Powered By Blogger

piątek, 29 stycznia 2021

Na długo przed Roswell

 


Valdis Pejpiņš

 

Dnia 31.III.1676 roku chłopi widzieli na niebie Toskanii obiekt w kształcie „mieszka z ziarnem”, a może być i snopa mającego okrążające go formy, który błyskawicznie przemieścił się znad Adriatyku nad Morze Śródziemne.

Od pewnego czasu w mediach i w Internecie zaczęły się pokazywać informacje o katastrofach UFO, które miały miejsce na długo przed incydentem w Roswell w lipcu 1947 roku. Największą wiarygodność otrzymały informacje o upadku NOL-a na wyspie Zielienaja koło Rostowa w czerwcu 1941 roku, tuż przed samym wybuchem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i podobny przypadek w kwietniu 1941 roku w amerykańskim stanie Missisipi.

 

Goście wieczorową porą…

 

Historia, która swego czasu wydarzyła się w stanie Missisipi została upubliczniona w lecie 1984 roku. Niejaka Floy Hoffman cierpiąca na raka i przyjmująca chemioterapię, ale zachowująca wciąż przytomność umysłu, czując zbliżającą się śmierć, zdecydowała się opowiedzieć swej wnuczce Charlottcie Mann o tym, co przez wiele lat utrzymywała w tajemnicy. Opowiadanie jej dotyczyło wydarzeń z 1941 roku, które miały miejsce w pobliżu niewielkiego miasteczka Cape Girardeau, na brzegu wielkiej rzeki Missisipi, w stanie Missouri na N 31°18’30” – W 089°32’58”.

Pewnego kwietniowego wieczoru, do domu przewielebnego Williama Hoffmana – wtedy jeszcze młodego pastora Kościoła Baptystów Czerwonej Gwiazdy, męża Floy i dziadka Charlotty przyszło dwóch nieznajomych. Oni poprosili wielebnego o to, by udał się z nimi na miejsce katastrofy lotniczej aby oddać ostatnią posługę poległym pilotom. Pastor pozbierał się i pojechał z nimi całkiem zwyczajnym, nie policyjnym, samochodem. Przebyli w dół rzeki jakieś 15 mi/24 km i kiedy przybyli na miejsce katastrofy, ojcu Williamowi od razu stało się oczywiste, że wydarzyło się tam coś niezwykłego. 

Od razu rzucił się mu w oczy dziwny kształt tego aparatu latającego. Pastor niejednokrotnie latał samolotami i doskonale wiedział jak wyglądają maszyny cywilne i wojskowe. Zaś to, co leżało na polanie nieopodal brzegu rzeki nawet w przybliżeniu nie przypominało samolotu! – był to pełnometaliczny aparat latający przypominający swym kształtem ogromny spodek. Nie widać było na nim żadnych spawów ani nitowania i tylko w jednym miejscu ziała wielka dziura z poszarpanymi krawędziami. Poprzez ten otwór pastor zajrzał do wnętrza pojazdu. Widać tam było metalowy fotel o niezwykłym kształcie, przyrządy i pulpity z zegarami, a także dużą ilość innych przedmiotów, jakich on nigdy w życiu nie widział i które potem trudno mu było opisać. Hoffmana zdumiały mnogie napisy wewnątrz obiektu, które nie były podobne do jakiegokolwiek znanego mu pisma, a były nieco podobne do egipskich hieroglifów.

 


Rekonstrukcje miejsca UFO-katastrofy w Cape Girardeau


Zdjęcie Obcego pomiędzy funkcjonariuszami FBI 

Tajemniczy piloci

 

Bardziej niezwykłymi z wyglądu byli piloci dziwnego aparatu latającego, których zwłoki leżały obok niego. Były to trzy stworzenia nieco tylko przypominające ludzi. Pastor pojął, że te dziwne istoty przyleciały tym dziwnym statkiem latającym i dlatego wezwano go tutaj. Dwóch UFO-pilotów leżało obok statku, a trzeci nieco dalej. Sądząc z tego, ten trzeci nie zginął przy uderzeniu aparatu o ziemię, jak jego dwóch towarzyszy, i udało mu się przejść kilkanaście kroków zanim upadł na ziemię i też zmarł.

Dookoła tłoczyli się ludzie: wojskowi, policjanci, strażacy. Oni rozmawiali ze sobą, opowiadali coś o kształcie płomieni. Nie patrząc na to, że dookoła widoczne były ślady pożaru, a trawa pod krzakami jeszcze się dymiła, martwych humanoidów ogień nie ruszył. Oddawszy ostatnią posługę Obcym z Wszechświata, pastor Hoffman wygłosił nad nimi modlitwę za zmarłych.

W tym czasie przy UFO pojawili się policyjni fotografowie. Dwóch wojskowych podnieśli jednego z leżących na ziemi humanoidów i podtrzymując go z dwóch stron postawili na nogi, żeby fotografowie mogli zrobić mu zdjęcia „wedle wzrostu”. Teraz dopiero ojciec William mógł się mu dokładniej przyjrzeć. Dziwna istota miała około 120 cm wzrostu, a jej ciało okazało się być miękkim, niemal bezkostnym. Pilot był odziany w miękki, pozbawiony szwów czy zapięć kombinezon zrobiony z czegoś przypominającego folię aluminiową, miejscami pomarszczoną. Niezmiernie długie ręce miały nieproporcjonalnie długie palce – po trzy w każdej ręce.

Zgodnie z opowiadaniem Floy Hoffman z każdym człowiekiem przebywającym na miejscu tej UFO-katastrofy rozmawiali potem pracownicy FBI. Pastorowi powiedziano, że powinien się trzymać następującej wersji: na tamtym miejscu nic się nie wydarzyło, a to co widział mu się po prostu ubzdurało.

- Niech pan zapamięta: niczego tam pan nie widział, a nasza rozmowa z panem jest tajemnicą państwową, którą należy chronić pod siedmioma pieczęciami i z nikim się nią nie dzielić – powiedzieli na koniec.

Jednakże wielebny William był tak wstrząśnięty i zdumiony, że po powrocie do domu i tak wszystko opowiedział swej żonie i synom, a następnie zobowiązał ich do milczenia na temat tych wydarzeń. Floy trzymała to w tajemnicy przez długie 43 lata.

 

Zdjęcie

 

Rozumie się, że Floy Hoffman można nazwać wręcz jedynym świadkiem tych dawnych wydarzeń. Te wspomnienia chroniła także jej wnuczka Charlotta, której wraz z młodszą siostrą w dzieciństwie udało się usłyszeć strzępy rozmów pomiędzy ojcem a dziadkiem właśnie na temat tej historii. Mało tego, ona dokładnie pamiętała, że w domu znajdowało się zdjęcie, które z biegiem czasu gdzieś zaginęło… Siostra Charlotty potwierdziła tą informację w swoim pisemnym oświadczeniu, że kiedy była nastolatką to słyszała niejednokrotnie rozmowy dorosłych o tym wydarzeniu i zagadkowych Obcych, którzy zginęli co na własne oczy widział jej dziadek. Pewnego razu ujrzała ona zdjęcie Ufonauty. Także Clarence Shade, brat szeryfa, który był na miejscu katastrofy, był gotów złożyć swe oświadczenie na temat wydarzeń z 1941 roku.

Badaniem tego przypadku zajmował się ufolog Ryan Wood, w czasie spotkania z którym Charlotta Mann opowiedziała ważne szczegóły tej historii. Ona opowiedziała mu, że w dwa tygodnie po katastrofie NOL-a przyszedł do nich jakiś młody człowiek (niektórzy ufolodzy twierdzą, że był to niejaki Harland D. Fronabagger) i powiedział, że widział pastora na miejscu tragedii i słyszał jak czytał modlitwę za zmarłych nad dziwnymi stworzeniami, i że to wywarło na nim głębokie wrażenie. Potem młodzieniec dodał, że zdążył zrobić zdjęcie jednego z Obcych i że pastor zapewne będzie zainteresowany taką fotografią. Dał pastorowi to zdjęcie, ukłonił się i odszedł. Fotografia przechowywała się u dziadka Charlotty i poza członkami jego rodziny nikt jej nie widział.

Po śmierci Williama zdjęcie wziął jeden z jego synów – ojciec Charlotty – Gay Hoffman. Nie robił on z tego wielkiej tajemnicy, i pewnego razu w 1954 roku jeden z jego znajomych ją pożyczył i już nigdy nie oddał ojcu Charlotty.

 


Zbieżna historia

 

- Wszystkiego – wedle słów Ryana Wooda – do dzisiejszych czasów miało miejsce 86 UFO-katastrof, poczynając od pierwszej zarejestrowanej w stanie Teksas w 1897 roku i kończąc na katastrofie w Somalii w 1997 roku.

Teksaski incydent wydarzył się 17.IV.1897 roku nad niewielkim miastem Aurora, mającego wtedy 3000 dusz i znajdującego się na północ od Dallas, na N 33°03’24” – W 097°30’27”. Jak podała gazeta „Dallas Morning News” – cygarokształtne UFO powoli przepłynęło na niebie nad Aurorą i na północ od miasta werżnął się koło wiatraka na działce należącej do sędziego J. Proctora. Rozległ się ogłuszający wybuch i odłamki CUFO rozleciały się we wszystkie strony robiąc szkody w doskonale utrzymanym sadzie, który też należał do sędziego.

Pilot CNOL-a zginął. Było to stworzenie niewielkiego wzrostu, którego ciało było silnie uszkodzone przez wybuch. Gazeta określiła go jako „stworzenie nie z tego świata”, a pewien oficer z położonego nieopodal Fortu Worth doszedł do wniosku, że to Marsjanin. Uchowały się relacje świadków, że wraz z Ufonautą znaleziono zapisy wykonane nieznanymi hieroglifami, które mogły być jakimiś dokumentami. Zagadkowe stworzenie pochowano na miejscowym cmentarzu w obrządku chrześcijańskim w bezimiennej mogile. Szczątki CNOL-a mieszkańcy Aurory wrzucili do studni położonej niedaleko od wiatraka.

O wiele później, bo w 1945 roku niejaki Brouli Oates odkupił od sędziego działkę, na której stał wiatrak. Nowy właściciel zdecydował wyczyścić studnię z pozaplanetarnych szczątków by znów mogła być źródłem wody. Wykonawszy tą pracę, zapadł on na artretyzm. Oates doszedł do wniosku, że to stało się za sprawą wody ze studni. Zastawił więc studnie ciężką betonową płytą, sądząc po wybitej na niej dacie, miało to miejsce już w 1957 roku.

Jak widać, w tej historii jest nawiązanie do wydarzeń w Cape Girardeau – mały wzrost Przybysza, jego pogrzebanie wedle chrześcijańskiego obrządku i znalezione w pojeździe tajemnicze napisy w nieznanym języku nieznanym alfabetem. Do tego wydarzenie z peryferii Aurory okazuje się być najstarszym tego rodzaju, chociaż przeloty „statków niebieskich” i ich pasażerów znane są już ze Średniowiecza, z ówczesnych kronik, tym niemniej nie odnotowano w nich żadnych UFO-katastrof.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 7/2020, s. 32-33

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                

wtorek, 26 stycznia 2021

Tajemnice watykańskich archiwów

 


Borys Szarow

 

Bazylika św. Piotra – to największy chrześcijański kościół na świecie. Wysokość kopuły – 119 i średnica – 42 m. W czasach Nerona na tym miejscu znajdował się cyrk, gdzie chrześcijanie ginęli męczeńską śmiercią.

Od końca XIX wieku każdy z papieży obiecuje otworzyć dla badaczy część tajnego archiwum watykańskiego. A co znajduje się w tym archiwum? Tam znajduje się zbiór dokumentów Kurii Rzymskiej, papieskich nuncjatur i wszystko to, co było ważne dla Kościoła katolickiego. Archiwum wyprowadzono z Biblioteki Watykańskiej 400 lat temu i od tego czasu jest ono największym zbiorem dokumentów i tajemnic światowej polityki. Aktualnie historyk może się zapoznać z dokumentami sporządzonymi do 1939 roku, ale musi dobrze wiedzieć, czego szukać: w archiwach Watykanu znajduje się 85 km stelaży…

 

Zbiór informacji

 

Problem leży nie tylko w ogromie pojemności zbiorów bibliotecznych. Dokumenty odnoszące się do tego czy innego okresu od początku przechodziły selekcję. Wszystko, co może być jeszcze aktualne – wycofuje się. Swobodny dostęp mamy do dokumentów, które jak wiadomo, są znane uczonym. Tak więc nie jest ważne to, co Watykan udostępnił do wglądu ale to, co do dziś dnia jest ukryte w archiwach.

Kościół katolicki od samego początku istnienia był idealną maszyna do zbierania informacji. Każdy duchowny był agentem, każdy legat papieski – rezydentem. Czasami przedstawiciele Watykanu dzielili się wiedzą z współczesnymi im ludźmi, ale najczęściej chowali ją dla siebie, zgodnie z zasadą WIEDZA = WŁADZA.

W swoim czasie rzymscy papieże byli ważnymi figurami na politycznej arenie międzynarodowej i posiadanie ekskluzywnych informacji pozwalało im na aktywne włączanie się w procesy polityczne. Ale teraz jest im trudno rywalizować z potężnymi aparatami państwowymi. Watykan był i wciąż jest państwem, które prawnie chroni swoje sekrety. Szczególnie tym bardziej, że niektóre z nich mogą nadszarpnąć autorytet Kościoła katolickiego. Czy będzie zatem ujawniona jakaś poważna informacja dotycząca ubiegłego wieku? Stosunków papieży z reżymem nazistów, działalności Kościoła katolickiego w czasie Zimnej Wojny, tajemnice przewrotów wojskowych i inne aktualne tematy, które pojawiały się na świecie Bożym, a które jeszcze długo będą kisły w sejfach pod gryfem ŚCIŚLE TAJNE.

 

Kto naciskał na papieża?

 

Jan Paweł II odtajnił archiwa dotyczące pontyfikatu Piusa XI w latach 1922-1939, ale i nie wszystkie. Następne miały być dokumenty dotyczące panowania papieża Piusa XII, którego także nazywano „papieżem Hitlera”. Ale jak na razie, to wszystko, co dotyczy II Wojny Światowej pozostaje utajnione. Kurtyna tajemnicy z lekka uniosła się w 2014 roku.

Chociaż wedle wszelkich znaków, prace nad przygotowaniem dokumentów do ich ujawnienia i ukazania na światło dzienne były prowadzone. Na ten przykład wiadomo, że Watykan nie miał zamiaru ujawniać papierów z berlińskiej nuncjatury (ambasady – przyp. aut.) z lat 1931-1934 i 1939-1945. Niektóre z nich uznaje się za zniszczone w czasach wojny. Pozostałe próbowała zbadać specjalna komisja złożona z katolików i żydów powołana przez Jana Pawła II.

Prawdą jest, że w 2001 roku, kiedy wyjaśniło się że kanonizacja Piusa XII, izraelscy historycy zrezygnowali z prac w komisji i do dziś dnia milczą na temat tego, co doczytali się w archiwach. Watykan miał nie tylko przedstawicielstwo w III Rzeszy, ale także posyłał emisariuszy do Hitlera oraz zbierał informacje o liderach nazistów. To się przydało w czasie wojny. Zgodnie ze zdaniem historyków, wysłańcy Kościoła katolickiego drogą szantażu, przekupstwa, a czasami i posługując się starymi kontaktami z faszystowskimi urzędnikami oswobodzili z hitlerowskich koncentraków ponad 800.000 Żydów.

Przedstawiciele Izraela obwiniali Piusa XII o to, że ratował on tylko Żydów-katolików, a Holokaust oceniał on bardzo strachliwie. W odpowiedzi na to Watykan opublikował relację papieskiego nuncjusza ze spotkania z Hitlerem, w czasie którego mowa była o polityce nazistów względem Żydów. Rozmowy te miały miejsce w 1943 roku i jak widać, nie przyniosły one żadnych rezultatów.

Oficjalne stanowisko Watykanu było takie: pontifex zmuszony był do milczenia, ale dzięki temu Kościół istniał.

Niestety, gdyby papież chciał głośno krzyczeć, to zarzucono by mu oczekiwanie i milczenie; gdyby on chciał by działać i pomóc, to znowu wymówiono by mu oczekiwanie i cierpliwość – pisał po wojnie Pius XII.

O naciskach ze strony Hitlera i Mussoliniego można by było mówić otwarcie, a wyrażenia użyte przez papieża świadczą o zaangażowaniu się innych sił, które były aktywne także w powojennej Europie. Odpowiedź na pytanie, co to były za siły na pewno są ukryte w archiwach.

 


Miliony Mussoliniego

 

Jeszcze jedna tajemnica ukryta w archiwach Watykanu to los gigantycznych sum przekazanych papieżowi w zamian za uznanie faszystowskiego reżimu Mussoliniego. Duce dogadał się z Kościołem w 1929 roku, a już w 1931 papieski finansista Bernardo (Bernardino) Nogara założył w Luksemburgu obszerny holding dla skupywania nieruchomości w całej Europie.

Istnieje przypuszczenie, że Nogara działał nie tylko w interesach Watykanu, ale także na wyraźne polecenia Mussoliniego. Ten uważał, że wcześniej czy później może rozstać się w władzą i zamierzał ukryć się za granicą. Swoją przyszłość włoski dyktator planował zabezpieczyć przy pomocy dziesiątków podstawionych firm posiadających nieruchomości w Londynie, Paryżu, Berlinie, Madrycie i Nowym Jorku.

Brytyjscy dziennikarze niedawno podliczyli, że za holdingiem British Grolux Investments Ltd. tylko w Londynie stoją nieruchomości za 680 mln €. Poza tym są tam także całe dzielnice mieszkaniowe w Szwajcarii, biurowce w Paryżu i jakieś przedsiębiorstwa w Ameryce. Poprzez łańcuszki podstawionych firm ślady wiodły do nie istniejącego już trustu Profima. W lata wojny firma ta była obwiniana o „działalność sprzeczną z interesami alianckich mocarstw”. Nogara chciano w 1943 roku wyrzucić z Anglii na próbę sprzeniewierzenia środków finansowych, należących do włoskich banków, na drodze przekazania ich Profimie. Ale wmieszała się w to Stolica Apostolska, której przedstawiciele oświadczyli wprost, że jest to holding Watykanu.

Dalsze śledztwo weszło w ślepą uliczkę: brytyjskie ustawodawstwo pozwala komercyjnym strukturom nie publikować danych swoich beneficjentów. Nie zamierza się spieszyć rozpowszechnić informację o milionach Mussoliniego i Watykanu.

 

Z pozdrowieniami – matka Teresa

 

Nieźle byłoby zajrzeć także do spraw dotyczących rachunków wystawionych przez błogosławionych. Wszak Kościół katolicki dokładnie sprawdza wszelkie relacje o życiu i działalności kandydatów, godnych najwyższych zaszczytów. Ot, np. w stosunku do Piusa XII procedura kanonizacji została zawieszona – coś w życiu tego papieża okazało się dla komisji wątpliwe.

A taka matka Teresa z Kalkuty przeszła przez komisję śpiewająco. Faktem jest, że medycy mieli niejakie wątpliwości z powodu leczenia nałożeniem rąk, ale to już sprawa Kościoła – przyznanie do kategorii cudu czy nie. Pozostaje tylko dowiedzieć się, jak to się stało, że wysoka komisja obeszła wielkiej ilości skarg na założycielkę zakonu Sióstr Misjonarek Miłości. Nie patrząc na wysyp kościelnych i cywilnych nagród i zaszczytów, wielu jej podopiecznych nie wspomina jej dobrym słowem.

Kanadyjscy dziennikarze niedawno opublikowali pracę, poświęconą krytyce błogosławionej Teresie. Mówi się w niej, że finansowa działalność zakonu była ciemna i nieprzejrzysta, metody leczenia – wątpliwe, pracoterapia obowiązkowa, prawa kobiet, które trafiły pod jej opiekę były poważnie naruszane, i wiele, wiele innych przestępstw. Dziennikarze twierdzą, że na matkę Teresę nie tylko skarżono się do władz Indii, ale także do Watykanu. Jednakże pozostawało to bez odpowiedzi. I nie patrząc na to, że kobiety były umieszczane w schroniskach na siłę, a wielu pacjentów zakonnic zmarło z powodu nieumiejętnego leczenia czy nieotrzymania pomocy – w ogóle!

 

Pius XII w Argentynie

Ostatnia wycieczka na Zachód

 

W XX wieku Watykan zwrócił uwagę na Amerykę Pd. Jest tam o wiele więcej wierzących niż w Europie, a autorytet papieża nie podlega dyskusji. Poza tym z Kościołem musieli się liczyć także południowoamerykańscy dyktatorzy. Oni tak czy inaczej budowali swe stosunki ze Stolicą Apostolską – najczęściej na dwustronnych warunkach. Także USA w czasie prezydentury Johna F. Kennedy’ego (był on katolickim prezydentem) Kościół uzyskał tam nigdy niewidziane wcześniej przywileje. Ten zaś z kolei, od specjalnego wysłannika papieża uzyskał wstępną informację o rozmieszczeniu na Kubie rakiet z głowicami jądrowymi, którą później tylko potwierdził wywiad. Wysoko postawieni katolicy ostrzegali go także przed zamachem.

Minister spraw wewnętrznych Chile w rządzie Salvatora Allende  - Carlos Prats wspominał, że katoliccy hierarchowie wiedzieli o przygotowywanym przewrocie Pinocheta. W czasie Wojny Falklandzkiej w 1982 roku, Watykan jakimś sposobem dowiedział się o tym, że Wielka Brytania była gotowa do użycia broni jądrowej.

Jest pewnym, że archiwa watykańskie mogą zawierać dokumenty, które mogą rzucić światło na losy wielu hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, którzy po wojnie uciekli do Ameryki Południowej. Ponadto o planach Hitlera założenia IV Rzeszy w dżunglach Amazonii doskonale wiedziano w Watykanie.[1]

W 1945 roku, naziści rozumieli, że wojna jest przegrana. W krótkim terminie zbudowano dziesiątki nowoczesnych okrętów podwodnych, które były w stanie przepłynąć 15.000 mn/27.780 km. Ale nie były przeznaczone do walki – ich celem było dostarczenie do Ameryki Pd. hitlerowskie kierownictwo, pieniądze i dokumenty.

Dowódcy tych U-bootów szkolili się w Danzig – w Gdańsku. W styczniu 1945 roku zostali oni załadowani na ogromny liniowiec MV Wilhelm Gustloff. Danzig w tym czasie już padł, ale radzieccy lotnicy nie atakowali statku – był on zamaskowany jako statek szpitalny i spokojnie wyszedł w morze. I wtedy polscy partyzanci przekazali radzieckiemu dowództwu, kto naprawdę znajduje się na pokładzie pasażera.[2]

W rezultacie tego tysiące marynarzy poszło na dno. Wiele później stało się wiadomym, że partyzanci otrzymali tą informację od swego księdza. Wątpliwe jest, że skromny duchowny uzyskał ją samodzielnie i przekazał bez wiedzy wyższej instancji kościelnej.

Ale większość tajemnic archiwów Watykanu zostaje nadal utajnionych. Stolica Apostolska bez entuzjazmu rozstaje się ze swymi sekretami. Szczególnie wtedy, kiedy do spraw dawno minionych dni wmieszani byli hierarchowie kościelni. Teraz na Stolicy Apostolskiej jest 226. papież – Franciszek. Wybrano go w dniu 13.III.2013 roku, a do tego od 1200 lat stał się on pierwszym pontifex’em spoza Europy ale z Nowego Świata. A do tego jest to pierwszy papież jezuita. Jest on nazywany najbardziej liberalnym papieżem, być może dlatego, że on popiera gejów i lesbijki, obmywa nogi uchodźcom, więźniom i mafiosom, i zawsze jest gotów sfotografować się z tymi, kto go o to proszą. I oto niedawno stało się wiadomym, że Franciszek zamierza otworzyć wszystkie archiwa dotyczące Holokaustu. Stało się to w dniu 2.III.2020 roku.

- Kościół nie boi się historii – twierdzi papież.

Przede wszystkim na to oświadczenie zareagowano w Izraelu. Prezydent tego kraju Re’uwen Riwlin nazwał takie oświadczenie Franciszka odważnym i długo oczekiwanym.

- Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, są skazani na jej powtórzenie – powiedział on.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 7/2020, ss. 20-21

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz              

 



[1] Obecnie uważa się, że naziści zbiegli najczęściej do tzw. południowego stożka Ameryki Pd. – Argentyny, Chile, Urugwaju, Paragwaju, a także Peru i Brazylii. Ponoć Hitler do śmierci ukrywał się w Chile, co udowadniają prywatni badacze historii z krajów zachodnich, ale nie przedstawiają na to ostatecznych dowodów.

[2] Jestem przekonany, że na pokładzie Gustloffa znajdował się także personel i dokumentacja Torpedo u. U-boot Waffe Versuchen Anstallt w Gotenhafen-Hexelgrund/Gdynia-Babie Doły oraz poligonu lotniczego SS w Grossendorf/Władysławowo, gdzie testowano maszyny z napędem odrzutowym, rakietowym i rozwojowymi. Dokumentacja ta została wydobyta z wraku już po wojnie i wywieziona do ZSRR bez zgody polskich władz, w ramach radzieckiej wersji amerykańskiej Operacji Spinacz...  

sobota, 23 stycznia 2021

Pwdre ser w Radomsku

 


Odchody z gwiazd czyli pwdre ser wciąż stanowią nierozwiązaną zagadkę. Grzebiąc w Internecie na stronie Internetowego Klubu Miłośników Grzybów DARZ GRZYB znalazłem relację jednego z klubowiczów na temat znalezionych na brzegach Radomki kawałków przeźroczystej galarety – wypisz-wymaluj znanego w ufologii pwdre ser. A oto relacja Pana Jacka Nowickiego:

 

6 stycznia tego roku, w „porostowym” zagajniku Radomska, na jednym z karłowatych dąbków znalazłem dwa tajemnicze, galaretowate, kleiste gluty:

 




Postanowiłem jednego zabrać do domu i wrzucić pod mikroskop. Fotki mikro na innym forum http://bio-forum.pl/messages/33/633288.html

Czekam teraz na opinie na temat tej materii. Swoje przypuszczenie, ale i dalsze pytania, zawarłem na końcu postu.

Kolejne galarety typu pwdre ser:

 



Podczas wczorajszej wycieczki penetrowałem niewielki teren przy rzeczce, która podczas budowy obwodnicy miasta, została „unormowana”. Chodziłem po prawej stronie pokazanego odcinka

Tuż na wejściu, pod widoczną dużą topolą, zauważyłem kilkanaście skupisk owych tajemniczych galaret. Galarety były niezbyt „związane”, niektóre przelatywały przez palce, były kompletnie bez zapachu. W smaku były … żartuję, nie odważyłem się tego brać do gęby :D

Początkowo pomyślałem, że może ma to związek z drzewem, z ową topolą ( tak jak w przypadku moich brązowych galaret :) ), gdyż galarety leżały w zasięgu gałęzi korony tejże topoli, a nieco dalej od rzeczki ich nie znalazłem. Jednakże ten trop okazał się całkiem mylny. Gdy zbliżyłem się do rzeczki, kilkadziesiąt metrów dalej, znów znalazłem owe galarety, po obu stronach „rowu”. Tym razem jednak nie mogłem tego zjawiska zganić na żadne drzewo, bo nad skupiskami galaret nie było żadnych gałęzi.

Zgubiwszy jeden trop, chwyciłem się drugiego :) Może ma to związek z sarenkami, których śladami i ścieżkami usiany był teren :|

I gdy tak zastanawiałem się nad tym tropem, w oczy rzucił mi się jeszcze jeden trop :) A może ma to związek z tym co zobaczyłem na dnie rzeczki :?:

 




Hmm, co tym sądzicie?

 

Moje 3 grosze

 

No to jest właśnie to coś, co nazywane jest gwiezdnymi odchodami i myślę, że w tej nazwie jest jakieś quantum prawdy. Ongi rzuciliśmy hipotezę, że rzeczywiście mogłyby to być odchody Kosmitów – wystarczy przypomnieć sobie relację Jana Wolskiego z jego CE4 z „potworakami” w Emilcinie. Co zauważył on w kokpicie NOL-a? Otóż to, że jeden z Kosmitów jadł coś, co przypominało ciastowatą, przeźroczystą galaretę. Ciekawym jest, jak wygląda rezultat trawienia takiego „czegoś”? Czy nie jak przejrzysta, lekko zabarwiona galareta? Jak dotąd, to nikt nie podjął się na serio badań tego zagadnienia, a przecież sama nazwa tego fenomenu w języku gaelickim oznacza „odchody gwiazd” ergo może być coś na rzeczy, czyż nie? Zob. także - https://wszechocean.blogspot.com/2012/11/jeszcze-o-pwdre-ser-1.html i następne. A Kosmici skoro jedzą, to muszą też wydalać – to biologiczny pewnik.

Martwe żaby na dnie Radomki przypominają mi wydarzenia z Løsby w Dani, Altonie w Niemcach, Aoscie i Rzymie we Włoszech. Tylko że tutaj nie były rozerwane od środka. Być może zatruły się właśnie tymi pozostałościami po wizycie Ufiastych?

A może – żeby już zakończyć ten materialik – Ufiaści nie są Kosmitami tylko po prostu ludźmi z innego wymiaru Czasu – i tak właśnie będziemy wyglądali za powiedzmy 10.000 lat egzystencji gatunku Homo sapiens? Warto się nad tym zastanowić. W mojej pracy „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011) rzuciłem hipotezę głoszącą, że Oni są naszymi dalekimi potomkami i chcą powrócić do swej pierwotnej postaci wykorzystując inżynierię genetyczną i tempolarną. I wszystko wskazuje na to, że właśnie tak jest…

Ale to już temat z innej ballady.  

piątek, 22 stycznia 2021

Domowi „zabójcy” Przyrody


Igor Nikitin

 

Lubimy sobie pogadać o ekologii i ochronie środowiska naturalnego. Wielu z nas nie tylko mówi, ale także działa w tym kierunku – nie rozrzuca śnieci gdzie popadnie, sortują je przebierając materiały do opakowania… Ale są niektóre rzeczy, których nie zauważamy, a które są prawdziwymi „mordercami” Przyrody.

 

Peeling i pasta do zębów

 

Czyścicie zęby przy pomocy pasty do zębów. A czy zauważyliście, że niektóre z nich zawierają mikrogranulki przeznaczone dla lepszego czyszczenia zębów? Podobne mikrogranulki są w niektórych rodzajach peelingu do ciała. Ich rozmiary są bardzo małe i w rezultacie wpadają one do kanalizacji, przechodząc swobodnie przez wszystkie typy filtrów i trafiają wreszcie do Wszechoceanu, a że te granulki są zrobione z plastików i corocznie wpada ich do wód Oceanu Światowego aż 8 mln ton (!!!) i oto mamy ekologiczną katastrofę.

 

Pałeczki do jedzenia

 

Ten problem jest bardziej charakterystycznym dla krajów azjatyckich. Chodzi tutaj o chińskie pałeczki do jedzenia, które są jednorazowe i tradycyjnie sporządzane z drewna. I tak więc corocznie 4 mln drzew wycina się dla podtrzymania tej tradycji. Z nich robi się 57 mld par pałeczek i każda para znajduje swego użytkownika.

I jeszcze jedna mała uwaga – każda pałeczka dla lepszego użytkowania jest obrabiana różnymi chemikaliami. I chociaż wytwórcy przysięgają, że są one ekologiczne, sam proces ich sporządzania daleko odbiega od naturalności z punktu widzenia ekologii.

 

Jednorazowe ściereczki

 

Już od dawna przyzwyczailiśmy się do posługiwania się jednorazowymi serwetkami i ściereczkami. Są one bardzo wygodne w użyciu i trudno jest z nich rezygnować. A jedna trzeba by to zrobić. Rzecz w tym, że zawierają one pewien procent plastyku i to powoduje, że bardzo trudno rozkładają się w wodzie i przechodzą trudno przez kanalizację powodując jej zatkania. I tam, gdzie kanalizacja uchodzi do morza to można je często znaleźć na plażach, co wcale ich nie upiększa…

 

Torby plastikowe

 

Na temat szkodliwości plastików napisano już wiele. Przypomnę tylko, że każdego roku do lasów i wód oraz na wysypiska trafia do 1 tryliona (1018) praktycznie niezniszczalnych opakowań plastykowych, które spalane czy rozkładające się są źródłem toksycznych substancji.

Do tego należałoby zaliczyć także plastykowe torebki do herbaty. Uważa się, że w nich herbata się lepiej zaparza niż w papierowych, jednak plastyk to plastyk, i dlatego należy zaprzestać produkcji takich torebek.

 

Bateryjki i golarki

 

Już od pewnego czasu w wielu miejscach pojawiły się kontenery do zbioru wyczerpanych baterii i akumulatorów. I to jest bardzo dobre, a to dlatego, że baterie zawierają całą masę toksycznych związków chemicznych – w tym ołów i rtęć, które przedostają się do środowiska i trują wszystko co żyje.

To, co powiemy, nie zabrzmi dobrze dla mężczyzn i kobiet, bo jednym z najpaskudniejszych zatruwaczy środowiska okazują się być… jednorazówki golarki. Tylko w USA w każdym roku zużywa się 2 mld takich golarek, co wcale nie jest bez znaczenia dla ekologii. Specjaliści rekomendują posługiwanie się maszynkami wielokrotnego użytku, które trują mniej niż jednorazówki.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 7/2020, s. 3

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   

środa, 20 stycznia 2021

Tajemnica planety TOI-651b

 


Niedawno w Internecie natknąłem się na artykuł, który zainteresował mnie ze względu na możliwość istnienia we Wszechświecie obiektów, które kwestionują teorie na temat powstania i istnienia Wszechświata i jego wieku. O jednym z nich mówi artykuł Radka Kosarzyckiego, a oto i on:

 

TOI-561 b to planeta skalista z czasów, gdy nie powinno być planet skalistych

 

Astronomowie analizujący dane z kosmicznego teleskopu TESS odkryli kolejną egzoplanetę. Jest to planeta skalista, krążąca bardzo blisko swojej gwiazdy, przez to bardzo gorąca, zdecydowanie za gorąca, aby na jej powierzchni istniało życie. Można by zatem powiedzieć, że to nic ciekawego. Jest dokładnie odwrotnie.

TOI-561 b, bo takie oznaczenie otrzymała nowo odkryta planeta, jest wyjątkowa pod jednym względem. Gwiazda macierzysta tej planety należy do tzw. gwiazd grubego dysku. Tutaj, krótkie wyjaśnienie.



Droga Mleczna jest galaktyką spiralną. W przekroju poprzecznym można wyodrębnić cienki dysk, w płaszczyźnie którego wokół supermasywnej czarnej dziury Sgr A* krążą młode gwiazdy, w tym także Słońce ze swoim układem planetarnym. Cały cienki dysk galaktyki zanurzony jest w grubym dysku, który tym samym rozciąga się wyżej nad cienki dysk. Jest to obszar, do którego z cienkiego dysku z czasem wyemigrowały już stare gwiazdy. Takie stare gwiazdy, dużo starsze od Słońca charakteryzują się nieco innym składem chemicznym.

W Wielkim Wybuchu powstał wodór, hel i lit. Pierwsze gwiazdy były gwiazdami niezawierającymi żadnych cięższych metali, bowiem ich po prostu nie było. Ciężkie pierwiastki dopiero musiały powstać we wnętrzach gwiazd. Z czasem, pod koniec życia gwiazd, gdy eksplodowały jako supernowe, roznosiły po swoim otoczeniu wytworzone w toku życia cięższe pierwiastki, niejako „zanieczyszczając” nimi gaz i pył, z którego powstawało kolejne pokolenie gwiazd. Zatem każde następne pokolenie miało coraz wyższą tzw. metaliczność (w astronomii metalem określa się zasadniczo wszystkie pierwiastki cięższe od wodoru i helu).

Stąd też młodsze gwiazdy tworzące cienki dysk galaktyki mają w sobie znacznie więcej metali od starszych gwiazd dysku grubego, co można ustalić w toku obserwacji spektroskopowych.

Gwiazda TOI-561 ma znacznie mniej metali niż Słońce. Jej wiek szacuje się na ok. 10 mld lat, co jest wartością ponad dwukrotnie wyższą od wieku Słońca. Gwiazda znajduje się 86 parseków (~280 ly od Ziemi w konstelacji Sekstansu – przyp. R.L.), więc nie jest od nas przesadnie odległa.

Zważając na to, że planety powstają bardzo szybko po powstaniu gwiazdy, zanim jeszcze intensywne wiatry nie wywieją z okolic gwiazdy gazu i pyłu, to można założyć, że planety charakteryzują się tym samym wiekiem co ich gwiazdy macierzyste.

I tutaj dochodzimy do bohaterki tego artykułu: planety skalistej 50 proc. większej i trzy razy masywniejszej od Ziemi. Mimo tego, że tak ona i jej gwiazda powstały ponad 10 miliardów lat temu, kiedy metali było mniej, to powstała planeta skalista. Może to wskazywać, że niezależnie od obfitości metali, planety skaliste powstawały już w bardzo młodym wszechświecie. Jest to pierwsza i jedyna jak dotąd planeta skalista odkryta przy gwieździe z dysku grubego galaktyki.

Do niedawna istniało przekonanie, że przez długi czas jeżeli powstawały jakieś planety to raczej były to gazowe olbrzymy, bo w otoczeniu wczesnych gwiazd nie było materiałów, z których mogłyby powstawać planety skaliste. Owszem, gęstość tej konkretnej planety jest niższa niż naukowcy się spodziewali, co zdaje się potwierdzać, że zawiera ona mniej metali niż jej odpowiedniczki z czasów obecnych (niczym planeta Terminus z Fundacji, klasycznej powieści science-fiction autorstwa Isaaca Asimova).

Obecnie TOI-561 b znajduje się tak blisko swojej gwiazdy, że okrąża ją w ciągu zaledwie 11 godzin. Czyli w ciągu jednej ziemskiej doby, na tej planecie mijają dwa lata. Niewielka odległość sprawia, że na powierzchni planety panuje temperatura ponad 2000 K.

Oczywiście w takiej sytuacji o żadnym życiu na powierzchni planety nie może być mowy, aczkolwiek nie oznacza to, że wcześniej planeta nie znajdowała się dalej i nie panowały na niej bardziej zdatne do życia warunki.

To właśnie jest jeden z fascynujących aspektów tej planety. Jeżeli faktycznie okaże się, że planet skalistych we wczesnych wszechświecie było dużo, to trzeba będzie założyć, że wiele z nich też musiało znajdować się w takich odległościach od swoich gwiazd, że na ich powierzchni mogły panować warunki podobne do ziemskich, teoretycznie umożliwiających istnienie życia.

 

Skoro obecnie poszukujemy pozaziemskich cywilizacji zakładając, że na innych, odległych planetach mogło powstać życie i wyewoluować do poziomu inteligencji zdolnej do kontaktów międzygwiezdnych, to teraz będziemy musieli uznać, że takie same procesy mogły zachodzić nie tylko daleko w przestrzeni, ale także w odległej przeszłości.

To oczywiście czyste spekulacje, ale jeżeli 10 mld lat temu powstała jakaś planeta skalista, krążąca w takiej odległości od swojej gwiazdy, że na jej powierzchni mogła istnieć woda w stanie ciekłym i mogło powstać jakieś życie, to takie życie do czasów obecnych miałoby 10 mld lat na ewolucje. Jeżeli – hipotetycznie – na takiej planecie życie ewoluowałoby w tempie podobnym do tego na Ziemi, to na naszym obecnym etapie mogło równie dobrze znajdować się 4 czy 5 mld lat temu. Zważając na tempo rozwoju cywilizacji na Ziemi, na postępy w nauce, można zatem przypuszczać, że takie hipotetyczne życie mogło osiągnąć poziom rozwoju dużo wyższy od naszego już miliardy lat temu.

Oczywiście od tego czasu już dawno taka cywilizacja mogła się unicestwić i zniknąć, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Zanim jednak zniknęła, mogła być równie dobrze zdolna do podróży międzygwiezdnych. Pomyślcie, że zaawansowane cywilizacje techniczne mogą być nie tylko pieśnią przyszłości, ale paradoksalnie mogą być też częścią odległej przeszłości. Taka myśl – przynajmniej mnie – strasznie pobudza wyobraźnię. A odpowiada za to odkrycie jednej planety krążącej wokół jednej z najstarszych gwiazd w naszej galaktyce. Czego chcieć więcej.[1]

 

Moje 3 grosze

 

Wydaje mi się, że jednak istnieje wyjaśnienie i to proste, ale zaskakujące. Mamy tu do czynienia podobnie jak w przypadku niektórych gwiazd – z planetą-przybyszem z innego wszechświata. Na pierwszy rzut oka brzmi to niedorzecznie, ale istnieją poszlaki wskazujące na to, że Wszechświat jest starszy, niż to się zakłada – a zatem liczy sobie ponad te 13,8 mld lat wyliczone przez naukowców-kosmologów, albo jest nieskończony w przestrzeni i czasie, a my mieszkamy tylko w jego młodszej części, albo jest wiele wszechświatów, z którymi przebiega wymiana materii/energii i stąd się biorą wszystkie dziwne rzeczy, które obserwujemy, a Wszechświat jest jednym z tych młodszych… - pisałem już o tym na tym blogu. Oczywiście na razie nie mamy możliwości tego sprawdzić, ale w przyszłości, po opanowaniu technologii lotów kosmicznych i chronomocji, będzie to – jak uważam – całkowicie możliwe.

W miarę rozwoju technik obserwacyjnych będzie się wykrywało coraz więcej takich osobliwości, które będą korygowały nasze poglądy kosmologiczne i dzięki temu będziemy mieli coraz bardziej jasny obraz Uniwersum w którym przyszło nam żyć.

sobota, 16 stycznia 2021

Na „tamtej stronie” Księżyca

 

Księżyc - okolice krateru Goclenius

 

Richard Zliechovský

 

Odwrotna – „tamta” – strona Księżyca przyniosła dalsze zapierające dech w piersiach odkrycie. Pod jej powierzchnią znaleziono pozostałości jądra dawnej asteroidy. 

Pod największym kraterem na powierzchni Księżyca – Basen Uderzeniowy Aitken – Biegun Południowy – znajduje się złoże, które swą wielkością zdumiało naukowców. Znajduje się tam 2 x 10^15 ton czyli 2 Pt metalu!

W lipcu 2019 roku, uczeni dokonali szczególnego odkrycia 289 km pod powierzchnią księżycową. Wydarzenie to zaczyna się jak kultowy film Stanleya Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna”, jednakże zamiast księżycowego Czarnego Monolitu uczeni odkryli coś realniejszego. Chodzi o 2 biliardy ton metalu – złoże, które powstało po impakcie asteroidy.  

- Wyobraźcie sobie bryłę metalu, większą od wysp hawajskich, która leży zaryta pod ziemią. Tak wielka masa była odkryta! – mówi Peter B. James – asystent na Uniwersytecie Baylora.

Lokalizacja Basenu Uderzeniowego Aitken - Biegun Południowy na niewidocznej stronie Księżyca - to właśnie pod nim znajduje się potężne złoże metalu...

Złoże znajduje się pod największym kraterem księżycowym Basenem Uderzeniowym Aitken – South Pole, który ma średnicę 2000 km. Ale dla Księżyc coś takiego nie jest niezwykłe. Jak sugeruje jego ikoniczny wygląd, napotkanie asteroid nie jest dla niego niczym nowym. Jego kratery są doskonale zachowane do dziś dnia. Z braku jakiejkolwiek tektonicznej czy wulkanicznej aktywności, wszelkie nierówności reliefu są widoczne na jego powierzchni. Ogromne złoże metalu uczeni odkryli w czasie przeglądu danych z misji GRAIL, która miała miejsce jeszcze w 2011 roku. Jej celem było zbadanie wewnętrznej budowy Księżyca.

Symulacje sugerują, że rdzeń żelazo-niklowy asteroidy mógł pęknąć przy uderzeniu, a jego fragmenty przedostały się do księżycowej gleby. Od czasu odkrycia tej anomalii nie pojawiły się żadne nowe informacje, ale świat po raz kolejny zwraca uwagę na naszego naturalnego satelitę. Na początku 2019 roku w kraterze wylądował chiński łazik Chang'e-4. W przyszłym roku Chiny planują wysłać kolejną, która zbierze próbki i wróci na Ziemię.

NASA planuje również powrót na Księżyc. W 2024 r. ma się rozpocząć program misji Artemis, wyprowadzając astronautów na powierzchnię. Przetestują technologię i sprawdzą, jak można żyć na powierzchni. Te testy mają przygotować NASA do podróży na Marsa.

 

Zob. filmik - https://youtu.be/B2lA3Uu29KI

Zob. także - http://wszechocean.blogspot.com/2019/06/zagadkowa-anomalia-na-ksiezycu.html

Źródło - https://vosveteit.sk/odvratena-strana-mesiaca-priniesla-dalsi-dych-vyrazajuci-objav-pod-jej-povrchom-nasli-pozostatky-jadra-davneho-asteroidu/

Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

czwartek, 14 stycznia 2021

Styczniowe katastrofy nuklearne

 

Flota samolotów bombowych B-52 do przenoszenia bomb i rakiet A i H...

Stanisław Bednarz

 

Styczeń to miesiąc specyficznych rocznic, gdy świat o mało nie stawał  w obliczu nie kontrolowanego wybuchu bomby wodorowej. 

60  lat temu, 24 stycznia 1961 r., w rejonie miejscowości Goldsboro w Północnej Karolinie, rozbił się B-52, przenoszący dwie bomby termojądrowe.

57 lat temu, 13 stycznia 1964 r. w Cumberland w stanie Maryland w Stanach Zjednoczonych rozbił się kolejny B-52, z dwoma  bombami  termojądrowymi.

17 stycznia 1966 r., do podobnej katastrofy doszło w rejonie Palomares w Hiszpanii, gdy B-52 z czterema bombami termojądrowymi (i prawdopodobnie z 2 pociskami rakietowymi z głowicami jądrowymi) rozbił się podczas tankowania.

21 stycznia 1968 r. B-52, z czterema tego typu bombami, rozbił się u wybrzeży Grenlandii.

We wszystkich opisanych przypadkach szczęśliwie nie doszło do katastrofy nuklearnej, jednak w trzecim i czwartym miało miejsce skażenie. Wszystkie te katastrofy miały związek z operacją amerykańskich sił powietrznych polegających na utrzymywaniu alarmowej gotowości bombowców strategicznych, patrolujących w powietrzu z bronią jądrową. W jej ramach, samoloty B-52 wykonywały długotrwałe loty – nad obszarem Alaski, Kanady,  Arktyki, Grenlandii. 

Intensywna eksploatacja samolotów, musiała doprowadzić do wypadków, Katastrofa pod Goldsboro. Nocą z 23 na 24 stycznia 1961 r., po starcie z macierzystej bazy w Goldsboro w Karolinie Północnej, samolot B-52G z ośmioosobową załogą, rozpoczął tankowanie w powietrzu. W trakcie tej operacji dostrzeżono wyciek paliwa ze zbiornika skrzydłowego. W tej sytuacji pilot przerwał tankowanie i skierował się na specjalną trasę okrężną, Jednak wyciek coraz bardziej się powiększał. Na podejściu do bazy piloci stracili panowanie nad samolotem, który przechylił się na skrzydło. W tej sytuacji, na wysokości ok. 2700 m dowódca wydał rozkaz zrzutu nieuzbrojonych bomb, a następnie katapultownia załogi. Ta ostatnia czynność udała się tylko sześciu członkom załogi, z których jeden zginął w wyniku. Bombowiec rozbił się na plantacji tytoniu ok. 19 km na północny zachód od Goldsboro. Jednej z bomb otworzył się po zrzuceniu spadochron hamujący (lotnicze bomby jądrowe zwykle zrzucano na spadochronach, aby samolot miał czas odlecieć poza pole rażenia wybuchu). Opadła ona bezpiecznie i zawisła na drzewie. W drugiej z bomb spadochron się nie otworzył, w wyniku czego zaryła się z prędkością ok. 310 km/h w błotnistym gruncie na głębokość ok. 55 m, sama bomba rozpadła się. Według oficjalnej wersji bomby opadły na ziemię bezpiecznie. Jednak w 2013 r. Departament Obrony USA odtajnił dokumenty, z których wynikało, że w przypadku bomby, która opadła na spadochronie, z 6 systemów zabezpieczających 5 zawiodło, a przed uruchomieniem sekwencji detonacji ochronił ładunek tylko zwykły bezpiecznik elektryczny. Również bomba, która zaryła się w glebie, opuściła samolot częściowo uzbrojona. Ze względu na podmokły grunt z ziemi wydobyto jedynie jej część, resztę (w tym ładunek uranu i człon termojądrowy) zasypano, a wojsko wykupiło teren w promieniu 120 m.




Katastrofa pod Cumberland. 13 stycznia 1964 r. B-52 powracał do Albany w Georgii po odbyciu długiego patrolu aż nad Europą. Na pokładzie znajdowały się dwie bomby, typu Mk-39. W rejonie Cumberland w stanie Pennsylvania samolot wpadł w silne turbulencje, w wyniku których samolot utracił statecznik pionowy. W tej sytuacji dowódca wydał rozkaz opuszczenia samolotu. Udało się to tylko 4 członkom załogi. Samolot wraz z operatorem radaru i bombami rozbił się w rejonie góry Savage. Spośród czterech członków załogi, którzy się katapultowali, strzelec i nawigator zmarli z wyniku wyziębienia, natomiast pilot i drugi pilot dotarli do siedzib ludzkich. Wrak samolotu gdy go odnaleziono  był przykryty 40-centymetrową warstwą śniegu. Obie bomby przetrwały.





Bomba wodorowa z Palomares

Najbardziej znany wypadek – katastrofa pod Palomares, dnia 17 stycznia 1966 nad wybrzeżem Hiszpanii. Samolot B-52 z czterema bombami termojądrowymi wykonywał lot po trasie która wiodła nad Morzem Śródziemnym Samolot rozpoczął tankowanie paliwa. Doszło do  zderzenia z latającym tankowcem KC-135. Bombowiec doznał uszkodzeń i rozbił się. Jedynie 4 członków załogi zdołało się katapultować. Spośród czterech bomb, trzy upadły na ląd, a jedna wpadła do morza. Bomby rozbiły się w rejonie wsi Palomares w Almeríi. W dwóch z nich eksplodował konwencjonalny materiał wybuchowy powodując rozrzucenie plutonu w promieniu ok. 500 m i skażenie Armia amerykańska objęła kontrolą teren.Wywieziono kilkaset ton skażonej ziemi. Problemem okazało się znalezienie czwartej, bomby. Na jej poszukiwanie ściągnięto okręty 6. Floty USA. Kluczowe okazały się zeznania hiszpańskiego rybaka Francisco Orts-Simo, który widział upadek bomby. Bombę ostatecznie odnaleziono po 81 dniach poszukiwań, była nieuszkodzona. Jednak podczas próby podniesienia z dna przez batyskaf została ona upuszczona. Ostatecznie podniesiono ją dopiero 7 kwietnia przy pomocy zdalnie sterowanego pojazdu DSV CURV. O wypadku poinformowały obszernie francuskie media. Stało się to przyczyną skandalu międzynarodowego.





Katastrofa na Grenlandii i trasy lotów patroli z bombami A i H

Katastrofa na Grenlandii. 21 stycznia 1968 r. samolot bombowy B-52 przenosił cztery bomby termojądrowe typu o mocy wybuchu 1,1 Mt każda. Po starcie trzeci pilot umieścił przeszkadzającą mu piankową poduszkę w pobliżu kanału grzewczego. Podczas krążenia nad Zatoką Baffina doszło do awarii systemu grzewczego. W efekcie w samolocie zrobiło się niezwykle gorąco i doszło do zapalenia poduszki. W kabinie wybuchł szybko pożar, wnętrze wypełniło się trującym dymem. Przestała działać instalacja elektryczna i sterowanie. Kapitan wydał rozkaz katapultowania. Samolot runął na lód ok. 12 km od bazy Thule – dziś Quaanaag. W bombach eksplodował konwencjonalny ładunek, rozrzucając pluton i powodując skażenie. Jednocześnie temperatura wywołana przez pożar paliwa spowodowała stopienie lodu i zatonięcie wraku. Natychmiast rozpoczęto akcję ratowniczą i poszukiwanie wraku, uratowano trzech członków załogi, a po 23 h odnaleziono drugiego nawigatora. Jeden poniósł śmierć, okazało się, że miejsce zostało pokryte kożuchem rozlanego paliwa lotniczego skażonego z bomb, wysokie było stężenie plutonu. Warunki pracy były b. ciężkie, temperatura wynosiła -40°C. Usunięto ok. 92% skażonych elementów. Jednak, pomimo poszukiwań, nie odnaleziono pozostałości jednej z czterech bomby termojądrowej, która najprawdopodobniej zatonęła wraz z samolotem. Odtąd wstrzymano stałe dyżury samolotów z podwieszoną bronią jądrową. Cała sytuacja spowodowała także prawdziwe trzęsienie ziemi w Danii, do której należała w tym czasie Grenlandia, i innych krajach skandynawskich.

 

Moje 3 grosze

 

Rzecz jest bardzo ciekawa. Oczywiście nie są to jedyne wypadki z bronią jądrową i instalacjami nuklearnymi. Tak się składa, że mamy przygotowaną do wydania książkę pt. „Piekielne katastrofy nuklearne”, która ukaże się wkrótce, a którą polecamy! A oto projekt okładki: