Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawne cywilizacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawne cywilizacje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (27)

 

DODATEK D – STATEK KOSMICZNY OBCYCH NA WOKÓŁZIEMSKIEJ ORBICIE?

 

18 grudnia 1955 roku, w przestrzeni kosmicznej, w bezpośredniej bliskości Ziemi zaszło pewne dziwne wydarzenie – jaskrawy błysk światła, wybuch. Ale co mogło eksplodować w próżni? A oto próba odpowiedzi zamieszczona w rosyjskim czasopiśmie „Kalejdoskop NLO” nr 51 (318)/2003 a dnia 15 grudnia 2003 roku.

 

Nieziemskie satelity na orbicie!

 

W lutym 1960 roku, Departament Obrony USA oświadczył, że na wokółziemskiej orbicie odkryto Nieznany Obiekt Orbitalny – NOO – o masie około 15 ton. Wojskowi zaczęli sobie łamać głowy nad tym, co to takiego i czy przedstawia ono zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W Pentagonie byli absolutnie przekonani, że nie był to radziecki sztuczny satelita Ziemi, a to dlatego, że śledzili oni starty radzieckich rakiet kosmicznych i znali trajektorie radzieckich sputników. Był to okres Zimnej Wojny i trwał pojedynek dwóch Supermocarstw w dziedzinie podboju Kosmosu.

Po sześciu latach, w dniu 2 listopada 1966 roku, dowództwo obrony przeciwlotniczej USA i NORAD wydały oświadczenie na temat odkrycia trzech kolejnych NOO nieznanego pochodzenia.

Po dalszych 13 latach, w dniu 20 sierpnia 1979 roku, Związek Radziecki podjął pałeczkę w badaniach satelitów Ziemi nieznanego pochodzenia.  Tego właśnie dnia, południowo-afrykańska gazeta „Rand Daily Mail” opublikowała wywiad z radzieckim uczonym, astrofizykiem dr Siergiejem Pietrowiczem Bożiczem, w którym przyznał on, że ZSRR od samego początku swego programu wystrzeliwania sputników na orbity wokółziemskie prowadzono dokładną radarową kontrolę przestrzeni kosmicznej wokół Ziemi. Dzięki temu odkryto NOO, które nie należały ani do ZSRR ani do USA. Inne kraje nie mogły wchodzić w rachubę, bowiem po prostu nie miały możliwości technicznych wystrzeliwania satelitów na orbitę wokół naszej planety.

 

Tajemniczy wybuch w Kosmosie...

 

Według słów dr Bożicza – radzieccy uczeni obliczyli orbity niektórych z tych NOO. Rezultaty tych obliczeń zaszokowały specjalistów: te obiekty stanowiły części jakiegoś większego ciała, które rozpadło się na orbicie. A to znaczyło, że w dniu 18 grudnia 1955 roku, w bezpośredniej bliskości planety Ziemia, eksplodowało i rozpadło się na fragmenty jakieś ciało kosmiczne o średnicy około 80 metrów. Radziecki astrofizyk wysunął przypuszczenie, że mowa tu o statku kosmicznym, który eksplodował na w czasie zbliżania się do Ziemi lub na wokółziemskiej orbicie.

 

... i nie widać rozwiązania zagadki!

 

Niewiarygodne? Oczywiście! Ale amerykańscy specjaliści, którzy także przeanalizowali dane z obserwacji tajemniczych NOO na wokółziemskich orbitach, doszli do identycznego wniosku. Amerykański astronom dr John P. Bagby opublikował w 1969 roku swe obliczenia orbit małych satelitów Ziemi. Według jego poglądów, 18 grudnia 1955 roku, na orbicie wokółziemskiej coś rzeczywiście wybuchło, ale dr Bagby nie miał na myśli statku kosmicznego.

I tak jedna z zagadek naszej najbliższej i tak ponoć dobrze zbadanej części przestrzeni kosmicznej pozostała niewyjaśniona do dnia dzisiejszego. Być może doszło tam do zderzenia się dwóch asteroidów? A może to jakiś asteroid rozpadł się pod wpływem sił ziemskiego ciążenia? A może – jak głosi jedna z najfantastyczniejszych hipotez – był to statek kosmiczny z innej planety, który latał po wokółziemskiej orbicie parkingowej i tam eksplodował z nieznanej przyczyny? Albo może przyleciała do nas kosmiczna sonda sterowana przez automaty. W każdym przypadku, udowodniono, że nie był to jakiś tajny satelita, wystrzelony w największej tajemnicy przez któreś z Supermocarstw.

Pozostało mieć nadzieję, że kiedyś tam ziemska nauka dobierze się wreszcie do tych odłamków orbitujących w Kosmosie, i ich pochodzenie zostanie ustalone bez żadnych wątpliwości.

 

 

Przyznaję, że przekładając ten tekst poczułem się, jak kot, który złapał wyjątkowo smakowitą mysz. Od kiedy przetłumaczyłem książkę Petera Krassy – „Największa zagadka stulecia” (Berlin – Frankfurt nad Menem 1996) i zredagowałem opracowanie pt. „Bolid Syberyjski” (CBUFOiZA, 2002 – na prawach rękopisu), to przez cały czas w materiałach przewijała się ta dziwna sprawa NOO zwanych w Rosji Czarnym Księciem (po rosyjsku: Чёрной Принц) czy na Zachodzie Czarnym Baronem (Black Baron). Obie te nazwy są używane wymiennie na nazwanie obiektu(ów), które obserwowano pod koniec lat 40. i na początku lat 50. w najbliższej nam przestrzeni kosmicznej. Obserwowano je także w Polsce – zainteresowanych odsyłam do mojego referatu na VII UFO Forum we Wrocławiu w dniu 13 kwietnia 2003 roku, który jest dostępny na stronie internetowej Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych: http://ufo.internauci.pl.

Ciekawa jest tutaj jeszcze jedna sprawa, a mianowicie: data 20 sierpnia 1979 roku. Fani polskiej ufologii wiedzą, o co chodzi – to data spadku (a raczej przelotu) Wielkiego Bolidu Polskiego – tajemniczego ciała kosmicznego, które wieczorem tego dnia albo przeleciało nad Skandynawią, Polską, Ukrainą i wpadło do Morza Czarnego gdzieś na wysokości Konstancy w Rumunii, albo odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną gdzieś nad Morzem Czarnym i Turcją... Pytałem o to w czasie II Miedzynarodowej Konferencji Ufologicznej w Debreczynie we wrześniu 1996 roku Węgrów – m.in. Gabora Tarcali’ego i znanego także w Polsce pisarza Istvána Nemerego, Rumunów – pisarza prof. dr Calina N. Turcu, red. Petera Leba i innego pisarza Gyorgy’ego Mandicsa; Bułgarów – Kiriła Kaneva i Turków – dr Akdogana Haktana (szefa istambułskiego „Siriusa”, znanego już polskim Czytelnikom z artykułu na temat Wielkiego Bolidu Tureckiego z dnia 1 listopada 2002 roku, opublikowanego na łamach „Nieznanego Świata” w 2003 roku) – odpowiedź była zawsze negatywna. Tak już mówiąc nawiasem, to być może dowiedziałbym się czegoś więcej rozpytując wśród byłych pracowników rumuńskiej Securitate, bułgarskiej Drżavnej Sigurnosti czy radzieckiego KGB i GRU, którzy stacjonowali w tych krajach...

A swoją drogą, to zaiste dziwny to zbieg okoliczności: ponad połową Europy przelatuje dziwny bolid – nie-bolid, a na drugim końcu świata południowoafrykańska publikuje wywiad z radzieckim astrofizykiem na temat NOO. Przypadek? Nie ma takich przypadków. Teraz to rozumiem. Po prostu on wiedział, że w każdej chwili może dojść do spadku takiego obiektu w każdym punkcie naszej planety. No i Norwegowie, Szwedzi, Duńczycy, Polacy, Słowacy i Ukraińcy wyciągnęli Czarnego Piotrusia. 20 sierpnia 1979 roku podziwiali przelot Wielkiego Bolidu Polskiego, który mógł być jednym z fragmentów tajemniczego Czarnego Barona czy jak kto woli – Czarnego Księcia...

Nie podzielam optymizmu Autorki i uważam, że już nie ma się do czego śpieszyć. To, co latało na tych orbitach albo spadło w atmosferę ziemską i spłonęło, albo oddaliło się poza pole grawitacyjne naszej planety i poleciało w Kosmos. Ale jeżeli jest na orbicie choć jeden odłamek Czarnego Księcia, to sądzę, że warto będzie go poszukać już to w Kosmosie, już to na dnie Morza Czarnego, i zbadać.

Tylko co nam przyniesie ta wiedza???...

 

Galina Sidniewa

 

Przekład z j. rosyjskiego –

 Robert Leśniakiewicz

 

czwartek, 14 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (25)

 

DODATEK B – SARS SPADA Z NIEBA

  

Do koszmarów, które straszą nas po przekroczeniu progu kolejnego tysiąclecia, od października 2002 roku doszedł jeszcze jeden. Te cztery litery: SARS budzą grozę i panikę wśród mieszkańców Ziemi. Pojawiła się kolejna, obok dżumy, cholery, czarnej ospy, grypy hiszpanki, gorączki krwotocznej Ebola i Lassa, Hanta,  HIV (AIDS), choroba zakaźna na którą zapadło ponad 6.000 osób i zmarło około 300 – według danych WHO na dzień 1 maja 2003 roku.

SARS to Severe Acute Respiratory Syndrom­ – syndrom ostrej niewydolności układu oddechowego – choroba, która pojawiła się początkowo w Chińskiej Republice Ludowej, a którą początkowo uważano za jakąś odmianę wirusa grypy. Nie jest to takie dziwne, jako że w latach 60. i 80. XX wieku przez świat przewaliły się dwie fale grypy Hong Kong o ciężkim przebiegu. Tym razem także zaatakowała ona Hong Kong, ale jej źródło znajduje się w środkowych Chinach – dokładniej w prowincji Shaanxi.

Objawami SARS podanymi przez amerykański CDC&P (Center for Disease Control and Prevention – Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom) są przede wszystkim: wysoka gorączka – powyżej +38oC (albo +100,4oF), bóle głowy, gardła i stawów, czasami bóle całego ciała, suchy, męczący kaszel, który pojawia się w ciągu 2-7 dni. A zatem typowe objawy infekcji grypowych.

SARS rozprzestrzenia się drogą kontaktową zarówno z nosicielami wirusa, jak i materiałem zakażonym wirusem. Dlatego też wskazane jest noszenie maseczek, aby nie kontaktować się z kropelkami śliny, śluzu i innych płynów ustrojowych zawierających wirusy. Nie powinno kontaktować się ze skórą osób zainfekowanych. Chorobę prawdopodobnie wywołują tzw. koronowirusy[1], które wykryto we krwi osób zarażonych tą chorobą.[2]

Interesuje nas problem tego, skąd właściwie wziął się SARS? Czy jest to tylko zmutowany wirus jakiejś innej choroby, który naraz przebił barierę immunologiczną człowieka i objawił się w postaci nowej, a więc ex definitio groźnej infekcji? Groźnej dlatego, bo chociaż codziennie setki ludzi ginie w wypadkach czy wskutek głodu, wojen czy katastrof naturalnych, to tym wszystkim wydarzeniom można zapobiec stosunkowo prostymi i wykonalnymi środkami. Chorobę nie da się pokonać tak łatwo. Choroba, to przede wszystkim coś groźnego, tajemniczego, niewidzialnego i niedotykalnego – czego przyczynę można zobaczyć tylko pod mikroskopem. Z tym jest tak, jak z promieniowaniem jonizującym czy zatruciem chemicznym. To jest sprawa psychiki. Boimy się tego, co jest niewidzialne...

Skąd to się przywlokło? Jak dotąd uczeni nie potrafią dać jednoznacznej odpowiedzi. Jedni twierdzą, że mamy do czynienia z chorobą odzwierzęcą – jak np. w przypadku wirusa HIV, Lassa czy Ebola; inni zaś widzą w tym broń biologiczną, która wyrwała się spod kontroli...

Hipotezy na temat pochodzenia SARS można podzielić następująco:

v  SARS to zmutowany wirus jakiejś choroby zwierzęcej, który przerzucił się na ludzi po przekroczeniu bariery immunologicznej, co mogło być spowodowane np. zmianami klimatycznymi wywołanymi np. przez zjawisko El Niño;

v  SARS jest wirusem wyhodowanym przez chińskich czy północnokoreańskich mikrobiologów jako broń biologiczna, która wyrwała się spod kontroli. Wszystkie dane wskazują na to, że jest on pokrewny wirusom... świnki (mumsa) i odry! Rosyjski specjalista dr Siergiej Kolesnikow twierdzi wprost, że SARS został wyhodowany przez człowieka jako broń B.[3] Faktycznie – byłaby to idealna broń B, jako że nie ma żadnej szczepionki przeciwko temu wirusowi, zaś sposoby leczenia są dopiero opracowywane... W podobnym duchu, tylko jeszcze bardziej stanowczo wypowiedział się prof. dr Tadeusz Płusa, który stwierdził, że istnieje znaczne podobieństwo wirusów koreańskiej piorunującej gorączki krwotocznej, a którą umarło 20.000 Amerykanów w czasie Wojny Koreańskiej, gorączki krwotocznej Ebola, wirusa Hanta i wirusa SARS. Wniosek nasuwa się sam – wszystkie te wirusy mogły zostać wyprodukowane w tych samych laboratoriach w Północnej Korei lub Ch.R.L. i użyte na frontach różnych wojen: Wojny Wietnamskiej, I Wojny w Zatoce i II Wojny w Zatoce... Co gorsze, jak twierdzi prof. Płusa, istnieją plany stworzenia połączeń wirusów czarnej ospy i Eboli oraz innych koszmarnych chorób, które miałyby zastosowanie jako broń B.[4] 

v  SARS jest wirusem, który przybył do nas z Kosmosu na jakimś meteorycie. Jak dotąd uczeni i miłośnicy z Polskiego Towarzystwa Meteorytowego nic nie wiedzą o spadku jakiegokolwiek meteorytu na tych terenach, więc nie ma podstaw, by tak sądzić, aliści nie zapominajmy, że PTM nie ma swych informatorów tamże, a Ch.R.L. jest w dalszym ciągu krajem praktycznie zamkniętym dla Europejczyków i Amerykanów... Osobiście biorę pod uwagę fakt, że SARS mógł spaść wraz z ostatnim deszczem Leonidów, którego maksimum przypadło właśnie na 17-19 listopada 2002 roku;

v  SARS jest zmutowanym ziemskim organizmem, który powrócił na Ziemię w jakimś „złomie kosmicznym” w postaci nieaktywnego sztucznego satelity Ziemi lub stacji kosmicznej. Obawy takie uczeni wysuwali w związku z wejściem i spaleniem się w górnych warstwach atmosfery rosyjskiej stacji kosmicznej Mir, chodziło w jego przypadku o zmutowane pod wpływem  promieniowania kosmicznego i braku grawitacji grzyby. Podobne obawy powstały w związku z katastrofą promu kosmicznego Columbia w lutym 2003 roku;

v  SARS jest przybyszem z głębokiego Kosmosu, który został tutaj zawleczony przez kometę lub strumień meteorytów pozaukładowych. Byłoby to kolejnym dowodem na istnienie życia pozaziemskiego, a nawet poza Układem Słonecznym!

v  I wreszcie SARS jest pozostałością po jednej z poprzednich cywilizacji Ziemi, która wykorzystywała wirusy do różnych celów – jako broń B lub nawet jako... lekarstwo na wiele chorób – w tym raka. Powstały one jako rezultat manipulacji i inżynierii genetycznej. Po upadku tej Supercywilizacji, wirusy po prostu „zdziczały” i stały się zwyczajnymi pasożytami, letalnymi dla swych żywicieli – w tym człowieka. 

A zatem która z tych hipotez jest prawdziwa? Mamy nadzieję, że ta niebezpieczna choroba zostanie w porę opanowana i nie zdoła zagrozić naszemu krajowi, a wbrew pozorom jest to niezmiernie łatwe, bowiem otwarte granice z krajami, gdzie stwierdzono tą chorobę mogą ją sprowadzić do nas w każdej chwili.

Czy SARS spadło z nieba? Być może – dowodów na to na razie nie ma. Być może jest to – jak powiedzieliśmy to w ostatnim punkcie naszej wyliczanki – pozostałość po poprzednich cywilizacjach[5], która czai się w jej ruinach w dżunglach Afryki, Azji, Mezoameryki i Ameryki Łacińskiej, albo lata jeszcze po orbicie wokółsłonecznej czy nawet wokółziemskiej i od czasu do czasu spada powodując wybuchy epidemii nieznanych, a wybitnie letalnych i trudnych do wyleczenia chorób.[6] Ale to już jest temat z zupełnie innej ballady...

To samo pytanie można zadać w stosunku do wirusa COVID-19, którego pandemia miała miejsce w roku 2021-23. Także i ten wirus mógł spaść z nieba i zostać przerobiony w wojskowych laboratoriach w Wuhan…

 

Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz

 

Jordanów, dn. 2003-05-19



[1] Są to wirusy wywołujące m.in. odrę.

[2] Patrz internetowa strona CDC – www.cdc.gov/ncidod/sars/ oraz www.who.int/csr/sars/en. 

[3] Jerzy Serafin – „SARS – broń biologiczna?” w „FiM” nr 18,2003 z dn. 2-8 maja 2003 roku.

[4] Prof. dr Tadeusz Płusa – wywiad dla „Radiowego Magazynu Wojskowego”, PR-1 w dniu 18 maja 2003 roku.

[5] Zainteresowanych odsyłamy do pracy Aleksandra Mory – „Atomowe wojny bogów”, Lublin 1980.

[6] Zob. Miloš Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” na stronie internetowej CBUFOiZA w Krakowie www.ufocentrum.org.

środa, 13 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (24)

 

W SPRAWIE CHRONOLOGII

 

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem cykl „Atomowa wojna bogów” drukowany ostatnio w „Kamenie”. Jednakże nie zgadzam się, że owe wojny atomowe czy jądrowe miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, tak gdzieś pomiędzy 100.000 a 50.000 lat temu. Zgodnie z hipotezą artykułów A. Mory, były one prowadzone przez „bogów” przeciwko ludziom, bądź między ludźmi reprezentującymi wysoki poziom cywilizacji. Według autora cyklu, największe pustynie świata były terenem wybuchów nuklearnych, przez co są dziś wysterylizowane. Z tym punktem się zgadzam, ale trudno dopuścić, aby Precywilizacje istniały tylko na tych terenach, aby nie było ich jakichś śladów (technicznych) w innych punktach kuli ziemskiej i aby dosłownie nic z nich nie pozostało. I to nie tylko tzw. „dóbr materialnych”, ale i śladów eksploatacji minerałów, kopalń, odwiertów, itp.

Moim zdaniem nigdy na Ziemi nie istniała cywilizacja ludzka porównywalna poziomem techniki z naszą lub ją przewyższająca. Prawdopodobnym natomiast jest to, że w zamierzchłych czasach na Ziemi ingerowali „obcy” – spoza naszej planety. Możliwe jest również, że w pewnym okresie na Ziemi wylądowała z Kosmosu druga niezależna rasa Kosmitów, w rezultacie czego były wojny między nimi. W tej wojnie czy wojnach nie liczono się z życiem ziemskim, ani z ludźmi jako istotami rozumnymi, gdyż poziom ludzi był nieskończenie niższy, niż „bogów”.

Ze wstydem muszę przyznać, że do dziś dnia nie znam pełnego tekstu „Mahabharaty” i „Ramayany”. Wydaje mi się jednak, że w pierwszym odcinku cyklu A. Mory istnieje pewna nieścisłość. Mianowicie podano tam starożytny opis, jak Rama ze swą małżonką Sitą lecieli ze Sri Lanki[1] do Indii. Czy jest absolutnie pewne, że wymieniono w tym opisie Sri Lanka, a nie samo Lanka? To wielka różnica, bowiem Sri Lanka jest pojęciem geograficznym, starożytną nazwą wyspy Cejlon (Ceylon), która oderwała się od kontynentu Indii[2] pomiędzy 3000 a 2700 r. p.n.e. Natomiast Lanka, to nazwa zaginionego kontynentu, leżącego pomiędzy Madagaskarem a Indiami. Kontynent ten uległ zagładzie właśnie pomiędzy 3000 a 2700 rokiem p.n.e. i wówczas południowy cypel Półwyspu Indyjskiego utworzył wyspę Sri Lanka.

Może kogoś zaskoczy fakt, że dysponuję precyzyjnymi obserwacjami astronomicznymi z okresu wojny opisanej w „Mahabharacie” i „Ramayanie”. Dane te zawarte są w książeczce (przedruk dokonany w Madrasie w 1976 roku) napisanej w języku Karnataka, mam natomiast jej tłumaczenie w rękopisie angielskim, dokonane przez Hindusa zamieszkującego w stanie Karnataka – dr Sunder Seshu. Posiadam też „Kalendarz Wedycki” z okresu powyżej 7000 lat p.n.e. wraz z komentarzem w języku angielskim, dokonanym przez dr Sampath Ivenigara z Instytutu Chronologii Indii w Madras. Nadmieniam, iż są to przedruki wydane w znikomym nakładzie 500 egz., tak że są to jedyne egzemplarze w Polsce.

Otóż dane astronomiczne określające precyzyjnie propozycje niektórych gwiazd i konstelacji na niebie w okresie „Mahabharaty” i „Ramayany” – przy konfrontacji ich z astronomicznym „Kalendarzem Wedyckim” – pozwoliły uczonym z Instytutu Chronologii Indii rozpracować w czasie następujące wydarzenia:

 

a.    lądowanie Hanumathy w Lanka – 4401 rok p.n.e.

b.   koronacja Ramy na króla – 4400 rok p.n.e.

c.    spisanie (opracowanie) „Ramayany” – 4378 rok p.n.e.

d.   odlot (wniebowstąpienie) Ramy – 4377 rok p.n.e.

e.   początek wojny opisanej w „Mahabharacie” – 13 października 3667 roku p.n.e.

f.    dokładną lokalizację zaginionego kontynentu Lanka,

g.    dokładną lokalizację starożytnego miasta Ayodhya,

h.   dokładną lokalizację stolicy zaginionego kontynentu Lanka Nagar.

 

Przyznać trzeba, że dane te, oparte na autentycznych dokumentach sprzed ponad 5000 lat – „Kalendarz Wedycki” i ok. 4700 lat – „Vymanika Shastra” – zakrawają na rewelację.

W tym kontekście, nie sposób zgodzić się z tym poglądem, że „wojny atomowe” były tak dawne, jak to sugeruje A. Mora; raczej działy się w czasach już całkiem historycznych. Ciekawe, iż pewne dane biblijne oraz pewne wzmianki u Homera jak gdyby potwierdzają ów okres wojny, wymieniony w „Mahabharacie”. Np. Homer wspomina w „Iliadzie”, iż bogowie często udawali się na południe, na krańce ziemi do ciemnoskórych Etiopów.

Biorąc pod uwagę, iż około 5000 lat temu Północny Biegun Magnetyczny leżał dalej na południowy zachód, niż obecnie, trzeba przyjąć kilkunastostopniową poprawkę do kierunków geograficznych ówczesnych (w stronę odwrotną do ruchu wskazówek zegara) to jest ówczesny kierunek południowy pokrywa się z obecnym, lecz z odchyleniem na wschód. A taki kierunek lotu widzie prosto do krainy Lanka.

 

Kazimierz Bzowski

 

---oooOooo---

 

 

Przyznaję, że nie znam materiałów źródłowych, o których wspomina pan Kazimierz Bzowski. Z opisu sądząc, są one rzeczywiście rewelacyjne: wyjaśniają i uściślają szereg zagadnień z „wojną bogów” związanych.

Zawarte w liście dane nie stoją moim zdaniem, w sprzeczności z przedstawioną przeze mnie wizją rozwoju wypadków. Nawet wizja K. Bzowskiego nie jest sprzeczna z moją.

Unikam odwoływania się do wpływu Kosmitów, nie chcę bowiem mnożyć bytów bez istotnej potrzeby – z jednej strony; a z drugiej – stoję wobec konieczności wyjaśnienia sobie przynajmniej nie budzących na ogół wątpliwości faktu krzyżowania się bogów z ludźmi, co przecież wymaga zgodności genetycznej i dodatkowo: przekazy wskazują na to, że bogowie czerpali sporo – nazwijmy to – przyjemności, nie można też przyjąć, że były to wyłącznie zabiegi sztuczne, probówkowe i laboratoryjne.

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem z listu, że przynajmniej jedna z wojen atomowych miała miejsce w czasach historycznych. Były jednak wojny wcześniejsze, do których „dogrzebać” można się w starych przekazach, a także znaleźć – jak sądzę – ślady materialne. Dlatego także mój serial powinien być zatytułowany w liczbie mnogiej: „Atomowe wojny bogów”.

 

Aleksander Mora

 

W DWADZIEŚCIA TRZY LATA PÓŹNIEJ.

 

Kiedy pamiętnego lata 1980 roku jeden z moich kolegów pożyczył mi wycinki w „Kameny” z „Atomową wojną bogów”, to przeczytałem ją jednym tchem w ciągu czerwcowego popołudnia wylegując się na świnoujskiej plaży. Początkowo rzecz potraktowałem lekko – ot, jeszcze jedna fantazja na temat rezultatów atomowej wojny. Był rok 1980 – jako tutaj rzekłem – i problematyka wojny nuklearnej pomiędzy ZSRR i NATO oraz USA była jak najbardziej na czasie. Przez świat tryumfalnie szła teoria Alwarezów o impaktowej przyczynie wymarcia wielkich dinozaurów. W Polsce wrzało. Tworzyła się ta pierwsza, najautentyczniejsza „Solidarność” – jeszcze ta uczciwa i nie zawłaszczona przez polityczne męty. Zastanawialiśmy się wszyscy: wejdą – nie wejdą... Na włosku wisiała III Wojna Światowa i jej możliwe następstwa – wielkie wymieranie i atomowa epoka lodowa spowodowana „zimą jądrową”. I naraz w tym pomieszaniu umysłów pojawia się „Atomowa wojna bogów”. Czy Aleksander Mora przekazał nam swoiste memento i zarazem ostrzeżenie, że historia powtarza się tyle razy, ile tylko może???... Tak myślałem wtedy. I zdjął mnie lęk o los naszej cywilizacji... Że teraz to my przeżyjemy to, co oni – nasi praprzodkowie 12-, 50-, 1000 tysięcy lat temu! I znowu upadek cywilizacji i ponowne budowanie wszystkiego od zera...

Potem zeszło wszystko na plan dalszy, a po 1989 zaczęliśmy poważnie myśleć o ufologii nie jako amatorskiej zabawie, ale o poważnej nauce interdyscyplinarnej. Skończyła się zabawa i zaczęły schody. Na początku roku 2003, redaktor naczelny „Świata UFO” Bronisław Rzepecki zaproponował mi przepisanie „na dysk” peceta opracowania Aleksandra Mory. Zgodziłem się z tym większą przyjemnością, że byłem świeżo po opracowaniu przekładu znakomitej książki mego słowackiego przyjaciela dr Miloša Jesenský’ego pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi nad Labem 1998), którą to pracę wykonałem posługując się pseudonimem Witold Baranowicz.

To już było inne czytanie. To była praca nad tekstem, który mimo 23 lat, które upłynęły od jego publikacji, niczego nie stracił na swej aktualności, zważywszy narastające napięcie w świecie spowodowane postawą Iraku i Korei Północnej, których liderzy grożą wolnemu światu bronią masowej zagłady! Koło historii wykonało pełny obrót. I znów, jak w 1980 roku – świat stoi na krawędzi konfrontacji i grozi mu to, o czym pisał Aleksander Mora... Dodałem trochę przypisów, które uaktualniają tekst i rzucają więcej światła na niektóre aspekty tego zagadnienia. Szczególnie poszła do przodu genetyka i kosmonautyka, której zdobycze tylko potwierdzają tezy Autora, a nie zaprzeczają, jakby to chcieli różnego rodzaju z Bożej łaski krytycy i uczeni, którzy się niczego nie nauczyli, a stanowią zakały uniwersytetów i innych instytutów naukowych.                 

Jak bardzo blisko prawdy był Autor pisząc swe opracowanie?

Bardzo blisko. Być może myli się w detalach, ale przecież przewodnia myśl jest dobra i tłumaczy wiele – jak nie wszystkie – anomalia zaobserwowane dzisiaj i dziwne artefakty, które znaleziono do dziś dnia... Jestem pewien, że ma on całkowitą rację – atomowe wojny bogów miały miejsce daleko przed tym, jak po raz pierwszy wyzwolono energię atomu na Jordana de Muerte rankiem 17 lipca 1945 roku. Swój pogląd wyłożyłem w książce pt. „Projekt Tatry” (Kraków 2002).

Długo czekałem na tą chwilę. Całe 23 lata, ale było warto znowu przeczytać tą pracę i znowu zdumieć się jej aktualnością i akuratnością.

I jej ponadczasowym przesłaniem.

Autor przytacza dowody na istnienie szczątków Pracywilizacji w różnych częściach świata. Ja starałem się odpowiedzieć na to, czy w Polsce znajdują się ich ślady i ślady tego (tych) konfliktu(ów). Oczywiście! One są i to tak jasne i wyraźne, tylko że my – przyzwyczajeni do nich – nie potrafimy spojrzeć na nie właściwie! Tak samo, jak ślady po istnieniu Supercywilizacji. Tylko trzeba rozejrzeć się dookoła, pokonać uprzedzenia i przesądy naukowe, ideologiczne i religijne, a nade wszystko – zacząć myśleć samodzielnie, nie pod dyktando. Wtedy naraz zaczniesz  dostrzegać to, o czym pisze Aleksander Mora w swej pracy, którą właśnie Czytelniku przeczytałeś...

 

R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

 

Jordanów, dn. 2003-02-01

 



[1] Poprawnie powinno być Śri Lanka – uwaga R.K.L.

[2] Właściwie powinno być „subkontynentu Indii” – uwaga R.K.L.

wtorek, 12 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (23)

 

IX.

 

 

Ocena moralna zwycięzców w kolejnych wojnach i stosowanych przez nich metod walki nie była wśród ówczesnych ludzi jednoznaczna, skoro odnosi się wrażenie – w związku ze swarami i niezgodą panującą wśród bogów, z samym Jahwe włącznie – że tradycja biblijna była w sposób celowy cenzurowana, zgodnie z dyrektywami wydanymi przez bogów Hebrajczyków, którzy mieli zrozumiałe powody, aby ukrywać fakt, że ich władza została zaprowadzona wśród rozruchów i zamieszek. Nie znajdujemy niczego podobnego wśród założycieli i krzewicieli innych tradycji istniejących współcześnie z tamtymi.

Lecky wskazuje na to, że większość gnostyków uważała boga żydowskiego za niedoskonałą istotę, stojącą na czele fałszywego systemu moralnego. Wielu ponadto uważało religię żydowską za system opierający się na zasadzie Zła, przyjmujący, że Szatan jest bogiem świata materialnego. Dlatego Kainici czynili każdego, kto się temu przeciwstawiał przedmiotem czci, Ofici natomiast jawnie oddawali cześć boską wężowi. Mamy więc, być może, chociaż częściowe wyjaśnienie szacunku, jakim większość gnostyków darzyło węża, w fakcie, że to zwierzę, które wśród chrześcijan stanowi symbol Zła i Szatana miało zupełnie inne znaczenie w symbolice starożytnej.[1]

Walka pomiędzy młodymi bogami, która poprzedzała, a następnie ustanowiła panowanie Jahwe na Ziemi lub tylko w pewnych jej obszarach, opisana jest w judeo-chrześcijańskiej tradycji w epizodzie, w którym Archanioł Gabriel niszczy Smoka. W „Apokalipsie św. Jana” (12,7-9) czytamy: I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale ich nie przemógł i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony Wielki Smok, Wąż Starodawny, który zwie się Diabeł i Szatan, zwodzący całą zamieszkałą Ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni jego aniołowie. Zaś prorok Izajasz woła (14,12-15): Jakże to spadłeś z niebios, jaśniejący Lucyferze, Synu Jutrzenki? Jakże runąłeś na ziemię Ty, który mówiłeś w swoim sercu: >>Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na górze obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego<<. Jak to? Strąconyś do Szeolu, na samo dno Otchłani?

Czy z tego wynika, że pod nowymi rządami wszystko przebiegało w  łagodności i pokoju? Wcale nie. Pojawiły się nowe waśnie, a ich przedmiotem był tym razem nowy twór – człowiek, którego pojawienie się nie dla wszystkich było jednakowo pożądane.

Abu Zayd Al-Balkhi znalazł na marginesie Koranu zapis, który podaje pewne wskazówki na temat sposobu myślenia i zamiarów naszych przodków czy poprzedników. Treść zapisu jest następująca: Mam zamiar – powiedział Bóg – ustanowić na Ziemi namiestnika,[2]ale aniołowie, towarzysze Iblisa zwanego wówczas Azazilem odpowiedzieli Mu: >>Czy masz zamiar umieścić na Ziemi kogoś, kto wprowadzi tam rozkład moralny, korupcję, zepsucie i rozlewać będzie krew wówczas, kiedy my nie przestajemy Cię wielbić?<<. Ale Bóg odpowiedział: >>Ja wiem to, czego wy nie wiecie<<.

Już choćby z tego zapisu widać, że człowiek – tzn. trzecia i czwarta grupa wg przyjętej przeze mnie w poprzednim rozdziale klasyfikacji – nie cieszy się uznaniem bogów – druga grupa – a przy takim stosunku wzajemnym o konflikt nie trudno, tym bardziej, że człowiek wbrew wszelkim nakazom i zakazom ciągle sięgał po owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego. Tak więc konflikt, wobec narastania wzajemnych niechęci był nieunikniony, a jednak do niego nie doszło, opowiada o nim m.in. Platon w swoim dialogu pt. „Kritias”:

Przez wiele pokoleń, dokąd im starczyło natury boga, słuchali praw i odnosili się życzliwie do bóstwa, którego krew w nich płynęła. Ich postawa duchowa nacechowana była prawdą i ze wszech miar wielkością. Łagodność i rozsądek objawiali w stosunku do nieszczęść, które się zawsze zdarzają, i w stosunku do samych siebie nawzajem, więc patrzyli z góry na wszystko z wyjątkiem dzielności, wszystko co było w danej chwili, uważali za drobiazg i lekko znosili, jakby ciężar masę złota i innych dóbr; nie upijali się zbytkiem i bogactwo ich nie zaślepiało, i nie doprowadziło do utraty panowania nad sobą. Bardzo trzeźwo i bystro dostrzegali, że i to wszystko pod wpływem miłości wzajemnej przy dzielności wzrasta; [...] Ale kiedy w nich cząstka boża zgasła, dlatego, że się często z pierwiastkiem ludzkim mieszała i ludzka natura brać zaczęła górę, wtedy już nie umieli znosić tego, co u nich było, zrobili się nieprzyzwoici i kto umiał patrzeć, ten widział już ich brzydotę, kiedy zatracili to, co piękne pośród największych dóbr. Tym, którzy nie potrafią dostrzec życia prawdziwie szczęśliwego, wydawało się właśnie wtedy, że są osobliwie piękni i szczęśliwi, kiedy ich rozpierała chciwość niesprawiedliwa i potęga. Otóż bóg bogów Zeus, królujący zgodnie z prawami, umiał dostrzec taki stan rzeczy, zobaczył, jak się marnuje ród, który był jak się należy, więc karę im wymierzyć postanowił, aby się opamiętali, nabrali rozumu i zaczęli panować nad sobą, więc zebrał wszystkich bogów do ich prześwietnej siedziby, która się wznosi nad środkiem całego świata, zatem widzi wszystko, co ma udział w powstawaniu, a zebrawszy powiedział...

Na tym urywa się dialog Platona i wydawać by się mogło, że nigdy się nie dowiemy, jaki był dalszy bieg wypadków. Jednak istnieje i druga opowieść – biblijna „Księga Rodzaju” (6,6-7), która jak się wydaje, zawiera odpowiedź na pytanie, jakie sobie każdy z nas zadaje po przeczytaniu platońskiego „Kritiasa”: Co powiedział bóg bogów Zeus? „Księga Rodzaju” mówi: ...a widząc, że wielka była złość ludzka na Ziemi [...] bolał w sercu swym i rzekł Bóg: >>Wygładzę człowieka, któregom stworzył, z oblicza Ziemi, aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego. Bo mi żal, żem je uczynił.<<

Wydaje się więc, że postęp moralny nie przebiegał równolegle z technologicznym. Znane wady Ludzkości i dążność jednych do dominacji nad drugimi, zwielokrotnione zdobyczami zaawansowanej techniki i wiedzy, doprowadziły do otwartej rywalizacji pomiędzy mieszkańcami naszej planety. A rezultatem decyzji Zeusa czy Jahwe była znowu straszliwa wojna, której sposób prowadzenia, zastosowane środki i konsekwencje – naszkicowano już w pierwszym rozdziale, zaś opisy jej przebiegu znajdujemy rozproszone w tradycji różnych narodów, m.in. także w tradycji biblijnej.

W „Księdze Proroctw Izajasza” (13,3-5) czytamy: Ja dałem rozkaz moim poświęconym, z powodu mego gniewy zwołałem wojowników radujących się z mojej wspaniałości. Uwaga! Wrzawa Królestw, sprzymierzonych narodów. To Jahwe Zastępów robi przegląd wojska do bitwy. Przychodzą z dalekiej ziemi, od granic nieboskłonu - Jahwe i narzędzia jego rozgniewania, aby spustoszyć Ziemię. Podobnie w „Psalmach” (68,18): Rydwanów Bożych jest dwadzieścia tysięcy, wiele tysięcy aniołów, to Pan wraz z nimi przybywa do świątyni z Synaju.

Nie ulega wątpliwości, że stratedzy wojny atomowej nie kierowali swej broni na plemiona takie, jak współcześnie z nami żyjących Zulusów, Pigmejów czy nieszkodliwych Eskimosów. Skierowali ją na ośrodki cywilizacji. Tak więc radioaktywny mord ponownie przeszedł przez postępowe i wysoko rozwinięte narody i ośrodki. Pozostały natomiast oddalone od ośrodków cywilizacji, zacofane w rozwoju ludy dzikie i prymitywne plemiona. One jednak nie były w stanie przekazać informacji o istniejącej kulturze, ani nawet poinformować o niej, ponieważ nie brały w niej udziału.[3]

Większa część kuli ziemskiej pokryta została żarzącymi się pustyniami, gdyż promieniowanie ciał radioaktywnych nie pozwala rozwijać się żadnym roślinom. Po kilku tysiącach lat – jak powiada Erich von Däniken – nie pozostało już nic z zatopionych oraz spalonych lądów i miast. Natura jedynie z nieskończoną cierpliwością przedzierała się poprzez ruiny, a żelazo i stal, pordzewiałe, rozpadły się na piasek, aby po tysiącach lat wszystko mogło zacząć się od początku...

 

 

Aleksander Mora

 

 

BIBLIOGRAFIA:

 

 

1.    Erich von Däniken – „Rydwany bogów”, Londyn 1969

2.    Erich von Däniken – „Wspomnienia z przeszłości“, Warszawa 1974

3.    Erich von Däniken – „Złoto bogów”, Nowy Jork 1973

4.    Ignatius Donelly – „The Destruction of Atlantis”, Nowy Jork 1971

5.    Charles Fort – “Księga przeklętych”, Nowy Jork 1941

6.    Alfons Gabriel – „Die Wüsten der Erde und ihre Erforschung”, Hamburg 1961

7.    A. Gorbowskij – „Rozum Kosmosu“, Cirkvenica 1976

8.    Aqleksander Kondratow – „Zaginione cywilizacje”, Warszawa 1979

9.    W. E. H. Lecky – „History of the Rise and Influence of the Spirit of Rationalism in Europe”, Nowy Jork 1897

10.  P. Misraki (P. Thomas) – „Les Extraterrestres“, Paryż 1962

11.  Andrew Thomas – “We Are Not the First”, Nowy Jork 1973

12.  Brinsley le Poer-Trench – “The Sky People”, Londyn 1960

13.  Jacques Vallée – “Anatomy of the Phenomenon”, Nowy Jork 1965

14.  John N. Wilford – “We Reach the Moon”, Nowy Jork 1969

15.  Ludwik Zajdler – “Atlantyda”, Warszawa 1963

16.   „New Scientist”, 1979, 1980

17.  „Saga”, 1973, 1975

18.  “UFO Reports”, 1975, 1976, 1977

19.  “Ufology” 1976, 1977

20.  “Argossy UFO Annual”, 1975

21.  “Official UFO” 1977, 1978



[1] Przykładem tego jest np. starożytny Egipt, w którym panował kult świętych węży utożsamianych z różnymi bogami, zaś korony faraonów ozdabiał Uraeus (Ureusz) – wizerunek świętej kobry. To dopiero chrześcijaństwo zrobiło z węża symbol diabła – uwaga R.K.L.

[2] Oto jak nazwał On człowieka – przyp. aut. 

[3] Czynnego udziału, ale obserwowały jej przejawy i dawały wyraz w swej sztuce, czego Autor nie wziął pod uwagę. Wszak na Saharze i innych częściach świata pozostały petroglify przedstawiające wyżej ucywilizowanych ludzi z tamtej epoki... – uwaga R.K.L.

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (22)

 

VIII.

 

Nowo powstałe po wojnie nuklearnej społeczeństwo Ziemian było bardzo zróżnicowane. Próba rekonstrukcji jego hipotetycznego składu wskazuje, iż obejmowało ono przede wszystkim stosunkowo niewielką grupę starych, długowiecznych bogów, którzy przeżyli zarówno kataklizmy na Ziemi, jak i wojnę międzyplanetarną. Wywodzili się oni ze starej międzyplanetarnej cywilizacji, wywodzącej się z Ziemi, lecz wychowani oni byli na różnych planetach Układu Słonecznego. Nie była to więc grupa jednolita.

Znacznie bardziej jednorodna była grupa ich czystej krwi potomków, urodzonych i wychowanych na spustoszonej Ziemi. Była ona także niezbyt liczna, już chociażby z tego względu, że kobiet pośród starych bogów było niewiele z powodów, o których pisano uprzednio.

Trzecią grupę, liczebnie znaczną, stanowili półbogowie – mieszańcy, będący potomkami młodych bogów i Ziemianek o wzbogaconej inteligencji, pochodzących z plemion objętych eksperymentem genetycznym. Do grupy półbogów próbowali, z różnym rezultatem, dołączyć wybitni przedstawiciele szczepów, których możliwości intelektualne zostały w wyniku odpowiednich zabiegów wydatnie zwiększone.

Czwartą wreszcie grupę stanowiły szerokie rzesze wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych robotników, szkolonych i otoczonych przez bogów opieką, a należących do szczepów objętych eksperymentem genetycznym na określonych i ograniczonych terenach kuli ziemskiej.

Ostatnia, piąta grupa, to prymitywne, żyjące w lasach tropikalnych, puszczach i sawannach w zgodzie z Naturą plemiona, nie objęte zainteresowaniem bogów i nie biorące udziału w cywilizowanym życiu.

Każda z tych grup, poza ostatnią, spełniała w tym społeczeństwie wyznaczoną im przez starych bogów rolę, była w odpowiedni sposób kształcona i troskliwie doglądana.

Starzy bogowie dbali o to, by nie dopuścić do powtórzenia błędów „minionego okresu”. Z tego też względu byli zwolennikami umiarkowanego, kontrolowanego rozwoju oraz zachowania stabilnego systemu społecznego.

Byłby zatem to okres Złotego Wieku, którego reminiscencje przetrwały w zbiorowej pamięci Ludzkości – jej czwartej grupy – o czym pisze Owidiusz:

 

Złoty pierwszy wiek nastał. Nie z bojaźni kary

Z własnej chęci strzeżono i cnoty i wiary.

Kary, trwogi nie było, groźnych nie czytano

Ustaw na miedzi rytych, ani się lękano

Sędziów ostrych.

********************************

Wiosna była wieczysta. Zefiry łagodne

Rozwijały tchem ciepłym kwiaty samorodne,

Zboża w nieoranej rodziły się ziemi

I łan ugorny kłosy połyskał ciężkiemi.

Hojną płynęły strugą i nektar i mleko

I z dębu zielonego złote miody cieką.[1]

 

Przez szereg pokoleń władza starych bogów była niekwestionowana. Jednak grupy młodych bogów i półbogów – prężne, wykształcone i wychowane na Ziemi, inteligentne i ze swobodą posługujące się odrodzoną technologią planetarną, coraz bardziej oburzały się na zachowawczą i pełną ostrożności politykę Rady Starszych. Coraz więcej sprzeciwu wzbudzało ograniczanie funkcji decyzyjnych – jak również informacji dotyczących pewnych istotnych dziedzin wiedzy – do wąskiego kręgu bogów czystej krwi.

W opowiadaniach i legendach istniejących w różnych punktach naszego globu przedstawione są szczegółowo właśnie i katastrofalne wojny. Znajdują się wzmianki o kontrowersjach między bogami, kończących się okrutnymi walkami, doprowadzającymi czasem do drgań skorupy ziemskiej. W wielu wypadkach znajdujemy także ślady działalności „propagandowej” zmierzającej do zdyskredytowania starych bogów.

Gnoza obszaru śródziemnomorskiego, wiedza tajemna dostępna tylko wybranym uczy, że świat – tj. Ziemię – stworzył – tj. zorganizował na niej życie – Ialdabaoth  - nieudolny demiurg który uważał się za Boga.[2] Syn demiurga, stanąwszy w obliczu gromadzących się objawów niekompetencji i niezręczności ojca, uchwycił przemocą władzę, aby ustalić nowy porządek i naprawić błędy dotychczas przezeń popełnione. Ten właśnie syn o imieniu Sebaoth, od tego czasu zapanował w Niebie i Raju. Ta tradycja pozostawiła ślady nawet w liturgii Kościoła rzymsko-katolickiego: podczas każdej mszy zgromadzeni wierni śpiewają: Sanctus, Sanctus, Sanctus Dominus Deus Sebaoth, pleni sunt coeli et terra gloria tua![3]

Hinduska „Bhagavata Purana” przedstawia Viśnu Prajapati tworzącego nie światłość, jak biblijny Elohim, lecz ciemność, występek, niesprawiedliwość, grzech i chaos. A tekst mówi: Wówczas przyjrzawszy się zasługującemu na potępienie dziełu, Stwórca odczuwał do siebie niewiele podziwu. I aby dokonać naprawy swoich poczynań, Wisznu wysłał „czarowników” z poleceniem, aby tworzyli za niego. Ale oni zaniedbywali swe obowiązki i trwali w bezpłodnych medytacjach. Wówczas, by położyć kres tej bezczynności, z gniewu Prajapati musiał wydobyć się nagle młody bóg-dziecię, bóg-bohater, aby wyręczając swego ojca stworzyć pierwszą istotę ludzką.

Aztekowie przypisywali proces kreacji pierwszych ludzi parze bogów – Ometecuhli i Omeciuatli, którzy wkrótce zostali zdetronizowani przez młodszych i bardziej aktywnych bogów.

W Asyrii waśniom między bogami towarzyszyły tak straszliwe dźwięki, że cały świat był nimi wypełniony, a góry zapadały się.

Mity greckie dostarczają podobnych wieści. Łatwo zrozumiała legenda mówi, że Ouranos lub Uranus – symbol Nieba i przestrzeni międzyplanetarnych – zapłodnił swoją małżonkę Gaję (Geę) czyli Ziemię. Domyślać się więc należy, że życie na Ziemi ma jakiś związek z obszarami pozaziemskimi. Ale z tego związku narodziły się wstrętne potwory. Ich ojciec był zdumiony i odesłał je z powrotem do łona matki, co wydaje się być po prostu innym sposobem wyrażenia myśli, ze zostali oni pogrzebani, a my od czasu do czasu znajdujemy ich teraz pod postacią kopalnych skamielin.

Teraz kierownictwo obejmuje Czas – Chronos lub Kronos – zwany przez Rzymian Saturnem, ale ten „pożera swoje dzieci” i wszystko ogarnia stan stagnacji i bezpłodnej rutyny, zaś czarownicy zamiast tworzyć, oddają się kontemplacji. Później obserwujemy pojawienie się i rozstrzygające zwycięstwo nowego, silnego zespołu kierowanego przez Zeusa vel Dzeusa alias Jupitera lub Yod-Patera. Wszystkie te przekazy chwalą jego dynamizm i młodość. Jego atrybutami w Grecji, jak i we wszystkich innych miejscach, są cechy odpowiadające światłu, a więc: ogień, błyskawice, jasność, czystość, białość, blask słoneczny, orzeł. Greckie słowo Zeus podobnie jak łacińskie Deus jest równoważne hinduskiemu bogu bohaterowi, Słonecznemu Ormuzdowi Persów – Zwycięzcy Smoka.

Tak więc zwycięstwo w tej nowej wojnie – czy wojnach – odnieśli młodzi bogowie. Było to jednak zwycięstwo w dużym stopniu pyrrusowe, tym bardziej, że nie oznaczało ono, że na Ziemi zapanował całkowity spokój. Teraz dopiero zaczęły się swary i waśnie pomiędzy młodymi bogami. Kontrowersje te zakończyły się następnymi okrutnymi walkami i katastrofalnymi wojnami.[4] Biblia wspomina te dawne wojny o władzę w szeregu „Ksiąg”. Izajasz (51,9) przywołuje na pamięć dawne pokolenia, kiedy Jahwe musiał zgładzić Rahab zwanego także Lewiatanem i Smokiem: O ramię Jahwe! Przebudź się, jak za dni minionych, zamierzchłych pokoleń. Czyżeś to nie ty poćwiartowało Rahaba, przebiło Smoka? Podobnie w „Księdze Joba” (25,12): Potęgą wzburzył pramorze, roztrzaskał Rahaba swą mocą, wichurą strop nieba oczyszcza i Węża Zbiega niszczy swą ręką...oraz w niektórych „Psalmach” (74,13-14): Ty morze swą potęgą rozdarłeś, skruszyłeś głowy smoków w odmętach. Ty zmiażdżyłeś łby Lewiatana, morskim potworom na żer go wydałeś, a także (89,10-11): Ty rozkazujesz pysznemu morzu, Ty jego wzdęte bałwany poskramiasz. Tyś przebitego Rahaba podeptał, Twoich wrogów rozproszyłeś swym możnym ramieniem.



[1] Owidiusz – „Przemiany” w przekładzie B. Kicińskiego – przyp. aut.

[2] Nazwa „demiurg” nadana została przez Platona stwórcy boskiemu, budowniczemu świata, który dał Ludzkości duszę zmysłową i jest twórcą świata materialnego – przyp. aut.

[3] Dosł.: Święty, Święty, Święty Pan Bóg Sebaoth, pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej – z tym, że imię Boga Sebaoth (inne imiona Boga to, Jahve [Jehowa], Adonai i Tetragrammoton) zastąpiono dzisiaj słowami: zastępów świętych – uwaga R.K.L.

[4] Zob. Homer – „Iliada” i „Odyseja” – uwaga R.K.L.