Powered By Blogger

sobota, 15 stycznia 2022

Statki bez załogi

 


Wiktor Bumagin

 

O dziwnych spotkaniach ze statkami-widmami niejednokrotnie wypowiadali się filmowcy. Jeden z ostatnich filmów właśnie się tak nazywa – „Statek-widmo”, zrobiony 20 lat temu (w 2002 r.) przez mało znanego amerykańskiego reżysera Steve’a Becka.

Legenda o Latającym Holendrze (teraz chyba powinno być Latający Niderlandczyk? – przyp. tłum.) – przemierzającym morza i oceany statku-widmie z martwą załogą lub zgoła bez niej – nie jest wcale takim wymysłem. W różnych czasach, i czasami w tajemniczych okolicznościach, na akwenach Wszechoceanu znaleziono kilkaset gnanych wiatrem i falami statków na których nie było załóg lub załogi były martwe.

 

Spotkanie na oceanie

 

Z nieznanych nam przyczyn, najbardziej znanym w szeregu takich „znalezisk” stał się przypadek amerykańskiej brygantyny Mary Celeste (lub Marie Celeste – przyp. tłum.) nieduży (nawet wedle ówczesnych miar) statek o długoście ciut ponad 30 m i wyporności 198,5 tony. Zbudowano ją w latach 1860-1861 w stoczni Johna Daviesa w Spencer Island, a która w kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja nosiła pierwotną nazwę Amazonka. Brygantyna ta niejeden raz zmieniała swych armatorów i kapitanów, a w ostatni rejs wyszła w morze w dniu 5.XI.1872 roku, pod dowództwem kapitana Benjamina Briggsa, mając na burcie ładunek 1400 beczek czystego alkoholu etylowego dla odbiorcy w Genui, Włochy. Poza kapitanem i siedmioma osobami załogi, na statku znajdowała się żona kapitana – Sara Elizabeth Cobb-Briggs oraz ich dwuletnia córeczka Matylda.

Po upływie miesiąca, w dniu 4.XII.1872 roku, w odległości 400 mn/~740 km od Gibraltaru, niedawno opuściwszy ten brytyjski port pod flagą brytyjską angielski bryg Dei Gratia napotkał na żaglowiec, który bezwładnie kołysał się na falach. Z pokładu brygu zaczęto nadawać zwyczajowe w takich przypadkach sygnały, ale załoga Mary Celeste – a to była akurat ona – nie odpowiadała na nie. Zatem kapitan Dei Gratia z grupą marynarzy wsiedli w szalupę i popłynął na dziwną brygantynę. Okazało się, że nie ma tam żadnej żywej duszy…

Stateczek został dokładnie przeszukany. Ostatni zapis w dzienniku pokładowym był datowany jeszcze na listopad. Brakowało łodzi ratunkowej, ale w kambuzie na stole znajdowało się nieruszone jedzenie, które w przypadku sztormu, stadło by na pokład. Znaleziono także maszynę do szycia żony kapitana z niedokończonym szyciem. Obok niej leżała oliwiarka, która przy dużej fali spadła by na pokład. Luki ładunkowe były otwarte, ,co oznacza, że załoga opuściła statek przy dobrej pogodzie. A do tego część statkowego sprzętu nawigacyjnego została zdemontowana.

 

Brednie i możliwe hipotezy

 

Marie Celeste została odholowana na redę Gibraltaru. W Admiralicji nie mogli zrozumieć, gdzie się podziała załoga brygantyny, którą dowodził doświadczony marynarz, który już 20 lat prowadził różne żaglowce. Po pewnym czasie przerwano śledztwo, ale wśród ludzi wciąż krążyły wieści o mistycznym zniknięciu załogi Mary Celeste, i które obrastały wciąż nowymi domysłami. Ktoś tam skłaniał się do wersji, że na statek napadli piraci, komuś tam była bliższa sercu hipoteza o buncie na pokładzie. A jeszcze więcej dołożyli do tego jak zwykle dziennikarze goniący za sensacją. Pisali tedy, że cała załoga zginęła w wyniku napadu na nią ogromnej ośmiornicy, a to, że na brygantynie wybuchła epidemia dżumy. W szanowanym dzienniku „Times” pisało się, że załogę i pasażerów zamordował sam kapitan Briggs, który zwariował. Wyrzucił trupy za burtę, a sam próbował uciec w szalupie ratunkowej, ale ona zatonęła wraz z nim. Ale to wszystko były jedynie przypuszczenia.

Louis M. Eilshemius - Latający Holender

Tymczasem do redakcji brytyjskich i amerykańskich gazet zaczęli przychodzić zręczni oszuści, którzy podawali się za żyjących marynarzy z Mary Celeste i opowiadali „prawdziwe historie” tego tajemniczego zniknięcia. Po otrzymaniu honorarium oni znikali. Po kilku tego rodzaju zdarzeniach, policja zaczęła się nimi interesować. Tym niemniej, w 1884 roku zdarzył się kolejny casus: w londyńskim almanachu „The Cornhill Magazine” wydrukowano wspomnienia marynarza J. Habakuka Jeppsona, który jakoby płynął na tym złowrogim stateczku. Po pewnym czasie wyjaśniło się, że autorem tychże wspomnień był nie kto inny, a sam sir Arthur Conan Doyle. Ten sam, który napisał „Świat zaginiony”, „Głębinę Marracot” i wsławił się cyklem powieści o genialnym detektywie Sherlocku Holmesie i nie tylko.  

 

23 lata we władaniu żywiołów

 

Jeszcze jedno zagadkowe spotkanie miało miejsce w październiku 1913 roku, u brzegów Ziemi Ognistej, w pobliżu Punta Arenas. Tego dnia załoga brytyjskiego statku SS Johnson zauważyła dryfujący statek żaglowy, na pokładzie którego nie zauważono żywego ducha. Ta właśnie okoliczność wydawała się kapitanowi bardzo dziwna i wysłał on na tamten statek szalupę z załogą pryzową. Wspiąwszy się na pokład żaglowca, załoganci ujrzeli taki obraz: dwadzieścia szkieletów na pokładzie i w kajutach, a wszystkie na swoich miejscach pracy. Już to samo wskazywało na to, że statek przez wiele lat znajdował się na łasce żywiołów. Pokryte zielonkawą pleśnią maszty i pokład, po którym strasznie było chodzić, potwierdzały jasno ten wniosek.

W czasie przeszukania znaleziono napis: Marlborough – Glasgow, dzięki czemu udało się ustalić nazwę i pochodzenie żaglowca. Znalezione na nim dokumenty, w tym także dziennik wachtowy, nie pozwalały na ustalenie co się właściwie stało. Udało się ustalić jedynie, że ten złowrogi statek wyszedł w morze w dniu 11.I.1890 roku z portu Lyttelton w Nowej Zelandii do Londynu z ładunkiem wełny i mrożonego mięsa. Załogę stanowiło 29 osób. Dowodził nią doświadczony kapitan J. Hard. Po raz ostatni statek był widziany na Pacyfiku w dniu 1 kwietnia tegoż roku, u brzegów Ziemi Ognistej. Wychodzi na to, że od tego dnia aż do dnia odnalezienia tego żaglowca upłynęły 23 lata.

 

MS Orang Medan i inne

 

W lutym 1948 roku, brytyjskie i niderlandzkie radiostacje, a także dwa amerykańskie statki, przyjęły z kierunku Cieśniny Malakka sygnał z niderlandzkiego motorowca MV Orang Medan. Po nadanym parokrotnie sygnale SOS tameczny R/O przekazał Morsem: Zginęli wszyscy oficerowie i kapitan… Być może z żywych pozostałem tylko ja jeden… Potem nastąpiła seria chaotycznych kropek i kresek, a następnie po komunikacie: Umieram… eter zamilkł. Ratownicy z amerykańskiego statku MV Silver Star po wejściu na pokład Orang Medan byli przerażeni obrazem tego, co tam zastali: nieżywy kapitan leżał na mostku, martwe ciała oficerów znajdowały się w pomieszczeniach nawigacyjnych i sterówce, zaś trupy marynarzy leżały na pokładach całego statku. Twarze wszystkich wykrzywiał grymas okropnego strachu. Nie żył także okrętowy pies. Oględziny nie odkryły żadnych ran czy innych śladów przemocy. Ratowników zdziwił także panujący wewnątrz kadłuba statku mogilny chłód, pomimo żaru lejącego się z nieba… (A potem na statku wybuchł pożar, który rozprzestrzenił się błyskawicznie i spowodował zatonięcie MV Orang Medan – przyp. tłum.)

Podobnych przykładów mnożna by zacytować tu wiele. I tak we wrześniu 1894 roku, na Oceanie Indyjskim, marynarze z niemieckiego statku SS Pickhuben ujrzeli trzymasztowy żaglowiec Abbey S. Hart, na jednym z jego masztów zauważono sygnał nieszczęścia (w tym czasie była to odwrócona flaga – przyp. tłum.). Kiedy niemieccy marynarze weszli na pokład żaglowca, to znaleźli 38 członków załogi już nieżywych i kapitana, który zwariował.

W październiku 1902 roku, po upływie 17 dni od wyjścia z meksykańskiego portu Manzanillo w jakiś niezwykły sposób znikła załoga statku Freya.

Podobnie w tajemniczy sposób zaginęła na oceanie załoga pięciomasztowego szkunera Carrol A. Deering, choć ładunek i rzeczy marynarzy pozostały nietknięte. Przeżył za to okrętowy kot.

W lipcu 1969 roku, w rejonie wysp Azorskich znaleziono dwa pełnomorskie jachty. Na obu znaleziono duże zapasy żywności i wody słodkiej. Nikt nie używał środków ratunkowych…

 

Zupełnie dziwna historia

 

Ale najbardziej tajemnicze wydarzenie w historii znajdywanych statków bez załogi miał miejsce w 1881 roku. Lawrence D. Kushe w swej książce „Trójkąt Bermudzki: Mity i rzeczywistość” (w wydaniu polskim „Trójkąt Bermudzki – zagadka rozwiązana” – przyp. tłum.) napisał:

Tego roku angielski statek Ellen Austin napotkał na środku Atlantyku szkuner. Został on opuszczony przez załogę na pastwę losu, ale zachował swą dzielność morską. Z Ellen Austin wysłano ekipę ratowniczą i pryzową, a potem oba statki wzięły kurs na port Saint John’s na Nowej Funlandii, Kanada.  Wkrótce na morzu pojawiła się mgła i oba statki utraciły kontakt wzrokowy. Spotkały się znowu po kilku dniach. I znowu, na szkunerze nikogo nie znaleziono. Załoga pryzowa znikła bez śladu. (Legenda mówi, że rzecz powtórzyła się jeszcze raz – ale tym razem statek-widmo przepadł na dobre wraz z ludźmi… - przyp. tłum.)

W „Opowiadaniach astrologa” Roberta Golda opublikowanych w 1944 roku, historia ta ma swoją kontynuację. Po drugim spotkaniu kapitan Ellen Austin wysłał na szkuner trzecią ekipę ratowniczo-pryzową, ale marynarze nie chcieli więcej ryzykować i pozostawiono pryz na oceanie.

Istnieje także wersja, że na szkuner przesadzono drugą ekipę, ale potem nadleciał szkwał i oba statki oddaliły się na znaczną odległość i ani szkunera, ani załogi pryzowej już nikt potem nie widział. I w rzeczy samej jest to zupełnie dziwna historia.

 

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 39/2021, ss.14-14

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz              

czwartek, 13 stycznia 2022

Katastrofa MS „Costa Concordia”

MV Costa Concordia w całej krasie

Stanisław Bednarz

 

Pływałem m.in.  w 2010 roku wielki statkiem wycieczkowym MV Costa Victoria po Morzu Śródziemnym. Ani nie przyszło mi do głowy, że taki kolos może zatonąć. A to ze kapitan może uciec nie mieściło się w realiach. Nawet jak przeprowadzano ćwiczenia z ewakuacji uciekłem do kawiarni. A jednak  11 lat temu 13 stycznia  2011 roku  MV Costa Concordia – włoski statek wycieczkowy zatonął dosłownie  sto metrów od wybrzeża i zginęły 32 osoby. Niesamowite.

W chwili wodowania był największym pod względem liczby miejsc statkiem wycieczkowym pod europejską banderą. Mierzący 290 metrów długości i mieszczący 3780 pasażerów. (Dla porównania, Titanic mierzył 269 metrów długości i mógł pomieścić do 2435 pasażerów)...

Wieczorem 13 stycznia statek MV Costa Concordia wypłynął z portu w Civitavecchia w tygodniowy rejs po Morzu Śródziemnym.. Na pokładzie znajdowało się 3206 pasażerów i 1023 członków załogi (w tym 12 Polaków). O 21:45 CET w pobliżu wyspy Isola del Giglio statek uderzył w najmniejszą z wysepek Le Scole, na głębokości 8 m w odległości 9296 m od brzegu, ok. 500 m na południe od portu.

Według pierwszych zeznań kapitana, skała ta była nieoznaczona na mapach morskich, jakich używał. Jednak kolejne etapy śledztwa ujawniły, że kapitan z premedytacją chciał przepłynąć przez wąski na około 68 metrów przesmyk pomiędzy dwiema skałami. W sierpniu 2011 pewien mój znajomy rzeczoznawca katastrof okrętowych wysnuł spiskową teorię, że w bojach  na przesmyku były ukryte narkotyki do przemytu i marynarze je podejmowali. Ile w tym prawdy nie wiem. 

Na skutek gwałtownego wtargnięcia wody do pomieszczeń statku nastąpiła awaria siłowni, jednostka utraciła zdolność manewrowania i zaczęła się stopniowo przechylać. Dryfując na odległość około 1 km Costa Concordia bezwładnie zawróciła a następnie osiadła na skałach przed wejściem do małego portu na Isola del Giglio. Wdzierająca się do kadłuba woda przemieściła środek ciężkości statku. Costa Concordia zaczęła się silnie przewracać na prawą burtę. Ostatecznie osiadła na skalistej mieliźnie z przechyłem około 80°, w odległości kilkudziesięciu metrów od skał wybrzeża. Pod wodą znalazła się połowa jednostki.

Kapitan  Franco Schettino jednak zbagatelizował szkody. Po około 10 minutach Straż Przybrzeżna ponownie skontaktowała się ze statkiem, wtedy załoga przyznała, że statek nabiera wody. Jednak jedyna prośba Schettino dotyczyła holowników. Ludzie w panice uciekali, tratowali jedni drugich. Przy szalupach rozgrywały się dramatyczne sceny. Rozdzielano rodziny, by ratować najpierw kobiety i dzieci.










Katastrofa MV Costa Concordia i jej wrak

O godzinie 22.39 przypłynął pierwszy statek ratowniczy. Około 15 minut później Schettino ostatecznie nakazał porzucenie Concordii. Około godziny 23:20 Schettino opuścił mostek i wkrótce porzucił statek. Później twierdził, że spadł z Concordii i wylądował w łodzi ratunkowej – sic!

Około 13 minut później ostatni członek załogi opuścił mostek, mimo że na statku nadal znajdowało się około 300 osób. W tym czasie część pasażerów zdecydowała się na próbę przepłynięcia morza wpław. W wyniku tych prób 3 osoby miały utonąć, 6 zostało poważnie rannych.

Z pomocą przybyło pięć śmigłowców. Część pasażerów została jednak odcięta na przewróconym statku. Z tego powodu w dniach 14 i 15 stycznia wrak przeszukiwali nurkowie i strażacy; udało im się uratować koreańskie małżeństwo i członka załogi, który złamał nogę.

W trakcie ewakuacji kapitan Costa Concordii, Francesco Schettino, uciekł z tonącego statku jako jeden z pierwszych. W wyniku katastrofy śmierć poniosły 32 osoby; (najwięcej Niemców 12 , Włochów 7 , Francuzów 6.

15 stycznia aresztowano kapitana Francesco Schettino. Kapitan został w lutym 2015 r. skazany na 16 lat więzienia – i słusznie!

Operację podniesienia wraku, realizował  włosko-amerykański koncern Titan-Micoperi. Kadłub statku nie rozpadł się. 27 lipca 2014 roku statek zakończył swój ostatni rejs i w towarzystwie kilkunastu holowników dobił do portu w Genui. Podczas demontażu wraku, 3 listopada 2014 r. odnaleziono zwłoki ostatniej z ofiar katastrofy. Koszt całego przedsięwzięcia łącznie ze złomowaniem wyniósł o wiele więcej niż koszt budowy statku, bo został oszacowany na ponad 700 mln euro.

Wycieczkowiec ten od początku miał pecha. Przy chrzcie butelka nie rozbiła się o burtę i roztrzaskano ją ręcznie…

 

Moje 3 grosze

 

Jeszcze à propos tego ostatniego, to podobnie było w kilku innych przypadkach statków, które nieochrzczone poszły na dno – takim przykładem jest RMS Titanic, który w ogóle nie został ochrzczony! A jak się to skończyło – wszyscy wiemy.

Wydaje się, że MV Costa Concordia należał w ogóle do kategorii „unlucky ships” i do tego jeszcze miał lekkomyślnego, niekompetentnego kapitana, który opuścił go w chwili największego zagrożenia. To się nazywa podwójny pech.

Jednakże tragedia Concordii nie była zapisana w gwiazdach – to nieudolność kapitana i jego zachcianka – a właściwie uleganie zachciankom innych – doprowadziła do katastrofy i ofiar w ludziach. Gdyby akcja ratownicza była konkretnie dowodzona przez kompetentnego kapitana – pasażerowie i cała załoga zostałaby uratowana. W tradycji morskiej to kapitan schodzi ostatni upewniwszy się, że wszyscy przed nim zeszli z pokładu. Niestety – tego właśnie zabrakło: odwagi i kompetencji. Dlatego też uważam, że te 16 lat w pierdlu całkowicie mu się należą… 

środa, 12 stycznia 2022

Rezydencja z nieżyczliwym widmem

 

Wołogda

Wiktor Miednikow

 

Druga nazwa Wołogdy – miasto Nasona. Nazwa ta została nadana od imion świętych: Nasona i Sosiparta, w dniu, w którym car Iwan III Groźny położył pierwszy kamień pod budowę tamtejszej twierdzy. Wydarzenie to miało miejsce w dniu 28.IV.1565 roku.

W tym mieście, złą sławą cieszy się dom z widmami. Miejscowi ochoczo pokazują go turystom i opowiadają historię mrożącą krew w żyłach. Wołogda nie jest wyjątkiem. W tym mieście znanych jest jeszcze kilka domów, w których zamieszkują duchy. W jednym z takich domów przebywał także autor niniejszego artykułu.

 

Nocne czuwania wraz z duchami

 

W młodości uczyłem się w jednej ze szkół w Wołogdzie i dorabiałem jako nocny stróż w jakimś państwowym przedsiębiorstwie znajdującym się pod adresem: ul. Hercena 35. Była to zabudowa miejska, dom z drewnianymi kolumnami, takich w Wołogdzie było wszystkiego pięć.


Dom Puzana-Puzyriewskiego w Wołogdzie


Ten budynek mi się podobał, ze swymi półpiętrami. Zawsze w nocy przebywałem tam z zadowoleniem. Przychodząc tam pod koniec dnia roboczego, zamykałem drzwi za ostatnim pracownikiem i zostawałem sam w ogromnym domu. Instalowałem się w małym pokoiku przeznaczonym dla stróżów, obkładałem się podręcznikami i konspektami, i spokojnie przygotowywałem się do seminariów, w ciszy i spokoju, z dala od hałasów. Żeby nie taić grzeszków, sprowadzałem sobie na noc moją przyjaciółkę, bowiem mnie nikt nigdy nie kontrolował. Byliśmy młodzi, a czteroosobowy pokoik w akademiku nie sprzyjał prywatności.

Ze mną pracował Tola, kolega z kursu. To on przyprowadził mnie do tego przedsiębiorstwa. Dyżurowaliśmy na zmianę – noc on, noc ja. I wszystko szło swoją drogą – wypłaty dostawaliśmy regularnie, nie były to wielkie pieniądze, ale był to niezły dodatek do stypendium, a w pracy nie zdarzały się jakieś wydarzenia. Jednym słowem – synekura.

Ale pewnego razu Tola powiedział mi, że pracować tu nie będzie i się zwalnia. Zacząłem się dowiadywać, jaka była przyczyna tej nagłej decyzji. Tola się wykręcał i milczał jak partyzant na przesłuchaniu, ale w końcu opowiedział:

- Siły nieczyste są tam u nas. Jakaś siła nieczysta w tym domu się zagnieździła. Już od dawna około północy słyszałem na korytarzu jakieś dziwne dźwięki. Już to ktoś chodzi, ktoś szura nogami, ktoś ciężko dyszy, kaszle i smarka… Otwieram drzwi, wyglądam – nikogo! Już się kiedyś czaiłem przy drzwiach. I znów słyszę, ktoś szura i to w pobliżu moich drzwi. Wypadam na zewnątrz a tu nic – pusty korytarz…! Ale nie przywiązałem do tego większego znaczenia: nie takie cuda akustyki się zdarzają i może być, że to z ulicy takie dźwięki dobiegają.

Ale wczorajsze zdarzenie mnie dokopało. Położyłem się spać i zasnąłem. I nagle się obudziłem, jakby mnie ktoś dotknął. I wyobraź sobie, ogarnął mnie taki strach, że poczułem igiełki na całym ciele. Otworzyłem oczy, a koło kuszetki, na której sypiamy, stoi jakiś staruszek ze świecą i patrzy na mnie. Ubiór na nim w stylu munduru urzędnika państwowego. A ta świeca świeciła jakoś dziwnie – płomień był żółtozielony, blady i zimny, jakby martwy. Chciałem zapytać: kim obywatel właściwie jest i jak się pan tu dostał? – ale nie mogłem ust otworzyć i wydać z siebie dźwięku. A oczy u niego – przerażające! Nie wiem, jak długo on stał i patrzył na mnie. Wydawało mi się, że całą wieczność. A potem westchnął, tak ciężko i znikł.

 

Nieudana randka

 

Mówiąc krótko, Tola się zwolnił po takim doświadczeniu. Na jego miejsce przyszedł drugi chłopak z naszego rocznika. I co0 ciekawe, ani on, ani nikt inny nie zaobserwował w tym domu jakichś anomalnych zdarzeń. Ale do czasu…

Pewnego razu przyszła do mnie na dyżur moja dziewczyna. I tylko przyjemne rendez-vous nam nie wyszło. Nasze nadzieje rozpadły się w proch i pył. W trakcie miłej rozmowy słyszymy naraz jakieś ciężkie kroki na korytarzu. I naraz ktoś tak silnie walnął w drzwi, że aż ściana zadrżała. Przelękła się moja dziewczyna, zbladła, wargi jej zadrżały, słowa wypowiedzieć nie może. Teraz uwierzyłem Toli (do tego czasu sądziłem, że fantazjował). Podszedłem zdecydowanie do drzwi, otworzyłem – żywego ducha. Nikogo! Moja dziewczyna szybko zabrała się i uciekła w noc. Nigdy więcej nie przyszła tutaj. A ja dopracowałem do końca nauki i nie stwierdziłem żadnych anomalnych zjawisk, nawet kiedy przyprowadzałem tam inne dziewczyny. Zawsze było cicho, spokojnie i miło, a duch nas nie nawiedzał.

 

Państwowy doradca – samobójca

 

Do tego czasu nie wiedziałem niczego o historii tej rezydencji i jego gospodarzy. I nawet nie chciałem wiedzieć, miałem inne rzeczy na głowie. I dopiero po wielu latach, kiedy przyjechałem do siostry, natknąłem się u niej na egzemplarz gazety „Nasza Wołogda” ze zdjęciem znanego mi domu z kolumnami. Dowiedziałem się, że zbudowano go w 1868 roku i należał on do dworzanina, bogatego posiadacza ziemskiego Pawła Dimitrijewicza Puzan-Puzyriewskiego. Na parterze znajdował się salon i jadalnia, zaś na piętrze – pokoje i sypialnie.

Wiadomo o nim, że w 1813 roku wstąpił do Biełozierskiego Pułku Piechoty. W 1838 roku zwolnił się ze służby wojskowej „z powodów rodzinnych” w stopniu kapitana. Od 1843 roku był w służbie państwowej jako: państwowy doradca, urzędnik ds. nadzwyczajnych przy gubernatorze Wołogdy i dworski asesor, a od 1850 roku – przewodniczący miejscowego sądu. Poza tą rezydencją, Paweł Dymitriewicz posiadał jeszcze domy w gminach: Wołogodskiej, Kadnikowskiej i Grjazowieckiej. A jego żona Jekatierina Grigoriewa była córką griazowieckiego posiadacza ziemskiego Płatona Wołkowa, który był pierwowzorem gogolowskiego prezesa Horodniczego – głównego bohatera spektaklu „Rewizor”.

Jego życie i zawrotna kariera zakończyły się nagle. W Wołogdzie krążyły plotki, że skończył on ze sobą powiesiwszy się na strychu swej rezydencji. Przyczyną były wielkie długi. I od tego czasu dom jest nawiedzany przez nieutuloną duszę swego właściciela, pochowanego bez cerkiewnego błogosławieństwa.

 

Od foto-atelier do korpusu dyplomatycznego

 

Po samobójstwie Puzana-Puzyriewskiego jego dom został zlicytowany za długi i przekazany miastu. W nim rozmieszczano różne instytucje, ale nie wiedzieć dlaczego długo one w tym domu się nie utrzymywały. Jak widać, duch właściciela domu nie pozwolił na to. Jeżeli ktoś z nowych użytkowników domu nie spodobał się gospodarzowi, to niezmiennie robił wszystko, by wyżenić intruza z rezydencji (co właśnie stało się udziałem mojego przyjaciela Toli). Jakimś sposobem wspólny język z duchem udało się nawiązać miejscowemu artyście-fotografikowi Xenofontowi Baraniejewowi: jego warsztat znajdował się w tym domu w latach 1896-1941. Być może ducha zainteresował sam proces fotografowania i wywoływania zdjęć.

W latach 1914-1918 w rezydencji znajdował się jedyny w mieście klub związków zawodowych, a po rewolucji przerwał swoja działalność wraz z miejscowym handlem.

W marcu 1918 roku do Wołogdy z Piotrogrodu przeniósł się korpus dyplomatyczny obcych państw. W domu przy Hercena 35 znajdowała się ambasada USA. Mieszkał tam sam ambasador z żoną oraz całym sekretariatem, tam też znajdowała się kancelaria. Ale obcokrajowcy w czymś to narazili się „gospodarzowi” domu i pomieszkali tam dwa lata.

Czas biegł, zmieniały się warunki. W 1920 roku w domu tym zainstalował się Klub Pracowników Wodnych. Do początku lat 90-tych były tam kolejno: internat, sanepid, jacyś kooperanci, którzy wstawili do rezydencji potężne maszyny (to oni stali się ostatnią ofiarą widma). A po 1995 roku w budynku powstało Muzeum Korpusu Dyplomatycznego. Nowi gospodarze przez dwa lata doprowadzali dom do porządku, wyremontowali, doprowadzili do stanu używalności. Taki gospodarski zabieg, jak widać, mógł się komuś spodobać. Potwierdza to dyrektor muzeum Aleksander Bykow, słowa którego cytowała w swym artykule pt. „Rezydencja z duchem” Elena Archangielskaja, opublikowanym na łamach gazety „Nasza Wołogda” z dn. 10-16.IX.2009 r.

- My jego ani raz nie widzieliśmy, ale często czujemy jego obecność. Nasz duch jest z charakterem. Jak mu się nie podobają klienci, to on pozbywa się ich wszelkimi możliwymi sposobami. Tak jak tym kooperantom, co to byli przed nami przepędził już to urządzając im potopy, już to pożary. No i ich wysiudał. A my jego domem się opiekujemy i dbamy o niego, i tak sobie z nim ułożyliśmy życie…

Mamy nadzieję, że duch Pawła Dimitriewicza wreszcie się uspokoił i cieszy się, że jego dom dostał się w dobre ręce. W samej rzeczy, muzeum jest interesujące. Znajdują się w nim interesujące materiały: dokumenty, listy, dzienniki z archiwów Rosji, USA, Wielkiej Brytanii, Francji a także różne artefakty z przeszłości liczącej co najmniej 100 lat, kiedy to Wołogda była dyplomatycznym centrum Rosji. Duchowi zapewne podobają się wnętrza, w których znajdują się przedmioty z początków XX wieku.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 35/2021, ss. 36-37

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

wtorek, 11 stycznia 2022

Megalodon powrócił?

 


Antony Ashkenaz

 

Tajemniczy ślad ugryzienia na żarłaczu białym wzbudza teorię o powrocie Megalodona. OGROMNY ślad ugryzienia na grzbiecie wielkiego białego rekina zaskoczył ludzi jego pochodzeniem, prowadząc do teorii na temat prehistorycznego Megalodona.

W 2019 roku Jalil Najafov, fotograf, filmowiec i obrońca rekinów, zauważył rekina pływającego w pobliżu jego łodzi podczas eksploracji wód przybrzeżnych Meksyku z przyjaciółmi. Po bliższym przyjrzeniu się byli zszokowani, widząc gigantyczny ślad ugryzienia.

Mówiąc do CNN, pan Najafov powiedział: - Byłem naprawdę zaskoczony, ponieważ nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego.

Filmowiec zanurzył się w oceanie ze swoją wodoodporną kamerą GoPro7, aby uchwycić wyraźne ujęcie żarłacza białego z ugryzieniem.

Niestety, od tego czasu pan Najafov zgubił kartę pamięci, na której przechowywane były obrazy rekina, dlatego udostępnił je dopiero prawie dwa lata później. Ekolog był podekscytowany obrazem, mówiąc: - Od wielu lat pracuję z rekinami i rekinami – mam duże doświadczenie w tej materii.

Tajemniczy ślad ugryzienia na żarłaczu białym wzbudza teorię powrotu Megalodona

Dwa duże prehistoryczne zęby rekina megalodona — 6 cali/15,2 cm

- Wiem na pewno, kiedy widzę coś rzadkiego, nigdy nie widziałem tak ogromnej blizny po rekinie.

Po udostępnieniu zdjęcia na Instagramie, tajemnicze ugryzienie spowodowało, że wielu komentatorów spekulowało, że mogło pochodzić od Megalodona, starożytnego, ogromnego gatunku rekina, który żył miliony lat temu.

Megalodon jest uważany za jednego z największych i najpotężniejszych drapieżników, jakie kiedykolwiek żyły, a niektórzy naukowcy uważają, że wyglądałby podobnie do wielkiego białego rekina.

 


Najczęstszymi skamieniałościami, jakie archeolodzy odkryli, są zęby prehistorycznego stworzenia, które są większe niż zęby jakiegokolwiek rekina, jaki kiedykolwiek widzieli.

Oznacza to, że Megalodon jest znacznie większy niż jakikolwiek dzisiejszy rekin.

 


Aby zrozumieć pochodzenie ugryzienia, pan Najafov zwrócił się o opinię do dr Tristana Guttridge'a.

Dr Guttridge, który kieruje organizacją non-profit Marine Saving the Blue, powiedział: - Wykluczyłbym krycie prawdopodobnie ze względu na położenie, ponieważ rana wygląda na dość zagojoną i chociaż blizny po godach mogą być paskudne, są bardziej powierzchowne niż to. Kształt tego prawdopodobnie wskazuje na ugryzienie przez innego rekina – wydaje się nieco ekstremalny dla obrony, ale sam jest dużym rekinem, więc jest drapieżnikiem innego rekina.

 


Inny badacz, Michael Domeier, wtrącił się w to, mówiąc: - Jestem przekonany, że to agresja konkurencyjna. Ciągle słyszę, jak ludzie (współpracownicy) opisują tego rodzaju rzeczy jako agresję terytorialną, ale te wysoce migrujące rekiny nie mają tradycyjnego terytorium. Ale nie tolerują współgatunków, z wyjątkiem rzadkich przypadków, w których wydaje się istnieć pewna więź społeczna między niektórymi osobami (udokumentowane w Australii Południowej). Ta blizna zagoi się do tego stopnia, że nie będzie to dobry znak rozpoznawczy.

 

Źródło - https://www.express.co.uk/news/science/1546462/megalodon-news-great-white-shark-dinosaurs?fbclid=IwAR3lDw_KoZLtpbeagHM3gaFEfGI-6kqve0rFmApjT7HHuxiO4e2r6hL3Vfc

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Zakopiańska metalurgia

 


Stanisław Bednarz

 

Do roku 1870 centrum metalurgii w Galicji to było Zakopane, a konkretnie zakład zwany  Hamrami Kuźnickimi. Przewyższał on produkcją niewielkie huty w Makowie, Suchej, Ślemieniu.

A było to tak.. W 1767 r. starostwo nowotarskie  zakupił podstoli krakowski Franciszek Rychter Pelikańczyk i zbudował zakłady hutnicze w Kuźnicach w oparciu o rudy tatrzańskie (wcześniejsze wzmianki są niepewne). Po przejęciu I rozbiorze przez Austrię, pozostał dożywotnio (tzn. do 1783 roku) dzierżawcą huty, nazywanej Hamrami.

Gdy w 1794 r. Kuźnice spalili zbójnicy, działalność została wstrzymana. Austriacka kamera (czyli Urząd Skarbowy) wystawiła ją na sprzedaż.

W 1800 r. dzierżawcą został Johann Reichsdorfer, a w 1804 kupili ją Ernst Blutowski i Gottlieb Lang. Jak podaje Stanisław Staszic, działały tu wtedy wielki piec i fryszerka.




Tatrzańskie kopaliny: srebro - Ag, miedź - Cu i antymon - Sb, żelazo - Fe, mangan - Mn, siarka - S, granit, wapień, wapń - Ca, piaskowiec, kopalnie rudy 

Nowi właściciele sprzedali je w maju 1817 roku pochodzącemu z Węgier Janowi Homolacsowi. Zanim jednak rodzina Homolacsów zakupiła Kuźnice, jej protoplasta Jan, rozpoczął budowę dworu w Dolinie Kościeliskiej. Nigdy go jednak nie dokończył i zmarł w 1817 r. Przed śmiercią zdążył jednak doprowadzić do odkrycia nowych, bogatych złóż rudy żelaza w Kopie Magury, wznoszącej się w pobliżu Kuźnic. Skłoniło to jego syna, Emanuela, do rozbudowy w Kuźnicach.

Dalszy rozwój ograniczał jednak brak opału, toteż gdy w 1824 r. Austriacy postanowili sprzedać dobra królów polskich w Tatrach, zakupił na licytacji dwie sekcje (zakopiańską z Doliną Kościeliską i białczańską z Morskim Okiem). Czasy Homolacsów trwały ponad pięćdziesiąt lat. Huta rozwijała się...

Huta dawała zatrudnienie 120 osobom, z których większość to okoliczna ludność, ale stanowiska kierownicze zajmowali obcokrajowcy (Niemcy i Czesi). Kierownictwo zakładu powierzono Rudolfowi Elsnerowi, który znacznie rozbudował hutę (nowy wielki piec, trzy nowe fryszerki), walcownia, warsztat ślusarski i modelarnia Kuźnice zakopiańskie stały się wtedy jednym z największych przedsiębiorstw branży metalowej w Galicji, a ich wyroby słynące z wysokiej jakości eksponowano na międzynarodowych wystawach przemysłowych.

W tym czasie w wielkim piecu w Kuźnicach wytapiano tygodniowo od 13 do 15 ton surówki, a w ciągu roku w hucie produkowano ok. 500 ton surówki i ok. 700 ton żelaza sztabowego i blachy walcowanej. Wytapiano tu surówkę przeznaczoną do dalszego przerobu, a także odlewano z niej gotowe produkty (m.in. części do maszyn, krzyże oraz tzw. „galanterię żelazną” – świeczniki ołtarzowe, pasyjki, figurki, garnki, oprawy zegarów, przyciski do papierów itp.).







Specjalnością zakładu były pomniki dostojników austriackich odwiedzających Kuźnice. W zakładzie produkowano także wyroby kute (gwoździe, narzędzia – młoty, kowadła, sztangi, kilofy), a także maszyny rolnicze (pługi, żniwiarki). Walcownia produkowała blachy, sztaby i różne elementy konstrukcyjne. Urządzenia walcownicze składały się z trzech zestawów walców, a to dla profili o przekroju większym (Grob-Eisen-Walzwerk), drobnym (Fein-Eisen-Walzwerk), wreszcie do blachy (Blach-Walzen).

Wyroby huty były sprzedawane na Podhalu, a także trafiały do odbiorców w Krakowie, Wieliczce, Bochni i Tarnowie W Kuźnickiej hucie wykonano m.in. elementy mostu łączącego Kraków z Podgórzem. Tu wykonano krzyż, który jest na Gubałówce i w Dolinie Kościeliskiej.

Siły napędowej dla maszyn i dostarczało koło wodne na potoku Bystra. Hamernia była opalana węglem drzewnym, z buka co doprowadziło do rabunkowej wycinki. Od  1833 r. Homolacsowie osiedli na stałe w wybudowanym dworze. Majątkiem zarządzał  wtedy bratanek zmarłego w 1830 r. Emanuela – Edward, (powstaniec listopadowy) który po śmierci stryja poślubił jego żonę Klementynę.

Produkcja surówki uzależniona była jednak od złóż rudy żelaza w Tatrach, a te wyczerpywały się. W 1869 Homolacsowie sprzedali hutę berlińskiemu bankierowi, Ludwigowi Eichbornowi, a sami przenieśli się do Balic. Kryzys spowodowany pojawieniem się tanich wyrobów hutniczych ze Śląska  doprowadził do upadku. W roku 1875 wielki piec wygaszono. Później przerobiono go na tzw. piec kopułowy przeznaczony do przetapiania starego żeliwa. Przez kilka lat z surówki sprowadzanej ze Spisza produkowano różne wyroby z żelaza  działały kuźnice i walcownia do 1878.

W roku 1881 Kuźnice otrzymał zięć, Magnus Peltz. Próbował on zastąpić przemysł metalowy produkcją miazgi drzewnej. Wybudował dwie papiernie, które zbankrutowały.








Majątek sprzedano w 1888 roku hrabiemu Władysławowi Zamoyskiemu. Zdecydował on o całkowitej likwidacji zakładu. Rozpoczęto wyburzanie obiektów przemysłowych, a ich wyposażenie sprzedano na złom.

W XIX wieku na obszarze Tatr znajdowały się także inne zakłady hutnicze. W Jaworzynie Spiskiej działał od 1759 roku zakład założony przez Ferenca Horvath-Palocsaya. W latach 60. XIX wieku hutę dzierżawili przez kilka lat Homolacsowie. Znajdował się tam wielki piec, fryszerki.

W 1873 roku zaniechano robót w hucie. W połowie XIX wieku w Dolinie Chochołowskiej (Huciska) i Lejowej (Huty Lejowe) wytapiano żelazo prymitywnymi metodami. W latach 1840-1858 huty prowadzili Kajetan i Hieronim Borowscy - zamknięto  je w połowie lat 60. XIX w.

 

Moje 3 grosze

 

Także na jordanowskim cmentarzu znajdowały się krzyże nagrobne wykonane w kuźnickiej hamerni, a w szopach i narzędziowniach znajdują się narzędzia rolnicze wykonane tamże. Wyroby te znajdują się jeszcze w ekspozycjach muzealnych Podhala i Podtatrza.

Dzisiaj na miejscu huty znajduje się m.in. elektrownia wodna o niewielkiej mocy. Co ciekawe, w dniu 17.I.1979 roku miało tam miejsce jedno z najciekawszych i najlepiej udokumentowanych CE2 czyli Bliskich Spotkań Drugiego Rodzaju z UFO w postaci kuli światła, o czym opowiem innym razem.