piątek, 16 kwietnia 2021

Zderzenie 4,5 mld lat temu: dowody

 


 

Jiří Černý

 

We wnętrzu Ziemi znajdują się ogromne pozostałości hipotetycznej protoplanety Thea.

Około 4,5 mld lat temu prawdopodobnie doszło do zderzenia Ziemi z prastarą protoplanetą zwaną Thea. Wskutek tego impaktu miał powstać Księżyc…

Nowe badanie przeprowadzone przez zespół naukowców z Arizona State University sugeruje, że wewnątrz naszej planety mogą znajdować się dwie ogromne pozostałości Thei. W szczególności są to skupiska kamieni i metalu.


Zobacz, jak mógł powstać Księżyc. Superkomputer ożywił zderzenie Ziemi z Theą 

Według dostępnych informacji mają one około 1000 kilometrów wysokości i 2000-3000 kilometrów szerokości. W przeszłości część ich zawartości wypłynęła przez wulkany samoańskie i islandzkie, więc eksperci mogli je zbadać.

I to właśnie te analizy wykazały, że te dwie struktury znacznie różnią się od otaczającego płaszcza - co odpowiada hipotezie o ich pozaziemskim pochodzeniu.

 

Geolodzy rozwiązują zagadkę „masywnych anomalii” wewnątrz Ziemi

 

Naukowcy już wcześniej wpadli na pomysł, że większe lub mniejsze kawałki Thei można znaleźć zakopane pod powierzchnią księżyca. Ale jego skład jest bardzo podobny do składu Ziemi.

W świetle tego faktu - a także gigantycznych wymiarów obu formacji - wydaje się raczej, że najbardziej znaczące pozostałości omawianej protoplanety, które przetrwały, leżą głęboko pod naszymi stopami.

 

Moje 3 grosze

 

Czyżby więc rozwiązano wreszcie zagadkę istnienia księżycowych maskonów? Być może jest tak, jak sugerują to naukowcy z Arizony, ale co z Ziemią? Bo Ziemia to jest inny świat i tutaj te 4,5 mld lat, które ma ona za sobą mogły wystarczyć, by część planety Thea, która wbiła się w Protoziemię stopiły się całkowicie i wymieszały ze skałami Ziemi. Zresztą obie planety były wtedy niemal zupełnie płynne, więc przyszło om to bez problemów. To po pierwsze.

Po drugie – zakładając, że Thea była z tego samego obłoku gazowo-pyłowego, co Protoziemia, jej skład chemiczny powinien być taki sam lub bardzo podobny do składu naszej planety, więc poszukiwania śladów chemicznych raczej mija się z celem.

Po trzecie – sprawa wulkanów Islandii i Samoa. Obie te wyspy znajdują się nad plamami gorąca (hot spots), które wyrzucają do góry strumienie magmy z dolnego płaszcza – jego najniższej warstwy D”. Siłą rzeczy skład chemiczny ich magmy musi się różnić od składu chemicznego magmy z „normalnych” wulkanów, których materia pobierana jest z kier litosferycznych w strefach ich subdukcji.

Reasumując: jeżeli mamy już szukać śladów Thei, to osobiście stawiałbym na Księżyc. Przypominam, że Księżyc stanowi tylko 0,123 masy Ziemi, ergo proces jego stygnięcia przebiegał znacznie szybciej i prędzej był on ciałem niebieskim z twardą skorupą i może nawet chwilową atmo- i hydrosferą, która znikła w miarę dalszego stygnięcia i zanikania pola magnetycznego. Dlatego też bryła Księżyca powstała z połączenia się fragmentów Ziemi i Thei, które zdążyły ostygnąć, zanim stopiły się w jednolity konglomerat skał. I kto wie, czy właśnie nie z tego powodu są starsze od skał na Ziemi…? To daję pod rozwagę przyszłym eksploratorom Srebrnego Globu.  

 

Źródło - https://www.msn.com/cs-cz/zpravy/v-da-a-technika/v-nitru-zem%C4%9B-se-nejsp%C3%AD%C5%A1-nach%C3%A1zej%C3%AD-ob%C5%99%C3%AD-poz%C5%AFstatky-hypotetick%C3%A9-protoplanety-theia

Ilustracja: Rufus Gefangenen

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

czwartek, 15 kwietnia 2021

DNA + RNA = życie

 


Nowe odkrycie ukazuje nam, że życie na Ziemi zaczęło się zupełnie inaczej niż myśleliśmy. Życie zaczęło się od chimerycznej mieszaniny DNA z RNA. W ramach nowych badań naukowcy uzyskali szokujące informacje. Pochodzenie i rola RNA (kwasu rybonukleinowego) w formowaniu się życia były znacznie inne niż wcześniej sądzono. Nawiasem mówiąc, to ten sam kwas jest głównym składnikiem dwóch obecnie zatwierdzonych szczepionek przeciwko koronawirusowi.

- Cały sekret tkwi w cząsteczce zwanej diamidofosforanem (DAP), która „może chemicznie łączyć maleńkie elementy składowe DNA zwane deoksynukleozydami z niciami oryginalnego DNA - wyjaśnia „Scripps Research”.

 

Pierwsze formy życia już miały DNA

 

Naukowcy uważają, że DAP był mieszany w różnych ilościach, aż przekształcił się w pierwsze DNA i RNA. Oznacza to, że pierwsze formy życia, które mogły rozmnażać się i przekazywać materiał genetyczny, były prawdopodobnie mieszaniną obu gatunków, a nie tylko RNA.

Ale jakie są tego dowody? Jest to głównie problem z modelem opartym na samym RNA (znanym również jako „hipoteza świata RNA”), ponieważ RNA jest zbyt lepki, co oznacza, że ​​na przykład RNA wiąże się z wodorem i nie oddziela się od innych cząsteczek. odcięte od świeżych kopii przez enzymy, ale enzymy powstały po RNA, więc w jaki sposób pierwsze nici RNA zostały uwolnione bez pomocy enzymów?

 

Naukowcy to odkryli

 

Chodzi o chimeryczną cząsteczkę, co oznacza na przykład, że niektórzy ludzie mają więcej niż jeden zestaw DNA. W pierwotnych niciach molekularnych DNA i RNA chimeryzm przybiera postać pojedynczych nici z dowodami obu typów informacji genetycznej. W tłumaczeniu oznaczało to, że „lepkość” samego RNA została zmniejszona, co prowadzi do powstania szlaku wyjaśniającego replikację pierwotnego RNA bez enzymów.

Jak więc uwolniono RNA bez pomocy enzymu? A jak to się ma do mRNA w szczepionkach na koronawirusa?

Enzymy są delikatne, co oznacza, że ​​w każdym łańcuchu dostaw, w wyniku którego powstaje mRNA, enzymy są często najsłabszym ogniwem. Ale naukowcy są teraz w stanie modelować przyszłą syntezę RNA na oryginalnym, chimerycznym procesie, który w ogóle nie wymaga enzymów. Mówiąc najprościej, są w stanie wyprodukować coś, co trwa dłużej i wytrzymuje większe obciążenie, więc jest również idealne do szczepionek. 

 

Źródło - https://veda.instory.cz/1513-novy-objev-naznacuje-ze-zivot-na-zemi-zacal-uplne-jinak-nez-jsme-si-mysleli.html

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 14 kwietnia 2021

Najbardziej toksyczne miejsca na świecie

 


1.      Poligon nuklearny Nellis AFB, CA, USA, skażenie promieniste po ok. 900 wybuchach nuklearnych.

2.     Asse, Saksonia, Niemcy – składowisko odpadów radioaktywnych.

3.     Rzeka Yamuna, Indie – całkowite skażenie chemiczne.

4.    Jezioro Haoku, Ch.R.L. – skażenie chemiczne i biologiczne.

5.     Nowy Meksyk, USA – składowisko odpadów promienistych.

6.    Cactus Dome, W-y Marshalla, USA – niszczejący mogilnik odpadów radioaktywnych.

7.     Poligon nuklearny, Atol Mururoa/Moruroa, Polinezja Francuska.

8.    Północnopacyficzna Plama Śmieci.

9.    Syberyjski Zakład Chemiczny, Tomsk, Rosja – skażenie chemiczne i radioaktywne.

10.                       Nowa Ziemia, Rosja – poligon nuklearny i składowisko odpadów radioaktywnych.

11.  Morze Bałtyckie – skażenie chemiczne i biologiczne >30-80 m głębokości.

12. Morze Czarne – skażenie chemiczne i biologiczne >200 m głębokości.

13.  Morze Kaspijskie – skażenie chemiczne.

14. Jezioro Aralskie – skażenie biologiczne z wytwórni broni B.

15.  Kysztym, zakłady Majak, Rosja – skażenie radioaktywne po katastrofie.

16. Hanford, WA, USA – radioaktywne skażenie terenu, m.in. plutonem.

17. Morze Śródziemne, Włochy, „utylizacja” odpadów radioaktywnych w morzu. Robota włoskiej mafii i kalabryjskiej ‘Ndranghetty.

18.                       Wybrzeża Somalii i Jemenu – skażenie radioaktywnymi odpadami „utylizowanymi” w Morzu Czerwonym i Arabskim. Robota jw.

19. Sellafield, Wk. Brytania, przerób odpadów jądrowych i „utylizacja” w Morzu Irlandzkim.

20.                      Chemiczne zanieczyszczenie plaż i rzek Nigerii substancjami ropopochodnymi.

21.  Poligon nuklearny w Kazachstanie – skażenie po ok.  450 testach nuklearnych.

22.                      Mailuu Suu w Kirgistanie – niezabezpieczone kopalnie uranu.

23.                      Czarnobylska EJ, Ukraina – skażenie po katastrofie nuklearnej.

24.                      Daiichi-Fukushima 1 EJ – skażenie po katastrofie nuklearnej.

25.                       Alaska – skażenie chemiczne w związku z wydobyciem ropy naftowej.

26.                      Zatoka Meksykańska – jak wyżej.

27.                       Zatoka Perska – jak wyżej.

wtorek, 13 kwietnia 2021

OLD SHATTERHAND BYŁ W KATOWICACH!

 


Poniższy tekst dedykuję moim polskim przyjaciołom:

Chociaż zwykle wyobrażamy sobie szlachetnego indiańskiego wodza Vinnetou obok Old Shatterhanda, nie zawsze tak było. Jednym z wiernych typów bohaterów powieści majowskich, znanym w świecie arabskim pod imieniem Kara-ben-Nemsi, był także rodowity Polak - Józef Kabelawski.

W swym opowiadaniu „Robbery Caravan” jesteśmy świadkami ważnej rozmowy, która odbywa się z nim po raz pierwszy w stolicy Algierii:

 

- Jesteś Polakiem? - zapytałem go po polsku.

W jednej chwili wykręcił się, a jego szeroka, szczera twarz rozszerzyła się w szeroki uśmiech.

- Tak mi się wydaje, sir. Ty też?

- Nie, ale jestem w Polsce od dawna. Skąd pochodzisz?

- Z Katowic.

- Katowice? Byłem tam kilka razy.

- To mnie uszczęśliwia, sir. Cieszy się, że słyszy się swoją mowę rodzinną.

- A jak się nazywasz?

- Józef Kabelowski.

 

I tak dowiedzieliśmy się wprost z ust Olda Shatterhanda alias Kara ben Nemsí, że był nie tylko „kilkakrotnie” w Katowicach, ale także „długo w Polsce” i dlatego słusznie można go nazwać polonofilem. Przeczytaj też o jego przygodach na algierskiej pustyni الصحراء الجزائرية z dzielnym Polakiem Józefem Kabelowskim alias Yussef Kab-el-awsk el Kat-ov-is.

 

Dr Miloš Jesenský

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Rusałki na gałęziach…

 


Paweł Bukin

 

Zgodnie z legendami, wodniki brały za żony młode, ładne topielice. Takie panny nazywamy wodnicami. Potrafią one dla zabawy plątać i rwać sieci rybackie, których potem nie da się rozplątać.

Kto powiedział, że w nasze dni nie ma miejsca dla cudów, że wszystkie bajkowe rzeczy bezpowrotnie odeszły w zapomnienie? Jakżeby nie? Badacze zajmujący się problemami współistnienia człowieka z nieziemskimi siłami twierdzą np., że w nasze dni m0żna bardzo prosto spotkać … Rusałki vel Syreny alias Panny Wodne. I to wcale nie za dziewiątą górą, za dziewiątą rzeką, ale całkiem blisko.

 

Skakali z drzew i śpiewali

 

Zgodnie z rezultatami obserwacji będących całkiem zwyczajnymi, w ciągu ostatnich 50 lat na świecie miało miejsce ponad 500 kontaktów ludzi z Rusałkami, przy czym dla 60 osób takie spotkania zakończyły się tragicznie. Poza tym ponad 400 ludzi uniknęło cudem śmierci. Jednakże kilku radykalnie myślących kryptozoologów i parapsychologów uważa, że ilość podobnych kontaktów – w tym tych ze śmiertelnym zejściem – w rzeczy samej przewyższają ich ilość co najmniej dwukrotnie. Po prostu uczestnicy tych spotkań nie afiszują się ze swymi przeżyciami.[1]

Spotkania z Syrenami odnotowywano w ZSRR i to w czasie szczytu marksistowsko-leninowskiego, materialistycznego wychowania i nauczania. I tak w 1936 roku, miało miejsce wydarzenie – zaobserwowanie Rusałek w pobliżu wsi Jelizawietinskoje na Uralu. Mieszkanka Niżnego Tagiłu – pani A. Azisowa, będąc jeszcze dzieckiem, wraz z ojcem przyjechała nad strumień w pobliżu którego znajdowała się stara, porzucona kopalnia, która potem wypełniła się wodą. W tym sztucznym jeziorze, którego brzegi były porośnięte drzewami, krzakami i trzciną, dziewczynka i jej ojciec ujrzeli dziwne, podobne do ludzi istoty i długo je obserwowali. Istoty nadzwyczaj podobne do Syren jakimi je rysują i opisują w książkach, od czasu do czasu pojawiały się z wody, zawieszały się na gałęziach drzew i skakały z nich z powrotem do wody. Pani Azisowa opowiada, że przy tym wydawały one melodyjne dźwięki (być może śpiewały), chociaż słów nie dało się rozróżnić.

 

Częste spotkania

 

W Internecie można znaleźć świadectwa o pewnej wsi w Czytyjskim Obwodzie, nieopodal której płynie niewielka rzeczka, gdzie znajduje się mnóstwo Rusałek. Pewien starszy mieszkaniec tej wsi wspomina, jak w dzieciństwie w czasach stalinowskich, siedział sobie wraz z innymi dzieciakami na brzegu tej rzeki, kiedy naraz na drugim brzegu pojawiła się dziewczyna, która śpiewała podchodząc do wody. Podeszła do brzegu i skoczyła do wody, a potem podpłynęła do dużego kamienia. Usiadłszy na nim zaczęła czesać swe długie włosy.  Zaskoczone dzieciaki patrzyły z zachwytem na rzeczną piękność, a potem zdecydowały się podejść do niej. Ale kiedy się przybliżyły, dziewczyna porzuciła grzebień i zanurkowała w wodę. Jedna dziewczynka odważyła się i zabrała grzebień, ale w domu matka obrugała ją i kazała odnieść na miejsce nad rzeką. Dziewczynka odniosła grzebień z powrotem na kamień. Następnego dnia już go tam nie było – najwidoczniej Rusałka zabrała swoją własność.

Już w 1977 roku, pewien mieszkaniec tejże wsi przejeżdżał wieczorem koło rzecznego wiru, i naraz ujrzał siedzącą na kamieniu jakąś kobietę. W niepewnym świetle księżyca nieznajoma rozczesywała swe długie i gęste włosy. Mężczyzna chciał podejść bliżej, ale na jego widok kobieta znikła w wirze.

W trzy lata później, Rusałka była widziana przez pewną młodą kobietę. Wieczorem poszła się kąpać, ale kiedy przybliżyła się do wody to ujrzała, jak z głębiny wypływa Rusałka. Kobieta się przestraszyła i uciekła. Opowiedziała potem domownikom o swym spotkaniu dopiero następnego dnia. Jej babcia wcale się nie zdziwiła i powiedziała, że w tej rzece spotykało się Rusałki wiele razy.

 





Incydent z programistą

 

Zagadkowe wydarzenie miało miejsce w 1992 roku w Twerskim Obwodzie, a jego uczestnikiem był programista Igor Pieskow. On to wraz ze swym psem o imieniu Sakur przyjechał łowić ryby na jeziorze w okolicy wsi Rozdżestwienskoje. Pierwsza noc przy jeziorze wypadła wraz z rozpoczęciem tzw. syreniego tygodnia[2] - przez czysty przypadek. Moskwiczanin miał ze sobą niewielki radioodbiornik. Igor siedział przy ognisku i słuchał jakiejś audycji, a wokoło już od dawna zrobiło się ciemno. Kiedy nadeszła północ, ognisko naraz zaczęło gasnąć, choć było w nim niemało drewna i było ono całkiem suche. Wraz z tym fan wędkarstwa usłyszał naraz jakiś odgłos jakby dzwonu, co go naprawdę przestraszyło, bowiem najbliższa cerkiew znajdowała się jakieś 40 km od jego obozowiska. Pies także zaczął przejawiać niepokój i od czasu do czasu wył.

O tym, co się stało dalej Pieskow opowiada tak:

- Upłynęło nieco czasu i naraz przestrzeń nad jeziorem zaczęła promieniować niezwykłym, niebieskim światłem. Miałem wrażenie, że jestem pod hipnozą. Widziałem dokładnie wszystkie otaczające mnie przedmioty, słyszałem wszystko, ale jednocześnie nie byłem w stanie zrobić czegokolwiek. Coś pociągnęło mnie w stronę jeziora. Wszedłem do wody i naraz poczułem, że owinęły mnie wodorosty i pociągnęły na dno. Zacząłem tonąć i nie miałem sił, by walczyć o życie. W tym momencie usłyszałem szczekanie Sakury. Jego głos literalnie przywrócił mi przytomność umysłu i siły. Zacząłem wydobywać się z pułapki i naraz zauważyłem pod wodą kontur ludzkiej postaci. Po pewnym czasie poczułem się wolny z pęt i popłynąłem w kierunku brzegu. Zauważyłem, że Sakur też znajdował się w wodzie i zacząłem go wołać. Na koniec podpłynął do brzegu i przy mojej pomocy wyszedł z wody. Cała jego szyja była we krwi.

Racjonalnego wyjaśnienia tego incydentu Igor nie znalazł do dziś dnia.

 

Nie rzucajcie kamieniami w złe duchy…

 

Latem 1995 roku, w leśnym jeziorze Czernoje położonym nieopodal wsi Wozniesienki w Krasnojarskim Kraju, utopiło się naraz trzech ludzi. Mężczyźni wracali z wesela do domu i zdecydowali się skrócić sobie drogę idąc leśnym duktem. Najprawdopodobniej coś dziejącego się na jeziorze przyciągnęło ich uwagę i oni poszli do jeziora. Naoczni świadkowie opowiadali, że na ich twarzach zastygł wyraz niezwykłej przyjemności.

O tych miejscach dawno krążyły pogłoski na temat mieszkających w jeziorach Rusałek. Dlatego też wieśniacy szeptali, że śmierci tych mężczyzn są winne Rusałki i zdecydowali się zlikwidować siły nieczyste przy pomocy… dynamitu.  W rezultacie serii wybuchów na powierzchni jeziora znalazło się wiele ogłuszonych ryb i zwłoki jeszcze jednego mężczyzny. Nikt nie zidentyfikował tego topielca, a Rusałek nie znaleziono.

O jeszcze jednym niezwykłym wypadku opowiedział Dimitrij Pogodin z Togliatti w Samarskim Obwodzie.  A oto, co opowiedział on:

- W Togliatti jest sztuczne jezioro, gdzie często zbieramy się z przyjaciółmi. Kiedyś przyjechałem tam i znaleźliśmy na brzegu dwie karetki SMP -  Pogotowia Ratunkowego. O tym wydarzeniu dowiedzieliśmy się od jednego z chłopaków. On wraz z dwoma kolegami wybrał się do kąpieli w jeziorze. Nie zdążył nawet wejść do wody, jak usłyszał głos. Rozejrzeli się i zobaczyli w wodzie grubą, galaretowatą kobietę – przy czym jej głos magicznie podziałał na jednego z nich. Nie zważając na to, że oni chcieli go zatrzymać, młodzieniec szybko poszedł w jej stronę. Aby ratować kolegę, drugi chłopak rzucił w nią kamieniem. Ona zasyczała jak kot, ale głośniej i straszniej i potem skryła się w wodzie. Skutki dziwnego spotkania były straszne. Chłopak, którego wzywała Rusałka po wyjściu na brzeg upadł i dostał ataku padaczki – grand mal. Do tego czasu był on absolutnie zdrowy. A ten, który rzucił w nią kamieniem nie mógł niczego powiedzieć. Potem wyjaśniliśmy, że ten drugi szybko wrócił do siebie, zaś ten pierwszy długo leżał w szpitalu.

Natomiast w Obwodzie Penzieńskim dwaj młodzieńcy chodząc po lesie natknęli się na zarośnięte krzakami jeziorko. Na jego brzegu spotkali trzy nagie dziewczyny, które szły im na spotkanie, uśmiechając się przyjaźnie. Nie zamieniły z nimi ani słowa, ale słyszeli oni coś w rodzaju melodyjnego śpiewu. Jeden z nich się przestraszył i rzucił się do ucieczki, natomiast drugi poszedł wprost do dziewczyn. Ten, który uciekł dotarł do wsi i zebrał miejscowych chłopów, a następnie pobiegli oni do tego jeziorka. Kiedy już dobiegli do jeziorka, nie było komu pomagać – na czarnej wodzie pływała tylko czapka tego młodzieńca. Trupa chłopaka znaleziono następnego dnia. Nie było żadnego racjonalnego wyjaśnienia śmierci tego młodego człowieka, i ten koszmar przypisać można było tylko siłom nieczystym, bo innego wyjaśnienia tak miejscowi jak i przyjezdni znaleźć nie mogli…

 

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 52/2019, ss. 32-33

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz       

 



[1] Podobnie ma się sprawa z uczestnikami Obserwacji Dalekich i Bliskich Spotkań z UFO.

[2] W oryginale: rusalnaja niediela.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Kamienne idole Wyspy Wielkanocnej



Margarita Kapskaja

 

Długość pasa startowego portu lotniczego Mataveri na Wyspie Wielkanocnej wynosi 3318 m, był przedłużany w 1986 roku na prośbę USA, by lotnisko było rezerwowym lądowiskiem dla promów kosmicznych.

Ten niewielki skrawek lądu jest uważane za jeden z najbardziej tajemniczych miejsc naszej planety. Zagadki dla uczonych napotyka się tutaj na każdym kroku. Jak tutaj znaleźli się krajowcy – a do tego ludzie różnych ras: i biali i ciemnoskórzy? Jak oni byli w stanie przeżyć, skoro na wyspie nie było dużych drzew i jej mieszkańcy nie mieli opału w chłodne i wietrzne zimy? O oczywiście największa zagadka tego miejsca: ogromne kamienne figury. Mnóstwo figur. Kto i dlaczego je stworzył i ustawił w dziwnym porządku?

 

Jasnoskóry tubylec

 

Wyspa była odkryta w niedzielę wielkanocną w 1722 roku, przez ekspedycję niderlandzkiego żeglarza Jacoba Roggevena.[1] Europejczycy byli tam wszystkiego tylko jeden dzień – ale zapisy w dzienniku pokładowym świadczą o tym, że oni od razu zetknęli się z nierozwiązanymi zagadkami. Pierwsza z nich: pośród krajowców, którzy weszli na pokład statku jeden z nich był białoskórym! Druga: tubylcy mieli ciała pokryte tatuażami wyobrażającymi ptaki i zwierzęta, których na wyspie nie było. No i najdziwniejsze – na brzegu oceanu, plecami do wody stały ogromne, kamienne figury, którym krajowcy oddawali cześć, ale o powstaniu których niczego nie potrafili powiedzieć.

Rano Kao - bagno w kraterze
Człowiek-ptak

Trzy mniejsze wyspy wielkanocne: iglica Motu Kao Kao, mniejsza Motu Iti i wyspa ludzi-ptaków Motu Nui


Petroglify na Orongo

Dzisiaj Wyspa Wielkanocna (miejscowa nazwa Rapa Nui) należy terytorialnie do Republiki Chile i jest najbardziej oddalonym od kontynentów zamieszkałym skrawkiem lądu w świecie (odległość od najbliższego lądu wynosi 3500 km). Powierzchnia tego kawałka lądu wynosi 163 km², zasiedlenie w roku 2012 wynosiło 5806 mieszkańców. Oficjalne języki to hiszpański i rapanujski (dialekt polinezyjskiego), a gospodarka bazuje na turystyce.

Ekspedycja Jacoba Roggevena oceniła liczbę krajowców na ok. 2000 osób. I oczywiście Europejczycy nie byli w stanie zrozumieć, jak miejscowi – którzy nawet łódki robili z kawałków drewna (ówcześnie na wyspie rosły tylko krzewy) mogli wyrąbać w skale monolityczne figury i przemieścić je do miejsca przeznaczenia.


Cyklopowy mur ahu - wybudowany tak, jak mury inkaskich twierdz górskich 
Zapadnięta w grunt figura
Czerwona "peruka" pukao z głowy figury

Nieukończone kamienne figury w kamieniołomie Rano Raraku...
...i figura stojąca na platformie ahu

Przez całe stulecia uczeni łamali sobie głowy nad tą zagadką. Kamienne figury, które wyspiarze nazywają moai, sięgają do 10 m wysokości. Wykuwano je w kraterach wygasłych wulkanów (tam do dziś dnia znajdują się nieukończone figury). Ogólnie rzecz biorąc, jest ich około 900. Rozmieszczenie niektórych z nich wydaje się być chaotycznym, zaś inne stoją w dokładnym porządku. Są one do siebie podobne: ogromne głowy z wystającymi podbródkami, z długimi uszami, z grubymi i wyraźnymi rysami twarzy. Wulkaniczny tuf, z którego zostały wyrzeźbione jest stosunkowo lekkim materiałem, ale że na wyspie nie ma drzew (to znaczy nie ma jak i z czego zrobić dźwignie i sanie transportowe) praca nad przemieszczeniem kamiennych gigantów wydaje się współczesnym uczonym niemożliwą dla krajowców. To dało niektórym badaczom powód do wygłaszania opinii, że figury wycinali z kamienia, transportowali i ustawiali jacyś przedstawiciele wysoko rozwiniętej cywilizacji. Tym bardziej, że zgodnie z legendami, kamienne figury samodzielnie dochodziły do miejsc, na których dzisiaj się znajdują.

 

Łodzie i ziemniaki

 

Zadziwiające jest to, że w 2012 roku rozpoczęto prace odkopywania niektórych figur. I okazało się, że mają one nie tylko głowy, ale także ciała pokryte różnymi wzorami! Przy czym są one podobne do tatuaży krajowców – wyobrażenia niektórych przedmiotów, a także zwierząt i ptaków, których na wyspie nie ma.

Wyjaśniło się, że ciał tych kamiennych posągów nikt nie zakopywał – to one same zapadły się w ziemię pod wpływem swego ciężaru.

Rysunki na nich pomogły odpowiedzieć na cały szereg pytań. Przede wszystkim na to, kiedy na wyspie pojawili się ludzie. Na niektórych figurach wyrzeźbione są ogromne łodzie płynące na morzu.[2] To potwierdziło domysły uczonych, że Rapa Nui została zasiedlona przez Polinezyjczyków (mieszkańców wysp środkowej i zachodniej części Pacyfiku).


Obalone figury w czasach huri moai
Kamieniołomy Rano Raraku
Zrekonstruowane Ahu Tongariki







Krajobrazy Rapa Nui z kamiennymi posągami

Ale jednocześnie potwierdziła się wersja słynnego norweskiego podróżnika Thora Heyerdahla, który twierdził, że kamienne idole Wyspy Wielkanocnej są podobne do dawnych posagów znalezionych w Ameryce Pd., a rosnące na Rapa Nui słodkie ziemniaki mówią o kontaktach z tym kontynentem. Jak wiadomo, ekspedycja pod kierownictwem Thora Heyerdahla dokonała rejsu na tratwie Kon-Tiki od brzegów Peru do archipelagu Tuamotu[3] – o wiele dalej niż do Wyspy Wielkanocnej, żeby dowieść, że podobne podróże w przeszłości były realizowane.

Tak więc nie ma żadnych wątpliwości, że kolonizacja Wyspy Wielkanocnej miała kilka etapów i z wielu miejsc zasiedlonych przez ludzi.

Pozostało tylko wyjaśnić, w jaki sposób ona przebiegała.

 

Bogowie z długimi uszami

 

Zgodnie z miejscowymi przekazami, kiedyś na wyspie mieszkali ludzie z długimi uszami – oni wstawiali w małżowiny uszne kamienie, które je rozciągały nawet do barków. W dżunglach Ameryki Południowej do niedawna znajdowały się plemiona robiące podobnie, tak że można powiedzieć, że byli to uchodźcy z tych miejsc (z największą wiarygodnością  z dzisiejszego Peru, na co wskazywał Thor Heyerdahl). Ale wraz z nimi na wyspie mieszkali krótkousi – potomkowie tych, którzy przybyli tam z Polinezji.

Rozszyfrowane dosłownie kilka lat temu drewniane deseczki z miejscowym pismem (kohau rongo-rongo), a także badania paleontologów pozwoliły nam na opracowanie historii ten wyspy.

Wyspa została zasiedlona przez Polinezyjczyków około roku 400 n.e. Rosły na niej banany, ziemniaki, trzcina cukrowa. Przesiedleńcy przywieźli ze sobą kury, które doskonale się zaadoptowały do warunków. Wyspa wyglądała wtedy jak rajski zakątek – subtropikalny las z dużymi palmami i smacznymi owocami. Wielkość populacji mogła wynosić 20.000 ludzi, którzy zajmowali się nie tylko rolnictwem, ale także łowieniem ryb.




Kamienne idole na Tahiti

Około roku 1200, pojawili się tam przybysze z Ameryki Pd. – długousi ludzie. No i miejscowi uznali ich za bogów – bowiem posiadali oni wysoką wiedzę. Długousi z Peru przejęli władzę na wyspie nad potomkami Polinezyjczyków. Nakazali oni krótkouchym wycinanie ze skał kamiennych kolosów, które podkreślały prestiż rasy rządzącej.

W czasie wykopalisk przy posągach znaleziono resztki powrozów i drewnianych dźwigni – a to oznacza, że na wyspie rosły wielkie drzewa. Stało się oczywiste, skąd wzięła się legenda, że posągi kroczyły samodzielnie: przesuwano je w pozycji pionowej wykonując niewielkie „kroki” o długości 20-30 cm (tak jak przemieszcza się ciężki mebel). Niezorientowanym mogło się wydawać, że moai same przemieszczają się po brukowanych drogach, trzy z których zachowały się do naszych czasów.

 

Katastrofa ekologiczna

 

W XIV-XV wieku, życie na wyspie się załamało. Potomkowie pierwszych długouchych podzielili się na klany i zaczęli ze sobą wojny. Ale co najważniejsze – każdy chciał mieć na własność największe, a więc najsilniejsze kamienne idole. Las został całkowicie wyrąbany do ich transportowania. Jako że nie było już owoców, to spowodowało, że Rapa Nui opuściły ptaki. Przybrzeżne ryby i delfiny odeszły na inne miejsca – w wodzie przy wyspach nie starczyło dla nich pokarmu. Wśród mieszkańców wyspy zaczął się głód i kanibalizm. Populacja wymierała i w końcu krótkousi się zbuntowali. Trudno powiedzieć, jak długo trwało powstanie - niektórzy badacze mówią o dziesiątkach lat. W rezultacie tego, wszyscy długousi zostali wybici. Przestano wykuwać kamienne figury, część z nich pozostała w kamieniołomach.

Ale dla zniszczonej przyrody straty okazały się nie do odrobienia. Nie było drzew i ludzie nie mieli materiałów konstrukcyjnych do chat i łodzi. Długousi nie raczyli przekazać krótkouchym sekretów efektywnej uprawy roślin, na wyspie panował głód – i w konsekwencji kanibalizm. Populacja zmniejszyła się co najmniej 10 razy.

W 1862 roku, przybyli z Peru łowcy niewolników porwali niemal wszystkich mieszkańców w niewolę.

 

Dukaty w sakiewce

 

Udało się rozwiązać zagadkę powstania kamiennych figur. Ale wyspa kryje w sobie wiele innych tajemnic. Jedna z nich – niepojęte i niewyjaśnione zniknięcie tego skrawka lądu, niejednokrotnie odnotowane w dziennikach pokładowych przepływających tamże statków. I tak np. w sierpniu 1908 roku, chilijski statek SS Gloria skierował się na Rapa Nui, by uzupełnić zapas słodkiej wody. No, ale w pożądanym miejscu wyspy po prostu… nie było. Wedle obliczeń, statek po prostu przeszedł przez nią na wylot!

Podobna historia miała miejsce w 1928 roku z turystycznym liniowcem.

A w czasie II Wojny Światowej dwa niemieckie U-booty podpłynęły do Wyspy Wielkanocnej, gdzie ich powinien spotkać okręt zaopatrzeniowy – i także nie odnalazły Rapa Nui.

W 1922 roku, po silnym tsunami, piloci wysłanych na rozpoznanie samolotów oświadczyli, że cała wyspa skryła się pod wodą. Ale po kilku dniach Rapa Nui znów znajdowała się na swoim miejscu.

Wielu badaczy przypuszcza, że Wyspy Wielkanocne znajdują się w anomalnej strefie, w której mogą pojawiać się ludzie i/albo przedmioty z innych wymiarów – i zaczarowane wyspy mogą na jakiś czas znikać.

Ale to nie wszystko. Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, australijska ekspedycja odkryła tam pozostałości średniowiecznego rycerza i jego konia. Wykopaliska przebiegały na skraju niewielkiego bagna i ciała jeźdźca i jego konia doskonale się zachowały. Sądząc po artefaktach, rycerz był członkiem tzw. Zakonu Inflanckiego[4] z XIV-XV wieku, a w jego sakiewce znajdowały się złote dukaty wybite w 1326 roku. Jakim sposobem znalazł się on na tej zagubionej pośród oceanu wyspie? Jedyne przypuszczenie jakie wysunęli uczeni: jakieś mistyczne siły przeniosły go tutaj z miejsca, w którym uległ on śmiertelnemu niebezpieczeństwu.

To jest jedynie mała część zagadek tajemniczych wysp, i będziemy czekać na następne odkrycia ich badaczy.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 33/2019, ss. 20-21

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

Zdjęcia - ©W.Leśniakiewicz       



[1] W rzeczywistości są tam cztery wyspy: wyspa główna - Rapa Nui, i mniejsze: Motu Kau Kau, Motu Iti i Motu Nui – wyspa Ludzi Ptaków.

[2] Na Wyspie Wielkanocnej do dziś używa się łodzi zrobionych nie z drewna, ale z trzciny tortora rosnącej w jeziorkach w kraterze Rano Kao.

[3] Rafa Raroia.

[4] Livoński Zakon (pełna nazwa — Bractwo Rycerzy Chrystusa Livonii, łac.: Fratres miliciae Christi de Livonia, niem.: Brüder der Ritterschaft Christi von Livland — oddział (landmaisterstwo) Zakonu Teutońskiego (Krzyżaków) w Livonii (dzisiejsze terytoria Łotwy i Estonii) w latach 1237—1567. Założony w 1237 roku z pozostałości rozgromionego przez ludy bałtyckie Zakonu Kawalerów Mieczowych. Miał on szeroką autonomię. Rezydencją Wielkiego Mistrza Zakonu był Wenden Schloß (Zamek w Cesis - Kiesi) na Łotwie.