nic wspólnego, ale jednego jestem pewien – moja teoria w niczym nie jest bardziej kretyńska niż teoria Macierewicza. Dodam jeszcze, że nie jest to, tak do końca moja hipoteza, ponieważ i taki wariant część opinii publicznej brała pod uwagę, a w internecie naprawdę jest sporo materiałów na ten temat. A mnie do tej wersji dodatkowo przekonuje, to, co „nasi amerykańscy przyjaciele” zrobili 11 września 2001 roku – zabili prawie 3 tys. własnych obywateli, tylko po to, by mieć pretekst do interwencji w Afganistanie i wojny w Iraku.


Moje 3 grosze



Brzmi to wszystko jak powieść political fiction, ale… 


Chodzi o to, że rzeczywiście, we wrześniu 2010 roku zetknąłem się – i to kilkakrotnie – z dziwnym zjawiskiem: otóż mój pokładowy GPS podawał dziwne wskazania, pokazywał moją pozycję w stosunku do przebywanej drogi z błędem wynoszącym 200-250 m! Dla samochodu to nic, wszak ma drogę przed sobą, ale dla samolotu lecącego we mgle może mieć (i ma) kolosalne znaczenie! A zatem istnieje możliwość, że ktoś gmerał przy urządzeniach systemu GPS owego fatalnego ranka 10.IV.2010 roku… 


Czyżby więc Janusz Młynarski miał rację???


czwartek, 20 czerwca 2019

Czarnobylska zagadka




Veronika Krejčí


Do dziś dnia nikt nie wie, dlaczego grafit przestał płonąć tak jakby sam się zgasił – twierdzi pani Dana Drábová.

Od katastrofy w Czarnobylskiej EJ upłynęły 33 lata, a TV HBO przypomniała 5-odcinkowy serial „Czarnobyl”, który dzięki swej lodowatej atmosferze stał się fenomenem.
- Dawno nie byłam z jakiegoś powodu tak zadowolona – mówi o serialu Dana Drábová, przewodnicząca Państwowego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Nuklearnego. A oto wywiad:

Dana Drábová


Lidovky.cz: Pozwolę sobie na wstępne pytanie. Pani ojciec w chwili eksplozji w elektrowni był na słowackiej Wielkiej Choczy. Nie mieli wody, dlatego do manierki zbierali krople wody z liści tak długo, aż się wreszcie mogli napić. Byli tam i w czasie, kiedy nad Czechosłowacją przechodziła radioaktywna chmura. Czy mogli się oni eksponować na promieniowanie?
Dana Drábová:  To zależy od tego, gdzie on dokładnie był. Ale radioaktywności nie było tak wiele. Kontaminacja nie była tak wielka, jak się wydaje. Na terytorium Czechosłowacji nie było takiego miejsca, w którym mogłoby dojść do bezpośredniego zagrożenia, i nie od garstki wody. Oczywiście skażenia były mierzalne, ale nie mogły nam zagrozić. Narodziła się z tego nowa mitologia, ale to nic nowego. Im bardziej oddalamy się od wydarzenia, tym ta mitologia ma się lepiej. Historycy mówią, że historią nie jest to, co się wydarzyło, ale to, co traktujemy jako tradycję. 

W Czarnobylu nie było Murzynów – tak wyśmiewano się ze scenariusza. W końcu śmieje się i ona…

L.N.: Zatem jak bardzo był realistyczny obraz katastrofy w tym serialu?
D.D.: Był jak najdokładniej dramatyczny. Jeśli zajmę się sprawami technicznymi, znajdę kilka momentów słabo określonych pod względem czasu. Coś się stało wcześniej, coś później. Na przykład helikopter nie upadł podczas napełniania reaktora, ale pół roku później. Radio Forsmark w Szwecji nie dowiedziało się przed ewakuacją Prypeci, ale po niej. Choroba popromienna nie mogła wybuchnąć tak szybko, jak wskazano. Ale to są wszystkie momenty, które moim zdaniem nie są ważne. Serial nie skupiał się na tym, skupiając się na historii. I to było moim zdaniem przedstawione w doskonały sposób. Byłam bardzo podekscytowana przez długi czas.
L.N.: Czarnobyl właściwie uformował Pani drogę zawodową. Czy miała Pani gęsią skórkę dzięki temu dramatycznemu opracowaniu?
D.D. Przez całe moje zawodowe życie zajmuję się Czarnobylem od strony technicznej. A historie - nie to, że wyszły poza mnie, ponieważ byłam tam wiele razy i spotkałam ludzi, którzy zostali wysiedleni ze strefy, którzy powrócili i ludzi, którzy zostali na wielu skażonych terenach na Białorusi - ale zawsze patrzyłam na to wydarzenie od strony technicznej. Ludzkie spotkania były emocjonalne, ale nie tak skoncentrowane, jak w serialu.
L.N.: Co Pani ci ludzie opowiedzieli? Dlaczego tam pozostali bez względu na wielkie skażenie?
D.D.: Ukraińscy Poleśniacy i na terytorium Białorusi zamieszkują ludzie, którzy są przywiązani do swej ziemi, a to dlatego, że tam ich rodziny żyły od stuleci, co serial ten jedynie zaznacza. Wysiedlać ludzi w wieku 60,70, 80 lat nie miało już żadnego sensu, a to dlatego, że czas w którym objawiały się skutki promieniowania już nie miał dla nich żadnego znaczenia. Chociaż jest to może nieludzkie, to wiele osób cierpiało bardziej, wyprowadzając się z normalnego trybu życia, niż przez napromieniowanie.
 
Rzeczywistość była jeszcze ciekawsza jak wspomina czarnobylski biorobot. Tak nazywa serial HBO ludzi z elektrowni. 

L.N.: W serialu ewakuacja starszych ludzi jest pokazywana na przykładzie starszej dojarki krów. Żołnierz zastrzelił zwierzę na jej oczach by ją zmusić do opuszczenia miejsca zamieszkania.
DD.: Żołnierz nie był w stanie wykonać rozkazu i ktoś go zobaczył. Ludzie mówili mi również, że pozwolili psu lub kotu uciec kilka razy, ale krowa jest bardzo duża. Z perspektywy czasu wypuszczanie zwierząt do strefy nie miało większego sensu. Wiedzieli, że futro lub pióra są zanieczyszczone, a zwierzęta przenoszą zanieczyszczenie dalej niż to konieczne. Ale był to niewielki wkład w odkażanie. Z drugiej strony, mam wiele do krytyki, ponieważ w momencie, gdy zdecydowali się zminimalizować konsekwencje, mieli tak wiele problemów z rozwiązaniem, że było to łatwe.
L.N.: Czy presja ideologii komunistycznej, która jest widoczna w zachowaniach przywódców partii w tym serialu, odegrała kluczową rolę w katastrofie? 
D.D.:  Jest to jeden z czynników związanych z katastrofą. Podpiszę się pod faktem, że tak się stało. Komunistyczny sposób rządzenia opierał się na fakcie, że każda grupa naukowców znała tylko trochę informacji. Tutaj było „dziel i rządź”. Rzadko pozwalano im uchwycić całą sytuację w kontekście. Wysiłek był - i widzieliśmy to w piątej części - obwiniono operatorów Czarnobyla. Bez wątpienia tak. Z drugiej strony nie wiemy, co by się stało, gdyby informacje o różnych trybach pracy reaktora były kompletne. [Reaktor] zawiera grafitowe końcówki prętów awaryjnych. Jest to częściowo ich wina bo częściowo nie wiedzieli, co mają. Jednocześnie istnieje inny czynnik, który nie zdołał wykonać zadania. Krótko mówiąc, nie zostało to zrobione. I spełnili socjalistyczne zobowiązanie. Inżynierowie jądrowi byli uprzywilejowaną warstwą, Prypeć była wówczas nowoczesnym miastem. Niewiele wystarczyło, a oni straciliby wszystko.
L.N.: Jak Pani ocenia postawę uczonego Walerija Legasowa, który usiłował zmniejszyć następstwa katastrofy i dzięki temu staje się bohaterem?
D.D.: Nie mylmy pojęć, był członkiem bolszewickiej nomenklatury, zanim wydarzyła się katastrofa. Ale potem przekroczył próg. Jego życie nie było heroiczne aż do Czarnobyla. Jednak będąc w bolszewickiej nomanklaturze, był w stanie właściwie tego używać, ponieważ najprawdopodobniej niewiele osób było na poziomie naukowym, którego Komitet miałby słuchać. Nic nie jest tylko czarne lub białe.

Wybuch w Czarnobylu „spowodował amerykański sabotaż”. Rosja podobno przygotowuje własną wersję popularnego serialu…

L.N.: Co Pani by zrobiła, gdyby podobna sytuacja miała miejsce dzisiaj?
D.D.: Mamy opracowane sposoby postępowania, procedury, sztab kryzysowy. Jesteśmy przygotowani do optymalnego działania i zrobić wszystko, co w naszej mocy, by ochronić ludzi, gdyby coś się wydarzyło. Prawdopodobieństwo jest bardzo małe, ale nie zerowe. Zawsze mówię swoim ludziom – musicie działać według swej najlepszej wiedzy i świadomi tego, że macie ochronić ludzi. Musicie być świadomi, że kiedy wasze i moje działania będą równo oceniane ex post, i za błędy rozstrzelają nas o świcie. Ponieważ siedząc w ciepłym biurze, kiedy nie rozwiązujesz sytuacji, zawsze nie zrobisz lepiej.
L.N.:  Czy serial mógł mieć wpływ na stosunek ludzi do energii jądrowej?
D.D.: Myślę, że nie za dużo. Zainteresowani energią jądrową nauczyli się wielu nowych rzeczy, a przede wszystkim ludzkich historii. Ponieważ dobrze jest znać wydarzenia tego typu. Katastrofy zdarzyły się i będą miały miejsce. Mogą nie być nuklearne, ale z pewnością znajdziemy historię porównywalną do Czarnobyla. Historie są ważne, aby uświadomić sobie, jak technologia wpływa na życie jednostek i społeczności. Z drugiej strony energia jądrowa jest technologią, z której korzystamy i musimy to robić ze zrozumieniem i szacunkiem. Prawdopodobnie nie wpłynęło to na pokaz. W każdej populacji jest dwadzieścia procent ludzi, którzy bardzo boją się energii jądrowej. Może boją się trochę więcej po obejrzeniu, ale to wszystko, więc nie widzę niczego wpływającego na program.
L.N.: Czy następstwa katastrofy długo jeszcze będą odczuwalne na Ukrainie i ościennych krajach?
D.D.: Dziesiątki do setek lat. Zlikwidowanie stopu paliwa jadrowego w reaktorze nr 4 zajmie co najmniej dziesięć lat i zanim obiekt zostanie wykorzystany do innych celów. A nawet tak zwana zakazana strefa bez środków ostrożności zajmie sto, dwieście lat życia. Dla ukraińskiego rządu łatwiej jest opuścić obszar zamknięty, ponieważ są naprawdę niebezpieczne miejsca. Na przykład w Finlandii i Szwecji spożycie mięsa reniferów było i jest zakazane do dziś, ponieważ one jedzą porosty. Okres półtrwania cezu wynosi trzydzieści lat, więc dziś mamy połowę tego, co spadło na nas po katastrofie.
L.N.: Z miasta Prypeć stał się obecnie strefa turystyczna, po serialu zainteresowanie się tylko zwiększyło. Czy poleca Pani ludziom, by ją odwiedzali?
D.D.: Wszystkim to doradzam, bo dobrze jest zobaczyć to miejsce. Przez tydzień, który tam maksymalnie spędzi – z wykwalifikowanym przewodnikiem, który wie gdzie może ich zabrać by się im niczego złego nie stało i nie pójdzie do tych najgorszych miejsc. W czasie przelotu z Pragi do Kijowa dostaniecie większą dawkę promieniowania kosmicznego, niż w strefie zakazanej. 

Czarnobyl zalewają półnagie, żartujące sobie z tego internetowe celebrytki. Zachowajcie powagę – wściekają się twórcy serialu.

L.N.: Czy było jakieś „zamiatanie pod dywan” za czasów ZSRR, czy jest to cecha właściwa dla każdego reżimu?
D.D.: Myślę o tym. W pewnym sensie jest to własność korporacji. A państwo, zwłaszcza autorytarne, jest korporacją. Dzięki hierarchicznej, scentralizowanej administracji musi mieć pewne funkcje korporacyjne. Z drugiej strony demokracja buduje bezpieczniki. Jednym z nich jest niezależny nadzór. Ale wiesz, że to walka. Ponieważ elektrownia jest przecież elektrownią. To ciągłe poszukiwanie równowagi i egzekwowanie, że bezpieczeństwo musi zawsze mieć pierwszeństwo. Na początku każdej katastrofy znajdujemy błąd ludzki.
L.N.: Rosja oznajmiła, że nakręci swoją własną wersję o Czarnobylu, w której będzie tajny agent CIA. Co Pani na to?
D.D.: Bzdura. Nie wiem, ale zapewne jest to typowy fake news. Przecież w Rosji doskonale wiadomo, jak to się odbyło. Dzisiaj wiemy, co się w Czarnobylu odegrało, i to co pokazał serial HBO odpowiada prawdzie.
L.N.: Czy nad katastrofą w Czarnobylu wiszą jakieś znaki zapytania?
D.D.: Oczywiście, ale najdłużej pozostanie otwarte jedno pytanie: jak to się stało, że ugaszono pożar grafitu? Do dziś nikt nie wie, jak do tego doszło. Nagle reaktor przestał się palić i emitować promieniowanie do środowiska. Reaktory moderowane grafitem opuszczają scenę, ponieważ grafit jest prawdziwym problemem, ale wciąż jest ich dziesięć w Rosji, a ostatnia grafitowa EJ ma być zamknięta w 2050 roku. Reaktor można bezpiecznie obsługiwać, gdy traktuje się go tak, jak jest. W tym czasie nie obsługiwano go tak jak trzeba, a to z powodu starań o spełnienie żądań socjalnych obsługi.
L.N.: Jak by się dzisiaj ten grafit gasiło? Czy postępowało tak jak wtedy – zasypywaniem go przy pomocy boru i piasku?
D.D.: Nie potrafię tego powiedzieć. Nie wiem. Z tym, co mieli wtedy do dyspozycji, to był jedyny sposób czy dziś jest coś lepszego – nie wiem. Nie myślałam o tym.
L.N.: W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że chociaż to cyniczne, to katastrofy w Czarnobylu i Fukushimie posunęły nas krok do przodu – w czym nas najbardziej posunęły?
D.D.: Energia jądrowa przeszła gruntowny proces uczenia się od 65 lat, który podobnie jak inne branże składał się z wypadków i katastrof. Doświadczyliśmy trzech poważnych katastrof - każda z różnymi przyczynami i konsekwencjami. Każdy z wyciągniętych wniosków powoduje, przesunięcie bezpieczeństwa na bardzo niskie prawdopodobieństwo tego, że rdzeń reaktora ulegnie uszkodzeniu. Jednak prawdopodobieństwo jest potworem i - choć małe - nigdy nie będzie równe zero. Im jesteśmy bogatsi w doświadczenie, tym bardziej chcemy zerowego ryzyka, chociaż ono nie istnieje. Coraz więcej naciskamy na to, aby wszystko, co nas otacza, było bezpieczne. Niewiele wiemy, że za to drogo płacimy.


Moje 3 grosze


Katastrofa w Czarnobylskiej EJ stała się dla mnie osobistą sprawą, kiedy jedna z najbliższych mi osób zachorowała i odeszła po sześciu latach beznadziejnej walki z nowotworem. Czytając wywiad z panią D. Drábową odniosłem wrażenie, że cofnąłem się do 1996 roku, kiedy to miałem okazje uczestniczyć w seminariach na temat m.in. katastrof nuklearnych prowadzonych przez atomistów z AGH. Według nich wszystko jest OK., nic się nie stało, tylko ci podli ekolodzy mieszają ludziom w głowach. Na Polskę spadły tylko 3 g radionuklidu 131I*, więc o co tyle krzyku? Jakoś milczeli pytani o inne pierwiastki, które przecież też spadały z radioaktywnym fall-out’em.

Pamiętam także haniebny list otwarty 13 polskich atomistów z protestem przeciwko emisji w TVP filmu BBC pt. „Igor – dziecko z Czarnobyla”. Materiał ten można przeczytać na stronie „Wprost” - https://www.wprost.pl/8939/Czarnobyl-najwiekszy-blef-XX-wieku - co stanowi haniebny przykład zaprzedania się ludzi nauki Mamonie i wielkim korporacjom. Polecam także drugi materiał z łamów GW - http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,377929,19980224RP-DGW,Igor_dziecko_Czarnobyla__prawda_i_falsz,.html. Batalia o prawdę o Czarnobylu trwa nadal. 

Zaczęła się także batalia o Fukushimę. Władze Japonii i koncernu TEPCO nadal nie ujawniają danych o skażeniach po tej katastrofie trzykrotnie większej niż na Ukrainie, a przecież Japonia to demokratyczny kraj! Okazuje się, że ta demokracja jest jak dziwka, która daje temu, kto więcej zapłaci. Poza tym wchodzą w grę czynniki polityczne. I dlatego prawdy o Fukushimie nie dowiemy się za naszego życia! Wcale mnie nie dziwi, że ten kraj tak upodobał sobie Godzilla… No bo czyż to nie jest dziwne, że kraj stojący na wulkanach i gorących źródłach, swoją energetykę oparł na ponad 20 elektrowniach jądrowych? Drogie to, i niebezpieczne – ale jak widać – w grę wchodzą niemałe pieniądze. I to bynajmniej nie japońskie… 

Nie jestem wrogiem energetyki jądrowej, ale nie zgodzę się na to, by elektrownie były budowane przez polskie firmy. Znając kiepski poziom wykonawstwa i polskie dziadostwo idę o zakład, że prędzej czy później doszłoby tam do serii katastrof na miarę Three Mile Island co najmniej… Poza tym czy byłyby one polskie? Oto jest pytanie. 

I na koniec pani Drábová nie wie, jak to się stało, że ugaszono płonący grafit reaktora nr 4 w CzEJ. Odpowiedź jest prosta: Ktoś zadbał o to, by wygasić płonący reaktor. Piszą o tym rosyjscy ufolodzy: dr Władimir I. Tjurin-Awińskij i Walery Kratochwil – zob. - https://wszechocean.blogspot.com/2011/11/sprawa-002h-jeszcze-o-ufo-w-czarnobylu.html. Według nich w sprawę wmieszali się Obcy, którzy pomogli ludziom gasić atomowe piekło. Czy tak było naprawdę? – nie wiem. Ale fakt pozostaje faktem – reaktor ugaszono…         
    

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz